ROZDZIAŁ SZÓSTY
Nazajutrz Antonina znów samotnie zeszła do restauracji Marysi, gdzie
gospodyni jak co rano powoli zabierała się do pracy.
-
Wyglądasz jak pracownicy MacDonalda z rana – Zaśmiała się
dziewczyna – Pracowałam tam jakiś czas i pamiętam tę leniwą
atmosferę, gdy nie ma zbyt wielu gości; można było pogadać,
poznosić towar, uzupełnić kubki, torebki, słomki... Fajna praca.
-
Poranki są wyjątkowe – Marysia rozmarzyła się, wycierając i
układając szklanki na pułkach – Ten hotel to spełnienie moich
marzeń, symbol niezależności i samodzielności, za którymi
tęskniłam latami – Westchnęła nostalgicznie – A ty znowu
sama? - Wróciła do rzeczywistości.
-
Tak właściwie miałam nadzieję spotkać Maurycego – Tosia
zaczęła wykręcać palce u jednej ręki; denerwowała się rozmowy,
zaplanowanej poprzedniego dnia.
-
Pewnie się tu zjawi, zwłaszcza że poczta do niego przyszła –
Marysia wskazała na stos listów leżących na blacie baru.
-
Nie jest zanoszona do jego domu? - Zapytała Antonina, siadając przy
najbliższym stoliku.
-
Nie ma skrzynki na listy, a listonosz wie, że trzeba je zanieść do
mnie.
-
Dlaczego jej nie założy? Boi się czegoś?
-
Raczej nie; pewnie jest to kwestią przyzwyczajenia.
-
To może zaniosę mu te listy? - Dziewczyna wstała nieśmiało.
-
Chyba nie ma takiej potrzeby – Stwierdziła Marysia, patrząc w
stronę drzwi.
Tosia
spojrzała w tym samym kierunku i ujrzała pana Zwodzkiego, znów w
białej koszuli włożonej do wąskich czarnych spodni, lecz tym
razem miał na sobie płaszcz.
-
Ile ty masz lat, sześćdziesiąt, że tak wcześnie wstajesz? -
Zaśmiał się, ujrzawszy dziewczynę.
-
Dowcipniś się znalazł – Tosia pokręciła głową – Możemy
pogadać? - Zapytała, gdy Maurycy usiadł obok niej.
-
Oczywiście, ale najpierw kawa – Mężczyzna uśmiechnął się
przymilnie do swojej przyjaciółki, która po dwóch minutach podała
jemu i jego towarzyszce gorący napój.
-
Tu leżą twoje listy – Odparła kobieta, wskazując na bar, po
czym wróciła do obsługi klientów.
-
O czym chcesz pomówić? - Zapytał Maurycy od niechcenia.
-
Czy kojarzysz kobietę, o imieniu Józefina Kuleszka? - Każde
kolejne słowo wypowiedziane przez dziewczynę było wolniejsze.
-
Z tego co wiem, pochodzi z Samary i miała za zadanie sprowadzić cię
tutaj – Odpowiedział mężczyzna pewnie; wyraz jego twarzy był
wybitnie spokojny.
-
A co się z nią stało? Gdy obudziłam się wraz z moimi
przyjaciółmi, nie było jej obok nas – Tosia nie dała się zbyć;
skrzyżowała ręce na piersi.
-
Pewnie wróciła do domu; po wypełnieniu misji nie miała już czego
tu szukać.
-
Myślałam, że mnie polubiła.
-
To chyba tylko ty tak myślałaś – Maurycy uśmiechnął się
sarkastycznie.
Tosia
przełknęła ciężko ślinę.
-
Mogę się z nią spotkać? - Zapytała, ale już mniej pewnym
głosem.
-
Wątpię, czy zechce.
Dziewczyna
wpatrywała się ze skupieniem w mężczyznę; w środku czuła coraz
bardziej narastający gniew.
-
Pokaż mi, proszę, lewe przedramię – Wycedziła ostro.
Maurycy
uśmiechnął się pod nosem.
-
Po co? - Zapytał.
-
Dobrze wiesz.
Uśmiech
mężczyzny powoli opadał, a jego oczy przybrały smutny wyraz.
-
To nie ma większego znaczenia, ale dobrze – Odparł Maurycy
zrezygnowanym tonem, po czym podwinął lewy rękaw płaszcza oraz
koszuli i wyciągnął rękę w stronę Tosi.
Dziewczyna
zacisnęła wargi w wąską kreskę, gdy ujrzała wytatuowany napis:
,,Where do we go now? Anyway the wind blows”.
-
Oszukałeś mnie – Wysyczała, patrząc groźnie na mężczyznę.
-
Wypełniałem jedynie rozkazy – Maurycy wytrzymał spojrzenie
dziewczyny; mówił twardym tonem, nie czując skrupułów.
-
Ale nie mogłeś mi wszystkiego wyjaśnić, gdy tylko się tu
zjawiłam? - Głos Tosi załamał się.
-
Po co? - Zapytał Maurycy niedbale.
-
Aby być szczerym? - To było pytanie retoryczne – Ku czemu miały
służyć te kłamstwa?
-
Czy ja cię okłamałem? - Mężczyzna zmarszczył brwi – Jedynie
nie powiedziałem ci prawdy na temat Józefiny.
-
Jak to? A ta bajeczka, którą mi przed chwilą sprzedałeś? -
Zapytała dziewczyna kpiąco.
Maurycy
uśmiechnął się pod nosem.
-
Oboje wiedzieliśmy, jak to się skończy, miałem po prostu
nadzieję, że jesteś bardziej naiwna niż wyglądasz – Odparł.
Tosia
otworzyła szeroko usta.
-
Czy ty mnie obrażasz? - Zapytała oburzona.
-
Tylko stwierdzam fakt – Mężczyzna wzruszyła ramionami,
rozsiadając się wygodnie – Takie było moje zadanie – ocenienie
cię.
-
I? - Pytanie było zadane wyzywającym tonem; Tosia skrzyżowała
ręce na piersi.
-
Pamiętasz, jak przyszedłem do ciebie wieczorem, niby to pijany?
Wtedy praktycznie wszystko ci powiedziałem, skrócę zatem tamten
wywód do jednego słowa – jesteś konformistką, a może i
oportunistką; przystosowanie się do grupy nowych znajomych dało ci
dobrą pozycję w społeczeństwie studenckim oraz chłopaka, który
od razu ci się spodobał. Niestety skutkiem ubocznym jest głupota i
naiwność.
-
Jak możesz tak mówić? – Antonina nie widziała, czy ma zacząć
krzyczeć czy płakać.
-
Myślisz, że ja jestem podły, lecz to ty wykazałaś się większą
podłością, odwracając się ode mnie i oceniając poprzez pryzmat
nowych koleżanek – pustych i zapatrzonych w siebie, w efekcie
czego stałaś się taka sama, jak one.
-
Jesteś...
-
Niesprawiedliwy? - Maurycy wpadł jej w słowo, znów uśmiechając
się kpiąco – Nie powiem ponownie, kto zachował się
niesprawiedliwie w stosunku do kogo.
Tosia
przełknęła ciężko ślinę.
-
Przedstawiłeś komuś swoją subiektywną ocenę? - Zapytała,
akcentując przymiotnik.
-
Jeszcze nie; czekam na poprawę, bo mimo twojego słabego charakteru
wierzę, że wyjdziesz na ludzi.
-
Ojej, dziękuję – Tosia naburmuszyła się i wstała, lecz zaraz
potem usiadła – A co z... łazienką? - Zapytała ściszonym
głosem.
Uśmiech
mężczyzny rozszerzył się.
-
To chyba lepiej, że całowałaś się ze mną, a nie z, według
ciebie – wariatką – Odparł niskim głosem.
-
Niby tak – Antonina z nerwów zagryzła wargi.
-
Nie mów, że ci się nie podobało? - Maurycy nachylił się w
stronę dziewczyny.
-
Mam nadzieję, że to się nigdy nie powtórzy – Tosia przymknęła
oczy.
-
Jeśli się nie zmienisz, to z chęcią obiecam ci, że się do
ciebie nie zbliżę.
-
Świetnie – Dziewczyna westchnęła ciężko, nerwowo – Ale ty w
końcu jesteś gejem, czy nie? - Wypaliła nagle.
-
Co masz na myśli? - Maurycy w zdezorientowaniu zmarszczył brwi.
-
Pocałowałeś Karola – Dziewczyna wymówiła te dwa słowa w
wolnym tempie.
-
Tylko po to, aby go ugryźć – Odparł mężczyzna, dławiąc
śmiech.
-
A co z moimi rodzicami?
-
Ale ty szybko zmieniasz tematy – Maurycy pokręcił głową z
podziwem, odsuwając się od swej rozmówczyni – Co ma być z
twoimi rodzicami?
-
Byłeś u nich?
-
Ktoś musiał wyjaśnić państwu Kruczyńskim, dlaczego ich córka
nagle zniknęła.
-
A przebrałeś się chociaż w normalne ciuchy?
-
A po co? - Maurycy wyszczerzył zęby w uśmiechu.
-
Co za wstyd... - Tosia przysłoniła ręką oczy.
-
Ja akurat dobrze się bawiłem, twoja mama wydawała się zadowolona,
widząc mnie po tylu latach, tylko twój ojciec jest jakiś taki
drętwy.
-
Ty specjalnie chcesz mnie jeszcze bardziej wkurzyć? - Dziewczyna
rozszerzyła palce i spojrzała na mężczyznę spode łba.
-
A jak myślisz? - Maurycy wciąż był z siebie bardzo zadowolony.
-
Po co to zrobiłeś? - Ręka Antoniny opadła, a ona sama
wyprostowała się i spojrzała wyzywająco na mężczyznę – Chyba
miałeś się w co ubrać, skoro przyszedłeś po Łucję do klubu,
wyglądając normalnie.
-
Skąd o tym wiesz? - Maurycy spoważniał – A, no tak –
Uśmiechnął się pod nosem – Twój Michał wszystko ci
opowiedział.
-
Kim jest dla ciebie Łucja? A może to też facet, w końcu się
całowaliście.
-
Przestań już, ty homofobko – Odparł Maurycy niby żartem, lecz
tak naprawdę insynuacje w stosunku do jego orientacji seksualnej
zaczęły go denerwować – To moja przyjaciółka, tylko mi
pomagała; pocałunek miał sprawdzić twoją tolerancję.
-
I co wywnioskowałeś? - Zapytała dziewczyna z kpiną.
Mężczyzna
spojrzał w górę.
-
Niby ci to nie przeszkadza – Mówił – Ale chyba wolisz się od
takich trzymać z daleka – Przeniósł wzrok na pannę Kruczyńską
– Może też dlatego mnie odtrąciłaś? To bolało – Chwycił
się za serce i zrobił minę zranionego kundla – A ja tak
wierzyłem w to, że będziemy przyjaciółkami – Kpina w jego
głosie była aż nazbyt wyraźna.
-
Jesteś beznadziejny – Tosia zmarszczyła nos, jak z obrzydzenia.
-
Nie ty pierwsza mi to mówisz – Mężczyzna pozostał niewzruszony
– Lepiej skończmy tę rozmowę – Nagle przeszedł do dosyć
oficjalnego tonu – Zawołaj swoją paczkę i będziemy się powoli
zbierać – Wstał.
-
Gdzie?
Maurycy
westchnął.
-
Niestety dziś pokażę wam wyniki mojej pracy oraz zespół, który
mi w tym pomagał; mówiłem ci o współpracy z marzycielami?
Powinnaś wiedzieć, czego ona dotyczyła – Mężczyzna podszedł
do Marysi, aby się z nią pożegnać i zabrać pocztę, po czym
wyszedł bocznymi drzwiami, prowadzącymi na korytarz, nawet nie
patrząc na Antoninę.
Czterdzieści
pięć minut później Maurycy wyszedł ze swojego domu, który
znajdował się kilkanaście metrów od hotelu Marysi. Mężczyzna
był zamyślony, machinalnie zamknął drzwi na klucz i podążył w
kierunku restauracji. Ręce trzymał w kieszeniach płaszcza, głowę
miał zwieszoną i uporczywie wpatrywał się w ziemię, marszcząc
brwi. Nie zwracał uwagi na śpiew ptaków, ani na piękną,
wczesnojesienną pogodę, ponieważ za bardzo skupiony był na
rozmowie z Tosią oraz zaproszeniu, które właśnie otrzymał.
Panna
Kruczyńska z jednej strony fascynowała mężczyznę, z drugiej go
bardzo denerwowała swym zachowaniem. Maurycy wiedział, że
fascynacja, ze źródeł której zdawał sobie doskonale sprawę,
doprowadzi ich oboje jedynie do zguby, a nie przepadając za
dziewczyną, mężczyzna wyświadczy i sobie, i jej przysługę.
Ponadto miał już dość kłopotów z kobietami i jakiś podlotek,
zwłaszcza niezbyt rozgarnięty, nie był mu do szczęścia
potrzebny. Doszedłszy do takiego wniosku, Maurycy westchnął z
ulgą, uśmiechnął się do siebie i żywszym krokiem poszedł w
stronę hotelu swej przyjaciółki, z którego akurat wychodziła
czwórka przyjaciół.
-
Witam was, moje ptaszyny – Odparł nonszalancko – Gotowi?
-
Miejmy to już za sobą – Mruknęła Tosia i ruszyła przed siebie.
-
Podobno się posprzeczaliście – Michał zagadał Maurycego
złowrogim tonem – I podobno to ty jesteś Józefiną.
-
Nie z własnej woli – Odpowiedział mężczyzna, patrząc nie na
studenta, tylko na trzy dziewczyny idące przed nimi – O tym też
wspomniała?
-
Tak, ale mimo to trzymam jej stronę.
-
Jakżeby inaczej – Prychnął Maurycy.
-
Za kogo ty się uważasz? - Syknął Michał.
-
Za nikogo, ja wiem, kim jestem.
-
Masz o sobie zbyt wielkie mniemanie.
-
A ty za dużo gadasz – Odparł mężczyzna, wyprzedzając Michała
oraz jego przyjaciółki – Pojedziemy metrem – Odezwał się do
całej czwórki, skręcając w prawo, na chodnik, ponieważ do tej
pory szli przez łąkę.
-
Macie tu metro? - Zapytała Kaśka z kpiną.
-
Tak, aby nie niszczyć piękna przyrody – Wyjaśnił Maurycy
sarkastycznie – Wszystko dla zachowania pozorów sielskiej krainy.
Metro
nie wyróżniało się niczym szczególnym i gdyby Tosia nie
wiedziała, że znajduje się w Krainie Marzycieli, sądziłaby, że
jest w Londynie lub Paryżu. Przejażdżka była dla niej przyjemna,
głównie dzięki przyglądaniu się podróżującym; niektórzy
słuchali muzyki, inni czytali gazety, rozmawiali ze sobą nawzajem,
a pozostali wpatrywali się przed siebie bezmyślnie. Rozpamiętywali
przeszłość, planowali przyszłość, przygotowywali umysły na
zmierzenie się z rzeczywistością. Antonina stała między nimi,
analizując ich charaktery, które wydały się jej w pierwszej
chwili nudne, by mniej więcej w połowie drogi, po wjechaniu na
otwartą przestrzeń, dostrzec w blasku słońca unikatowość
mieszkańców. Dziewczyna rozpromieniła się na widok bladej twarzy
matki, trzymającej na rękach śpiące dziecko. Ujrzała miłość i
opiekuńczość, a starszy, zniedołężniały pan stojący obok
kobiety, wydał się Tosi ostoją klasyki i tradycji. Wszystko
prysło, gdy ujrzała wpatrzone w nią, smutne oczy Maurycego.
-
Coś nie tak? - Zapytała niegrzecznie.
-
Nie – Na miejscu smutku zagościł pozorny, ciepły uśmiech –
Będziesz kiedyś nimi wszystkimi rządzić i to nie będzie takie
proste, jak ci się wydaje.
-
Skąd możesz wiedzieć, o czym myślę?
-
Widzę to – Jego oczy znów przybrały smutny wyraz – Tylko
pozornie obrazek ludzi jadących metrem ma jakieś znaczenie.
-
Można w ten sposób nawiązać nowe stosunki.
-
Raczej krótkotrwałe, bo nikt wsiadając do metra nie myśli o tym,
kogo tam spotka, tylko dokąd zmierza. Tamta kobieta – Wskazał na
matkę z bobasem – Jest wymęczona, pewnie zawozi dziecko do
żłobka, albo do rodziny i zaraz potem jedzie do pracy; gdyby czekał
ją odpoczynek, nie byłaby taka spięta. Tamten starzec ma
żółtaczkę, pewnie jedzie do szpitala.
-
Skąd wiesz, że jest chory? - Tosia zmarszczyła brwi – Oczy?
-
Tak, poza tym to mój pacjent – Maurycy spojrzał wprost w oczy
Tosi – Poznawszy tych ludzi, uświadomisz sobie ogrom ich
problemów, który widzisz jadąc tunelem, ale nie dostrzegasz, gdy
są w otoczce ładnej pogody; będziesz musiała rozwiązać ich
trudności, nigdy zapewne nie poznawszy, czym jest choroba i
wyczerpanie, dlatego czeka cię trudne zadanie.
-
Dlaczego ty mi to wszystko mówisz?
-
Ponieważ musisz przestać marzyć, jak robiłaś to całe życie z
książką w ręku, aby tu przetrwać.
-
Ty przestałeś marzyć? - Zapytała Tosia, przełknąwszy ciężko
ślinę.
-
Tak i zamiast tego koncentruję się na przetrwaniu.
-
Nie jesteśmy w dżungli – Wycedziła dziewczyna przez zęby w
chwili, gdy kolejka się zatrzymała.
-
Nie? - Zapytał Maurycy z ironicznym uśmiechem, po czym udał się
do wyjścia – Zaraz się przekonamy! - Krzyknął, stojąc wśród
wsiadających mieszkańców i czekając, aż przyjaciele do niego
dołączą – Spróbujcie się nie zgubić – Poradził, mierząc
ich wzrokiem.
Maurycy
szedł na przedzie, nie widząc, jak Kasia i Asia zachwycały się
Stanem Ignatium i znajdującym się w nim mieście – Muenetą.
Wysokie wieżowce, bogato przystrojone wystawy sklepowe, eleganccy
ludzie i aura ekskluzywności, na widok których dziewczyny otwierały
szeroko usta z wrażenia. Biżuteria w gablotach rozświetlała ich
oczy, a przystojny maklerzy rozszerzali ich wargi w uśmiechu.
-
Czuję się jak w Nowym Yorku – Powiedziała Asia, która miała
wrażenie, jakby po raz kolejny znalazła się w innym świecie –
lepszym, bogatszym i bardziej snobistycznym.
-
Będziemy mieć potem kilkadziesiąt minut przerwy, o ile wszystko
pójdzie zgodnie z planem – Mówił Maurycy tonem przewodnika –
Zatem pozwolę wam pobiegać po sklepach.
-
Dziękujemy – Kaśka próbowała być kąśliwa, lecz nie pozwolił
jej na to zachwyt, którym emanowała całą sobą.
Niecałe
trzy minuty później pięć osób stanęło przed jednym z wysokich
budynków – białym, z wypolerowanymi oknami i wielkim napisem:
,,Instytut Medyczny Krainy Marzycieli, Stan Ignatium”. Weszli do
środka, do recepcji, gdzie spotkali młodą kobietę, bardziej
przypominającą modelkę, niż sekretarkę. Miała na imię Eliza i
z uśmiechem potwierdziła zaplanowaną przez Maurycego wizytę.
Mężczyzna zaprowadził swych towarzyszy do windy i kazał im jechać
na szóste piętro, samemu chcąc wejść po schodach, z powodu
klaustrofobii, jednak Kaśka i Michał zmusili go, by jechał z nimi.
Maurycy niechętnie zgodził się, lecz całą drogę miał zamknięte
oczy, by nie widzieć ścian wokół siebie. Odetchnął głęboko,
gdy drzwi windy otworzyły się szeroko, przywracając mężczyźnie
pewność siebie. Dumnym krokiem zaprowadził znajomych na Oddział
Badań nad Lekami.
Przyjaciele
weszli przez oszklone drzwi i zobaczyli pięć, równorzędnie
ustawionych wzdłuż pomieszczenia stoisk, zamkniętych w szklane
pokoiki. W każdym z nich po obu stronach stały dwa, długie blaty.
Po prawej stronie, na samym końcu znajdowało się biuro, jako
jedyne oddzielone od reszty świata normalną ścianą. Zaraz po
lewej stronie, pod ścianą, stały szare: kanapa i fotel oraz biały
stolik. Obok nich stała wielka szafa, wypełniona książkami,
teczkami i klaserami.
-
Witam w moim świecie – Odparł Maurycy – Zaczekajcie na chwilę
– Powiedział, po czym zniknął w korytarzu, znajdującym się po
lewej stronie, koło okien, które zajmowały całą przednią
ścianę, by po chwili wrócić, ubranym w biały kitel lekarski –
Wymóg zakładu – Wyjaśnił, widząc rozbawione miny czwórki
przyjaciół – Zapraszam tutaj – Wskazał pierwszy boks, w którym
znajdowała się dwójka osób – Oto moi współpracownicy –
Gabriela Mocarska – Wskazał dziewczynę średniego wzrostu, z
falowanymi, niedługimi brązowymi włosami, przyjemną twarzą, o
apetycznie zaokrąglonych biodrach – A to jest Radosław Mueneta –
Młodszego od swej koleżanki chłopaka, wysokiego, o mysiej urodzie,
w kwadratowych okularach i z rzadkimi, brązowymi włosami.
-
Masz na nazwisko tak samo, jak ten Stan – Zauważyła Asia, szeroko
się uśmiechając, gdy ścisnęła dłoń młodego chłopaka.
-
Tatuś Radzia to burmistrz miasta, ale nasz młody naukowiec chce się
uniezależnić od tatusia – Wyjaśnił Maurycy zgryźliwym tonem,
opierając się o jeden z długich stołów.
-
On tak zawsze – Radek machnął ręką; komentarz spłynął po nim
jak po kaczce – Lecz faktycznie, mój tata jest burmistrzem, ja
jednak staram się wyjść spod jego wpływów.
-
Byleby to nie był szczeniacki wybryk – Rzuciła Kaśka tonem
starej nauczycielki.
-
Radek to najnudniejszy młody człowiek w Krainie Marzycieli, zatem
nie bój się, Katarzyno droga, że jutro dowiesz się, iż czeka go
pępkowe – Stwierdził Maurycy, uśmiechając się zjadliwie.
-
Abstrahując od tego, kim jest Radek, myślałem, że w innych
stanach również rządzą królowie – Wtrącił Michał.
-
Królowie to tylko ci, którzy się nie podporządkowali, reszta to
zwykli biznesmeni – Wyjaśnił Maurycy, krzyżując ręce na
piersi.
Mężczyzna
zamilkł i począł przyglądać się otaczającym go osobom,
nawiązującym między sobą nowe znajomości. Wydawali się tacy
niewinni i nieświadomi krzywdy, gdy tak stali w tym sterylnym,
oddzielonym szybami od reszty społeczeństwa laboratorium, które w
niczym nie przypominało metra ze swym dualizmem. Ten kawałek świata
wydawał się być paradoksalnie bezpiecznym, choć był przecież
lęgowiskiem chorób i cierpień z nimi związanymi, o czym Maurycy,
Gabrysia i Radek doskonale wiedzieli, lecz nie zdawali sobie z tego
sprawy goście Instytutu. Mężczyźnie ten widok zbrzydł; otaksował
zebranych spojrzeniem pełnym zdegustowania.
-
Koniec tych umizgów – Mruknął, stając prosto i opuszczając
ręce – Przejdźmy do konkretów.
Przyjaciele
z Krakowa choć umilkli, to byli niezadowoleni z reakcji opiekuna.
Szorstkie uwagi mężczyzny zwłaszcza w Tosi wywoływały uderzenia
gorąca i złowieszcze myśli.
-
Moc, którą za niebawem posiądziesz, moja droga – Maurycy
spojrzał na Tosię, splatając ręce z przodu, jak do modlitwy –
Oprócz biletu na królewski tron, niejednokrotnie będzie w stanie
uratować ci życia, choć równocześnie... - Zrobił efektowną
pauzę – Zabija cię.
Antonina
wciągnęła głęboko powietrze do nosa.
-
O czym ty mówisz? - Zapytała ostro.
-
O bionie, czyli swego rodzaju cząsteczce lub sile, jak to woli,
która oprócz mocy, zaraża cię, powodując chorobę, zwaną
Czerwoną Śmiercią.
-
Nie było tego w książę – Nerwy powoli opadały z dziewczyny,
ustępując miejsca przerażeniu.
-
Chyba nie muszę powtórnie powtarzać, jak odmiennie został
wykreowany świat w tej powieści – Mężczyzna machnął ręką ze
zniecierpliwieniem – Wróćmy jednak do meritum; wraz z Radkiem i
Gabrysią wynaleźliśmy odtrutkę, jednak działa ona tylko na tych
Marzycieli, którzy są we wczesnym stadium choroby, ponieważ nie
pojawia się ona od razu, lecz dopiero między dwudziestym a
dwudziestym piątym rokiem życia, o ile moc jest w użyciu. Wskazane
jest jednak przyjęcie odtrutki przez wszystkich, aby choć trochę
wycofać chorobę i może przedłużyć życie o kilka lat, choć to
jeszcze nie jest pewne.
-
Na czym polega ta choroba? - Zapytał Michał, obejmując ramieniem
swoją dziewczynę, która nie potrafiła już wykrztusić żadnego
słowa.
-
Trucizna przedostaje się do krwi, powodując częste krwotoki,
najczęściej z nosa i uszu. Później pojawiają się bóle, na
przykład: klatki piersiowej, brzucha, nogi, nadgarstka itd., by
następnie zaatakować narządy wewnętrzne; ma się wtedy podobno
wrażenie, że kurczysz się od środka, co nie jest przyjemne –
Maurycy pokręcił głową – Marzyciele nie przeżywają długo,
najczęściej do stu lat, choć zdarzają się wyjątki.
-
Jak wygląda śmierć? - Tosia nieśmiało zabrała głos; była
blada na twarzy i oddychała ciężko, a jej głos drżał.
-
Następuje rozejście się mocy, który polega na rozszarpywaniu
narządów przez moc, często towarzyszy temu wpierw krwotok
wewnętrzny, a potem ogromny ból i krew wszędzie – Mężczyzna
wymówił ostatnie słowa wolniej, jakby się nad czymś zastanawiał;
patrzył w dół – Nie pytajcie mnie, jak to wszystko się dzieje,
czemu tak, a nie inaczej... Moc rządzi się swoimi prawami, nie jest
jakąś tam bakterią czy wirusem, stanowi ona samodzielny byt, który
potrafi obdarzyć nosiciela niezwykłymi darami, jednak musi on
zapłacić najwyższą cenę za nie – Spojrzał na zgromadzonych –
Wszystko jasne? To może wytłumaczę wam teraz na czym polega proces
odtruwania.
Wtem
Antonina wyrwała się z objęć Michała i jak pocisk wybiegła z
boksu, a następnie z biura, nie oglądając się za siebie.
Tosia
zbiegła w dół po schodach i ruszyła przez hall, nie przejmując
się zdziwionym spojrzeniem Elizy. Dziewczyna z impetem otworzyła
drzwi główne i dopiero po wyjściu na zewnątrz, poczuła ulgę.
Chciała wrócić do Krakowa, zapomnieć o Krainie Marzycieli oraz o
tym, że ma zostać królową. W jej życiu ta decyzja niewiele by
zmieniła, jednak mieszkańcy fantastycznego miejsca zostaliby bez
władcy i rozpoczęłyby się czasy zawodu i nieszczęścia.
Przynajmniej taka perspektywa ułożyła się w głowie Antoniny i
nie została ona nawet dobrze przemyślana, gdyż nagle przy
dziewczynie stanął Maurycy.
-
Wiem, że cię to przeraża – Odparł, wyciągając papierosa i
zapalając go – Pracowałem z Marzycielami i widziałem zarówno
strach w ich oczach, jak i nadzieję na lepsze życie. Jeśli nie
zgodzisz się na zabieg...
-
A może nie zgodzę się zostać królową? - Przerwała Tosia butnym
tonem, patrząc na mężczyznę spod ściągniętych brwi.
-
I zostawisz nas na lodzie? - Zapytał, robiąc minę pełną wyrzutu.
W
pannie Kruczyńskiej coś pękło.
-
,,Nie, nie możesz ich tak zostawić – Mówiła do siebie w duchu –
Jesteś im potrzebna, a co cię czeka w Krakowie? Kierunek bez
przyszłości".
-
Mam dla ciebie propozycję – Zaczął Maurycy spokojnym tonem,
wyrywając Tosię z zamyślenia – Przedstawię cię Marzycielowi.
Antonina
ze zdziwieniem spojrzała na swego opiekuna.
-
Przecież mówiłeś, że ich tu nie ma – Odparła powoli.
-
Powiedziałem, że nie chcą się ujawniać – Wyjaśnił mężczyzna,
zaciągnąwszy się; wypuścił dym – Jest jednak pewna starsza
pani, która mieszka za miastem, a której ja jestem lekarzem, zatem
prócz spraw stricte związanych z władaniem mocą, dowiesz się
również o Czerwonej Śmierci i zobaczysz osobę chorą na własne
oczy.
-
Dobrze – Odparła Tosia po chwili zastanowienia się – Zależy mi
na tym, aby ktoś kompetentny powiedział mi, co mam robić, aby stać
się Marzycielem – Powiedziała, krzyżując ręce na piersi i
patrząc na Maurycego wrogim spojrzeniem, po czym wróciła do
budynku.
Zwodzki
dopalił papierosa, po czym zamaszystym gestem rzucił go na bruk;
mężczyzna był zdenerwowany.
Maurycy
wrócił do swych towarzyszy, aby zaprowadzić ich do oddzielnego
pokoju, który przypominał salę szpitalną – kilkanaście łóżek
zostało ustawionych po obu stronach długiej, białej (a jakże)
sali. Nie było tam nic więcej prócz okien i pojedynczych nocnych
szafek obok każdego z łóżek.
-
Czuję się, jak w psychiatryku – Wyszeptała Asia, ujrzawszy
wnętrze pomieszczenia; każdy ze studentów pomyślał tak samo, co
napawało ich uczuciem niepokoju i lęku przed mniej sympatyczną
stroną Krainy.
-
Tutaj właśnie leżą pacjenci, którym została podana odtrutka –
Mówił Maurycy tonem przewodnika – Trzeba tu spędzić około
jednego dnia, jednak jest to podobno najdłuższy dzień w życiu –
Spojrzał spod uniesionych brwi na Tosię, której panika w
spojrzeniu omiatającym salę niemalże zdradzała myśli dziewczyny
– Jednak uratuje ci to życie.
-
Jak wygląda proces odtruwania? - Michał znów zabrał głos, tym
razem ostrzejszym tonem; był zły na Zwodzkiego, że tak bez
emocjonalnie przekazuje jego ukochanej tak przerażającą wizję jej
przyszłości.
-
Jest bardzo nieprzyjemny – Maurycy szybko spojrzał na łóżka, z
dziwnym, niespokojnym błyskiem w oku – Przede wszystkim pacjent
musi, że to tak nazwę, dostać lewatywę, ponieważ cały czas jest
przytwierdzony do łóżka. Potem podajemy odtrutkę dożylnie oraz w
postaci tabletek. Reszta to podobno katusze – wymioty, zawroty
głowy, ból w całym ciele, gorączka, zimne poty, problemy z
oddychaniem, ponadto jednym ze skutków było coś, co pacjenci
nazwali: ,,odczuwaniem mocy”, czyli trochę tak, jakby byli pod
wpływem narkotyków.
-
Byli na haju? - Wtrąciła Kaśka, z dziwnym uśmiechem, który
cisnął się jej na usta.
-
Raczej niezbyt przyjemnym i nie mam tu na myśli halucynacji,
jedynie, na przykład: doznań porównywalnych do latania czy
unoszenia się na wodzie, ale w ich ówczesnym stanie, Marzyciele
twierdzili, iż jest to najgorszy ze skutków przyjęcia leków.
-
Muszę to przejść? - Głos Tosi znów zabrzmiał jak mysi pisk.
-
Jeśli nie chcesz tak cierpieć całe życie i umrzeć przedwcześnie
w mękach, to tak – Maurycy wzruszył ramionami, jak gdyby los
Marzycieli, z Tosią włącznie, go nie interesował.
-
Kiedy mogę tu przyjść? - Nagle głos Antoniny stał się
odważniejszy, jakby w pełni pogodziła się z czekającą ją
próbą.
-
Dopiero jak wróci ci moc – Odparł mężczyzna twardo, jak gdyby
nie podobała mu się stanowczość w głosie studentki – A kiedy
to nastanie – nie wiadomo.
-
Wspomniałeś o pewnej staruszce – Dziewczyna nie wydawała się
być speszona warknięciem mężczyzny – Może dzięki niej już za
miesiąc zostanę królową.
Maurycy
prychnął.
-
Zobaczymy – Odparł tylko z kpiną – Zaraz tam pójdziemy –
Stwierdził po chwili ciszy – Lecz najpierw pójdziemy do mojego
chrzestnego; mam do niego sprawę.
-
To idź, my pójdziemy na sklepy – Zbuntowała się Kaśka.
-
I dla was korzystne będzie, jeśli go odwiedzicie – ma bogatą
bibliotekę i zapewne pozwoli wam wypożyczyć kilka dzieł naszej
Krainy.
-
Super – Mruknęła dziewczyna w odpowiedzi; wolałaby kupić kilka
ciuszków, niż przeglądać literaturę tej dziwnej Krainy.
-
Potem dam wam wolne – Odparł – Sam będę musiał odwiedzić
kilka sklepów.
Siedem
osób wyszło z Zony – tak potocznie nazwano tę salę – a
następnie Gabrysia i Radek pożegnawszy się wrócili do pracy, a
Maurycy poszedł odwiesić kitel, po czym zaprowadził znajomych do
wyjścia.
-
Jak ma na imię twój wujek? - Zapytała Tosia, gdy wyszli z windy;
wiedziała, jaka padnie odpowiedź, z czego jej rozmówca zdawał
sobie doskonale sprawę, dlatego jedynie spojrzał kpiąco na
dziewczynę.
CDN...