niedziela, 24 maja 2015

Christine spojrzała zszokowana na siostrę; jak mogła?
-W takim razie, czy teraz ja mogłabym skorzystać z łazienki?- zapytała milutko Camii.
-Mhm, to znaczy, tak- poprawiła się natychmiast pani domu.
-To może my przeszlibyśmy do salonu?- zapytał ostrożnie James Whittington, rozglądając się wokoło, jak gdyby szukał ewentualnych karaluchów do zabicia.
-Ależ naturalnie, proszę tędy- Christine wskazała kierunek.
W tym samym czasie Camii udało się odnaleźć toaletę. Zamknęła się w środku, po czym odetchnęła głęboko; od wczesnego poranka musiała grać rolę słodkiej Cosette, co wielce ją wykańczało i psychicznie, i fizycznie.
Kobieta rozejrzała się po pomieszczeniu- klasyczne wyposażenie niewiarygodnie wręcz małej łazienki. Prócz urządzeń sanitarnych, miejsce zajmowały bibeloty głównie pani domu, a resztę, czyli naprawdę niewielką część- gospodarza mieszkania. Camii przyjrzała się tym ostatnim: przyborom do golenia, wodom toaletowym w liczbie dwóch, szczoteczkom do różnych części ciała, a na końcu jej uwagę zwróciły pozostawione w łazience okulary przeciwsłoneczne- z małymi szkiełkami, okrągłe, kolorem wpadające w odcień śliwy. Nagle do głowy kobiety wpadł pewien pomysł. Uśmiechając się do siebie chytrze, skonfiskowała okulary oraz najbardziej opróżnioną wodę toaletową. Schowała wszystko do małej torebeczki, po czym wyszła z toalety.
Akurat w tym samym momencie jej narzeczony przymierzał się do zastukania w drzwi pomieszczenia. Widząc swą ukochaną, niezmiernie się ucieszył.
-Już miałem cię ponaglać- powiedział- Lecz na szczęście jesteś. W takim razie- tu zwrócił się do Christine- czas się rozstać.
Camii spojrzała na niego ze zdziwieniem w oczach.
-Lecz przecież miałeś pilną sprawę do pana Tuttiholmesa, czyż nie?- zapytała.
-W istocie, aczkolwiek skoro jeszcze go nie ma…
W tym momencie do hallu wszedł przed chwilą wymieniony. Ujrzawszy Jamesa Whittingotna odrzekł:
-Na szczęście jest pan jeszcze. Przepraszam, iż tyle musiał pan na mnie czekać, lecz miałem niewymownie ważną sprawę do załatwienia.
Michael dla Christine wydawał się dziwnie wesoły i podekscytowany, jak na kogoś, kto za chwilę miał usłyszeć nieprzychylne wieści o swoim stanie zdrowia. W dodatku lekko zaróżowione policzki i nos mężczyzny mówiły Jackie, że albo poszedł na długi spacer na mrozie, albo pił.
-To zrozumiałe- wzruszył ramionami lekarz- Może przejdziemy na badania do sypialni?
-Dobrze- zgodził się Tuttiholmes.
Po zakończeniu odpowiednich procedur, James Whittington usiadł na końcu łóżka i przeglądał sporządzone przez siebie notatki.
-Zatem, co pan odkrył, doktorze? Jest jakaś poprawa?- Michael starał się zawrzeć w swym głosie nutę nadziei.
Lekarz pokręcił smutno głową.
-Przykro mi, lecz z badań wynika, iż wręcz odwrotnie- pana stan drastycznie się pogarsza.
Michaelowi wystarczyło to, co usłyszał. By utwierdzić doktora w swym założeniu, mężczyzna zaczął bardzo mocno kaszleć i trzymać się za klatkę piersiową.
-To niemożliwe- powiedział po nagłym ,,ataku”.
-Niestety, ale sam pan pewnie słyszy, jak wygląda pańska sytuacja- westchnął James- Radziłem panu wyjazd na Riwierę, nie posłuchał pan. Teraz mogę jedynie podtrzymać swe słowa, przykro mi- mężczyzna wstał- To wszystko, co mogę dla pana uczynić.
Mężczyźni bez słowa wyszli z sypialni wprost do salonu, gdzie siedziały ich narzeczone. Obydwie uśmiechnęły się do swych ukochanych, lecz w oczach każdej dało się jasno wyczytać jedno zdanie: ,,Nienawidzę jej”. Mimo iż pan doktor, jak i pan domu zrozumieli niemy przekaz, postanowili zgodnie, że państwo Whittingtonowie jeszcze chwilę zabawią w tym mieszkaniu. W trakcie tych jakże dłużących się dziesięciu minut, Camii skrzętnie obserwowała Michaela Tuttiholmesa w jego ruchach, sposobie mówienia oraz mimice twarzy. Zauważyła, iż wiele zachowań z czasów dzieciństwa pozostało mu do tej pory, więc po chwili nie trudno by jej było skopiować go jeden do jednego. Kobieta w pełni zadowolona ze swych zdolności obserwatorskich i aktorskich wyszła wraz z narzeczonym z domu siostry.
Jednak przed samym wyjściem zauważyła kamizelkę wiszącą na wieszaku- ozdobioną ornamentami, haftkami, złotymi nićmi, której kolor czerwony stanowił większość nad innymi, np..: zielonym czy niebieskim. Camii ,,przypadkowo” zabierając swój płaszcz powoli przesunęła ręką nad ubraniem, a zajęci rozmową siostra i mężczyźni nie zauważyli, gdy kamizelka zniknęła. Poza tym- Christine i Michael nigdy nie należeli do spostrzegawczych osób gdy czegoś lub kogoś nie potrzebowali, nie zauważali go.


Castor właśnie chciał wejść do swego domu, kiedy podbiegła do niego pani Nicecat.
-Był tu posłaniec od pańskiego brata i kazał przekazać wiadomość.
-Słucham- Castor przystanął, by grzecznie wysłuchać sąsiadki.
-Prosił pana o spotkanie w tej kawiarni… coś o Grecji…- kobieta próbowała sobie przypomnieć nazwę- Przepraszam, zapomniałam- wzruszyła ramionami zrezygnowana.
-Nie szkodzi, wydaje mi się, iż wiem, o którą chodzi- tą nową, ,,Grecian”.
-O tak, tak!- wykrzyknęła uradowana pani Nicecat- Dziś o 15.30. Bardzo nalegał na pana przyjście- położyła nacisk na przysłówek.
Castor w zadumie skinął głową.
-W takim razie- mówił powoli- Przełożę parę spotkań i postaram się być- uśmiechnął się delikatnie; wcale nie miał ochoty na spotkanie z gratem, lecz skoro sam nalegał na spotkanie, mężczyzna musiał to uszanować.
I tak o 15.28 Castor Tuttiholmes wszedł do schludnego wnętrza kawiarni ,,Grecian” . Zastał go tłum ludzi- głównie muzyków z filharmonii i kilku poetów.
Natychmiast po wejściu do knajpy powitał mężczyznę kelner, a podawszy swą godność, został zaprowadzony do małego stolika w końcu sali za parawanem. Tuttiholmesowie byli najwyraźniej przewrażliwieni na temat swojej prywatności- zawsze w końcu sali i za zasłoną. Ale nieważne.
Castor usiadł ciężko na krześle podsuniętym przez kelnera i spojrzał na brata. Chciał wejrzeć mu w głąb oczu, lecz ten zakrył je okularami przeciwsłonecznymi.
-Nie cyrkuj- powiedział i sięgnął, by ściągnąć mu o cholerstwo z oczu.
-Przestań!- Michael zamachał ręką i odchylił się- Nie jestem dzieckiem, mam prawo nosić, co mi się żywnie podoba.
Castor jedynie westchnął.
-Dobrze zatem- powiedział cicho, po czym dodał głośniej- dlaczego mnie tu dziś zaprosiłeś? Czyżbyś chciał się pogodzić?
-Nie- wyżalić- odparł bez ogródek młodszy.
Mężczyzna nie ukrywał zdziwienia.
-Wyżalić? Cóż takiego dzieje się w twym wymarzonym i poukładanym życiu?
-Poukładanym? Wymarzonym?- prychnął Michael- Takie istnieją tylko w książkach.
Castor przyglądał mu się przez chwilę. Dlaczego skłócony z nim brat nagle zechciał wypłakać mu się na ramieniu.
-Mów więc- zachęcił go, rozsiadając się wygodniej na krześle.
Michael pokręcił głową ze smutkiem.
-Ja już jej dłużej nie wytrzymam- zaczął mówić ciszej niż dotychczas.
-Jej? Masz na myśli Christine?- starszy oburzył się lekko- Jak możesz tak mówić.
-Gdy nie mieszkaliśmy razem nasze spotkania wydawały się bardziej ekscytujące. Gdy zaszła w ciążę myślałem, iż jest to najpiękniejsze, co mogło mi się w życiu wydarzyć. Lecz Christine zaczęła mieć humory, zachcianki, wieczne pretensje i wymagania. Zabrania mi wychodzić wieczorami; raz jest miła, a za dwie minuty mam wrażenie, że za chwile przegryzie mi szyję, i to bez powodu.
-Takie są kobiety, cóż zrobisz?- wzruszył ramionami detektyw, co jeszcze bardziej rozwścieczyło jego brata.
-Och, jak ty nic nie rozumiesz!- podniósł lekko głos, po czym wrócił do półszeptu- Christine robi się nie do zniesienia.
-Chciałeś, to masz- powiedział starszy, nie kryjąc sarkazmu.
Michael zakrył twarz w dłoniach.
-Ja już dłużej tego nie wytrzymam- jęknął- To było najgorsze, co mogłem zrobić.
Castor spiął się.
-Mogłeś sobie zabrać tą swoją Jackie- kontynuował Michael.
Te słowa doprowadziły starszego z mężczyzn do wewnętrznej wściekłości, lecz ze względu na miejsce i otoczenie nie mógł po sobie nic pokazać.
-W dodatku coraz bardziej…- Mick zawahał się- Ja już nie wiem, czy chcę tego dziecka- wyszeptał i spojrzał zza okularów na brata.
Castor milczał. Jak zwykle analizował sobie wszystko w głowie; chciał zrobić to racjonalnie i na chłodno, lecz emocje brały nad nim coraz bardziej górę.
-Jesteś zwykłym ścierwem- powiedział w końcu; był to jedyny sposób, by wyżyć się na młodszym- Jak zwykle dostajesz od życia to, co najlepsze i wybrzydzasz. Jak można być takim człowiekiem, jak ty?
-Nie jesteś wiele lepszy ode mnie- trzeba było o nią zawalczyć, gdy była okazja- powiedział Michael z wyrzutem- Gdybyś to zrobił, zapewne teraz ja nie musiałbym się z nią żenić.
-Zamknij się- wysyczał coraz bardziej wściekły Castor.
-Jak chcesz, dzieciaka też ci oddam.
-Dosyć- detektyw wstał.
-Nie odchodź- Michael nagle zaczął ronić łzy.
Castor spojrzał z góry na młodszego.
-Jesteś żałosny- powiedział zimno, po czym wyszedł.
Gdy tylko postać mężczyzny oddaliła się, osoba jeszcze przed chwilą z nim siedząca przestała płakać i oparła się o oparcie krzesła.
-Gładko poszło- powiedziała do siebie.
Osoba wstała, zapłaciła i wyszła. Poświęciła trochę czasu, by dostać się do Wchitechapel, a gdy już tam była, weszła do jednego z walących się domów. Bez pukania weszła do mieszkania numer 13, gdzie spotkała znaną jej kobietę. Ta na jej widok skoczyła z przejęciem na nogi.
-Co ty tu robisz?!- naskoczyła na postać.
-Cicho bądź- roześmiał się nieznajomy- To ja, głupia.
Tajemnicza postać ściągnęła z nosa okulary i perukę.
-Cosette!- Zelda padła w ramiona przyjaciółki- Co ty tu robisz?
-Wpadłam na chwilę na stare śmieci- wzruszyła ramionami.
-A co ma znaczyć to przebranie? Dlaczego wybrałaś akurat kostium tej szuji?
-Nieważne- machnęła ręką Camii.
Kobieta przeszła się po mieszkaniu.
-Nic się nie zmieniło od czasów mojego rezydowania- zauważyła.
-Jest tylko bardziej brudno- roześmiała się Zelda.
Camii zawtórowała jej.
-Faktycznie. Wciąż przychodzą te stare łachudry?- zapytała.
-Stary Gregors zmarł z przepicia- mówiła Zelda- Hilary dalej jest sadystą, a Benny zaczął bawić się w lekarza.
-Ach, ci mężczyźni- Camii przeszła do sypialni- O, moja stara suknia- podniosła łachman i podeszła z nim do okna- Plamy krwi nie zeszły.
-Jesteś okrutna- pokręciła głową Zelda, podchodząc do przyjaciółki.
-Nie- to świat jest okrutny.
Nagle Camii odwróciła się raptownie i spojrzała głęboko w oczy swej przyjaciółki. Zelda przez ułamek sekundy mogła dostrzec cierpienie, lecz natychmiast ten błysk znikł.
-Jesteśmy tego żywym dowodem- wyszeptała Zelda; kobieta odchrząknęła- To co, może napijemy się herbaty?
-Z tych wyszczerbionych kubków?- zaśmiała się głośno Camii- Albo zalejemy je tą żółtą wodą z kranu?
-Istotnie, nieprzemyślana idea- Zelda również się śmiała- To może zejdziemy do tej speluny za rogiem?- wzruszyła ramionami- Zawsze to coś.
-Racja- Camii znów się zaśmiała; miała dziś wyśmienity humor.
Schodząc, Zelda zagadnęła jeszcze raz przyjaciółkę o jej dziwne zachowanie. Wpierw Camii kręciła jedynie głową i nie chciała nic powiedzieć. W końcu postanowiła puścić parę z ust, ale zataić pewne fakty.
-Wiesz, moja droga- zaczęła ściszonym głosem- zauważyłam u siebie, zwłaszcza w towarzystwie Jamesa, wysokie predyspozycje teatralne. Chciałam sprawdzić samą siebie, a dziś rano wraz z mym narzeczonym odwiedziliśmy państwo Jackson- Tuttiholmes- kobieta puściła oko do przyjaciółki- Zwinęłam okulary i marynarkę. Zaraz!.
Zelda odwróciła się i ujrzała jedynie małą postać u szczytu schodów, wbiegającą do mieszkania numer 13. Zaraz jednak wróciła i równie szybko zbiegła, lecz już we wcieleniu sprzed pół godziny.
-Co ty wyprawiasz, Cose?- zapytała Zelda z niedowierzaniem.
-Chcę się jeszcze raz sprawdzić- przeprowadzę kolejną farsę- mrugnęła okiem- Zobaczymy, jak zareaguje inne społeczeństwo niż to, które siedziało w ,,Grecian”.
-W czym?- zdziwiła się Zelda; pierwszy raz słyszała tą nazwę.
-Nieważne- Camii machnęła ręką ze zniecierpliwieniem- Chodź- pociągnęła przyjaciółkę na ulicę.
Kobiety weszły do zatęchłej speluny, zwanej potocznie kawiarnią, po czym usiadły przy najschludniejszym stole- a przynajmniej tak wyglądał. Natychmiast po ich wejściu wszystkie głowy znające Michaela Tuttiholmesa odwróciły się. Nie ukrywały swojego zdziwienia, a nawet niektórzy odważyli się skomentować to niespodziewane najście.
-Ej, Micki Tutti!- tak potocznie go zwano- Zmieniłeś punkt docelowy na Wchitechapel?- zarechotał brudny, skalany szkorbutem facet- Teraz zadowalasz się tańszymi kurwami?
Camii tylko się uśmiechnęła; nie dość, iż powiększyła kość niezgodny między braćmi, to jeszcze bardziej zszargała opinię o pisarzu.
-A co?!- odkrzyknęła, prowadząc Zeldę do stolika- Chcesz się podzielić?!- zarechotała- Nie ma problemu, fifty-fifty!
Mężczyźni zebrani w lokalu zawtórowali tej dwójce. Za to barman podejrzliwie patrzył na nową parę w swojej budzie, która właśnie siadała przy stoliku.
-Te, barman!- Camii dopiero co rozwijała skrzydła w swej, jak to nazwała, farsie- Podajże tu najlepszy gin z wermutem! A nie, zapomniałem- takich rarytasów w tej spelunie nie podajecie!- Camii już trzęsła się ze śmiechu- W takim razie dawaj te siki, ale!- dziewczyna zamachnęła ręką, po czym odwróciła się do swej towarzyszki.
-Widzisz, z kim ja muszę żyć prawie na co dzień- powiedziała z szerokim uśmiechem.
W sumie zdążyła tylko tyle powiedzieć, ponieważ nagle ktoś szarpnął ją za ramię. Dziewczyna odwróciła się i natychmiast dostała w twarz. Z powodu siły uderzenia Camii upadła na podłogę; dotknęła zaczynającego boleć miejsca, obszaru pomiędzy okiem a policzkiem. Nagle zauważyła, jak mężczyzna znów się zamachuje nad nią, dzięki czemu zdążyła zrobić unik przed ciosem.
-Nie, nie nie!- krzyknęła Camii.
Kobieta wyciągnęła przed siebie ręce w obronnym geście, ponieważ barman znów chciał uderzyć. Mężczyzna powstrzymał się, spojrzał z odrazą na kobietę, biorąc ją za nielubianego pisarza, i odparł:
-Ty i ta dziwka- wypierdalać- wskazał gestem drzwi.
Dziewczyna spojrzała znacząco na przyjaciółkę, po czym opuściły lokal. Zaraz po wyjściu Zelda zaatakowała koleżankę.
-Coś ty zrobiła?!- popukała się w czoło- Jak ty teraz wrócisz do domu?!
-A!- machnęła ręką Camii, ocierając twarz z krwi- Powiem, że ktoś mnie napadł. Poza tym sama teraz widziałaś, jak zgrabnie potrafię wmówić komuś coś, co nie jest prawdą.
-Tu muszę ci przyznać rację- westchnęła Zelda; nagle spostrzegła mężczyznę krążącego przed kamienicą, w której mieszkała- Przepraszam cię- odwróciła się do przyjaciółki- Robota czeka- wzruszyła ramionami, po czym odeszła.
-Na razie!- krzyknęła za nią Camii.
Kobieta odwróciła się na pięcie i udała się w kierunku tramwaju, mając nadzieję, iż James jeszcze nie wrócił.


Castor zaraz po rozmowie z bratem udał się na spotkanie z panem Cagem. Ze względu na zachcianki Michaela, detektyw musiał przełożyć termin na późniejszy.
Mężczyzna stanął przed jednym z mieszkań na Lexham Gardens w Kensington. Drzwi otworzył mu sam Albert Cage ze słowami na ustach:
-Niech pan wchodzi, choć zupełnie nie wiem, po co.
-By wydobyć prawdę na światło dzienne- powiedział oficjalnie detektyw, wchodząc z rękami splecionymi na plecach, jak jakiś kapral.
-Prawda?- zdziwił się gospodarz- Czy ja mam coś do ukrycia, detektywie?- spojrzał po swym splamionym surducie i wytartych spodniach- Zapewniam, iż niewiele.
-To się jeszcze okaże- powiedział tajemniczo Castor- Mogę…?- wskazał na fotel.
-Naturalnie- odrzekł Cage mało zachęcającym głosem.
Castor zignorował ten ton głosu.
-A nie się zdaje, iż niedawno była u ciebie policja, co Cage?- detektyw podniósł głos, ponieważ gospodarz odszedł w głąb kuchni.
-Może- powiedział przeciągle.
-Właśnie- skinął głową Castor, wpatrując się w perski dywan- Ja w tej samej sprawie.
Cisza była sygnałem dla mężczyzny, by kontynuował.
-Znaleziono u ciebie fałszywe recepty na znane nazwiska, na bardzo silne specyfiki i dziwię się…- Castor zrobił pauzę, ponieważ niespodziewanie do pokoju wrócił Albert Cage, jak zwykle ze znudzonym wyrazem twarzy, niosąc tacę z imbrykiem i filiżankami- …że już nie powinno cię tutaj być- dokończył ciszej, taksując potencjalną ofiarę wzrokiem.
-Herbaty?- zapytał Cage po chwili ciszy.
-Nie- uciął krótko detektyw- Siadaj na dupie i wysłuchaj, co mam do powiedzenia- powiedział ostro, zdenerwowany głupotą mężczyzny.
-Siadam- ton głosu Alberta nie zmienił się nawet odrobinę; mężczyzna słusznie usiadł naprzeciwko gościa- I słucham.
Castro poprawił się na fotelu.
-Nie masz już szans- zaczął- Scotland Yard już ma na ciebie haka, czekamy tylko na potwierdzenie od grafologa- detektyw uśmiechnął się nieznacznie- Wpadł pan, panie Albercie, jak śliwka w kompot.
Oskarżony wciąż milczał. I milczał. Chyba analizował sobie wszystko w głowie, lecz jego mina wyraźnie temu zaprzeczała.
-Panie Cage?- zapytał ostrożnie Castor, jak gdyby wybudzał misia ze snu zimowego.
-Jestem- mężczyzna zamrugał oczami.
-Ale czy kontaktuje pan?- detektyw spojrzał niechętnie na gospodarza domu- Słyszał pan, co powiedziałem.
-Oczywiście- wzruszył ramionami Cage- Lecz co ja mogę?- powiedział zrezygnowany- Czekam jedynie cierpliwie, aż po mnie przyjdą. Już nawet się spakowałem- wskazał ruchem głowy na małą walizkę, stojącą w koncie.
-O…- Castorowi zrobiło się trochę głupio, lecz natychmiast przypomniał sobie, iż jest profesjonalistą; odchrząknął- W taki razie jestem tu tylko po to, aby wydobyć od pana nazwisko ostatniego pańskiego klienta- wyjaśnił detektyw.
Na te słowa Albert Cage pierwszy raz podczas tej wizyty, a może nawet tego całego dnia, zaśmiał się i to dosyć porządnie. Castor patrzył na niego zdezorientowany.
-Przepraszam, ale co pana tak śmieszy?- zapytał bez cienia irytacji, czy zdenerwowania.
-Mój ostatni klient- odparł mężczyzna w końcu, ocierając załzawione oczy.
-A co jest w nim takiego śmiesznego?- od około siedmiu minut Castor utrzymywał zachęcający ton głosu i dalej się go trzymał, bo przynajmniej dawał lepsze rezultaty niż pewność siebie.
-Zaraz, mam tu jego nazwisko- Albert Cage wstał, podszedł do szuflady komody, z której wyciągnął jakiś świstek papieru- Zaraz, zaraz… gdzie to jest- błądził wzrokiem po kartce- Ach, no tak, na samym końcu, o tu- powiedział, wręczając gościowi notatkę.
Castor spojrzał na nią z wyraźnym zainteresowaniem, lecz wcale nie zdziwił się, gdy ujrzał znane nazwisko; ,,Michael Tuttiholmes, 20 gram amfetaminy”.
-Czy jest pan z nim jeszcze umówiony?- zapytał Castor w zamyśleniu.
-Nie, ale…
-W takim razie proszę to zrobić; dziś o 21.00 u pana. Powie mu pan, że ma dla niego kolejne dwadzieścia gram. Ja przyjdę wcześniej i poczekam tu na niego.
W pokoju zaległa cisza, która bardzo zdziwiła detektywa; spodziewał się jakiejkolwiek, najlepiej aprobującej, reakcji ze strony pana Cage, lecz ten milczał jak grób. Mężczyzna spojrzał na niego ostro.
-Zrozumiał pan?- zapytał podobnym tonem jak spojrzenie.
-Nie do końca- wybełkotał Albert Cage.
Castor westchnął.
-Michael tu przyjdzie, lecz miast zastać pana, spotka mnie.
-Lecz żona…
-Proszę ją zatem gdzieś zabrać- ton głosu Tuttiholmesa przybrał barwę nieznoszącą sprzeciwu.
-Lecz…
Lecz detektyw Tuttiholmes już wyszedł. Mężczyzna szedł ulicą w stronę postoju dla dorożek raczej niewzruszony nowym odkryciem. Zasadniczo bardziej się z tego powodu cieszył- będzie miał podstawy do tego, by dołożyć bratu. Naturalnie usprawiedliwi się nerwami, z powodu odkrycia nowego, aczkolwiek spodziewanego faktu. A znając ignorancję Michaela, ten nawet nie pomyśli, że to za to, co powiedział o Christine. Rozmyślając tak dotarł do postoju dla dorożek.
-Czym mogę służyć?- zapytał dorożkarz, kłaniając się lekko, lecz zobaczywszy detektywa, zamarł w pół ruchu- Czy coś się stało, sir?
Dopiero teraz Castor zdał sobie sprawę z tego, że na twarzy ma przyklejony chytry uśmiech. Natychmiast jednym ruchem warg zakrył swe plany przed całym światem. I dorożkarzem.
-Nie, nie- zaprzeczył, po czym podał właściwy adres.
Wieczorem Castor Tuttiholmes w punkt o 20.30 wrócił na Lexham Gardens. Drzwi znów otworzył mu pan Cage, lecz teraz wyraźnie można było wyczytać z jego twarz emocje, głównie strach i zdenerwowanie.
-Proszę, proszę, ale szybko- praktycznie wepchał swego gościa do środka- Lecz musi się pan ukryć na chwilę, ponieważ za momencik powinna tu być moja żona; jak najszybciej postaram się ją stąd zabrać.
-To ona już panu wszystko wybaczyła?- zapytał Castor, sam nie wiedząc, czy z ciekawości, czy z wścibstwa.
-Właśnie trwają nad tym prace- odparł Albert Cage, szukając czegoś w szufladzie komody.
Castor uśmiechnął się pod nosem. Wtedy podszedł do niego gospodarz.
-Proszę, pewnie się to panu przyda- wręczył mu kartkę, którą jeszcze dziś detektyw miał w ręce.
-No tak- mruknął Tuttiholmes.
Nagle obaj panowie usłyszeli odgłos otwieranych drzwi.
-Szybko, do kuchni!- Cage popchał Castora do pomieszczenia i zamknął za nim drzwi.
Detektyw dość dobrze słyszał oschły ton głosu pani Cage, błagalne słowa Alberta, aż w końcu niechętną zgodę małżonki i jego ponaglenia. Gdy w końcu wyszli, Castor po cichutku wymknął się z kuchni i udał się do salonu. Tam rozsiadł się wygodnie w fotelu naprzeciw drzwi do pokoju i czekał z kartką w ręce.
Parę minut po dwudziestej mężczyzna usłyszał pukanie do drzwi.
-Proszę!- zawołał, próbując imitować głos Alberta Cage’a.
Detektyw słyszał, jak drzwi otwierają się, słyszał szmery, zapewne zdejmowanego przez brata okrycia wierzchniego, aż w końcu zbliżające się kroki. Castor wyprostował się w fotelu i przybrał wojowniczą minę. Drzwi otworzyły się.
-Dobry wieczór, panie…- Michael przerwał; ujrzał w fotelu nie tego, kogo się spodziewał.
-Dobry wieczór, braciszku- powiedział słodko Castor, azaliż nie zmieniając wyrazu twarzy.
-Co ty tu do diabła robisz?- zaatakował go Michael.
Starszy przyjrzał się młodszemu; wychudł, lekko zarósł, co bardzo mu nie pasowało, miał obcięte włosy do ramion, lecz jego twarz ostro wyrażała targające nim emocje- oczy szeroko otwarte ze zdziwienia, aczkolwiek spojrzenie miał ostre i zimne. Usta zaciśnięte w wąsko kreskę, wyrażały upór, który chciał zapewne użyć w zbliżającej się kłótni, ręce położył na biodra, by zaznaczyć, iż mimo wszystko jest gotowy na konfrontację. Mięśnie napięły mu się pod wpływem emocji, a zwłaszcza te na twarzy, co sprawiało mylne wrażenie, iż jest to osoba stateczna, pewna siebie, logiczna i racjonalna, czyli, prócz pewności, wszystkie przeciwieństwa Michaela.
-Ach, braciszku- Castor wbił mocno wzrok w stojąca przed nim postać- przecież wiesz, że nic się przede mną nie ukryje, a zwłaszcza to, skąd bierzesz narkotyki.
-To ciekawe- skinął głową Michael, ani na jotę nie zmieniając swej postawy ani wyrazu twarzy.
-Jesteś za głupi, aby ukryć cokolwiek- ciągnął Castor, starając się sprowokować młodszego.
-Doprawdy?- Michael założył ręce na piersi- Ale jakoś sobie radzę, mieszkając z Christine.
-Tak?- detektyw uniósł wysoko brwi- Ale chyba ci to ciąży, nieprawdaż? Przecież jeszcze dziś rano pobeczałeś się z tego powodu- Castor wstał- ,,Ja już jej dłużej nie wytrzymam”, ,,To było najgorsze, co mogłem zrobić”, ,,Jak chcesz, dzieciaka też ci oddam” i tak dalej!- uniósł się.
Michael patrzył na niego kompletnie zdezorientowany.
-O czym ty mówisz?- zapytał cicho.
-Co, już nie pamiętasz?- Castor ściszył głos- Pewnie zaraz po powrocie z ,,Grecian” urżnąłeś się, albo wziąłeś coś i teraz nie pamiętasz.
-Powrocie skąd?
Starszy prychnął.
-Przestań łżeć, jesteśmy tu sami, nie musisz udawać- podszedł do niego; stali teraz tylko kilka milimetrów od siebie- Powiedz prawdę- Christine ci ciąży i dlatego przychodzisz do takich oszustów jak Cage po coś na uspokojenie nerwów skołatanych przez narzeczoną.
-Nie wiem, o czym mówisz- Michael wyraźnie przeliterował to zdanie.
-Akurat- Castor znów prychnął- Jesteś żenujący.
-To ty jesteś żenujący wysnuwając takie przypuszczenia- zripostował Mick; podszedł jeszcze bliżej do brata, o ile było to możliwe- Rzygać mi się chcę od tej twojej fałszywości; pozujesz za wcielenie wszystkich cnót, a tak naprawdę nie jesteś lepszym ścierwem niż ja.
To właśnie stanowiło pretekst dla Castora, aby uderzyć młodszego. Wycelował idealnie między przestrzeń pomiędzy okiem a policzkiem.
Michael upadł i chwycił się za bolące miejsce.
-Oszalałeś?!- zawołał na starszego- Czy już naprawdę nic dla ciebie nie znaczę?
Tym razem Castor zrobił coś, czego po sobie by się nigdy nie spodziewał, czego nigdy by nie zaplanował- splunął wprost na pierś brata, po czym wyszedł z godnością.
Michael leżał oszołomiony; jeszcze nikt nigdy tak go nie potraktował, a traktowano go już w wieloraki sposób. A to bolało jeszcze bardziej, ponieważ został poniżony przez rodzonego brata, który kiedyś dla niego faktycznie był wzorem do naśladowania. Jednak z wiekiem zaczął dostrzegać i jego wady. Może właśnie dlatego się buntował? Miał za złe bratu, iż ten nie jest ideałem. O tym wszystkim mężczyzna pomyślał sobie leżąc na podłodze w mieszkaniu Alberta Cage’a. Niestety zdawał sobie sprawę, iż kiedyś musi wstać, zwłaszcza, iż Christine została sama w domu, a nie chciał zawieść jej zaufania, które z dnia na dzień rosło w siłę.


Michael wrócił do domu. Pierwsze, co go uderzyło po wejściu do salonu, była nieprzenikniona ciemność, przez którą przedzierał się jedynie słaby blask gasnącego kominka. Zauważył siedzącą na fotelu postać.
-Christine?- wszeptał.
Postać wstała i odwróciła się w jego stronę. Ciemność zasłaniała jej twarz.
-Ach, więc nareszcie jesteś?- powiedziała kpiąco.
-T-tak- zająkał się mężczyzna wciąż szepcząc- Coś się stało?
Kobieta pokręciła głową.
-Nie- również wyszeptała- Po prostu martwią mnie twoje późne powroty do domu- zaczęła kroczyć w jego stronę- Chciałabym mieć cię na chwilę dla siebie. Tylko dla siebie- zaakcentowała partykułę.
-Nie jestem twoją własnością- odparł Michael, jakby wbrew sobie.
-Tak?- kobieta przedłużyła słowo- Jak nie moją, to czyją?
-Moją- Mick zaczął się bać, a zarazem wycofywać.
-Nie sądzę- zaśmiała się Christine.
-Jackie..- zaczął Michael; chciał ją udobruchać.
On wycofywał się, ona kroczyła na przód. W końcu dotarli do końca, czyli ściany.
-Odsuń się, chcę przejść- mówił Michael, lecz głos coraz bardziej uwierał mu w gardle.
Wciąż nie było widać twarzy Christine, lecz kobieta położyła delikatnie swe dłonie na szyi narzeczonego; pochyliła się do jego ucha.
-Jesteś tylko mój- wyszeptała.
Michael poczuł, że ucisk staje się coraz mocniejszy. Chciał ją odepchnąć, lecz nagle stracił całą swą siłę. Kobieta powaliła go na ziemię i dalej dusiła.
-Pora umierać- powiedziała wesołym tonem.
-Nie..- tylko tyle Michael zdołał wykrztusić.
Nagle mężczyzna zebrał w sobie wystarczająco dużo siły, by chwycić przeciwniczkę za ramiona i choć trochę ją odepchnąć. Wtedy na jej twarz padło słabe światło z kominka i Mick nareszcie mógł ujrzeć jej wyraz twarzy. Lecz to, co zobaczył przeraziło go; to nie była twarz Christine- jeden kącik ust dziewczyny wygięty w górę, drugi w dół, a same wargi koloru krwi. Policzki były zapadnięte, a kości policzkowe wystawały, prezentując swą ostrość, oczy przekrwione, z czarnymi tęczówkami i siwe pasma opadające na oczy.
-Jesteś mój!- krzyknęła nie swoim głosem.
Michael odepchnął ją i uciekł w stronę drzwi do sypialni. Jednak warkot dopbiegający z tyłu kazał mu się raz jeszcze odwrócić. Mężczyzna ujrzał swą narzeczoną, z której ust toczyła się piana, a z kąciku obojga oczu zaczęła płynąć krew.
-Kim jesteś?- wyszeptał; wciąż nie mógł głośno mówić.
Jednak zamiast odpowiedzi, mężczyzna usłyszał warczenie. Wystraszył się i natychmiast uciekł do sypialni.
-Jestem tobą- usłyszał głos za sobą.
Michael natychmiast się odwrócił. Na środku sypialni stało podłużne lustro, a w nim- jego odbicie. Lecz odbicie żyło własnym życiem.
-Kim, przepraszam bardzo?- zapytał.
-Nikim- odbicie wzruszyło ramionami.
-Mówiłeś, że mną- poprawił go Michael.
-No właśnie- odbicie uśmiechnęło się chytrze; przypominało teraz Castora.
-Nie- Michael zaczął się wycofywać.
-Idziesz tam?- zapytało spokojnie odbicie- Do diabła?
-Do Christine- sprostował Michael.
Odbicie znów się uśmiechnęło.
-Zostań ze mną- zabawimy się- odbicie wyciągnęło rękę w stronę mężczyzny.
Michael jęknął i odwrócił się w stronę drzwi. Próbował je otworzyć, lecz ktoś je zamknął.
-Mick?- zapytał słaby głos z tyłu.
Tuttiholmes natychmiast rozpoznał ten głos. Czym prędzej odwrócił się i ujrzał swą starą przyjaciółkę.
-Camii?- wyszeptał.
W lustrze zobaczył jeszcze dziś widzianą dziewczynę, lecz z łagodniejszymi rysami i pięknym uśmiechem.
-Chyba się mnie nie boisz?- roześmiała się.
-Nie- Michael również się uśmiechnął; głos zaczął mu wracać.
Mężczyzna skierował kilka kroków w stronę lustra.
-Mick?
-Tak?- zatrzymał się.
Uśmiech Camii począł bladnąć, gdy ta patrzyła na przyjaciela.
-Sypiesz się, mój drogi- powiedziała delikatnie.
Michael spojrzał po sobie. Kawałki jego ciała jak głazy zaczęły odpadać. Wnet jego nogi posypały się, a mężczyzna skurczył się do rozmiaru karła.
-Już niedługo- powiedziała cicho Camii- To twoje słowa- uśmiechnęła się diabelsko.
Tym razem Mick nie mógł już nic powiedzieć; zapadał się coraz bardziej. 
CDN...