Bardzo przepraszam, że to tyle trwało, ale mam tysiąc rzeczy na głowie, a ponadto ostatnimi czasy z tego zmęczenia brakuje mi weny; miało być więcej, ale nie mogłam się powstrzymać ;)
NOWA RZECZYWISTOŚĆ
Enaret obudziła się z potwornym bólem głowy; nie pamiętał, co się stało, ani gdzie jest. Około dziesięciu minut zajęło mu, by uświadomić sobie, iż miejsce, w który się aktualnie znajduje nie leży na terenie Millenii.
-,, Przypomina to Ponna Superiore, a ta góra w oddali - Monte Generoso da Ponna - Myślał - Lecz co ja bym robił we Włoszech? Zaraz… - Nagle zaczął sobie przypominać - Scarlett, Fortis, test, aż w końcu - koronacja! I w tym momencie mężczyzna pojął wszystko, całe zachowanie jego młodszego brata w ostatnich dniach przestało być zagadkowe - Jak mogłem być taki naiwny… - Pokręcił głową z zażenowaniem; wtedy olśniła go kolejna prawda - Z pewnością Fortis i Morifia również zostali usunięci oraz… - Przełknął ciężko ślinę i schował twarz w dłoniach - Ojciec…” - Brutalność tej myśli odjęła na chwilę księciu władzę nad własnym ciałem; czuł się niby lekki powiew wiatru. Zdawało mu się, iż unosi się ponad siebie, opuszcza swą głupią, naiwną postać i ulatuje ku niebu, ku domowi, ku ojcu… I wtedy upadł; został powalony przez niesprecyzowaną siłę z powrotem na ziemię, w swe nędzne ciało, a jego nic nie warty rozum został mu okrutnie wciśnięty w głowę. Lecz Enaret nie protestował - przyjął ten ból ze spokojem wiedząc, iż na niego zasługuje. Nagle ujrzał przed sobą niewyraźną postać Scarletta - odzianego w szkarłat, spomiędzy którego dostrzegł kiedyś biały, lecz teraz całkiem brudny i zakrwawiony golf, wyglądającego jak śmierć, wychudzonego, ciężko oddychającego. Z jego ręki wypadła fiolka zawierająca jasnoróżowy proszek. Enaret przyjrzał się jej przez chwilę, po czym ponownie podniósł wzrok na brata, którego oblicze zdążyła się zmienić - zaczął kasłać, a z ust i nosa pociekła krew. Po chwili wzrok Scarletta przybrał martwy wyraz, a on sam padł na wznak. Szkarłatny płaszcz pokrył jego ciało.
- Signore? - Enaret usłyszał damski głos.
- Hę? - Mężczyzna ocknął się.
- Stai bene? - Zapytała starsza Włoszka z koszykiem w ręku.
- Si, Si… - Książę wstał i otrzepał się - Grazie, Signora.
- ,,A jednak Włochy - Pomyślał Enaret - A gdyby tak spotkać się z Gianną? - Naszło go, lecz natychmiast się otrząsnął - Głupcze, przecież z nią zerwałeś, poza tym - trzeba dostać się z powrotem do Mainu, co jest moim priorytetem, a Gianna… To przeszłość” - Westchnął i ruszył przed siebie.
Miasteczko znał dość dobrze, dlatego wiedział, dokąd iść, by nie zostać zauważonym. Nie miał jednak pojęcia, jak wrócić do domu.
- ,,Portal został zamknięty, to jasne, a otworzyć go można jedynie w zamku. Chyba żeby go zniszczyć… Lecz to niemożliwe - mieszkańcy zauważą flarę ognia unoszącą się ku niebu, natychmiast wezwą tych… Strażników, nie - strażów… Nieważne - i ugaszą mój ogień. Ale czy mam inny pomysł? Spróbuję - przecież to nic nie kosztuje, ale na razie schowam się w tej starej chacie na obrzeżach miasteczka - Nagle mężczyzna poczuł ukłucie w sercu - Tam spotykałem się z Gianną, by nikt nas nie widział; czuliśmy się jak sekretni kochankowie, choć nikt nie miał przeciwko naszemu związkowi. Teraz? Koniec…” - Ponownie westchnął.
W domku Enaret właściwie nic nie robił, jedynie obserwował okolicę, czy nikt się nie zbliża, chodził w kółko po domku i rozmyślał o przeszłości z nim związanej. Gdy jednak zrobiło się ciemno, a światła w odległych domach zostały pogaszone, książę skupił swój umysł wyłącznie na misternie utkanym planie wydostania się z Ziemi, który zakończył się zgodnie z oczekiwaniami; ktoś z okna zauważył ogień i wezwał straż pożarną. Gdy tylko Enaret usłyszał syreny, uciekł i na szczęście nie został zauważony. Jednak strażacy po przyjeździe byli całkowicie zdezorientowani; również widzieli ogień, po którym na miejscu nie było śladu. Jednak pozostawiono ten fakt w tajemnicy.
- ,,Głupcze - Myślał Enaret - Dobrze, że nie zostałeś królem, bo doprowadziłbyś ten kraj do autodestrukcji. Nie potrafisz nawet wrócić do domu” - Z tą myślą zasnął.
Nazajutrz postanowił się przejść, by odświeżyć umysł, lecz jedynie myślał o Giannie oraz o błędzie, jaki popełnił i pułapce, w którą wpadł.
- ,,Jestem jak dziecko” - Pokręcił głową.
Wtem mężczyzna zorientował się, iż znajduje się w miejscu, w którym wczoraj się ocknął, a przed nim znajduje się Monte Generoso da Ponna. Wtedy go olśniło.
- ,,Na górę nie wjadą swoimi wozami, a ja oczywiście będę miał bliżej do nieba. Jak mogłem na to nie wpaść? - Książę rozpromienił się - Wędrówka trochę zajmie, Gianna wspominała, iż pół dnia bez przystanku, w takim razie najlepiej wyruszyć o świcie - Zaburczało mu w brzuchu - Wytrzymam, w końcu jestem ponad ludźmi, nie potrzebuję regularnych posiłków. A granica? - Przypomniał sobie - Chyba nikt jej nie pilnuje, nie wiem, jeśli nawet, to przemknę się, albo zabije celników… Co ja plotę?! - Przeraził się - Desperacja rzutuje na mój umysł.”
Ten dzień Enaret jeszcze wytrzymał, minimalizując głód owocami z lasu, a gdy tylko się obudził wczesnym rankiem, wyruszył w stronę nadziei na powrót do domu.
W momencie gdy Enaret położył się spać na Ziemi, Morifia dojechała na granicę milleńsko - invidyjską, lecz nie od strony rolniczej kraju, ale na pustkowiu między Wodospadem Avy a Portalem Północnym. Dziewczyna z zawiązanymi oczami jechała na koniu wraz z Wyklętym, który dojechawszy na miejsce, ściągnął z głowy księżniczki opaskę, zrzucił dziewczynę z grzbietu zwierzęcia i nawet nie uwolniwszy jej rąk z powrozu, odjechał cwałem. Morifia leżała przez chwilę odrętwiała od wyczerpującej jazdy, a łzy ciekły jej po policzkach, czego nie była w stanie zatrzymać. Przez całą drogę próbowała zachować spokój, lecz teraz, gdy brutalna rzeczywistość dotarła do niej, nie potrafiła być tą kreowaną od lat Morifią. Leżała na zimnej ziemi i czuła, że spokój się skończył, a rozpoczyna się walka, do której nie była przygotowana. Chciała Zamienic się w małą dziewczynkę i umrzeć z bezsilności, która jej teraz pozostała. Jednak ona była już dorosłą Morifią - potomkinią rodu Tom, splamionego przez jej brata. Myśl uratowania honoru rodziny zakiełkowała w głowie dziewczyny i pomogła racjonalnie myśleć.
- ,,Nie leż tak, tylko działał, nie ma czasu na płacz - Strofowała się w myślach - Gdyby wszyscy postępowali jak ty, nic by na tym świecie nie było. Nie jesteś Człowiekiem, tak? Weź się w garść i czyń swoją powinność, coś na co czekałaś całe życie - na poświęcenie się, udowodnienie, że nie jesteś delikatną księżniczką, wokół której wszyscy muszą skakać. Ty, Morifio Ipio Tom, jesteś wojowniczką. Udowodnij to wszystkim.”
W tym momencie wróciła dawna Morifia; podniosła się, co było bardzo trudne i poczęła rozglądać się za ostrym kamieniem. Gdy już udało jej się takowy znaleźć i przeciąć więzy, rozejrzała się wokół.
- ,,Dokąd mam iść? - Obśliniła palec i wystawiła go na wiatr - Za sobą mam Wodospad Avy i Exilum, gdzie nie mogę się udać, bo teraz ta wioska jest sprzymierzeńcem Scarletta; przede mną są pola uprawne i wioska rolników; musieliśmy tamtędy jechać, bo Wodospadu Avy nie da się przekroczyć, gdybyśmy jechali od wschodniej strony, a od zachodu jedynym sposobem przekroczenia rzeki jest Most Allaga i przejazd koło wioski. Dlaczego jednak kazano mi zakryć oczy, skoro ja to wszystko wiem? Pewnie Syner wydał taki rozkaz, to półgłówek - Scarlett nie uznałby takich bezużytecznych środków ostrożności. Podsumowując muszę dostać się do farmerów; mój brat chyba uznał, że nie wytrzymam wędrówki, co w istocie może się zdarzyć - jestem osłabiona po całonocnej jeździe, a przede mną pół dnia marszu bez jedzenia i picia. Czy podołam - Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie - Bez problemu.”
Jednak jej pewność siebie zmalała po dwóch godzinach marszu; księżniczka nie mogła zasnąć w trakcie jazdy, co teraz dało się jej we znaki, jednak nie zamierzała się poddać.
- ,,Nie ma czasu do stracenia” - Myślała.
Największe trudności napotkały ją wraz z wejściem na pola uprawne. Już po upływie kilku minut Morifia zdarła połowę sukni, którą musiała przytrzymywać oraz zrzuciła obcasy nie nadające się do chodzenia po takim gruncie. Dodatkowo słońce zaczęło świecić coraz mocniej, co wzmogło pragnienie dziewczyny. W trzy godziny przeszła pola wszerz do połowy, a druga połowa zabrała jej cztery godziny. Pod koniec marszu Morifia była już na skraju wyczerpała, ostatnie kilka kilometrów czołgała się wśród grządek, gniotąc i niszcząc je, na co w ogóle nie baczyła.
- ,,Kiedyś to się skończy, kiedyś to się skończy” - Powtarzała sobie w myślach.
Oczy i usta miała pełne pyłu, z sukienki pozostały strzępy, całe ciało miała brudne i okaleczone, a włosy klejące się od potu i kurzu. Łzy ponownie lały się jej po policzkach, a Morifia znów nie mogła ich zatrzymać. Kręciło jej się w głowie.
- ,,Gdzie ci było gorzej?” - Zapytała samą siebie, lecz nie odpowiedziała.
W pewnym momencie, gdy zawroty głowy zaburzyły jej całkowity obraz widzenia, księżniczka usłyszała wesołe głosy.
- ,,Bogowie się ze mnie śmieją” - Pomyślała i padła.
Obudziły ją kolejne głosy oraz chłód materiału nakładanego na jej czoło. Chciała się odezwać, lecz gardło miała całkowicie wyschnięte i nie mogła wydobyć z siebie głosu. Wtedy podeszła do niej starsza kobieta; pomogła podnieść się dziewczynie powoli i wlała jej do ust wodę.
- Pij, byle ostrożnie - Powiedziała ciepłym głosem.
Morifia nie posłuchała; wyrwała miseczkę z rąk staruszki i piła zachłannie dopóty, dopóki się nie zachłysnęła.
- Mówiłam - ostrożnie - Zganiła ja kobieta - Najłatwiej się jest zachłysnąć, a najtrudniej docenić to, co ma.
- Co ma pani na myśli? - Zapytała Morifia z gniewem.
Kobieta wpierw przyjrzała się dłuższą chwilę dziewczynie, nim odpowiedziała.
- Dotarły już do nas wieści odnośnie nowego króla - Scarletta Telosa Toma.
Morifia pobladła i opadła na poduszki.
- A jednak mu się udało - Wyszeptała.
- Nie przetrzymam cię tu długo; tylko tyle, ile potrzeba ci na zebrani sił.
Księżniczka zrozumiała.
- Muszę się dostać do fabryk - Powiedziała, próbując się podnieść.
- Hola, hola - Kobieta bezceremonialnie pchnęła Morifię na poduszki - Znów mnie nie słuchasz - tyle, ile potrzeba ci na zebranie sił, a tych jeszcze nie jesteś w pełni.
- Ile tu zostanę? Jaką porę dnia właściwie mamy? - Dziewczyna zaczęła się niecierpliwić.
- Prawie wieczór, wypuszczę cię rano, jeśli wszystko będzie unormowane. Jeśli nie, to najpóźniej wczesnym popołudniem.
- Jesteśmy w wiosce rolniczej, prawda?
- Chyba nie odzyskałaś sprawności logicznego myślenia; oczywiście, a gdzieżby indziej?
Księżniczka zignorowała docinkę starszej pani.
- Mam do przejścia szmat drogi… - Powiedziała tylko.
- Chyba nie myślisz, że pozwolę ci przebyć tyle kilometrów na piechotę? Dostaniesz najlepszego konia, jakiego uda mi się znaleźć w wiosce.
- To zbyteczne, poradzę sobie.
- Nie poradzisz. Skąd do nas szłaś?
- Z miejsca, znajdującego się między Portalem Północnym a Wodospadem Avy. Szłam pięć czy sześć godzin, a przynajmniej tak by wypadało.
- Z pewnością więcej - Staruszka pokręciła głową - Byłaś zbyt wycieńczona.
- Całą noc jechałam na koniu, przez co nie udało mi się zasnąć, dodatkowo cały czas byłam skrępowana.
Nieznajoma nie odezwała się od razu.
- W takim razie muszę oddać ci sprawiedliwość - jesteś bardzo wytrzymała.
- W końcu jestem księżniczką - Morifia uniosła dumnie głowę.
- To akurat nie ma znaczenia - Kobieta wstała z krzesła, na którym do tej pory siedziała - Zostawię cię teraz samą. Gdybyś czegoś zapragnęła lub potrzebowała pomocy, zadzwoń - Wyciągnęła z fartucha masywny dzwonek - To dzwon wzywający na posiłek, na pewno ktoś się tu zjawi - Mrugnęła żartobliwie, po czym wyszła.
Morifia westchnęła i ułożyła się wygodniej na poduszkach. Poczuła się senna, lecz nie na tyle, by nie pomyśleć o sytuacji, w jakiej się znalazła; jej brat, którego najchętniej by się wyrzekła, pozbył się swoich kandydatów, zapewne maczał palce w śmierci ojca i przejął władzę w kraju, co doprowadzi Millenię do ruiny. Dziewczyna postanowiła odszukać swoich braci i wraz z nimi przywrócić porządek w pałacu. Nie wiedziała tylko, gdzie szukać Enareta, co się z nim stało? Fortis był w fabrykach i Morifia mogła ręczyć głową za to, iż nie wpadnie na podobny pomysł odszukania rodzeństwa, tylko będzie siedział tam, dokąd go wysłano.
Dziewczyna westchnęła, poczuwszy ból w skroni. Odrzuciła od siebie wszelkie plany, które najwyraźniej ją tylko męczyły, nie przynosząc zbyt wielkiego pożytku. Jednak Morifia nie była jeszcze gotowa na sen, poczęła zatem rozglądać się po pomieszczeniu, w którym się znajdywała; pokój nie był duży, panował w nim półmrok. Przez jedno z dwóch okien wpadał blask księżyca wprost na drewnianą podłogę. Ściany również były drewniane i wisiało na nich kilka obrazków przedstawiające sceny rodzajowe. Łóżko, na którym dane było księżniczce leżeć było zapadnięte, aczkolwiek całkiem wygodne, z powodu koców, którym było pokryte. Obok niego znajdował się niski stolik ze stojącą na nim świeczką, dającą możliwość obserwacji izdebki. W kącie stał duży kufer, zapewne z ubraniami, ponieważ wieko przytrzasnęło prawdopodobnie rękaw. Morifii zdawało się, iż ten rękaw zaczyna do niej machać. Uśmiechnęła się do siebie i pomyślała, że chyba już nadchodzi sen. Lecz ten nie dał jej ukojenia.
Śniła jej się matka, lecz będąca prawdopodobnie w jej wieku lub trochę starsza; leżała na metalowym stole z rozłożonymi nogami, wokół było pełno krwi. Towarzyszyły jej trzy kobiety w fartuchach - dwie trzymały ją za nogi, a jedna stała przed królową i wbijała w nią wściekłe spojrzenie.
- Musi to pani zrobić, bez względu na uprzedzenia - Mówiła podniesionym głosem.
- Nie chcę, nie… - Jęczała Mitis, próbując się wyszarpać akuszerkom - Nie chcę urodzić tego dziecka.
- Ale to następca tronu, ponadto nie ma takiej możliwości, byś nie urodziła, to wbrew naturze!
- Wbrew naturze jest to, że miesiączka trwa jeden dzień, a ciążą dwa miesiące - Odparła królowa przez zaciśnięte zęby, po czym krzyknęła.
- Wychodzi, musisz przeć, królowo - Rozkazała łagodnym tonem jedna z akuszerek.
- Dobrze, ale to dziecko zostanie powite w kałuży krwi i rozleje ją na nasz kraj - Powiedziała Mitis ze złością i zaczęła przeć.
Po pewnym czasie, który we śnie wydawał się okresem kilku sekund, mały królewski potomek zaczął kwilić; dziecko było całe czerwone od krwi, lecz nienaturalnie, jak każde inne, ale jak gdyby stoczył bój. Królowa coś wymamrotała, po czym straciła przytomność.
- Co ona powiedziała? - Zapytała ostro najstarsza akuszerka, obmywając dzieciaka.
- ,,Scarlett” - Odpowiedziała ta młoda dziewczyna, która odezwała się do królowej - Tak chyba ma mieć na imię.
- ,,Skapany we krwi”, pasuje - Starsza kobieta wzruszyła ramionami, nie zdając sobie z niebezpieczeństwa, któremu właśnie zakłada pieluchę.
Morifia ocknęła się zlana zimnym potem.
- ,,Co to miało być?! - Pomyślała zdenerwowana - Czy ta poczwara nie może mi dać spokoju nawet we śnie? Wystarczy już, że skazał mnie na wygnanie, a kraj na destrukcję… Z drugiej strony przecież nie ma zdolności wpływania na moje sny” - Dziewczyna westchnęła zdając sobie sprawy ze swej bezmyślności, po czym opadła na poduszki.
Księżniczka rozejrzała się ponownie po izbie; dniało, mogło być niewiele po piątej rano.
- Pora się zbierać - Powiedziała dziewczyna do siebie.
Morifia wstała. Koszula, w którą została ubrana sięgała jej do połowy łydek, a na nogach miała wełniane skarpety, chroniącej przed zimnem. W takim stroju wyszła z pokoju wprost do przestronnej izby, pełniącej najprawdopodobniej funkcję zarówno kuchni, salonu, jak i sypialni; na środku znajdował się okrągły, niski stół, a wokół niego - kilkanaście starych, zmechaconych poduszek. W jednym rogu stała kuchenka i zlew, w drugim fotel z wgłębieniem, w trzecim łóżko, a w czwartym słoma, pełniąca te same funkcje, co ono. Ponadto w poprzek ścian znajdowały się szafki, kosze, kufry oraz śmieci. W pomieszczeniu krzątała się już poznana kobieta, przygotowująca posiłek, dziewczyna niewiele młodsza od Morifii cerująca skarpety, starszy mężczyzna - wysoki i barczysty, który właśnie usiadł na fotelu. Na łóżku spały dwie dziewczynki, a na słomie - trzech chłopców. Wszyscy byli wychudzeni i brudni, ale w domu unosiła się atmosfera rodzinności i spokoju.
- Dzień dobry - Morifia, z uczuciem zakłopotania, dygnęła.
- Witaj, moja droga - Jedyna znana jej osoba odpowiedziała jej z uśmiechem - Siadaj, zaraz podaję śniadanie.
Dziewczyna usiadła powoli.
- Mam na imię Morifia - Odezwała się po chwili ciszy, która dla niej była kłopotliwa.
- Wiemy, dziewczyno - Mruknął ogromny mężczyzna spod półprzymkniętych powiek - Jesteś jedną z Tomów. Wszyscy wiedzą, jak wyglądacie, więc nawet spotkawszy cię wczoraj ubrudzoną i pół - nagą na polu kukurydzy wiedzieliśmy, kim jesteś.
- To pan mnie znalazł, panie…
- Latis Kidemon; w rzeczy samej.
Księżniczka przyjrzała się mężczyźnie; mógł mieć około pięciuset sześćdziesięciu lat. Twarz miał spieczoną od słońca, włosy siwe, na głowie duże zakole oraz siwy zarost. Ubrany był w białą koszulę i ciemnozieloną marynarkę, brązowe, szerokie spodnie, włożone w czarne gumiaki. Mimo tego wyglądał spokojnie, a biła od niego duma i władczość.
- To mój mąż - Wyjaśniła starsza kobieta, podając Morifii talerz z kanapkami z masłem i szynką oraz kubek gorącej herbaty - Odpoczywa, zaraz pójdzie na role.
- Dziękuję; pani zostaje w domu, pani…
- Westa Kidemon; tak, opiekuję się moim domowym ogniskiem.
- Ja mam na imię Leni, pani - Odezwała się piękna dziewczyna cerująca skarpety - Jestem pierworodna - Posłała księżniczce śliczny, szczery uśmiech.
- Miło mi cię poznać, Leni - Morifia odwzajemniła jej się uśmiechem.
- Moi bracia - Skinęła głową na śpiących chłopców - To Erikius, Apateon i Scurra, a siostry - Spojrzała na dziewczynki - Efthrasta i Omorfi.
- Piękna gromadka - Przyznała Morifia, choć nie do końca chciała poznawać członków rodziny Kidemonów; najchętniej ruszyłaby już w drogę - Za chwilę sobie pójdę - Przyznała, odkładając pusty talerz po kanapkach - Muszę wracać do domu.
- Wiesz, że to nie będzie proste - Powiedziała Latis.
- Zdaje sobie z tego sprawę, dlatego wpierw udam się do mego brata - Fortisa, byśmy razem odnaleźli Enareta.
- Książę Enaret zaginął? - Zapytała Leni z przestrachem w ślicznych, niebieskich oczkach.
- Nie wierzę w wersję Scarletta, mówiącą, iż uciekł na Ziemię do swej włoskiej kochanki, to nie w jego stylu.
- A co byłoby w jego stylu? - Zapytała młoda dziewczyna.
Morifia przyjrzała się jej; drobna, szczupła panienka, o delikatnych dłoniach i długich blond włosach sięgających pasa, z rumianym licem i bardzo przyjemną buzią.
- Pełnienie obowiązków, do których się zobowiązał - Odparła Morifia poważnie.
- Honorowy mężczyzna - Odparła Leni, a zorientowawszy się, co powiedziała, spłonęła rumieńcem i wróciła do cerowania.
- ,,Oj, byłabyś idealną kandydatką na żonę Enareta - Pomyślała chytrze w myślach - Lecz nim was zeswatam, muszę uratować Millenię przed skąpaniem we krwi”.
- Pomogę ci się zebrać do drogi; dostaniesz od nas najszybszego wierzchowca oraz prowiant - Oświadczyła Latis, podchodząc do swego gościa.
- Bardzo dziękuję za pomoc, ale dam sobie rady - Morifia wzruszyła ramionami.
- Posłuchaj, dziewucho - Kobieta wbiła trzymany w rękach nóż w stół - Gdyby nie my, już byś połączyła się ze swym ojcem w raju, a tak to nam zawdzięczasz życie i możliwość uratowania kraju, lecz nie zrobisz tego samodzielnie, więc nie udawaj bohaterki i przyjmij pomoc prostym ,,dziękuję”, bo nie musieliśmy cię ratować, ale wiedzieliśmy, kim jesteś, wiemy również, jaki jest książę Scarlett - przeceniającym swe siły, słabym chłopcem, którego jesteś w stanie powstrzymać, ale z asekuracją; nie robimy tego dla ciebie, ale dla narodu i siebie, pokazujemy swą dobroć, byś po wyzwoleniu kraju miała nas na względzie i pomogła wydostać się z tej biedy. Spójrz na nich - Wskazała na śpiące dzieci - Chude i głodne, nie zasłużyły na taki los, a ty możesz to zmienić; król Izyros się nami nie przejmował, liczyliśmy, iż z księciem Enaretem będzie inaczej, lecz twój najmłodszy brat urządził sobie rebelię i teraz nadzieja pozostaje tylko w tobie, bo na tego zuchwalca Fortisa żadne z nas nie liczy, zrozumiano?
Morifia wystraszona kiwnęła głową.
- A teraz proste ,,dziękuję” - Rozkazała rozwścieczona Latis.
- Dziękuję - Wyszeptała księżniczka - Bardzo - Dodała.
Pół godziny później Morifia, mająca na sobie ubrania Leni, wyruszyła w drogę na jednym z wierzchowców i z płóciennym workiem na plecach. Jednak nim wyruszyła, zwróciła się po raz ostatni do Latis:
- Przepraszam za to, ile razy panią obraziłam, a o nie było w mojej intencji; jeszcze raz z całego serca dziękuję za okazaną mi dobroć.
- Ależ, drogie dziecko - Kobieta uśmiechnęła się po matczynemu do księżniczki - To nic. W ramach podziękowania wybaw nas.
- Zrobię, co w mojej mocy - Oświadczyła dziewczyna, po czym wsiadła na konia i odjechała.
Morifia miała nadzieję, że uda jej się jeszcze tego samego dnia dostać do wioski osób pracujących w fabrykach. Przerażała ją myśl tak dalekiej podróży oraz miejsc, przez które musiała się przedostać. Już sam widok skalistych, pokrytych śniegiem szczytów Góry Torfu napawał ją niepokojem. Jednak to Las Pekatów był dla księżniczki największym zagrożeniem.
Według legend, Pekatowie to zdziczali Milleńczycy, którzy zostali wywiezieni w głąb lasu na obrzeżach kraju, wiele wieków temu. Morifia co prawda nie musiała przejeżdżać przez las, lecz sama myśl o tak ogromnej bliskości z potworami, paraliżowała ją od środka. W dodatku pogoda zaczęła się załamywać.
- ,,To dlatego Góra wydawała się tak przerażająca” - Pomyślała, ostrożnie zbliżając się do lasu.
Morifia miała proste zadanie - Przejechać przez Most Allaga, ten sam, przy którym miały miejsce obrzędy pogrzebowe jej ojca. Jednak nagle piorun przeciął granatowe niebo, a dźwięk grzmotu zaświdrował w uszach. Koń, zwany Alogo, stanął dęba; dziewczyna z ledwością utrzymała się w siodle.
- Alogo, przestań! - Krzyknęła bezmyślnie, wiedząc, że ten jej nie rozumie.
Faktycznie, koń zamiast się uspokoić, popędził wprost do lasu.
- Nie, stop! - Krzyczała Morifia, lecz nim zdążyła zapanować nad zwierzęciem, znajdowali się już w takim miejscu lasu, z którego nie było widać tego, co poza nim.
Księżniczka rozejrzała się powoli, a panika ogarnęła jej umysł i ciało; trwała sparaliżowana przez pewien czas, a z transu wybudziła ją kropla deszczu, która zagrała na jej nosie. Dziewczyna spojrzała w górę, ale zobaczyła jedynie gęstwinę liści i gałęzi. Chroniło ją to przynajmniej przed ulewą, lecz nie pojedynczymi kroplami.
- Alogo, coś ty narobił… - Wyszeptała.
Dziewczyna kolejny raz omiotła spojrzeniem teren wokół siebie.
- Musimy spróbować - Powiedziała, ciężko dysząc ze strachu - Wydaje mi się, że biegłeś cały czas prosto, zatem musimy obrócić się o sto osiemdziesiąt stopni i już - Słaby uśmiech zagościł na jej ustach przez ułamek sekundy.
Koń obrócił się i ruszył przed siebie, lecz nie uszedł daleko. Z ciemności zaczęły wyłaniać się zakapturzone postacie. Morifia kazała zwierzęciu się zatrzymać. Trwała tak w bezruchu, patrząc na obcych. Postanowiła, że jeżeli zaczną ją atakować, ona obroni się swoją mocą. Jednak gdy otoczyli ją na metr, raptownie się zatrzymali, a z szeregu wystąpił jeden z nich; zdjął kaptur i oczom księżniczki ukazał się przystojny, około sto lat starszy od niej mężczyzna. Miał czarno - siwe włosy, miłą twarz, szare oczy i małą bródkę. Był dość wysoki i postawny.
- Kim jesteś? - Zapytał, co wprawiło dziewczynę w osłupienie, ponieważ legendy głosiły, iż Pekatowie nie potrafią normalnie się porozumiewać, jedynie za pomocą warczenia i pomruków.
- Ja… Z daleka - Nie chciała się ujawniać - ,,A nóż wiedzą o tym, co się dzieje w Millenii?” - Pomyślała.
- Zgubiłaś się, prawda?
- Tak i chciałabym się jakoś stąd wydostać.
- Pomóc ci?
Morifia zmarszczyła brwi.
- Pomóc? A nie przypadkiem uwięzić i zjeść?
Na te słowa cała zgraja nieznajomych wybuchła śmiechem.
- Och, mamy tak mało gości, że zapominamy, o legendach - Roześmiał się mężczyzna, zdejmując kaptur - A my jesteśmy tacy sami, jak wy; moje imię brzmi Allod - Wyciągnął rękę ku księżniczce, ta jednak nie uczyniła podobnego gestu w jego stronę - No dalej, Morifio.
Nagle zgromadzeni ucichli.
- To ona? Czy naprawdę? - Szeptali między sobą.
- Skąd wiesz, kim jestem? - Zapytała księżniczka ostrym tonem.
- Taką mam moc; wiem wszystko o wybranej przeze mnie osobie. Zdaję sobie sprawę z mocy, jaką ty posiadasz. Mogłabyś jednym gestem ręki pozabijać nas wszystkich, ja jednak wierzę, że tego nie zrobisz.
- ,,Bardzo pochopnie jest im wierzyć… Jednak wierzę w jego zdolności” - Myślała księżniczka; nagle wpadł jej do głowy pewien pomysł.
- Zatem jaką ja moc posiadam? - Zapytała nieznajomego.
- Ty, panno Tom, władasz naturą, a jak udało mi się zauważyć, znajdujemy się w lesie - miejscu, w którym możesz wszystko, a przede wszystkim - pozbyć się nas, wedle swej woli, skoro tak bardzo się nas boisz.
Morifia wyprostowała się na swym koniu i spojrzała z góry na zgromadzonych.
- Istotnie, mogę zrobić z wami, co mi się żywnie podoba.
- Dlaczego tego nie robisz? - Zapytał Allod spokojnym tonem.
- Ponieważ… - Zaczęła dziewczyna, lecz zawahała się - Nie wiem; wydajecie się całkiem inni od stworów z legend.
- Nie jesteśmy nimi - Mężczyzna wzruszył ramionami - Rozejrzyj się - Wskazał ręką otoczenie - Nawet nie widzimy powodu, by cię zabijać, nie stanowisz dla nas zagrożenia… Jeszcze.
- Czy wy w ogóle wiecie, co dzieje się w kraju? - Zapytała księżniczka trochę ostrym tonem.
- Niby skąd? - Zaśmiał się Allod.
- W takim razie błogosławcie ten stan, a mnie pozwólcie wrócić do cywilizacji - Pociągnęła konia za lejce.
- Nie ma takiej możliwości - Zaoponował przywódca zgrai, uśmiechając się podejrzanie.
- Dlaczego?
- Należysz już do nas, wiesz o naszym istnieniu - prawdziwym - Zaakcentował przymiotnik - Jesteś ważną postacią w tym kraju, pomożesz nam odzyskać wolność.
- Po pierwsze - Zaczęła wzburzona Morifia, zsiadając z konia - Już nie jestem ważna, a po drugie - wczorajsze odzyskiwanie wolności przez Wyklętych zakończyło się klęską dla tego kraju - Zapadła cisza, w trakcie której dziewczyna obserwowała zdezorientowane miny zebranych - Przecież wy nie wiecie, o czym ja mówię… - Westchnęła, po czym opowiedziała nieznajomym o ostatnich dniach w historii Millenii.
- Król Izyros nie żyje? - Zapytał Allod podnieconym tonem.
- Niestety.
Mężczyzna odwrócił się w stronę współbraci.
- Kanalia nie żyje! - Wykrzyknął, unosząc ręce do góry.
Lesisty teren wypełniła wrzawa radosnych okrzyków.
- Co to ma znaczyć?! - Wykrzyknęła księżniczka - Bezcześcicie pamięć mego ojca!
- Raczej insekt, zamiatający pod dywan wszystkie niedogodności - nas, Wyklętych… To wszystko sprawa Izyrosa.
- Tak, lecz zrobił to, by chronić przed wami resztę społeczeństwa…
- A co my takiego uczyniliśmy? Jedynie domagaliśmy się własnych praw, chcieliśmy polepszyć nasze warunki bytu, zacząć zapewniać dzieci, że następnego dnia dostaną coś do jedzenia, żyć w normalnych warunkach socjalnych, móc zmienić pracę na taką, która nas nie wyzyskiwała… Lecz król nie był w stanie tego dokonać, z powodu swej niewiedzy i lenistwa.
- Jak możesz posądzać mego ojca o dyletanctwo?
- Ależ, księżniczko, to prawda - Odezwała się kobieta z tłumu - Trójka moich dzieci zmarła z głosu, mąż z wycieńczenia, pracując w kopalni… Nie wiem, jakim cudem ja przeżyłam.
Morifia nie była w stanie się odezwać, mętlik zapanował w jej głowie.
- O czym wy mówicie? - Zapytała w końcu słabym głosem.
- O tyranii twego ojca, księżniczko - Wyjaśnił czułym głosem Allom - O jego ignorancji w sprawach ludu, a zainteresowaniem jedynie dochodami pałacu; zapewne nigdy nie doznałaś głodu, więc nie potrafisz stawić się w naszej sytuacji, lecz nie idealizuj swego ojca; skoro jego własny syn posunął się do morderstwa, a grupa ludzi do rebelii? Jak zły musiał być, by sobie na to zasłużyć?
- Scarlett to wariat, dlatego zabił ojca.
- Jednakże również i on doznał od niego złego traktowania.
- Tylko dlatego, że wysłał go na obóz dla trudnej młodzieży?
- Zamiast rozwiązać problem, dokładnie.
Morifia zamilkła i poczęła analizować w głowie postać brata.
- On po prostu jest inny od nas wszystkich - Odparła dziewczyna.
- Ponieważ zauważa zło, które rzeszy się w pałacu.
- To on jest złem - Powiedziała Morifia stanowczo.
Allod westchnął cicho.
- Twego stosunku do brata nie zmienimy, ale możemy wyciągnąć cię z tej złotej klatki.
- Scarlett już o to zadbał - Odparła dziewczyna kpiąco.
Nastała cisza, w trakcie której Morifia analizowała rewelacje na temat jej ojca.
- Kim wy właściwie jesteście? - Zapytała w końcu - Co takiego dokładnie zrobił wam nasz ojciec? Może to tylko wina rządu?
- Rząd zawsze działa w spółce z królem. Kim my jesteśmy? - Allod rozejrzał się - Prostym ludem, który doznał ucisku.
- Zapewne gdy wiecie o śmierci ojca, zechcecie wrócić?
- Po co? - Zaśmiał się mężczyzna - Tu nam dobrze, a w Millenii co nas czeka? Był tu rok temu, jeżeli dobrze liczę, pewien starzec. Opowiedział nam co nieco o obietnicach partii startujących w wyborach; kto wygrał?
- Siła Millenii.
Allod prychnął.
- Czym znęcił lud? Pieniędzmi na dzieci? I co teraz z tego jest?
- 700 arumów na drugie dziecko, pod warunkiem że pierwsze jest wciąż niepełnoletnie.
- Widzisz - obietnice były inne, teraz przekształcają je na swoją korzyść.
- Nie ważne, pomoc i tak istnieje.
- Naprawdę wierzysz, księżniczko, że te pieniądze idą na dzieci? - Mężczyzna uśmiechnął się z politowaniem - Proszę, spójrz na niedawny wzrost zakupu artykułów domowych, pojazdów lub, co gorsza, używek.
- Czy ty widziałeś? - Morifia zaczęła się denerwować.
- Nie, ale jestem pewny, iż dzieje się tak, jak mówię; ludzie wydają tę ,,pomoc”, jak ją szlachetnie ujęłaś, na własne, domowe czy nie, potrzeby, pomijając przy tym dzieci. Oczywiście, nie wszyscy zapewne, lecz większość widzi w tym dodatkowy dochód dla swego gospodarstwa. Wiesz, jakie rozwiązanie byłoby najlepsze? Zafundowanie tym dzieciom wyprawek, książek, przyborów szkolnych… Niestety, dla ograniczonych, zachłannych umysłów naszych polityków, realizacja dobrego pomysłu w ten sposób jest zbyt trudna. Obiecali - dali, a co się z tymi pieniędzmi dzieje - to już nie ich sprawa, oni wykonali swoje zadanie.
- Nie dostrzegasz pozytywnych stron - Zaoponowała dziewczyna.
- Są, jak najbardziej, lecz ja nie jestem naiwny.
Morifia otworzyła szeroko oczy ze wzburzenia.
- Sugerujesz, iż jestem naiwna? - Zapytała, ledwo łapiąc oddech; odwróciła się i włożyła stopę w strzemię, jak gdyby chcąc odjechać.
- Nie, księżniczko, absolutnie nie - Ujął ją delikatnie za ramię, powstrzymując jednocześnie - Nie jesteś naiwna, lecz twój sposób postrzegania świata przez pryzmat złotej klatki, w której umieścił cię ojciec, objawia się właśnie takimi poglądami; skoro coś z wierzchu wydaje się być dobre, to takie musi być, więc nie próbujesz nawet zagłębiać się w sprawę. W dodatku to, co mówimy, oczernia wizerunek twego ojca, dlatego tym trudniej jest ci przyjąć prawdę.
Morifia ze spokojem słuchała słów nieznajomego; jego głos był kojący i przekonywujący. Księżniczka westchnęła, po czym znów odwróciła się w stronę zebranych, w tym również Alloda.
- Masz słuszność - Skinęła głową, wbijając wzrok w ziemię - Chcę wam tylko pomóc - Oświadczyła nagle - Jeżeli mówicie prawdę, nadszedł czas na zmiany.
- Już ten starzec przed rokiem proponował nam zmiany - wolność, szacunek, godne życie… Ale miało zostać to okupione krwią i buntem, a tego nie chcieliśmy. Odrzuciliśmy propozycję współpracy i nie żałujemy.
- Czy wiesz, kim był ten mężczyzna?
- Przedstawił się jako Pater.
Dziewczyna wciągnęła głęboko powietrze przez nos.
- Zapewne ojciec lub ktoś z rodziny Dominy.
- Kogo?
- Przyjaciółki Scarletta, mego brata… A zatem ona maczała w tym palce - Kobieta zmarszczyła brwi z gniewu - Zapewne Scarlett działa pod jej wpływem.
- Próbujesz wybronić brata? - Zapytał Allod.
- Ja… Nie wiem - Morifia westchnęła - Tak, wiem co powiesz - ,,patrzenie przez pryzmat złotej klatki”… Nagle w głowie pojawiła mi się myśl, że uda mi się przeciągnąć Scarletta na swoją stronę.
Mężczyzna pokręcił głową.
- Tak myślałam - Księżniczka zwiesiła głowę - Muszę odnaleźć dwóch braci i walczyć przeciwko trzeciemu… - Pokręciła głową - Czy zechcecie się przyłączyć? Być może uda wam się odzyskać wasze prawa; skoro już znam waszą historię, jestem skłonna wam pomóc.
- Cóż za poświęcenie - Prychnęła młoda kobieta z tłumu.
- Rarimo, przestań - Skarcił ją Allod.
- Ja bynajmniej nie chcę wracać - Dziewczyna nie posłuchała.
Morifia przyjrzała się nieznajomej; miała ognistorude włosy, ostre rysy twarzy, szczupłą sylwetkę, wysoki wzrost, duże oczy oraz butną minę.
- A byłaś kiedyś w Millenii? - Zapytała księżniczka z wyższością - Wydajesz się być dosyć młodą, dlatego śmiem wątpić.
- Ja wiele jej opowiedziałam - Z szeregu wysunęła się starsza kobieta - O bezkarności polityków, ich immunitetach, którymi wymachują, pędząc dorożkami, zachłanności i obłudzie; o naszym dziwnym, pełnym luk i kruczków prawie.
- ,,No nie miała jej co przed snem opowiadać” - Pomyślała Morifia szyderczo.
- Rok temu ten mężczyzna - Kontynuowała starowinka - Powiedział, iż posłowie uznali, że ich praca jest bardzo ciężka, więc ich kwota wolna od podatku powinna wzrosnąć do 26 tysięcy arumów!
- To nie moja sprawa - Ton dziewczyny stał się oschły.
- W takim razie może zainteresuje cię fakt - Ciągnęła kobieta - iż kiedyś mojej córce odebrano trójkę dzieci, która żyła w skrajnym ubóstwie i oddano je do rodziny zastępczej. Jednak nie to jest istotne; urzędnicy zamiast dać mojej córce pieniądze, jakąś zapomogę, użyczyli wsparcia finansowego rodzinie zastępczej!
- Wystarczy - Allod przerwał ten babski wywód - Doskonale zdaje sobie pani sprawę z tego, że taki stan rzeczy nie jest winą księżniczki.
- Lecz ona też jest z koryta.
- Co? - Morifia zmarszczyła brwi - Ja jestem gotowa poświęcić życie za ten kraj, iść na wojnę z Thymosem, zrzec się praw księżniczki, a wy oskarżacie mnie o coś, z czym nie mam nic wspólnego!
- Dokładnie, dlatego proszę, Mulio , wróć do wioski - Zwrócił się Allod do starszej pani, która zareagowała na te słowa szokiem, aczkolwiek bez gadania odwróciła się i odeszła w głąb lasu - A co do twej propozycji, księżniczko - Mężczyzna mówił bardzo łagodnym głosem - Jestem skłonny ją przemyśleć, mam nadzieję - Tu zwrócił się do współbraci - że wy również; nie chodzi o organizowanie drugiego zamachu, ale istotą naszej sprawy jest odzyskanie dobrego imienia oraz należytych nam praw. Nie musimy wracać do centrum - nam dobrze się tu mieszka. Jednak mierzą nas te legendy, wywodzące się z kłamliwej propagandy. Sama widzisz, jesteśmy zwykłymi Milleńczykami, w dodatku bardzo pracowitymi. Jeśli chcesz, możemy oprowadzić cię po naszej wiosce, którą przed laty sami zbudowaliśmy.
- Z wielką chęcią - Morifia uśmiechnęła się delikatnie - Jednakże muszę już jechać; mam wrażenie, że burza już przeszła, choć nawet jej nie słyszałam.
- To zasługa mocy moich towarzyszy - Wskazał w kierunku kilku mężczyzn w różnym wieku, którzy skinęli głowami księżniczce - Wytworzyli specjalną barierę ochronną nad wioską oraz miejscem, w którym się znajdujemy, jeśli przekraczamy granicę.
- Jestem pod wrażeniem - Dziewczyna odwzajemniła skinienie nieznajomym - Lecz przez to nie wiem, czy mogę już wyruszyć.
- Możesz - Odezwał się młody chłopak z tłumu - Chmury przemieszczają się na zachód, nad Thymos. Będzie co prawda wiał chłodny wiatr, ale słońce będzie świecić, a już jutro zapowiada się ciepły dzień.
- To Kairi, nasz meteorolog - Wyjaśnił Allod.
- Dziękuję za informację - Zwróciła się Morifia w jego stronę.
- W takim razie wracajcie do wioski - Rozkazał mężczyzna Pekatom - Ja jeszcze chciałbym cię przeprosić, księżniczko - Zwrócił się skruszony w stronę swego gościa - Za to, jak wyraziłem się o twym ojcu; wiem, iż był ci bardzo drogi i jego idealny obraz pozostanie w twoim sercu na zawsze, lecz w stosunku do nas wyrządził wiele krzywd, a moja reakcja była taka, jakiej życzył sobie tłum.
- Rozumiem - Morifia spoważniała - I nie chowam urazy. Fakt, zrobiło mi się co najmniej przykro, lecz dobrze, że prawda wyszła na jaw.
- Chciałbym się do ciebie przyłączyć, pomóc tobie i swemu ludowi. Czy teraz jestem w stanie coś zrobić?
Dziewczyny wsiadła na konia, zastanawiając się równocześnie.
- Dopóki nie dam wam sygnału, zbierajcie siły oraz broń - Widząc skonsternowaną minę mężczyzny, dodała - Niestety jest to niezbędne, chociażby do obrony; mój brat was nie oszczędzi.
- Skoro tak, spróbuję to jakoś wytłumaczyć Pekatom. Jak dasz nam znać?
- Najprawdopodobniej przyślę wam posłańca, który was zbierze i wyruszycie do miejsca, w którym będę się znajdować.
- Dobrze. Dziękujemy za szansę - Allod złożył kobiecie głęboki ukłon.
- To ja dziękuję za waszą pomoc, Allodzie - Morifia uśmiechnęła się serdecznie do nowego znajomego - Do zobaczenia.
- Do zobaczenia - Mężczyzna również się uśmiechnął, dzięki czemu stał się przystojniejszy.
Morifia nakazała Alogo obrócić się, a gdy to zrobił, posłała Allodowi ostatnie spojrzenie, po czym odjechała.
- Jedź wciąż na wprost! - Krzyknął za nią Allod.
Morifia po przejechaniu przez Most Allaga postanowiła jechać od tyłu Ruin Zamku Fragor, by żadna para niepożądanych oczu jej nie ujrzała. Niestety postój wśród Pekatów opóźnił podróż księżniczki, która to musiała zatrzymać się w ruinach na noc. Zastanawiała się nad podjechaniem jeszcze do bloków na przedmieściach, jednak nie wiedziała, jakie nastroje panują wśród ich mieszkańców - jeżeli podobne do nowo poznanych odludków, nie miała co liczyć na podobna litość. Dlatego dość spokojną, gwiaździstą i ciepłą noc spędziła na kamieniu, podobnym do stołu z jadalni. Gdy tylko pierwsze promienie słoneczne ją obudziły, wyjechała w dalszą drogę, by w miarę niezauważoną przejechać koło bloków; udało się. Mniej bała się Domów Ludzi z Fabryk, kolejnej ubogiej klasy społecznej Millenii. Pozostał jej jeszcze Most Imunus, aż w końcu - Fabryki, gdzie miała nadzieję znaleźć Fortisa; gdy tam dotarła, zbliżała się godzina trzynasta trzydzieści.
niedziela, 25 grudnia 2016
piątek, 14 października 2016
Jeszcze chwilę na placu oraz w zamku trwała walka, mogłoby się zdawać między nierównymi, a jednak prócz strojów nic na to ni wskazywało. Gdy większość gwardzistów została zabita, a reszta przyprowadzona przed oblicze księcia, ruch na placu ustał; zachwycona młodzież wpatrywała się w sceny, które się przed nimi rozgrywały.
Żołnierze, którzy dobrowolnie się poddali klęczeli przed Scarlettem ze zwieszonymi głowami.
- Zapewne jeszcze kilkanaście minut temu nie spodziewaliście się, że znajdziecie się w takim położeniu - Zaczął Tom dumnie - Jednak jak widzicie moja armia łatwo was pokonała, a zatem nierozważnym jest buntować się przeciwko nam. W takim razie proponuję, byście przyłączyli się do mnie oraz Wyklętych - z nami przywrócicie dawną świetność Millenii - Rozejrzał się po gwardzistach; ci, którzy pierwsi by mu się sprzeciwili zostali zabici - Już wcześniej powiedziałem o niesprawiedliwości oraz fałszu panującym w naszym kraju. Zdecydujcie, po której stronie Millenii chcecie stanąć. Gdy wasza decyzja zostanie podjęta pokłońcie się, jeżeli przystajecie do nas, jeśli nie - zrzućcie naramienniki. Jednak nie poinformuję was teraz, jaka kara za to czeka.
Klęczący mężczyźni spojrzeli po sobie, niektórzy z nich skinęli głowami i pokłonili się. Za ich przykładem poszła większość, aczkolwiek kilkoro z nich wyrwało naramienniki i rzuciło je z marsową miną przed siebie.
- A więc kara - Książę wzruszył ramionami spokojnie, po czym ruszył kilkoma mieczami, które wciąż miał w swojej mocy i wbił je powoli w głowy jego przeciwników; plac wypełniły krzyki nieopisanego bólu - Jeżeli nie ma więcej sprzeciwów - Kontynuował Scarlett, gdy gwardziści zostali zabici, a krew strumieniem polała się z ich głów - To zapraszam do mojej armii, na pewien czas będąc pod nadzorem Wyklętych. Wy, droga młodzieży, rozejdźcie się do swych domów i oznajmicie wszystkim, iż macie nowego, lepszego władcę - Wokół pałacu rozległy się entuzjastyczne wiwaty - A teraz wybaczcie - pójdę po moje rodzeństwo - Skłonił się lekko idąc tyłem, po czym obróciwszy się skinął palcem na Exegersa oraz Kommotisa, którego uczynił swym przybocznym - Chodźcie po Fortisa.
Za tą trójką pobiegł Gatis Syner.
- Zamknąłem jego komnatę - Oznajmił, ledwo doganiając księcia oraz jego świtę.
- Bardzo dobrze, teraz idź do Peftis Sydel i aresztuj ją - Rozkazał Scarlett nie rzuciwszy okiem na współpracownika.
Tom nic sobie nie robił z zamkniętych drzwi; lekkim ruchem ręki wyważył je, a następnie kierując otwartą dłoń na stojącego przy oknie Fortisa, przerzucił brata przez całą komnatę; wojownik uderzył mocno głową w podłogę i zemdlał.
- Ogetis, zwiąż go i zabierz do hallu - Ponownie wydał rozkaz tym samym aroganckim tonem i wyszedł z Kommotisem.
Obaj zeszli do podziemi.
- Wiem, gdzie będą - przy tych durnych światełkach mojej matki - Oznajmił pewnie.
W istocie, gdy po marszu w ciemnościach Scarlett zauważył słabe światło, usłyszał równocześnie słaby szelest sukni. Zdawał sobie sprawę z tego, iż wraz z przybocznym są słyszalni. Położył więc rękę na klatce piersiowej mężczyzny, co miało oznaczać, by został.
Książę powoli zbliżał się do coraz mocniejszego światła. Wiedział, że Archigos czuwał, zatem musiał być szybszy. Jednakże w tych ciemnościach musiał rozpoznać sylwetkę gwardzisty, by nie zranić rodziny przy ataku. W końcu zauważył szybki ruch potężnej sylwetki, ale jego ręka była szybsza; objął mocą postać i począł z całej siły uderzać nią o ścianę, na co z głębi dało się słyszeć zatrwożone damskie westchnienia. Gdy poczuł, że przeciwnik słabnie, wypuścił go.
- Jeżeli zachowacie spokój nie zabiję go do końca - Oświadczył, podchodząc z podniesionymi rękami.
Nagle pojawiła się przed nim siostra, trzymająca w ręce miecz gwardzisty i celująca nim w gardło brata.
- Ani kroku dalej, śmieciu - Wycedziła.
- Po co te nerwy, siostro - Scarlett był niezwykle spokojny - Rozwiążmy ten konflikt pokojowo.
- Sam pomogłeś mi zdobyć podpis ojca, a teraz zwalasz całą winę na mnie i nazywasz mnie zdrajczynią.
- Bo nią jesteś.
Morifia zbliżyła się do brata, dotykając szpicem miecza gardła mężczyzny.
- Kochanie, błagam, nie rób mu krzywdy - Odezwała się z Mitis, równocześnie wyłaniając się z ciemności.
- Stajesz po jego stronie, mamo?! - Oburzył się Morifia, szybko spoglądając przez ramię.
- Nie jestem po niczyjej stronie, jedynie nie chcę, by któremuś z moich dzieci stała się krzywda - Królowa starała się uspokoić drżenie głosu, jednak nie wychodziło jej to zbyt dobrze - Proszę, przez wzgląd na mnie, nie krzywdźcie się.
- Ciekawe, które pierwsze nie posłucha - Powiedział Scarlett, a przez jego twarz przemknął cień uśmiechu.
Na te słowa Morifia wściekła się i przymierzyła się do zamachu. Jednak nie odcięła głowy bratu, gdyż korytarz wypełnił huk wystrzału oraz dźwięk rozbijanej lampki, na co wszyscy nerwowo drgnęli.
- Odłóż miecz, dziecko - Odezwał się Kommotis głębokim głosem chowając pistolet za pas.
Dziewczyna była tak wstrząśnięta, że posłuchała.
- A teraz chodź ze mną, dziecko - Kontynuował mężczyzna.
- Niby gdzie? Na obrzeża? Na wygnanie? - Każde pytanie było wypowiedziane z coraz większym naciskiem.
- Tak, czyli tam, gdzie twoje miejsce - Wtrącił Scarlett kąśliwie.
Riposta pchała się na usta księżniczki, lecz dziewczyna przełknęła ciężko ślinę, opanowała emocje i miast tego zapytała:
- Gdzie twoim zdaniem ma znajdować się moje nowe miejsce zamieszkania?
- Na granicy mieleńsko - invidijskiej.
- Gdzie trwają zamieszki? - Morifia uniosła wysoko brwi, lecz nie wydawała się być zdziwiona odpowiedzią - Czyli i tak chcesz mnie zabić, bracie.
- Ty to powiedziałaś.
Młoda kobieta prychnęła.
- W takim razie prowadź! - Wykrzyknęła, wyciągając ręce jak do skucia.
Kommotis jednak nie miał przy sobie kajdanek, więc chwycił dziewczynę za nadgarstki i zaprowadził do wyjścia, a Scarlett jedynie odprowadził siostrę wzrokiem.
- A co ze mną? - Zapytała Mitis cicho, aczkolwiek z naciskiem.
Książę odwrócił się do matki i spojrzał na nią, lecz jego oczy wyrażały głęboką tkliwość.
- Ty, matko, zostaniesz w pałacu, u mego boku będziemy rządzić - Powiedział spokojnie.
Królowa wpatrywała się w syna z naciskiem, jednak matczyne uczucia zwyciężyły gniew.
- Z chęcią zostanę - Odpowiedziała, podchodząc do Scarletta - i pomogę ci, jeżeli tylko mi pozwolisz - Ujęła twarz syna - Chcę być przy tobie, ale przy tobie prawdziwym…
- Co masz na myśli? - Zapytał mężczyzna z gniewem, robiąc krok w tył.
- Ostatnio zauważyłam, a teraz się w tym upewniłam, że próbujesz grać kogoś twardego, stanowczego i jednocześnie cwaniackiego, ty choć zawsze pewny siebie, byłeś spokojniejszy i bardziej wyważony w zachowaniu, teraz wydajesz się być zagubionym.
- Po prostu zacząłem dostrzegać swoją prawdziwą naturę; kiedyś trzeba stanąć na środku, a nie wiecznie przypatrywać się z boku - Odpowiedział Scarlett z taką stanowczością, że Mitis już nic nie powiedziała; oblicze mężczyzny po chwili złagodniało - Chodź - Wziął matkę pod rękę - Zaprowadzę cię do swojej komnaty, tam wypoczniesz.
Kobieta szła potulnie, lecz jej myśli pozostawały niespokojnie; biegły od Enareta do Fortisa, od Fortisa do Morifii i tak w kółko - nie mogła uwierzyć w dezercję najstarszego syna, współczuła drugiemu, a do córki miała mieszane uczucia. Mori zapewniała, że to kłamstwa, a przynajmniej ta część dotycząca fałszerstwa, wytłumaczyła rolę młodszego brata, ale kobieta zaślepiona matczyną miłością do Scarletta nie potrafiła uwierzyć w jego winę.
- A może ty zawsze taki byłeś? - Odezwała się nagle kobieta przerywając ciszę - Wspominając choćby powstanie kucharek…
- Znów do tego wracamy? - Westchnął mężczyzna.
- Jestem skłonna stwierdzić, iż twe zachowanie było ciszą przed burzą i w istocie taka jest twoja prawdziwa natura.
Scarlett milczał, aż do momentu, gdy znaleźli się przed komnatą królowej.
- Być może faktycznie próbuję grać… ale muszę - Spojrzał poważnie na matkę - Jeżeli mam władać tym krajem.
- Zobaczymy, czy w ogóle będziesz rządzić - Odparła Mitis z wyraźnym gniewem, naciskając mocno klamkę i zatrzaskując za sobą drzwi.
Przez chwilę książę poczuł ukłucie żalu, ale wnet opanował się i zszedł do hallu, gdzie znajdowało się jego rodzeństwo.
- Morifia na granicę z Invidią, Fortis - do fabryk.
- Ty gnido - Wypluł z siebie jego brat, z czerwoną twarzą wykrzywioną ze złości.
- Nie mam zamiaru trzymać w pałacu zdrajców - Tu spojrzał na siostrę - oraz rozpustników - Zwrócił wzrok w stronę Fortisa.
- Odezwał się święty - Zripostował jego brat.
- Zabierzcie ich stąd - Scarlett zwrócił się do gwardzistów - A ty - Spojrzał na Kommotisa - Idź z Gatisem porozmawiać z najwyższym kapłanem, by jeszcze dziś mnie koronował i udzielił mi ślubu - Spojrzał na plac przedpałacowy - Ja muszę zająć się pewną sprawą.
Zgromadzenie w hallu rozeszło się; przyszły król wyszedł na zewnątrz, gdzie wcześniej zauważył Dominę. Teraz dziewczyna klęczała przy jednym z zabitych i cicho łkała.
- Cicho… - Przykucnął przy partnerce i objął ją.
- Co on tu robił? Zabroniłam mu wychodzić - Mówiła Domina przez łzy.
- Nykuru był dumny, od początku dawał temu wyraz, więc oczywistym było, iż cię nie posłucha.
- Ale obiecał… - Głos się jej załamał.
- W takim razie cię okłamał.
Na to Domina już nic nie odpowiedziała, tylko zalała się łzami i przytuliła do Scarletta.
- Zaprowadzę cię do komnaty, dobrze? - Mężczyzna starał się być miły - Odpoczniesz, a ja spróbuję ogarnąć ten bałagan. Na wieczór jednak proszę, byś ubrała się stosownie, ponieważ jeszcze dziś odbędzie się koronacja i nasz ślub.
- Jeszcze dziś? Jesteś pewny, że tak można? - Zapytała, lecz nie czekała na odpowiedź - No dobrze - Podniosła się z pomocą księcia - Masz rację, pójdę odpocząć. Ale jak ja zasnę? - Zlękła się nagle.
- Pomyśl, którą sukienkę włożysz na wieczór; możesz wybrać każdą, która znajduje się w pałacu - Scarlett przytulił dziewczynę, a ta odwzajemniła uścisk.
Po odprowadzeniu narzeczonej, Scarlett odszukał Gatisa.
- Muszę mieć pewność, iż mieszkańcy wiedzą o zmianach - Zaczął, gdy tylko ujrzał mężczyznę.
- Wysłałem kilku Wyklętych do odległych wiosek oraz do centrum, by zorientowali się w sytuacji, lecz widząc reakcję młodych Milleńczyków jestem pewien, iż nowina szybko się rozniesie zdobywając poparcie.
- Co z kapłanem?
- Tu pojawiły się pewne problemy, ale po odpowiednich negocjacjach - Tu puścił niezdarnie oko- zgodził się zwołać Trybun Królewski i jeszcze dziś cię koronować.
- Doskonale - Książę uśmiechnął się szeroko - Zatem wieczorem wszystko się ziści.
- Nykuru Pater nie żyje, prawda?
- Owszem.
- Co z Dominą?
- Zostanie królową, lecz z czasem będę odbierał jej prawa, tak, by nie mogła mnie zatrzymać i aby stała się jedynie ozdobą u mego boku - Mężczyzna starał się ukryć łamanie w głosie; nie wiedział, czy do końca chce odbierać całą autonomię ukochanej.
- Gdzie teraz jest?
- Odpoczywa.
- Ty również powinieneś, a ja zajmę się porządkowaniem bałaganu.
- Nie ma mowy - Odparł Tom dobitnie.
- Nie ufasz mi?
- Wolę zachować ostrożność; teraz możesz chcieć jedynie premierostwa, lecz przejąwszy moje obowiązki choćby na jedno popołudnie być może uznasz, iż taka władza nie będzie dla ciebie wystarczająca.
- Skoro chcesz kontrolować wszystko… - Gatis wzruszył ramionami, więc finalnie obaj mężczyźni udali się znów na plac przedpałacowy.
Przede wszystkim trzeba było posprzątać i pochować ciała poległych, później panów czekała rozmowa z Peftis Sydel na temat jej dymisji, podpartej malwersacjami finansowymi oraz sterowaniem ustawami na własną korzyść. Pani premier oczywiście wszystkiego się wyparła, lecz z magnetofonu puszczono nagrania sprzed wyborów, na których kobieta w trakcie prywatnej rozmowy w restauracji nieprzychylnie wypowiadała się na temat Milleńczyków i Millenii. Dopiero wtedy kobieta ukorzyła się i zobowiązała do złożenia dymisji jej oraz rządu.
- Muszę uzyskać władzę ustawodawczą - Odrzekł Tom po wyjściu z celi premier.
- Jak? Do tego potrzeba rządu, który aktualnie został zawieszony.
- Skoro sam odebrałem władzę, mogę jej również nadać nową formę.
- Nie byłbym tego taki pewien.
- Dobrze, nie zrobię tego jawnie - będę miał swojego człowieka w rządzie - Tu spojrzał na Gatisa Synera.
- Czyli pójdziesz w kłamstwo i wszystko będzie robione za plecami obywateli? - Zaatakował go nagle polityk.
Scarlett przystanął i spojrzał na polityka wzrokiem bazyliszka.
- Właśnie tak; Milleńczycy będą mieli dobrze za mego panowania, lecz nie o wszystkim muszą wiedzieć.
- Zatem będziesz taki sam jak posłowie i senatorzy, którzy pod przymusem podadzą się do dymisji?
- Nie, lecz będę stosował podobne metody, lecz tak, by wszyscy byli zadowoleni, nie tylko ja.
- Nie myślałeś kiedyś o komunizmie? - Zapytał Gatis takim tonem, jakby zagajał zwyczajną pogawędkę - Wszystkim żyje się dostatnio, są zadowoleni, spełnieni, a władca jest niemalże bogiem w ich oczach.
- Podczas gdy taka naprawdę zgadza się ostatni punkt twej wypowiedzi, wyjąwszy słowa ,,w ich oczach”.
- To może przejdziemy na komunizm? - Już jawnie zażartował polityk.
- Jasne, nasi przeciwnicy nas jeszcze bardziej znienawidzą… I mieliby rację - Scarlett uśmiechnął się, jak na okoliczności, szeroko.
- Co teraz? - Zapytał znów poważnie Syner, ściszając głos.
- Aktualnie czeka mnie koronacja oraz ożenek, a jutro wystosuję mowę do narodu.
- Co będzie zawarte w tej mowie?
- Karze im się ukorzyć przede mną i obiecać posłuszeństwo.
- Czyli z monarchii przechodzimy na totalitaryzm?
- Nie - na autorytaryzm; przecież nie odbiorę obywatelom praw, a głos będzie miał również rząd - W głosie księcia można było wyczuć lekkie zdziwienie sugeracjami wspólnika.
- Jak chcesz to zrobić?
- Zaraz po koronacji złożę projekt ustawy o zmianie konstytucji; sejm, a później senat wpierw uchwalą, potem potwierdzą moją ustawę, a ja ją podpiszę i zarządzę jej ogłoszenie w dzienniku ustaw.
- Trochę to potrwa.
- Zaledwie jedną noc.
- Co?! - Tym razem to Gatis Syner nie krył swego zaskoczenia - Przecież z tym wiążę się cały żmudny proces, nie możesz ot tak uchwalić ustawy o zmianie konstytucji w jedną noc!
- Ustawa ma zostać potwierdzona w przeciągu sześćdziesięciu dni, a podpisana - dwudziestu jeden, nie ma wzmianki o minimum - Scarlett wzburzył się, lecz starał się to powstrzymać; przecież z natury był spokojny, czemu ostatnio stał się nerwowy?
- A może chcesz wprowadzić kilka dekretów? - Zapytał Gatis.
- Nie czuję takiej potrzeby na chwilę obecną - Odparł Tom dość poważnie; na tych słowach dyskusja zakończyła się.
Mężczyźni przez następną godzinę zajmowali się nowymi członkami armii Wyklętych oraz nimi samymi; dostali nowe umundurowanie, lepsza broń i tymczasowe zamieszkanie w pałacowych pokojach, z których bez ceregieli wyrzucono ich dotychczasowych mieszkańców. Jedyną osobą, jaka mogła pozostać, była Xanthia, która miała służyć królowej matce, więc przeprowadziła się do sąsiadującej z komnatą Mitis sypialni.
- Na ten moment to wszystko - Odezwał się w końcu Scarlett do Synera - Jutro rano zajmę się demokratami, ponieważ już będę ich mógł na mocy prawa wypuścić; ojciec by się na to wściekł - Dodał książę z kpiącym uśmiechem, przypominając sobie ostatnią, zażartą kłótnię na temat manifestujących.
- W takim razie teraz ja zaproponuję ci odpoczynek, byś mógł przygotować się do przyjęcia władzy - Odparł polityk oficjalnym tonem.
- Masz rację; ile mam czasu? - Ton księcia był wyjątkowo naturalny.
- Półtorej godziny - Za to głos jego rozmówcy nie zmienił się,
- Syner, daj spokój - Westchnął Scarlett - Nie strzelaj fochów na swojego króla.
- Czego mam nie robić? - Zapytał Gatis już w swoim stylu.
- Domyśl się - Odpowiedział Tom tajemniczo się uśmiechając i oddalając się od wspólnika.
Słowa tego typu, dość luźne i nowatorskie, nie był znane w Millenii - archaicznej krainie. Nikt nie wiedział, iż Scarlett swego czasu dużo podróżował na Ziemię i nauczył się współczesnej mowy ludzi, czym nierzadko zaskakiwał Milleńczyków, lecz jedynie tych, którzy nie domyśleliby się, skąd młody mężczyzna zna to słownictwo.
Scarlett nie od razu udał się do swej komnaty; wpierw odwiedził swą narzeczoną, choćby tylko po to, by na nią popatrzeć, w razie gdyby jeszcze spała.
W istocie Domina nawet nie drgnęła, gdy książę wszedł do jej tymczasowej sypialni. Dziewczyna spała jak kamień, dlatego Scarlett odważył się usiąść obok niej na łóżku i począł się jej przypatrywać; nie rozumiał, co go do tego skłoniło, ale nie umiał się powstrzymać. Podziwiał gładkie rysy twarzy ukochanej, jej piękne włosy i mimikę podczas snu. Sam siebie uważał wtedy za wariata, lecz podobała mu się obserwacja śpiącej, każdy jej najmniejszy ruch lub drgnienie mięśni. Tom wiedział, iż w tym momencie jest komiczny, ale nie mógł przestać - Domina za bardzo mu się podobała. Chciał nawet położyć się obok dziewczyny, lecz z niewiadomych sobie przyczyn nie potrafił. Miast tego złożył pocałunek na jej czole. Wtedy Domina przebudziła się.
- Śpij - Wyszeptał Scarlett i odsunął się od narzeczonej z zamiarem opuszczenia komnaty.
- Po co, skoro ty tu jesteś - Odezwała się panna Pater, ku zdziwieniu mężczyzny.
Domina przyciągnęła Scarlett do siebie i zaczęła go całować. Tom był z lekka oszołomiony jej reakcją, lecz oddał pocałunki z namiętnością, którą do tej pory pokazał tylko raz - podczas pierwszej nocy kobiety w zamku.
Przyszła królowa wyczuła to, co dało jej poczucie błogości i pozwoliło zapomnieć o stracie dziadka. Oddała się całkowicie pocałunkom, które jej schlebiały oraz pogłębiło jej uczucie do księcia. Nie potrafiła jednak tego nazwać, choć zdawało jej się, iż zbliża się ono do zakochania, a przynajmniej do zauroczenia; musiała przyznać, że Scarlett Tom miał to coś i nie chodziło jej wyłącznie o władzę i pozycję, która do tej pory była dla niej priorytetem w ich relacji. Zatem zatrzymała go w łóżku na dłużej.
Po godzinie para całkiem zrelaksowana przygotowywała się do najważniejszych dla nich uroczystości. Ku największemu zdziwieniu Scarlett zachowywał się naturalnie, był wesoły, a wraz z Dominą sprawiali wrażenie zwyczajnej, zakochanej w sobie pary; żartowali, śmiali się, a nawet obdarowywali przelotnymi pocałunkami lub przytulali się. Mężczyzna pomógł kobiecie wybrać sukienkę.
- Jeszcze będąc dzieckiem pamiętam matkę ubraną w przepiękną suknię - Mówił Scarlett cicho, prowadząc narzeczoną korytarzem - Chyba miała ją na sobie w trakcie obchodów setnej rocznicy ślubu z ojcem.
- A jeśli mi się nie spodoba? - Zapytała Domina nie przestając się uśmiechać.
- To wybierzemy coś innego - Książę puścił oko do wybranki.
Jednak kreacja spodobała się dziewczynie; sukienka była uszyta z białej bawegi, dół był mocno rozkloszowany i pokryty koronką uszytą ze złoconej nici. Góra była gładka, z prostym dekoltem, bez ramiączek, łącząca się na ramionach, uwydatniając ich delikatność.
- Jest piękna - Westchnęła Domina - Lecz za duża; jestem do niej zbyt niska. W dodatku wydaje mi się, iż w dekolcie jest za ciasna.
- Żaden problem - Machnął ręką Tom - Idź przygotować resztę, a ja każę Xanthii ją poprawić.
- Ale to graniczy z cudem - Dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Xanthia ma zdolności do krawieckich cudów - Scarlett uspokajająco położył ręce na ramionach narzeczonej - Niezbyt atrakcyjna moc, ale przydatna w trywialnych sprawach.
- Skoro tak - Domina wzruszyła ramionami, po czym odeszła w stronę drzwi.
- Chwila - Zatrzymał ja Scarlett - Nie wiem, jaką ty moc posiadasz, a skoro mamy się pobrać…
Kobieta stanęła bokiem do swego rozmówcy.
- Dość nietypowa - Mówiła lekko zawstydzona - Potrafię stworzyć metal, który zatrzymuje moc, jakąkolwiek.
- Nawet twoją?
- Tak; ale to pracochłonny proces.
- Mimo wszystko stałaś się dzięki tej informacji niezwykle cenna - Odparł Tom, lecz ze względu na wcześniejsze wydarzenia dodał - Na polu zawodowym; dla mnie - Podszedł do ukochanej i ujął delikatnie jej twarz - nawet bez tego jesteś bardzo cenna - Pocałował Dominę czule.
Symboliczne ciepło rozlało się w sercu przyszłej królowej, a Scarlett po raz kolejny był wyjątkowo szczery, nawet ku swemu własnemu zdziwieniu
- Zatem idź się umalować, czy co wy tam kobiety musicie zrobić, ja w tym czasie pójdę do Xanthii, a potem sam się wystroję - Powiedział książę, po czym wyszedł.
W istocie - ostatnia służka w pałacu w dziesięć minut uporała się z suknią ślubną Dominy, by potem jej samej pomóc z makijażem i fryzurą. W tym czasie Scarlett, jak zapowiedział, ubrał się w tradycyjny stój do koronacji - złotego koloru spodnie, włożone w srebrne, wysokie buty, również srebrnego koloru satynowa tunika, sięgająca do połowy ud, przepasana złotym, szerokim pasem, złota szarfa oraz najważniejszy element szaty - aksamitny płaszcz, koloru zielonego. Scarlett czuł się w tym przebraniu trochę śmiesznie, lecz postanowił to zignorować na rzecz perspektywy spełnienia marzenia. Dodatkowo pewności dodawał mu fakt, iż szata koronacyjna należała do jego ojca, dziadka, pradziadka… A teraz wszyscy nie żyli i to właśnie on - Scarlett Tom miał zostać następcą tronu Królestwa Millenii. Mężczyzna uśmiechnął się do siebie w lustrze i spojrzał na napis wyszyty na szarfie: ,,Edo Venit” - ,,Oto nadchodzę”.
Swym wejściem Scarlett wraz z Dominą zrobili wrażenie; ona - piękna, on - dystyngowany. Na sali znajdowali się wszyscy politycy państwowi oraz władcy wszystkich pozostałych krain Mainu. Wszystko było już wcześniej zaplanowane, jedynie z tyłu sali stali Wyklęci, główny bohater się zmienił oraz dodano jedną osobę na listę gości - Dominę Pater.
Chór śpiewał, ogromna orkiestra grała. Może tylko tak się zebranym wydawało, lecz pieśń niosła ze sobą niepokój, melodia była niepewna, przepełniona dysonansami, zwłaszcza trytonami i septymami, udziwnionymi zejściami i rozwiązaniami, była nabrzmiała od nieustającego fortissimo i wysokiego jak na swoją skalę sopranu, a wśród innych głosów nie było dużych odległości, nawet w przypadku linii basu. Melodia oczywiście była harmoniczna, lecz napisana została w ściśle określony sposób tak, by nie można było bawić się ustawieniem jej funkcji. Uroczystość zaczynała przypominać bardziej requiem aniżeli koronację. Na szczęście muzycy przestali grać, gdy tylko para królewska usiadła na swoich miejscach. Zaczęły się oklepane formułki Głównego Kapłana Pioniego, które Scarlett musiał z bólem wytrzymać. Zajął się w tym czasie przyglądaniu zebranym, których w myślach pieszczotliwie nazwał ,,małpami”.
- ,,A zaraz otworzę mój cyrk” - Dodał w głowie.
Po godzinie Scarlett złożył przysięgę- zbyt nudną i wyświechtaną, by ją tu opisywać; ogólnikowo mówiła o zapewnieniu bezpieczeństwa narodowi i Millenii oraz zadbanie o przedłużenie rodu. Następnie nadszedł ten długo wyczekiwany moment; przyniesiono pozłacaną koronę, która posiadała osiem fleuronów, z czego środkowy z przodu był wyższy od pozostałych, ponieważ symbolizował Main i ozdobiony był siedmioma kamieniami narodowymi państw. Reszta posiadała tylko jeden, a pierwszy z prawej oznaczał Millenię i posiadał szmaragd. Następnie:
- Mianuje cię na króla, Scarlecie Eftaio Tomie, z ręki boskiego Teomina - Mówił Główny Kapłan nakładając koronę - Jesteś gotów. Twe nowe imię brzmi Telos.
- Jestem gotów, Najdostojniejsza Millenio. Przyjmij mnie na swego nowego władcę, a będę ci służył wiernie do ostatnich mych dni. Tak mi dopomóżcie bogowie - Wyrecytował król uroczyście.
W sali rozległy się oklaski, lecz mniej entuzjastyczne niż w przypadku próby Enareta. Jednakże Scarlett w ogóle się tym ni przejmował; posłał swym wrogom promienny uśmiech.
Kapłani błyskawicznie przeszli do ceremonii zaślubin. Odbyła się w mniej drętwej atmosferze, jednak wciąż uroczysta, dlatego na nagie ramiona Domina musiała zarzucić jedwabną chustę.
W trakcie przysięgi para stała naprzeciw siebie i spoglądała sobie w oczy, co nadało ceremonii iskrę swojskości i normalności. Rotę wypowiadali z uśmiechem na ustach, wywołując ciche westchnięcia wśród damskiej części zebranych. Przysięga również zawierała dość stereotypowe sformułowania, jednak podczas wkładania obrączek na palec współmałżonka każde z nich wymawiało następujące słowa:
- Należysz do mnie, ja należę do ciebie, aż po życia kres.
- Teraz proszę złożyć pocałunek wierności na ustach ukochanej - Odparł na koniec kapłan.
Scarlett spełnił obowiązek z ochotą, co wywołało na policzkach jego żony delikatne, upiększające rumieńce.
Kapłan Pioni zwrócił się do Dominy.
- Proszę uklęknąć przed swym królem.
Kobieta uczyniła to, skromnie zwracając wzrok ku podłodze. W tym czasie jeden z przybocznych kapłanów przyniósł piękny, brylantowy diadem. Król wziął go z uroczystym wyrazem twarzy i ostrożnie nałożył go na głowę żony.
- Od teraz stajesz u mego boku, Domino Agenis Pater - Tom, jako ma oddana i służąca radą towarzyszka. Nadaję ci imię Prodiża - Podał jej dłoń - Wstań, jeśli nie wyrażasz sprzeciwu - Dziewczyna ujęła tę dłoń i z pomocą męża podniosła się z posadzki.
Ponownie rozległy się brawa, tym razem już entuzjastyczne, wśród których para młoda wyszła z sali.
- Teraz zapraszamy do Sali Głównej na celebrację koronacji oraz zaślubin - Odezwał się Gatis Syner na tyle głośno, by pierwsze rzędy go usłyszały, a za nimi poszły już kolejne. Na to goście uradowali się najbardziej.
Dla pary królewskiej za to kolacja była właśnie najtrudniejszym z punktów wieczoru.
- Nie podoba mi się tego typu feta - Odezwała się w którymś momencie królowa matka - Jeszcze ciało ojca nie wystygło…
- Taki zwyczaj panuje od wieków - Westchnął jej syn - Nie ma się tu czemu dziwić; pewnie nie wyrażałabyś sprzeciwu, gdyby to Enaret siedział teraz na moim miejscu, lecz jego tu nie ma, zdezerterował.
- Wiem, nie musisz mi o tym przypominać - Mitis dotknęła dłonią czoła w geście zmęczenia.
- W takim razie raduj się szczęściem swego syna, matko - Scarlett zakończył dyskusję, a na znak zgody pocałował matkę w policzek.
Jedynym interesującym faktem był pomysł Gatisa, by wydrukować ulotki z informacją o nowym królu, gdyby ta wiadomość nie dotarła do wszystkich. Tom zgodził się, a po chwili w podpałacowych pomieszczeniach rozpoczęła się intensywna praca byłych gwardzistów zmarłego króla.
Żołnierze, którzy dobrowolnie się poddali klęczeli przed Scarlettem ze zwieszonymi głowami.
- Zapewne jeszcze kilkanaście minut temu nie spodziewaliście się, że znajdziecie się w takim położeniu - Zaczął Tom dumnie - Jednak jak widzicie moja armia łatwo was pokonała, a zatem nierozważnym jest buntować się przeciwko nam. W takim razie proponuję, byście przyłączyli się do mnie oraz Wyklętych - z nami przywrócicie dawną świetność Millenii - Rozejrzał się po gwardzistach; ci, którzy pierwsi by mu się sprzeciwili zostali zabici - Już wcześniej powiedziałem o niesprawiedliwości oraz fałszu panującym w naszym kraju. Zdecydujcie, po której stronie Millenii chcecie stanąć. Gdy wasza decyzja zostanie podjęta pokłońcie się, jeżeli przystajecie do nas, jeśli nie - zrzućcie naramienniki. Jednak nie poinformuję was teraz, jaka kara za to czeka.
Klęczący mężczyźni spojrzeli po sobie, niektórzy z nich skinęli głowami i pokłonili się. Za ich przykładem poszła większość, aczkolwiek kilkoro z nich wyrwało naramienniki i rzuciło je z marsową miną przed siebie.
- A więc kara - Książę wzruszył ramionami spokojnie, po czym ruszył kilkoma mieczami, które wciąż miał w swojej mocy i wbił je powoli w głowy jego przeciwników; plac wypełniły krzyki nieopisanego bólu - Jeżeli nie ma więcej sprzeciwów - Kontynuował Scarlett, gdy gwardziści zostali zabici, a krew strumieniem polała się z ich głów - To zapraszam do mojej armii, na pewien czas będąc pod nadzorem Wyklętych. Wy, droga młodzieży, rozejdźcie się do swych domów i oznajmicie wszystkim, iż macie nowego, lepszego władcę - Wokół pałacu rozległy się entuzjastyczne wiwaty - A teraz wybaczcie - pójdę po moje rodzeństwo - Skłonił się lekko idąc tyłem, po czym obróciwszy się skinął palcem na Exegersa oraz Kommotisa, którego uczynił swym przybocznym - Chodźcie po Fortisa.
Za tą trójką pobiegł Gatis Syner.
- Zamknąłem jego komnatę - Oznajmił, ledwo doganiając księcia oraz jego świtę.
- Bardzo dobrze, teraz idź do Peftis Sydel i aresztuj ją - Rozkazał Scarlett nie rzuciwszy okiem na współpracownika.
Tom nic sobie nie robił z zamkniętych drzwi; lekkim ruchem ręki wyważył je, a następnie kierując otwartą dłoń na stojącego przy oknie Fortisa, przerzucił brata przez całą komnatę; wojownik uderzył mocno głową w podłogę i zemdlał.
- Ogetis, zwiąż go i zabierz do hallu - Ponownie wydał rozkaz tym samym aroganckim tonem i wyszedł z Kommotisem.
Obaj zeszli do podziemi.
- Wiem, gdzie będą - przy tych durnych światełkach mojej matki - Oznajmił pewnie.
W istocie, gdy po marszu w ciemnościach Scarlett zauważył słabe światło, usłyszał równocześnie słaby szelest sukni. Zdawał sobie sprawę z tego, iż wraz z przybocznym są słyszalni. Położył więc rękę na klatce piersiowej mężczyzny, co miało oznaczać, by został.
Książę powoli zbliżał się do coraz mocniejszego światła. Wiedział, że Archigos czuwał, zatem musiał być szybszy. Jednakże w tych ciemnościach musiał rozpoznać sylwetkę gwardzisty, by nie zranić rodziny przy ataku. W końcu zauważył szybki ruch potężnej sylwetki, ale jego ręka była szybsza; objął mocą postać i począł z całej siły uderzać nią o ścianę, na co z głębi dało się słyszeć zatrwożone damskie westchnienia. Gdy poczuł, że przeciwnik słabnie, wypuścił go.
- Jeżeli zachowacie spokój nie zabiję go do końca - Oświadczył, podchodząc z podniesionymi rękami.
Nagle pojawiła się przed nim siostra, trzymająca w ręce miecz gwardzisty i celująca nim w gardło brata.
- Ani kroku dalej, śmieciu - Wycedziła.
- Po co te nerwy, siostro - Scarlett był niezwykle spokojny - Rozwiążmy ten konflikt pokojowo.
- Sam pomogłeś mi zdobyć podpis ojca, a teraz zwalasz całą winę na mnie i nazywasz mnie zdrajczynią.
- Bo nią jesteś.
Morifia zbliżyła się do brata, dotykając szpicem miecza gardła mężczyzny.
- Kochanie, błagam, nie rób mu krzywdy - Odezwała się z Mitis, równocześnie wyłaniając się z ciemności.
- Stajesz po jego stronie, mamo?! - Oburzył się Morifia, szybko spoglądając przez ramię.
- Nie jestem po niczyjej stronie, jedynie nie chcę, by któremuś z moich dzieci stała się krzywda - Królowa starała się uspokoić drżenie głosu, jednak nie wychodziło jej to zbyt dobrze - Proszę, przez wzgląd na mnie, nie krzywdźcie się.
- Ciekawe, które pierwsze nie posłucha - Powiedział Scarlett, a przez jego twarz przemknął cień uśmiechu.
Na te słowa Morifia wściekła się i przymierzyła się do zamachu. Jednak nie odcięła głowy bratu, gdyż korytarz wypełnił huk wystrzału oraz dźwięk rozbijanej lampki, na co wszyscy nerwowo drgnęli.
- Odłóż miecz, dziecko - Odezwał się Kommotis głębokim głosem chowając pistolet za pas.
Dziewczyna była tak wstrząśnięta, że posłuchała.
- A teraz chodź ze mną, dziecko - Kontynuował mężczyzna.
- Niby gdzie? Na obrzeża? Na wygnanie? - Każde pytanie było wypowiedziane z coraz większym naciskiem.
- Tak, czyli tam, gdzie twoje miejsce - Wtrącił Scarlett kąśliwie.
Riposta pchała się na usta księżniczki, lecz dziewczyna przełknęła ciężko ślinę, opanowała emocje i miast tego zapytała:
- Gdzie twoim zdaniem ma znajdować się moje nowe miejsce zamieszkania?
- Na granicy mieleńsko - invidijskiej.
- Gdzie trwają zamieszki? - Morifia uniosła wysoko brwi, lecz nie wydawała się być zdziwiona odpowiedzią - Czyli i tak chcesz mnie zabić, bracie.
- Ty to powiedziałaś.
Młoda kobieta prychnęła.
- W takim razie prowadź! - Wykrzyknęła, wyciągając ręce jak do skucia.
Kommotis jednak nie miał przy sobie kajdanek, więc chwycił dziewczynę za nadgarstki i zaprowadził do wyjścia, a Scarlett jedynie odprowadził siostrę wzrokiem.
- A co ze mną? - Zapytała Mitis cicho, aczkolwiek z naciskiem.
Książę odwrócił się do matki i spojrzał na nią, lecz jego oczy wyrażały głęboką tkliwość.
- Ty, matko, zostaniesz w pałacu, u mego boku będziemy rządzić - Powiedział spokojnie.
Królowa wpatrywała się w syna z naciskiem, jednak matczyne uczucia zwyciężyły gniew.
- Z chęcią zostanę - Odpowiedziała, podchodząc do Scarletta - i pomogę ci, jeżeli tylko mi pozwolisz - Ujęła twarz syna - Chcę być przy tobie, ale przy tobie prawdziwym…
- Co masz na myśli? - Zapytał mężczyzna z gniewem, robiąc krok w tył.
- Ostatnio zauważyłam, a teraz się w tym upewniłam, że próbujesz grać kogoś twardego, stanowczego i jednocześnie cwaniackiego, ty choć zawsze pewny siebie, byłeś spokojniejszy i bardziej wyważony w zachowaniu, teraz wydajesz się być zagubionym.
- Po prostu zacząłem dostrzegać swoją prawdziwą naturę; kiedyś trzeba stanąć na środku, a nie wiecznie przypatrywać się z boku - Odpowiedział Scarlett z taką stanowczością, że Mitis już nic nie powiedziała; oblicze mężczyzny po chwili złagodniało - Chodź - Wziął matkę pod rękę - Zaprowadzę cię do swojej komnaty, tam wypoczniesz.
Kobieta szła potulnie, lecz jej myśli pozostawały niespokojnie; biegły od Enareta do Fortisa, od Fortisa do Morifii i tak w kółko - nie mogła uwierzyć w dezercję najstarszego syna, współczuła drugiemu, a do córki miała mieszane uczucia. Mori zapewniała, że to kłamstwa, a przynajmniej ta część dotycząca fałszerstwa, wytłumaczyła rolę młodszego brata, ale kobieta zaślepiona matczyną miłością do Scarletta nie potrafiła uwierzyć w jego winę.
- A może ty zawsze taki byłeś? - Odezwała się nagle kobieta przerywając ciszę - Wspominając choćby powstanie kucharek…
- Znów do tego wracamy? - Westchnął mężczyzna.
- Jestem skłonna stwierdzić, iż twe zachowanie było ciszą przed burzą i w istocie taka jest twoja prawdziwa natura.
Scarlett milczał, aż do momentu, gdy znaleźli się przed komnatą królowej.
- Być może faktycznie próbuję grać… ale muszę - Spojrzał poważnie na matkę - Jeżeli mam władać tym krajem.
- Zobaczymy, czy w ogóle będziesz rządzić - Odparła Mitis z wyraźnym gniewem, naciskając mocno klamkę i zatrzaskując za sobą drzwi.
Przez chwilę książę poczuł ukłucie żalu, ale wnet opanował się i zszedł do hallu, gdzie znajdowało się jego rodzeństwo.
- Morifia na granicę z Invidią, Fortis - do fabryk.
- Ty gnido - Wypluł z siebie jego brat, z czerwoną twarzą wykrzywioną ze złości.
- Nie mam zamiaru trzymać w pałacu zdrajców - Tu spojrzał na siostrę - oraz rozpustników - Zwrócił wzrok w stronę Fortisa.
- Odezwał się święty - Zripostował jego brat.
- Zabierzcie ich stąd - Scarlett zwrócił się do gwardzistów - A ty - Spojrzał na Kommotisa - Idź z Gatisem porozmawiać z najwyższym kapłanem, by jeszcze dziś mnie koronował i udzielił mi ślubu - Spojrzał na plac przedpałacowy - Ja muszę zająć się pewną sprawą.
Zgromadzenie w hallu rozeszło się; przyszły król wyszedł na zewnątrz, gdzie wcześniej zauważył Dominę. Teraz dziewczyna klęczała przy jednym z zabitych i cicho łkała.
- Cicho… - Przykucnął przy partnerce i objął ją.
- Co on tu robił? Zabroniłam mu wychodzić - Mówiła Domina przez łzy.
- Nykuru był dumny, od początku dawał temu wyraz, więc oczywistym było, iż cię nie posłucha.
- Ale obiecał… - Głos się jej załamał.
- W takim razie cię okłamał.
Na to Domina już nic nie odpowiedziała, tylko zalała się łzami i przytuliła do Scarletta.
- Zaprowadzę cię do komnaty, dobrze? - Mężczyzna starał się być miły - Odpoczniesz, a ja spróbuję ogarnąć ten bałagan. Na wieczór jednak proszę, byś ubrała się stosownie, ponieważ jeszcze dziś odbędzie się koronacja i nasz ślub.
- Jeszcze dziś? Jesteś pewny, że tak można? - Zapytała, lecz nie czekała na odpowiedź - No dobrze - Podniosła się z pomocą księcia - Masz rację, pójdę odpocząć. Ale jak ja zasnę? - Zlękła się nagle.
- Pomyśl, którą sukienkę włożysz na wieczór; możesz wybrać każdą, która znajduje się w pałacu - Scarlett przytulił dziewczynę, a ta odwzajemniła uścisk.
Po odprowadzeniu narzeczonej, Scarlett odszukał Gatisa.
- Muszę mieć pewność, iż mieszkańcy wiedzą o zmianach - Zaczął, gdy tylko ujrzał mężczyznę.
- Wysłałem kilku Wyklętych do odległych wiosek oraz do centrum, by zorientowali się w sytuacji, lecz widząc reakcję młodych Milleńczyków jestem pewien, iż nowina szybko się rozniesie zdobywając poparcie.
- Co z kapłanem?
- Tu pojawiły się pewne problemy, ale po odpowiednich negocjacjach - Tu puścił niezdarnie oko- zgodził się zwołać Trybun Królewski i jeszcze dziś cię koronować.
- Doskonale - Książę uśmiechnął się szeroko - Zatem wieczorem wszystko się ziści.
- Nykuru Pater nie żyje, prawda?
- Owszem.
- Co z Dominą?
- Zostanie królową, lecz z czasem będę odbierał jej prawa, tak, by nie mogła mnie zatrzymać i aby stała się jedynie ozdobą u mego boku - Mężczyzna starał się ukryć łamanie w głosie; nie wiedział, czy do końca chce odbierać całą autonomię ukochanej.
- Gdzie teraz jest?
- Odpoczywa.
- Ty również powinieneś, a ja zajmę się porządkowaniem bałaganu.
- Nie ma mowy - Odparł Tom dobitnie.
- Nie ufasz mi?
- Wolę zachować ostrożność; teraz możesz chcieć jedynie premierostwa, lecz przejąwszy moje obowiązki choćby na jedno popołudnie być może uznasz, iż taka władza nie będzie dla ciebie wystarczająca.
- Skoro chcesz kontrolować wszystko… - Gatis wzruszył ramionami, więc finalnie obaj mężczyźni udali się znów na plac przedpałacowy.
Przede wszystkim trzeba było posprzątać i pochować ciała poległych, później panów czekała rozmowa z Peftis Sydel na temat jej dymisji, podpartej malwersacjami finansowymi oraz sterowaniem ustawami na własną korzyść. Pani premier oczywiście wszystkiego się wyparła, lecz z magnetofonu puszczono nagrania sprzed wyborów, na których kobieta w trakcie prywatnej rozmowy w restauracji nieprzychylnie wypowiadała się na temat Milleńczyków i Millenii. Dopiero wtedy kobieta ukorzyła się i zobowiązała do złożenia dymisji jej oraz rządu.
- Muszę uzyskać władzę ustawodawczą - Odrzekł Tom po wyjściu z celi premier.
- Jak? Do tego potrzeba rządu, który aktualnie został zawieszony.
- Skoro sam odebrałem władzę, mogę jej również nadać nową formę.
- Nie byłbym tego taki pewien.
- Dobrze, nie zrobię tego jawnie - będę miał swojego człowieka w rządzie - Tu spojrzał na Gatisa Synera.
- Czyli pójdziesz w kłamstwo i wszystko będzie robione za plecami obywateli? - Zaatakował go nagle polityk.
Scarlett przystanął i spojrzał na polityka wzrokiem bazyliszka.
- Właśnie tak; Milleńczycy będą mieli dobrze za mego panowania, lecz nie o wszystkim muszą wiedzieć.
- Zatem będziesz taki sam jak posłowie i senatorzy, którzy pod przymusem podadzą się do dymisji?
- Nie, lecz będę stosował podobne metody, lecz tak, by wszyscy byli zadowoleni, nie tylko ja.
- Nie myślałeś kiedyś o komunizmie? - Zapytał Gatis takim tonem, jakby zagajał zwyczajną pogawędkę - Wszystkim żyje się dostatnio, są zadowoleni, spełnieni, a władca jest niemalże bogiem w ich oczach.
- Podczas gdy taka naprawdę zgadza się ostatni punkt twej wypowiedzi, wyjąwszy słowa ,,w ich oczach”.
- To może przejdziemy na komunizm? - Już jawnie zażartował polityk.
- Jasne, nasi przeciwnicy nas jeszcze bardziej znienawidzą… I mieliby rację - Scarlett uśmiechnął się, jak na okoliczności, szeroko.
- Co teraz? - Zapytał znów poważnie Syner, ściszając głos.
- Aktualnie czeka mnie koronacja oraz ożenek, a jutro wystosuję mowę do narodu.
- Co będzie zawarte w tej mowie?
- Karze im się ukorzyć przede mną i obiecać posłuszeństwo.
- Czyli z monarchii przechodzimy na totalitaryzm?
- Nie - na autorytaryzm; przecież nie odbiorę obywatelom praw, a głos będzie miał również rząd - W głosie księcia można było wyczuć lekkie zdziwienie sugeracjami wspólnika.
- Jak chcesz to zrobić?
- Zaraz po koronacji złożę projekt ustawy o zmianie konstytucji; sejm, a później senat wpierw uchwalą, potem potwierdzą moją ustawę, a ja ją podpiszę i zarządzę jej ogłoszenie w dzienniku ustaw.
- Trochę to potrwa.
- Zaledwie jedną noc.
- Co?! - Tym razem to Gatis Syner nie krył swego zaskoczenia - Przecież z tym wiążę się cały żmudny proces, nie możesz ot tak uchwalić ustawy o zmianie konstytucji w jedną noc!
- Ustawa ma zostać potwierdzona w przeciągu sześćdziesięciu dni, a podpisana - dwudziestu jeden, nie ma wzmianki o minimum - Scarlett wzburzył się, lecz starał się to powstrzymać; przecież z natury był spokojny, czemu ostatnio stał się nerwowy?
- A może chcesz wprowadzić kilka dekretów? - Zapytał Gatis.
- Nie czuję takiej potrzeby na chwilę obecną - Odparł Tom dość poważnie; na tych słowach dyskusja zakończyła się.
Mężczyźni przez następną godzinę zajmowali się nowymi członkami armii Wyklętych oraz nimi samymi; dostali nowe umundurowanie, lepsza broń i tymczasowe zamieszkanie w pałacowych pokojach, z których bez ceregieli wyrzucono ich dotychczasowych mieszkańców. Jedyną osobą, jaka mogła pozostać, była Xanthia, która miała służyć królowej matce, więc przeprowadziła się do sąsiadującej z komnatą Mitis sypialni.
- Na ten moment to wszystko - Odezwał się w końcu Scarlett do Synera - Jutro rano zajmę się demokratami, ponieważ już będę ich mógł na mocy prawa wypuścić; ojciec by się na to wściekł - Dodał książę z kpiącym uśmiechem, przypominając sobie ostatnią, zażartą kłótnię na temat manifestujących.
- W takim razie teraz ja zaproponuję ci odpoczynek, byś mógł przygotować się do przyjęcia władzy - Odparł polityk oficjalnym tonem.
- Masz rację; ile mam czasu? - Ton księcia był wyjątkowo naturalny.
- Półtorej godziny - Za to głos jego rozmówcy nie zmienił się,
- Syner, daj spokój - Westchnął Scarlett - Nie strzelaj fochów na swojego króla.
- Czego mam nie robić? - Zapytał Gatis już w swoim stylu.
- Domyśl się - Odpowiedział Tom tajemniczo się uśmiechając i oddalając się od wspólnika.
Słowa tego typu, dość luźne i nowatorskie, nie był znane w Millenii - archaicznej krainie. Nikt nie wiedział, iż Scarlett swego czasu dużo podróżował na Ziemię i nauczył się współczesnej mowy ludzi, czym nierzadko zaskakiwał Milleńczyków, lecz jedynie tych, którzy nie domyśleliby się, skąd młody mężczyzna zna to słownictwo.
Scarlett nie od razu udał się do swej komnaty; wpierw odwiedził swą narzeczoną, choćby tylko po to, by na nią popatrzeć, w razie gdyby jeszcze spała.
W istocie Domina nawet nie drgnęła, gdy książę wszedł do jej tymczasowej sypialni. Dziewczyna spała jak kamień, dlatego Scarlett odważył się usiąść obok niej na łóżku i począł się jej przypatrywać; nie rozumiał, co go do tego skłoniło, ale nie umiał się powstrzymać. Podziwiał gładkie rysy twarzy ukochanej, jej piękne włosy i mimikę podczas snu. Sam siebie uważał wtedy za wariata, lecz podobała mu się obserwacja śpiącej, każdy jej najmniejszy ruch lub drgnienie mięśni. Tom wiedział, iż w tym momencie jest komiczny, ale nie mógł przestać - Domina za bardzo mu się podobała. Chciał nawet położyć się obok dziewczyny, lecz z niewiadomych sobie przyczyn nie potrafił. Miast tego złożył pocałunek na jej czole. Wtedy Domina przebudziła się.
- Śpij - Wyszeptał Scarlett i odsunął się od narzeczonej z zamiarem opuszczenia komnaty.
- Po co, skoro ty tu jesteś - Odezwała się panna Pater, ku zdziwieniu mężczyzny.
Domina przyciągnęła Scarlett do siebie i zaczęła go całować. Tom był z lekka oszołomiony jej reakcją, lecz oddał pocałunki z namiętnością, którą do tej pory pokazał tylko raz - podczas pierwszej nocy kobiety w zamku.
Przyszła królowa wyczuła to, co dało jej poczucie błogości i pozwoliło zapomnieć o stracie dziadka. Oddała się całkowicie pocałunkom, które jej schlebiały oraz pogłębiło jej uczucie do księcia. Nie potrafiła jednak tego nazwać, choć zdawało jej się, iż zbliża się ono do zakochania, a przynajmniej do zauroczenia; musiała przyznać, że Scarlett Tom miał to coś i nie chodziło jej wyłącznie o władzę i pozycję, która do tej pory była dla niej priorytetem w ich relacji. Zatem zatrzymała go w łóżku na dłużej.
Po godzinie para całkiem zrelaksowana przygotowywała się do najważniejszych dla nich uroczystości. Ku największemu zdziwieniu Scarlett zachowywał się naturalnie, był wesoły, a wraz z Dominą sprawiali wrażenie zwyczajnej, zakochanej w sobie pary; żartowali, śmiali się, a nawet obdarowywali przelotnymi pocałunkami lub przytulali się. Mężczyzna pomógł kobiecie wybrać sukienkę.
- Jeszcze będąc dzieckiem pamiętam matkę ubraną w przepiękną suknię - Mówił Scarlett cicho, prowadząc narzeczoną korytarzem - Chyba miała ją na sobie w trakcie obchodów setnej rocznicy ślubu z ojcem.
- A jeśli mi się nie spodoba? - Zapytała Domina nie przestając się uśmiechać.
- To wybierzemy coś innego - Książę puścił oko do wybranki.
Jednak kreacja spodobała się dziewczynie; sukienka była uszyta z białej bawegi, dół był mocno rozkloszowany i pokryty koronką uszytą ze złoconej nici. Góra była gładka, z prostym dekoltem, bez ramiączek, łącząca się na ramionach, uwydatniając ich delikatność.
- Jest piękna - Westchnęła Domina - Lecz za duża; jestem do niej zbyt niska. W dodatku wydaje mi się, iż w dekolcie jest za ciasna.
- Żaden problem - Machnął ręką Tom - Idź przygotować resztę, a ja każę Xanthii ją poprawić.
- Ale to graniczy z cudem - Dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Xanthia ma zdolności do krawieckich cudów - Scarlett uspokajająco położył ręce na ramionach narzeczonej - Niezbyt atrakcyjna moc, ale przydatna w trywialnych sprawach.
- Skoro tak - Domina wzruszyła ramionami, po czym odeszła w stronę drzwi.
- Chwila - Zatrzymał ja Scarlett - Nie wiem, jaką ty moc posiadasz, a skoro mamy się pobrać…
Kobieta stanęła bokiem do swego rozmówcy.
- Dość nietypowa - Mówiła lekko zawstydzona - Potrafię stworzyć metal, który zatrzymuje moc, jakąkolwiek.
- Nawet twoją?
- Tak; ale to pracochłonny proces.
- Mimo wszystko stałaś się dzięki tej informacji niezwykle cenna - Odparł Tom, lecz ze względu na wcześniejsze wydarzenia dodał - Na polu zawodowym; dla mnie - Podszedł do ukochanej i ujął delikatnie jej twarz - nawet bez tego jesteś bardzo cenna - Pocałował Dominę czule.
Symboliczne ciepło rozlało się w sercu przyszłej królowej, a Scarlett po raz kolejny był wyjątkowo szczery, nawet ku swemu własnemu zdziwieniu
- Zatem idź się umalować, czy co wy tam kobiety musicie zrobić, ja w tym czasie pójdę do Xanthii, a potem sam się wystroję - Powiedział książę, po czym wyszedł.
W istocie - ostatnia służka w pałacu w dziesięć minut uporała się z suknią ślubną Dominy, by potem jej samej pomóc z makijażem i fryzurą. W tym czasie Scarlett, jak zapowiedział, ubrał się w tradycyjny stój do koronacji - złotego koloru spodnie, włożone w srebrne, wysokie buty, również srebrnego koloru satynowa tunika, sięgająca do połowy ud, przepasana złotym, szerokim pasem, złota szarfa oraz najważniejszy element szaty - aksamitny płaszcz, koloru zielonego. Scarlett czuł się w tym przebraniu trochę śmiesznie, lecz postanowił to zignorować na rzecz perspektywy spełnienia marzenia. Dodatkowo pewności dodawał mu fakt, iż szata koronacyjna należała do jego ojca, dziadka, pradziadka… A teraz wszyscy nie żyli i to właśnie on - Scarlett Tom miał zostać następcą tronu Królestwa Millenii. Mężczyzna uśmiechnął się do siebie w lustrze i spojrzał na napis wyszyty na szarfie: ,,Edo Venit” - ,,Oto nadchodzę”.
Swym wejściem Scarlett wraz z Dominą zrobili wrażenie; ona - piękna, on - dystyngowany. Na sali znajdowali się wszyscy politycy państwowi oraz władcy wszystkich pozostałych krain Mainu. Wszystko było już wcześniej zaplanowane, jedynie z tyłu sali stali Wyklęci, główny bohater się zmienił oraz dodano jedną osobę na listę gości - Dominę Pater.
Chór śpiewał, ogromna orkiestra grała. Może tylko tak się zebranym wydawało, lecz pieśń niosła ze sobą niepokój, melodia była niepewna, przepełniona dysonansami, zwłaszcza trytonami i septymami, udziwnionymi zejściami i rozwiązaniami, była nabrzmiała od nieustającego fortissimo i wysokiego jak na swoją skalę sopranu, a wśród innych głosów nie było dużych odległości, nawet w przypadku linii basu. Melodia oczywiście była harmoniczna, lecz napisana została w ściśle określony sposób tak, by nie można było bawić się ustawieniem jej funkcji. Uroczystość zaczynała przypominać bardziej requiem aniżeli koronację. Na szczęście muzycy przestali grać, gdy tylko para królewska usiadła na swoich miejscach. Zaczęły się oklepane formułki Głównego Kapłana Pioniego, które Scarlett musiał z bólem wytrzymać. Zajął się w tym czasie przyglądaniu zebranym, których w myślach pieszczotliwie nazwał ,,małpami”.
- ,,A zaraz otworzę mój cyrk” - Dodał w głowie.
Po godzinie Scarlett złożył przysięgę- zbyt nudną i wyświechtaną, by ją tu opisywać; ogólnikowo mówiła o zapewnieniu bezpieczeństwa narodowi i Millenii oraz zadbanie o przedłużenie rodu. Następnie nadszedł ten długo wyczekiwany moment; przyniesiono pozłacaną koronę, która posiadała osiem fleuronów, z czego środkowy z przodu był wyższy od pozostałych, ponieważ symbolizował Main i ozdobiony był siedmioma kamieniami narodowymi państw. Reszta posiadała tylko jeden, a pierwszy z prawej oznaczał Millenię i posiadał szmaragd. Następnie:
- Mianuje cię na króla, Scarlecie Eftaio Tomie, z ręki boskiego Teomina - Mówił Główny Kapłan nakładając koronę - Jesteś gotów. Twe nowe imię brzmi Telos.
- Jestem gotów, Najdostojniejsza Millenio. Przyjmij mnie na swego nowego władcę, a będę ci służył wiernie do ostatnich mych dni. Tak mi dopomóżcie bogowie - Wyrecytował król uroczyście.
W sali rozległy się oklaski, lecz mniej entuzjastyczne niż w przypadku próby Enareta. Jednakże Scarlett w ogóle się tym ni przejmował; posłał swym wrogom promienny uśmiech.
Kapłani błyskawicznie przeszli do ceremonii zaślubin. Odbyła się w mniej drętwej atmosferze, jednak wciąż uroczysta, dlatego na nagie ramiona Domina musiała zarzucić jedwabną chustę.
W trakcie przysięgi para stała naprzeciw siebie i spoglądała sobie w oczy, co nadało ceremonii iskrę swojskości i normalności. Rotę wypowiadali z uśmiechem na ustach, wywołując ciche westchnięcia wśród damskiej części zebranych. Przysięga również zawierała dość stereotypowe sformułowania, jednak podczas wkładania obrączek na palec współmałżonka każde z nich wymawiało następujące słowa:
- Należysz do mnie, ja należę do ciebie, aż po życia kres.
- Teraz proszę złożyć pocałunek wierności na ustach ukochanej - Odparł na koniec kapłan.
Scarlett spełnił obowiązek z ochotą, co wywołało na policzkach jego żony delikatne, upiększające rumieńce.
Kapłan Pioni zwrócił się do Dominy.
- Proszę uklęknąć przed swym królem.
Kobieta uczyniła to, skromnie zwracając wzrok ku podłodze. W tym czasie jeden z przybocznych kapłanów przyniósł piękny, brylantowy diadem. Król wziął go z uroczystym wyrazem twarzy i ostrożnie nałożył go na głowę żony.
- Od teraz stajesz u mego boku, Domino Agenis Pater - Tom, jako ma oddana i służąca radą towarzyszka. Nadaję ci imię Prodiża - Podał jej dłoń - Wstań, jeśli nie wyrażasz sprzeciwu - Dziewczyna ujęła tę dłoń i z pomocą męża podniosła się z posadzki.
Ponownie rozległy się brawa, tym razem już entuzjastyczne, wśród których para młoda wyszła z sali.
- Teraz zapraszamy do Sali Głównej na celebrację koronacji oraz zaślubin - Odezwał się Gatis Syner na tyle głośno, by pierwsze rzędy go usłyszały, a za nimi poszły już kolejne. Na to goście uradowali się najbardziej.
Dla pary królewskiej za to kolacja była właśnie najtrudniejszym z punktów wieczoru.
- Nie podoba mi się tego typu feta - Odezwała się w którymś momencie królowa matka - Jeszcze ciało ojca nie wystygło…
- Taki zwyczaj panuje od wieków - Westchnął jej syn - Nie ma się tu czemu dziwić; pewnie nie wyrażałabyś sprzeciwu, gdyby to Enaret siedział teraz na moim miejscu, lecz jego tu nie ma, zdezerterował.
- Wiem, nie musisz mi o tym przypominać - Mitis dotknęła dłonią czoła w geście zmęczenia.
- W takim razie raduj się szczęściem swego syna, matko - Scarlett zakończył dyskusję, a na znak zgody pocałował matkę w policzek.
Jedynym interesującym faktem był pomysł Gatisa, by wydrukować ulotki z informacją o nowym królu, gdyby ta wiadomość nie dotarła do wszystkich. Tom zgodził się, a po chwili w podpałacowych pomieszczeniach rozpoczęła się intensywna praca byłych gwardzistów zmarłego króla.
Po czterech godzinach kolacja dobiegła końca. Scarlett ze spokojem o ustawę, nad którą pracował prawie - były rząd oraz o ulotki poszedł wraz ze swą małżonką do ich nowej, wspólnej sypialni, gdzie po swojemu mogli celebrować koronację i zaślubiny.
CDN...
sobota, 3 września 2016
. W hallu natknął się na młodszego brata, który w pośpiechu i zamyśleniu schodził po schodach.
- Witaj - Powiedział dość oficjalnie.
Scarlett nie odpowiedział, jedynie zszokowany wpatrywał się w Enareta; był pewny, iż ten jest teraz uwięziony na Ziemi. Przed chwilą dostał informację od Gatisa, że portale zostały zamknięte, co więc w takim razie robi tu przyszły król.
- No cześć… - Odparł w końcu schodząc z ostatniego stopnia bardzo wolno - Byłeś już u Gianny?
- Tak.
- Sądziłem, iż jeszcze nie wrócisz.
- Poszedłem wcześniej - nie mogłem wytrzymać.
- Rozumiem - Skinął głową młodszy Tom lustrując brata i próbując wymyślić plan awaryjny - Dokąd się teraz udajesz?
- Myślałem o swojej komnacie, lecz nie nie miałem w planach tak naprawdę nic konkretnego - Enaret wzruszył ramionami.
- To dobrze - Scarletta nagle olśniło - Ponieważ Fortis chce się z Toba spotkać.
- Ze mną? - Książę wskazał na swoją osobę - Dlaczego?
- Głupie pytanie - Scarlett pokręcił głową; podszedł do brata, objął go w ramionach i zaczął prowadzić w głąb zamku - Przecież dziś ma najstraszniejszy test w swoim życiu - Teoretyczną Część Wielkiego Testu, a ty tak po prostu o tym zapomniałeś? Nawet ja pamiętam.
- Ponieważ go przygotowywałeś - Rozzłościł się trochę Enaret.
- Nieważne - Machnął ręką jego brat - Fortis chce porozmawiać ze swym ukochanym bratem, prosił mnie, bym cię sprowadził, więc oto jestem.
- Wszystko w porządku, ale dlaczego idziemy na zaplecze zamku? - Zapytał przyszły król rozglądając się po zapuszczonej części pałacu.
- Bo tam jest Fortis - Odparł Scarlett ze zdziwieniem - Za chwilę znajdziemy się w zbrojowni, gdzie nasz braciszek się relaksuje.
Starszy Tom postanowił nie zadawać więcej pytań, tylko grzecznie usłuchać brata. Jednak gdy znaleźli się w zbrojowni naszły go wątpliwości.
- Gdzie jest Fortis? - Zapytał, lecz nie usłyszał odpowiedzi; zamiast tego poczuł mocne uderzenie w potylicę - to ostatnie, co zapamiętał.
Scarlett stał nad powalonym ciałem brata, jednak nie przyglądał się zbyt długo; skrępował ręce i nogi Enareta grubymi powrozami, które znajdowały się w pomieszczeniu oraz zaklebnował mu usta jedwabnym pasem od zbroi. Następnie zamknął brata w pokoju, by pobiec czym prędzej do Gatisa Synera.
- Otwórz Portal Północny - Rozkazał bez przywitania; sapał jak szalony.
- Ciebie również miło widzieć - Odparł polityk z sarkazmem, przerywając pisanie czegoś - Dlaczego wparowujesz do mej komnaty jak do siebie i od progu zasypujesz mnie rozkazami.
- Nie przeginaj - Scarlett ze złością podszedł do mężczyzny i chwycił go mocno za kołnierz - Otwórz Portal Północny - Wysyczał.
- Po co? - Wychrypiał Syner.
- Bo mój ukochany braciszek poszedł do swej laluni troszeczkę wcześniej i za to leży skrępowany w zbrojowni na parterze - Powiedział spokojnie, puszczając ubranie polityka - Za godzinę otwórz portal na pół minuty.
- Nie mogę.
- Możesz - Scarlett wyrzucił ręce w górę i począł przechadzać się po komnacie - Zastępujesz króla w tym kraju, otworzenie jednego marnego portalu nie powinno robić ci różnicy.
- Spróbuję otworzyć jeden z bocznych, na pewno nie główny, lecz to będzie trudne.
- Dlaczego.
- Takie przepisy - Mężczyzna wzruszył ramionami.’
- Przepisy - Westchnął ciężko książę - Te durne przepisy, które podkładają kłody pod nogi miast pomagać, co mają w założeniu, prawda?
- Tak… - Odpowiedział Syner niepewnie, gubiąc się w wywodach Toma - Zrobiłeś się ostatnio mocno nerwowy…
- To przez tę farsę z puczem, nieważne - Scarlett machnął ręką - Za godzinę Portal Północny ma być otwarty.
- Ale mówiłem już…
- Nic mnie to nie interesuje, obejdź przepisy - Rzucił książę na odchodne - A gdybym nie zdążył na test Fortisa, to mu to jakoś wytłumacz; jestem zajęty - Po czym wyszedł równie szybko jak się pojawił.
Scarlett udał się do swej komnaty, skąd zabrał czarny płaszcz z wielkim kapturem - ten sam, który miał na sobie podczas wycieczki do Nykuru Patera - i tajemnym przejściem zszedł do zbrojowni. Enaret na szczęście jeszcze się nie ocknął.
Młody Tom zarzucił braterskie bezwładne ciało przez ramię, udał się do stajni, zabrał najszybszego konia i pocwałował, z bratem przerzuconym przez koński grzbiet i na wszelki wypadek zawiązanym.
Tempo było tak zawrotne, że Scarlett pokonał całą trasę w trochę ponad pięćdziesiąt minut. Kaptur płaszcza spadał mu z głowy cały czas, lecz mimo zdenerwowania książę nie zwalniał. Bardziej denerwowało go czekanie na otwarcie portalu. Nagle w dziurze przypominającej wejście do jaskini pojawiła się niebieska łuna.
- Dzięki, Gatis - Scarlett uśmiechnął się do siebie, po czym rzucił nieprzytomnego brata w głąb czeluści; nim ciało spadło, ciemność ponownie ogarnęła portal.
Tom spojrzał na zegarek ukryty w pole płaszcza - dochodziła godzina dziewiąta trzydzieści, o dziesiątej miał zacząć się Wielki Test; książę był pewny, że nie zdąży.
- ,,Może to i lepiej - Pomyślał - Ostatnio byłem chyba zbyt miły dla mego brata”
Po czym wsiadł na konia i tym razem galopem udał się do zamku.
W istocie Fortis miał nadzieję, iż jego nauczyciel będzie go wspierał przed rozpoczęciem egzaminu. Scarlett jednak zniknął i nikt nie miał pojęcia, gdzie może być. Kwadrans przed rozpoczęciem zadania wojownik rozgoryczony udał się przed salę, w której miał pisać. Ku swemu zdziwieniu zastał tam Gatisa Synera.
- Dzień dobry - Przywitał się nie znając zbyt dobrze polityka - Co pan tu robi?
- Przyszedłem w zastępstwie twego młodszego brata - Syner uśmiechnął się nieszczerze, czego jednak jego rozmówca nie zauważył - Wypadła mu nagle pewna wybitnie ważna sprawa związana z Dniami Wolnej Polityki dla Młodzieży; gorąco chciał ci dopingować, lecz sam widzisz… - Rozłożył ręce w dyplomatyczny sposób - Siła wyższa.
- Trudno - Westchnął Fortis - Lecz myślałem… Nieważne - Machnął ręką - To byłoby niepodobne do mego brata, gdyby się tu zjawił; niemożliwym jest, by okazywał sympatię na dłużej, nie pozwala sobie na to…. Ale co mnie to obchodzi - Mężczyzna nagle znów stał się sobą - aroganckim i pewnym siebie - Po co mi młodszy braciszek, skoro jestem perfekcyjnie przygotowany do wyzwania - Poprawił marynarkę od garnituru, który dziś wyjątkowo założył.
- W takim razie życzę powodzenia jedynie zgodnie z tradycją - Gatis w mocnym uścisku potrząsnął ręką księcia, po czym odszedł.
Fortis powtórzył jeszcze wszystkie zasady dla utrwalenia nim został wezwany do sali.
Mężczyzna pisał pewnie; jeżeli na początku odczuwał jakikolwiek stres, teraz już nie mógł sobie o nim przypomnieć. Test wydawał mu się prosty i wręcz przyjemny. Pisał z uśmiechem na twarzy, co wywołało zdziwienie komisji nadzorującej przebieg egzaminu.
Po dwóch godzinach Fortis mimo malującego się na jego twarzy wyczerpania, niemalże w podskokach znalazł się przed stołem komisyjnym, by oddać test, a następnie równie wesoło wyszedł z sali. Był pewny dobrego wyniku.
Rzeczywiście - jedynie odpowiedzi na dwa lub trzy pytania były błędne, a reszta perfekcyjna.
- To pytanie zamieńcie z tym - Mówił Gatis - Temu zmieńcie formułę, tu dodajcie ,,nie”… .
Mężczyzna dyktował tak przez pół godziny, aż w końcu podliczone przez komisję punkty nie pozwalały zdać księciu testu - brakowało mu dwóch poprawnych odpowiedzi.
- Tak mało brakowało… - Odparł Syner z sarkazmem.
- W istocie - Skinął głową jeden z egzaminatorów - A teraz gotówka.
- Oczywiście - Polityk wyciągnął z marynarki cztery pliki banknotów i rozdał je kolejno trzem mężczyznom oraz jednej pani - Dziękuję państwu - Skinął głową i wyszedł.
W tym samym czasie Scarlett wprowadzał ostatnie poprawki do swej płomiennej przemowy; po swoim powrocie upewnił się, iż portal jest zamknięty, a zbroje uszkodzone, więc teraz zajął się swoim zadaniem, ponieważ wszystko wydawało się być zgodne z jego oczekiwaniami.
- ,,Byleby Domina nie zawiodła” - Myślał.
Nie pokazał tego po sobie, lecz zdenerwował się, gdy usłyszał od dziewczyny, iż jej dziadek chce ją obsadzić na tronie, a jego samego wygnać, choć książę domyślił się, że chce go raczej zabić. Postanowił zatem po rebelii wdrożyć w życie kolejny plan.
Nagle mężczyzna usłyszał pukanie do drzwi; nakazał wejść.
- Witaj, synu - Powiedziała Mitis okryta czarną suknią żałobną.
- Witaj, matko - Scarlett mimo porannej niesnaski podszedł do matrony i z szacunkiem pocałował ją w rękę.
- Przyszłam, by cię przeprosić - Kobieta postanowiła nie owijać w bawełnę - To nie moja sprawa, z kim się spotykasz, zależy mi jedynie na twym szczęściu - Królowa spojrzała w oczy najmłodszego syna - Przepraszam - Wyszeptała, po czym zalała się łzami.
- Mamo - Scarlett objął kobietę, by ta mogła wypłakać się na jego ramieniu - Nie mam do ciebie żalu, rozumiem, iż to wszystko jest spowodowane odejściem ojca. Nie mam żalu… - Mówił tuląc czulę najważniejszą dla niego osobę.
- Dziękuję, skarbie - Mitis ucałowała syna w czoło - Zawsze byłeś moim oczkiem w głowie, a myśl, iż za niedługo zostaniesz mi odebrany przez inną kobietę i to taką, która nie otrzymuje mojej aprobaty…
- To jeszcze nie jest przesądzone - Mężczyzna położył ręce na matczynych ramionach - Pamiętaj jednak, że to ty jesteś dla mnie najważniejsza.
To był jeden z tych momentów, w których Scarlett był całkowicie szczery.
- Wierzę, że twoje wystąpienie zapadnie w serca młodych Milleńczyków - Powiedziała Mitis uspokoiwszy się trochę.
- Jestem tego pewien - Książę uśmiechnął się trochę chytrze.
Królowa natychmiast to zauważyła.
- Czyżbyś coś kombinował? - Zapytała bez ogródek.
- Matko… - Westchnął Scarlett, a uśmiech nie schodził mu z twarzy - Jak zwykle podejrzewasz mnie o najgorsze, a ja jedynie cieszę się, iż nareszcie mogę się czynnie zaangażować w życie polityczne naszego kraju - Zaczął prowadzić kobietę w stronę drzwi.
- W takim razie i ja jestem kontent - Odrzekła Mitis, choć niezbyt przekonująco.
Scarlett zamknąwszy drzwi za matką oparł czoło o chłodne drewno; denerwował się. Jego pewność siebie jednak nie była tak wysoka, jak przypuszczał. Właściwie czasem już nie wiedział, jaki jest - raz był pewnym siebie ignorantem, innym razem przebiegłym zimnym draniem, a teraz znów wystraszonym synem królowej. A przynajmniej tak mu się wydawało, być może zawsze był taki sam, lecz odnosił wrażenie, iż masek zaczyna mu przybywać, w zależności od tego, z kim przebywał. Kim jednak był naprawdę? Teraz - przywódcą rewolucji.
MAŁPY W CYRKU
Domina czym prędzej zmierzała do domu swego dziadka, który miał poinformować ją o przebiegu przygotowań Wyklętych.
- Wszyscy są sprawnie przygotowani, poradzą sobie w każdych warunkach i sytuacji, a jeżeli ten twój książę śmie wątpić…
- Nie, dziadku - Zaoponowała dziewczyna posępnie - To ja chcę wiedzieć, czy wszystko jest w porządku, ponieważ jedno niedociągnięcie i jesteśmy skończeni.
Nykuru przez chwilę wpatrywał się w swoją wnuczkę - nigdy nie zwracała się do niego takim tonem.
- Coraz bardziej zaczynasz mi się podobać - Odparł w końcu - Doroślejesz, zaczynasz się stawiać, bardzo dobrze - Wstał ze swego fotela - Rośniesz na przywódcę.
- Co ty robisz? - Zapytała Domina, gdy zauważyła, że pan Pater przygotowuje się do wyjścia.
- Idę z wami, bo co?
- Nie będę ryzykować twojego życia, zostajesz - Dziewczyna wyrwała starcowi płaszcz z dłoni.
- Uważasz, że te pałacowe marionetki są w stanie mnie zabić? - Rozzłościł się Nykuru.
- Uważam, że jesteś bardzo potrzebny, dlatego muszę cię chronić - Głos Dominy zelżał - Poza tym ta akcja nie jest przeznaczona dla… ciebie - Przełknęła ciężko ślinę.
Mężczyzna zauważył jej zdenerwowanie.
- Chciałaś powiedzieć - dla starych dziadków, tak? - Pater wpatrywał się uparcie w oczy wnuczki - Niech ci będzie, dziecinko - Odparł całkiem łagodnie - Ufam, że wiesz, co mówisz - Przyłożył dłoń do policzka dziewczyny.
- Oczywiście - Domina zamknęła na chwilę oczy - Lecz ja musze już iść - Powiedziała na powrót poważniejąc - Czy młodzi Wyklęci już wyruszyli? - Zapytała otwierając drzwi.
- Tak mi zameldował Exegers - Powiedział staruszek ponownie siadając w swoim fotelu.
- Więc i na mnie już pora - Skinęła głową panna Pater, po czym wyszła.
Droga konno do pałacu zajęła jej półtorej godziny, a przybyła trzydzieści minut przed rozpoczęciem mowy księcia Scarletta. Wiele Milleńczyków już zebrało się na dziedzińcu, a wśród nich Domina dostrzegła kilku współbraci. Dziewczyna zgodnie z założeniem miała pomagać Wyklętym, choć w tym momencie znacznie bardziej wolała znaleźć się w pałacu i u boku Scarletta przyglądać się początkowi klęski narodu milleńskiego. Była jednak skazana na tłum nieszczęśników.
Domina co prawda denerwowała się, lecz nie tak bardzo, jak książę Tom; dodatkowy stres wiązał się z publicznym wystąpieniem, których zawsze się lękał, choć nie brał w nich tak często udziału. Mniejsza z tym; mężczyzna chodził w te i z powrotem w skrytce na szczotki, gdzie znalazła go matka.
- Zostało ci pięć minut, synu - Powiedziała z poważną miną - Nie wiesz przypadkiem, gdzie podziewa się twój najstarszy brat? - To zdanie nasycone było złością oraz niecierpliwością.
- Skąd mógłbym to wiedzieć, gdyż do tej pory przygotowywałem się do wystąpienia? - Wzruszył ramionami z obojętna miną, krzyżując ręce na piersi.
- Obawiam się, iż mógł udać się na spotkanie z tą… Ziemianką - Kobieta wzdrygnęła się przy ostatnim słowie.
- Uważasz, że Enaret mógł dopuścić się aż takiego zaniedbania? - Mężczyzna udawał, iż broni brata.
- Przed śmiercią ojca byłoby to nie do pomyślenia, aczkolwiek w świetle naszej obecnej sytuacji… - Mitis rozejrzała się po pomieszczeniu, jak gdyby czegoś szukała - Mam nadzieję, że w porę się opamięta i wróci - Odwróciła się w stronę drzwi.
- A jak tam Fortis? Jego egzamin powinien już zostać sprawdzony, prawda? - Scarlett próbował ukryć ekscytację pomieszaną z nowym zdenerwowaniem.
- Tak, ale nie licz dziś na niego… - Królowa spuściła smutno głowę - Zabrakło mu trzech punktów do zaliczenia, jest załamany…
Scarlett wyprostował się, o ile było to bardziej możliwe.
- Czyli nie może zostać królem? - Zapytał książę powoli.
- Niestety nie - Głos kobiety załamał się trochę, lecz prawie natychmiast się otrząsnęła - Ale to nie ma większego znaczenia, ponieważ Enaret zostanie królem do swej śmierci, a tron przejmą po nim jego potomkowie - Odparła weselszym tonem.
- Naturalnie - Scarlett uśmiechnął się sztucznie - Zapewne już czas? - Nie mógł dłużej wytrzymać z nerwów.
- W istocie - Mitis skinęła głową, po czym wyszła.
Książę jeszcze minutę nie wychodził ze schowka; w pamięci sprawdzał, czy zadbał o wszystko, w tym eliminację rodzeństwa oraz zbroję gwardzistów, a raczej jej uszkodzenia. Zdawał mu się, iż może być spokojny. Zatem wyszedł i udał się w stronę drzwi wyjściowych, gdzie miał czekać, aż Minister Edukacji skończy mowę wstępną i zaprosi młodego Toma na jego wystąpienie. Gadanina polityka dłużyła się w nieskończoność, więc młody książę zdążył się wyciszyć.
- A teraz zapraszam do was młodego, debiutującego w roli oratora księcia Scarletta Toma - Zawołał minister entuzjastycznie, klaszcząc energicznie.
Chłopak wziął głęboki oddech i ruszył na mównicę z szerokim uśmiechem na ustach. Pomachał do zgromadzonych przyjaźnie, czym wydał się słuchaczom odmiennym od tego, co o nim opowiadano.
- Witam was serdecznie w naszych skromnych progach - Kilka osób roześmiało się - Zebraliście się tu, by usłyszeć, ogólnie mówiąc, o polityce prowadzonej przez pałac. W takim razie chciałbym zacząć od kwestii najoczywistszych; w ostatnich wyborach wygrała partia Siły Millenii z Apatonasem Katisem na czele. Jak powszechnie wiadomo lider oraz jego partia cieszyła się protekcją mego ojca, a naszego szanowanego króla - Młody mężczyzna przestał zaglądać do kartki, a począł improwizować, ponieważ nerwy wzięły górę - Siła Millenii chwalona za swe szczodre obietnice, mocny i długotrwały związek z wiarą zyskała sobie jego przychylność wraz z większością narodu, który wybrał ją na partię rządzącą. Do tej pory starają się wywiązać z obietnic i cieszyć się nieskazitelną opinią. No, prawie - Tu Scarlett stał się sarkastyczny, a jego uśmiech sztuczny - Lecz któż by nie przymknął oka na zbliżającą się wojnę z Thymosem? Albo na ten konflikt w sprawie Trybunału? A skoro już o tym mowa - Scarlett mówił tak, jak gdyby prowadził dyskusję z przyjacielem - Zastanawiam się, kto z was wie, o co do końca chodzi z tym Trybunałem? Wiecie zapewne to, że ważna państwowa instytucja została zablokowana, więc prawo, a także politycy nie mogą być kontrolowani. I tyle, ponieważ media dostarczają wam codziennie nowych, często sprzecznych ze sobą informacji. Ale co ja się będę rozgadywać na ten temat - Machnął ręką i zaśmiał się nerwowo - Dobrze, że chociaż wiecie, iż demonstranci w obronie demokracji są ignorowani, nawet ja wiem, że prasa podała takie informacje. Pewnie dlatego, iż król nie żyję, więc są spokojniejsi o swoje posady.
- Scarlett! - Syknęła królowa, lecz syn ją zignorował.
- A ta decyzja w sprawie Invidii? - Ciągnął dalej - Kompletna głupota, zbyt ostro potraktowano ten kraj, zamiast nawiązać współpracę, korzystając na tym. Wstrzymanie eksportu pozbawi nas zysków, lecz ojciec musiał unieść się dumą.
- Scarlett! - Tym razem głośno krzyknęła jego matka - Zabierzcie go stamtąd - Rozkazała gwardzistom.
Jednak Scarlett usłyszał ich kroki i mocą zagrodził i m przejście.
- Przyjrzyjmy się teraz partii rządzącej; wprowadzono niedawno w życie ustawę o dodatkowych sześciuset arumach dla rodzin z dójką dzieci; pierwszy zgrzyt - jedynie przy posiadaniu dwójki dzieci. Dzieci - Zaakcentował - Nie dorosłych. Małżeństwa, które oddały dzieci do adopcji zaczynają się o nie upominać, ponieważ są łasi na te pieniądze. Lecz czy zostaną one wydane na potrzeby ich pociech? Nie! Już wzrosła sprzedaż powozów, wniosek taki, iż lepiej byłoby przeznaczyć te pieniądze na podręczniki i pomoce szkolne. Pojazdy to jeszcze nic - zacznie wzrastać sprzedaż alkoholu, a to już prowadzi do degeneracji i nie mówię tu o degenerację tych rodzin, tylko naszego rządu. Czy nie widzicie, iż Siła Millenii jest przepełniona kłamcami i oszustami? Za niedługo każą podnieść sobie pensje ze względu na ich niewyobrażalnie ciężką pracę. A wy co z tego będziecie mieć? Wyższe podatki! - Tłum zaczął niespokojnie się ruszać, wyraźnie zainteresowany mową księcia oraz przekonany do jego racji - Nie dajcie się tym pseudo-wierzącym politykom, co miesiąc klękającym w świątyni i klepiącym wyuczone modlitwy, ponieważ nie na nich opiera się nasza wiara, tylko na was! Znajdźcie w sobie odwagę do powiedzenia ,,nie” od lat panującym represjom i uciskowi, pozornie nazywanym wolnością. Stańcie do walki z fałszem i razem ze mną panujmy nad królestwem! - Na placu podniosły się wiwaty - Zapytacie zapewne ,,jak?”, skoro mam przed sobą trzech konkurentów. Po pierwsze - Enaret wybrał życie na Ziemi wraz ze swą ludzką kochanką; po drugie - Fortis nie zdał Egzaminu Wielkiego Testu; po trzecie - Spojrzał na swoją siostrę - Morifia to zdrajczyni, przez egoizm której została wypowiedziana wojna z Thymosem. Zasługuje na wygnanie!
Dziewczyna zbladła - z niedowierzaniem w oczach patrzyła na brata i słuchała wiwatującego tłumu.
- Precz! Precz! - Krzyczała młodzież.
- Lecz zapewne są wśród was wielcy miłośnicy mej siostry; co jednak powiecie na to - moja siostra wybłagała u króla Iry trzydzieści lat na ,,wyszumienie się” przed ślubem, ale jakby tego było mało po śmierci króla dostała drugie tyle, ponieważ kraj był pogrążony w żałobie. Jednak tydzień przed ślubem Morifia podstępem zdobyła królewski podpis na dokumencie zrywającym umowę z władca Thymosu, na co ten wypowiedział wojnę.
- Kłamiesz! - Krzyknęła księżniczka i ruszyła w stronę mównicy, jednak pole wytworzone przez jej brata nie pozwalało jej przejść.
- Czy chcielibyście, aby na tronie zasiadła oszustka? - Zapytał Scarlett rozkładając ręce, jak gdyby chcąc przywołać do siebie wiwaty tłumu.
- Precz! Precz! - Powtórzyli zebrani.
- W takim razie zbierzcie się i pomóżcie nam odbudować Millenię za czasów jej glorii - Mężczyzna odszukał wzrokiem Dominę, której skinieniem głowy dał sygnał do ataku.
Dziewczyna spojrzała w stronę Exegersa, który na ten czas został mianowanym dowódcą sił zbrojnych, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało. Mężczyzna również skinął głową i w tym samym momencie zaatakował stojącego za nim gwardzistę, celując w uchwyt napierśnika. Faktycznie element zbroi spadł z łoskotem, na co Wyklęty mógł wymierzyć cios w odsłoniętą klatkę piersiową. Gwardzista upadł twarzą do ziemi.
W momencie, w którym Scarlett zauważył zwiększony ruch wśród straży, mocą odebrał gwardzistom ich broń. Na ten widok pozostali Wyklęci poczęli atakować bezbronnych żołnierzy, a ci, którzy weszli przez mur rozpoczęli szturm na pałac; mieli co prawda zostać wprowadzeni przez księcia i przegrupowani, lecz jego poranna nieobecność wszystko zepsuła.
Jedynym zadaniem Scarletta było przetrzymanie broni gwardzistów, a zatem mężczyzna stał na podeście i obserwował rozentuzjazmowany tłum oraz Wyklętych wdzierający się do pałacu i o dziwo skutecznie eliminujących straż pałacową. Oczywiście matki i Morifii już nie było; gdy tylko wybuchły zamieszki Archigos zabrał je do zamku, a raczej do podziemnych komnat, gdzie na jakiś czas mogły się skryć.
Nagle w tłumie książę dostrzegł Nykuru Patera i pomyślał, że to idealna okazja; starszy mężczyzna miał w dłoni mały mieczyk i zaatakował nim jednego z gwardzistów. Scarlett resztką mocy jaką dysponował wyrzucił sztylecik z rąk starca w stronę żołnierza. Ten orientując się ze szwej szansy podbiegł do leżącej nieopodal broni i nim Pater się zorientował, wbił nóż w jego serce.
- ,,Starzec z głowy” - Pomyślał Scarlett z satysfakcją.
CDN...
- Witaj - Powiedział dość oficjalnie.
Scarlett nie odpowiedział, jedynie zszokowany wpatrywał się w Enareta; był pewny, iż ten jest teraz uwięziony na Ziemi. Przed chwilą dostał informację od Gatisa, że portale zostały zamknięte, co więc w takim razie robi tu przyszły król.
- No cześć… - Odparł w końcu schodząc z ostatniego stopnia bardzo wolno - Byłeś już u Gianny?
- Tak.
- Sądziłem, iż jeszcze nie wrócisz.
- Poszedłem wcześniej - nie mogłem wytrzymać.
- Rozumiem - Skinął głową młodszy Tom lustrując brata i próbując wymyślić plan awaryjny - Dokąd się teraz udajesz?
- Myślałem o swojej komnacie, lecz nie nie miałem w planach tak naprawdę nic konkretnego - Enaret wzruszył ramionami.
- To dobrze - Scarletta nagle olśniło - Ponieważ Fortis chce się z Toba spotkać.
- Ze mną? - Książę wskazał na swoją osobę - Dlaczego?
- Głupie pytanie - Scarlett pokręcił głową; podszedł do brata, objął go w ramionach i zaczął prowadzić w głąb zamku - Przecież dziś ma najstraszniejszy test w swoim życiu - Teoretyczną Część Wielkiego Testu, a ty tak po prostu o tym zapomniałeś? Nawet ja pamiętam.
- Ponieważ go przygotowywałeś - Rozzłościł się trochę Enaret.
- Nieważne - Machnął ręką jego brat - Fortis chce porozmawiać ze swym ukochanym bratem, prosił mnie, bym cię sprowadził, więc oto jestem.
- Wszystko w porządku, ale dlaczego idziemy na zaplecze zamku? - Zapytał przyszły król rozglądając się po zapuszczonej części pałacu.
- Bo tam jest Fortis - Odparł Scarlett ze zdziwieniem - Za chwilę znajdziemy się w zbrojowni, gdzie nasz braciszek się relaksuje.
Starszy Tom postanowił nie zadawać więcej pytań, tylko grzecznie usłuchać brata. Jednak gdy znaleźli się w zbrojowni naszły go wątpliwości.
- Gdzie jest Fortis? - Zapytał, lecz nie usłyszał odpowiedzi; zamiast tego poczuł mocne uderzenie w potylicę - to ostatnie, co zapamiętał.
Scarlett stał nad powalonym ciałem brata, jednak nie przyglądał się zbyt długo; skrępował ręce i nogi Enareta grubymi powrozami, które znajdowały się w pomieszczeniu oraz zaklebnował mu usta jedwabnym pasem od zbroi. Następnie zamknął brata w pokoju, by pobiec czym prędzej do Gatisa Synera.
- Otwórz Portal Północny - Rozkazał bez przywitania; sapał jak szalony.
- Ciebie również miło widzieć - Odparł polityk z sarkazmem, przerywając pisanie czegoś - Dlaczego wparowujesz do mej komnaty jak do siebie i od progu zasypujesz mnie rozkazami.
- Nie przeginaj - Scarlett ze złością podszedł do mężczyzny i chwycił go mocno za kołnierz - Otwórz Portal Północny - Wysyczał.
- Po co? - Wychrypiał Syner.
- Bo mój ukochany braciszek poszedł do swej laluni troszeczkę wcześniej i za to leży skrępowany w zbrojowni na parterze - Powiedział spokojnie, puszczając ubranie polityka - Za godzinę otwórz portal na pół minuty.
- Nie mogę.
- Możesz - Scarlett wyrzucił ręce w górę i począł przechadzać się po komnacie - Zastępujesz króla w tym kraju, otworzenie jednego marnego portalu nie powinno robić ci różnicy.
- Spróbuję otworzyć jeden z bocznych, na pewno nie główny, lecz to będzie trudne.
- Dlaczego.
- Takie przepisy - Mężczyzna wzruszył ramionami.’
- Przepisy - Westchnął ciężko książę - Te durne przepisy, które podkładają kłody pod nogi miast pomagać, co mają w założeniu, prawda?
- Tak… - Odpowiedział Syner niepewnie, gubiąc się w wywodach Toma - Zrobiłeś się ostatnio mocno nerwowy…
- To przez tę farsę z puczem, nieważne - Scarlett machnął ręką - Za godzinę Portal Północny ma być otwarty.
- Ale mówiłem już…
- Nic mnie to nie interesuje, obejdź przepisy - Rzucił książę na odchodne - A gdybym nie zdążył na test Fortisa, to mu to jakoś wytłumacz; jestem zajęty - Po czym wyszedł równie szybko jak się pojawił.
Scarlett udał się do swej komnaty, skąd zabrał czarny płaszcz z wielkim kapturem - ten sam, który miał na sobie podczas wycieczki do Nykuru Patera - i tajemnym przejściem zszedł do zbrojowni. Enaret na szczęście jeszcze się nie ocknął.
Młody Tom zarzucił braterskie bezwładne ciało przez ramię, udał się do stajni, zabrał najszybszego konia i pocwałował, z bratem przerzuconym przez koński grzbiet i na wszelki wypadek zawiązanym.
Tempo było tak zawrotne, że Scarlett pokonał całą trasę w trochę ponad pięćdziesiąt minut. Kaptur płaszcza spadał mu z głowy cały czas, lecz mimo zdenerwowania książę nie zwalniał. Bardziej denerwowało go czekanie na otwarcie portalu. Nagle w dziurze przypominającej wejście do jaskini pojawiła się niebieska łuna.
- Dzięki, Gatis - Scarlett uśmiechnął się do siebie, po czym rzucił nieprzytomnego brata w głąb czeluści; nim ciało spadło, ciemność ponownie ogarnęła portal.
Tom spojrzał na zegarek ukryty w pole płaszcza - dochodziła godzina dziewiąta trzydzieści, o dziesiątej miał zacząć się Wielki Test; książę był pewny, że nie zdąży.
- ,,Może to i lepiej - Pomyślał - Ostatnio byłem chyba zbyt miły dla mego brata”
Po czym wsiadł na konia i tym razem galopem udał się do zamku.
W istocie Fortis miał nadzieję, iż jego nauczyciel będzie go wspierał przed rozpoczęciem egzaminu. Scarlett jednak zniknął i nikt nie miał pojęcia, gdzie może być. Kwadrans przed rozpoczęciem zadania wojownik rozgoryczony udał się przed salę, w której miał pisać. Ku swemu zdziwieniu zastał tam Gatisa Synera.
- Dzień dobry - Przywitał się nie znając zbyt dobrze polityka - Co pan tu robi?
- Przyszedłem w zastępstwie twego młodszego brata - Syner uśmiechnął się nieszczerze, czego jednak jego rozmówca nie zauważył - Wypadła mu nagle pewna wybitnie ważna sprawa związana z Dniami Wolnej Polityki dla Młodzieży; gorąco chciał ci dopingować, lecz sam widzisz… - Rozłożył ręce w dyplomatyczny sposób - Siła wyższa.
- Trudno - Westchnął Fortis - Lecz myślałem… Nieważne - Machnął ręką - To byłoby niepodobne do mego brata, gdyby się tu zjawił; niemożliwym jest, by okazywał sympatię na dłużej, nie pozwala sobie na to…. Ale co mnie to obchodzi - Mężczyzna nagle znów stał się sobą - aroganckim i pewnym siebie - Po co mi młodszy braciszek, skoro jestem perfekcyjnie przygotowany do wyzwania - Poprawił marynarkę od garnituru, który dziś wyjątkowo założył.
- W takim razie życzę powodzenia jedynie zgodnie z tradycją - Gatis w mocnym uścisku potrząsnął ręką księcia, po czym odszedł.
Fortis powtórzył jeszcze wszystkie zasady dla utrwalenia nim został wezwany do sali.
Mężczyzna pisał pewnie; jeżeli na początku odczuwał jakikolwiek stres, teraz już nie mógł sobie o nim przypomnieć. Test wydawał mu się prosty i wręcz przyjemny. Pisał z uśmiechem na twarzy, co wywołało zdziwienie komisji nadzorującej przebieg egzaminu.
Po dwóch godzinach Fortis mimo malującego się na jego twarzy wyczerpania, niemalże w podskokach znalazł się przed stołem komisyjnym, by oddać test, a następnie równie wesoło wyszedł z sali. Był pewny dobrego wyniku.
Rzeczywiście - jedynie odpowiedzi na dwa lub trzy pytania były błędne, a reszta perfekcyjna.
- To pytanie zamieńcie z tym - Mówił Gatis - Temu zmieńcie formułę, tu dodajcie ,,nie”… .
Mężczyzna dyktował tak przez pół godziny, aż w końcu podliczone przez komisję punkty nie pozwalały zdać księciu testu - brakowało mu dwóch poprawnych odpowiedzi.
- Tak mało brakowało… - Odparł Syner z sarkazmem.
- W istocie - Skinął głową jeden z egzaminatorów - A teraz gotówka.
- Oczywiście - Polityk wyciągnął z marynarki cztery pliki banknotów i rozdał je kolejno trzem mężczyznom oraz jednej pani - Dziękuję państwu - Skinął głową i wyszedł.
W tym samym czasie Scarlett wprowadzał ostatnie poprawki do swej płomiennej przemowy; po swoim powrocie upewnił się, iż portal jest zamknięty, a zbroje uszkodzone, więc teraz zajął się swoim zadaniem, ponieważ wszystko wydawało się być zgodne z jego oczekiwaniami.
- ,,Byleby Domina nie zawiodła” - Myślał.
Nie pokazał tego po sobie, lecz zdenerwował się, gdy usłyszał od dziewczyny, iż jej dziadek chce ją obsadzić na tronie, a jego samego wygnać, choć książę domyślił się, że chce go raczej zabić. Postanowił zatem po rebelii wdrożyć w życie kolejny plan.
Nagle mężczyzna usłyszał pukanie do drzwi; nakazał wejść.
- Witaj, synu - Powiedziała Mitis okryta czarną suknią żałobną.
- Witaj, matko - Scarlett mimo porannej niesnaski podszedł do matrony i z szacunkiem pocałował ją w rękę.
- Przyszłam, by cię przeprosić - Kobieta postanowiła nie owijać w bawełnę - To nie moja sprawa, z kim się spotykasz, zależy mi jedynie na twym szczęściu - Królowa spojrzała w oczy najmłodszego syna - Przepraszam - Wyszeptała, po czym zalała się łzami.
- Mamo - Scarlett objął kobietę, by ta mogła wypłakać się na jego ramieniu - Nie mam do ciebie żalu, rozumiem, iż to wszystko jest spowodowane odejściem ojca. Nie mam żalu… - Mówił tuląc czulę najważniejszą dla niego osobę.
- Dziękuję, skarbie - Mitis ucałowała syna w czoło - Zawsze byłeś moim oczkiem w głowie, a myśl, iż za niedługo zostaniesz mi odebrany przez inną kobietę i to taką, która nie otrzymuje mojej aprobaty…
- To jeszcze nie jest przesądzone - Mężczyzna położył ręce na matczynych ramionach - Pamiętaj jednak, że to ty jesteś dla mnie najważniejsza.
To był jeden z tych momentów, w których Scarlett był całkowicie szczery.
- Wierzę, że twoje wystąpienie zapadnie w serca młodych Milleńczyków - Powiedziała Mitis uspokoiwszy się trochę.
- Jestem tego pewien - Książę uśmiechnął się trochę chytrze.
Królowa natychmiast to zauważyła.
- Czyżbyś coś kombinował? - Zapytała bez ogródek.
- Matko… - Westchnął Scarlett, a uśmiech nie schodził mu z twarzy - Jak zwykle podejrzewasz mnie o najgorsze, a ja jedynie cieszę się, iż nareszcie mogę się czynnie zaangażować w życie polityczne naszego kraju - Zaczął prowadzić kobietę w stronę drzwi.
- W takim razie i ja jestem kontent - Odrzekła Mitis, choć niezbyt przekonująco.
Scarlett zamknąwszy drzwi za matką oparł czoło o chłodne drewno; denerwował się. Jego pewność siebie jednak nie była tak wysoka, jak przypuszczał. Właściwie czasem już nie wiedział, jaki jest - raz był pewnym siebie ignorantem, innym razem przebiegłym zimnym draniem, a teraz znów wystraszonym synem królowej. A przynajmniej tak mu się wydawało, być może zawsze był taki sam, lecz odnosił wrażenie, iż masek zaczyna mu przybywać, w zależności od tego, z kim przebywał. Kim jednak był naprawdę? Teraz - przywódcą rewolucji.
MAŁPY W CYRKU
Domina czym prędzej zmierzała do domu swego dziadka, który miał poinformować ją o przebiegu przygotowań Wyklętych.
- Wszyscy są sprawnie przygotowani, poradzą sobie w każdych warunkach i sytuacji, a jeżeli ten twój książę śmie wątpić…
- Nie, dziadku - Zaoponowała dziewczyna posępnie - To ja chcę wiedzieć, czy wszystko jest w porządku, ponieważ jedno niedociągnięcie i jesteśmy skończeni.
Nykuru przez chwilę wpatrywał się w swoją wnuczkę - nigdy nie zwracała się do niego takim tonem.
- Coraz bardziej zaczynasz mi się podobać - Odparł w końcu - Doroślejesz, zaczynasz się stawiać, bardzo dobrze - Wstał ze swego fotela - Rośniesz na przywódcę.
- Co ty robisz? - Zapytała Domina, gdy zauważyła, że pan Pater przygotowuje się do wyjścia.
- Idę z wami, bo co?
- Nie będę ryzykować twojego życia, zostajesz - Dziewczyna wyrwała starcowi płaszcz z dłoni.
- Uważasz, że te pałacowe marionetki są w stanie mnie zabić? - Rozzłościł się Nykuru.
- Uważam, że jesteś bardzo potrzebny, dlatego muszę cię chronić - Głos Dominy zelżał - Poza tym ta akcja nie jest przeznaczona dla… ciebie - Przełknęła ciężko ślinę.
Mężczyzna zauważył jej zdenerwowanie.
- Chciałaś powiedzieć - dla starych dziadków, tak? - Pater wpatrywał się uparcie w oczy wnuczki - Niech ci będzie, dziecinko - Odparł całkiem łagodnie - Ufam, że wiesz, co mówisz - Przyłożył dłoń do policzka dziewczyny.
- Oczywiście - Domina zamknęła na chwilę oczy - Lecz ja musze już iść - Powiedziała na powrót poważniejąc - Czy młodzi Wyklęci już wyruszyli? - Zapytała otwierając drzwi.
- Tak mi zameldował Exegers - Powiedział staruszek ponownie siadając w swoim fotelu.
- Więc i na mnie już pora - Skinęła głową panna Pater, po czym wyszła.
Droga konno do pałacu zajęła jej półtorej godziny, a przybyła trzydzieści minut przed rozpoczęciem mowy księcia Scarletta. Wiele Milleńczyków już zebrało się na dziedzińcu, a wśród nich Domina dostrzegła kilku współbraci. Dziewczyna zgodnie z założeniem miała pomagać Wyklętym, choć w tym momencie znacznie bardziej wolała znaleźć się w pałacu i u boku Scarletta przyglądać się początkowi klęski narodu milleńskiego. Była jednak skazana na tłum nieszczęśników.
Domina co prawda denerwowała się, lecz nie tak bardzo, jak książę Tom; dodatkowy stres wiązał się z publicznym wystąpieniem, których zawsze się lękał, choć nie brał w nich tak często udziału. Mniejsza z tym; mężczyzna chodził w te i z powrotem w skrytce na szczotki, gdzie znalazła go matka.
- Zostało ci pięć minut, synu - Powiedziała z poważną miną - Nie wiesz przypadkiem, gdzie podziewa się twój najstarszy brat? - To zdanie nasycone było złością oraz niecierpliwością.
- Skąd mógłbym to wiedzieć, gdyż do tej pory przygotowywałem się do wystąpienia? - Wzruszył ramionami z obojętna miną, krzyżując ręce na piersi.
- Obawiam się, iż mógł udać się na spotkanie z tą… Ziemianką - Kobieta wzdrygnęła się przy ostatnim słowie.
- Uważasz, że Enaret mógł dopuścić się aż takiego zaniedbania? - Mężczyzna udawał, iż broni brata.
- Przed śmiercią ojca byłoby to nie do pomyślenia, aczkolwiek w świetle naszej obecnej sytuacji… - Mitis rozejrzała się po pomieszczeniu, jak gdyby czegoś szukała - Mam nadzieję, że w porę się opamięta i wróci - Odwróciła się w stronę drzwi.
- A jak tam Fortis? Jego egzamin powinien już zostać sprawdzony, prawda? - Scarlett próbował ukryć ekscytację pomieszaną z nowym zdenerwowaniem.
- Tak, ale nie licz dziś na niego… - Królowa spuściła smutno głowę - Zabrakło mu trzech punktów do zaliczenia, jest załamany…
Scarlett wyprostował się, o ile było to bardziej możliwe.
- Czyli nie może zostać królem? - Zapytał książę powoli.
- Niestety nie - Głos kobiety załamał się trochę, lecz prawie natychmiast się otrząsnęła - Ale to nie ma większego znaczenia, ponieważ Enaret zostanie królem do swej śmierci, a tron przejmą po nim jego potomkowie - Odparła weselszym tonem.
- Naturalnie - Scarlett uśmiechnął się sztucznie - Zapewne już czas? - Nie mógł dłużej wytrzymać z nerwów.
- W istocie - Mitis skinęła głową, po czym wyszła.
Książę jeszcze minutę nie wychodził ze schowka; w pamięci sprawdzał, czy zadbał o wszystko, w tym eliminację rodzeństwa oraz zbroję gwardzistów, a raczej jej uszkodzenia. Zdawał mu się, iż może być spokojny. Zatem wyszedł i udał się w stronę drzwi wyjściowych, gdzie miał czekać, aż Minister Edukacji skończy mowę wstępną i zaprosi młodego Toma na jego wystąpienie. Gadanina polityka dłużyła się w nieskończoność, więc młody książę zdążył się wyciszyć.
- A teraz zapraszam do was młodego, debiutującego w roli oratora księcia Scarletta Toma - Zawołał minister entuzjastycznie, klaszcząc energicznie.
Chłopak wziął głęboki oddech i ruszył na mównicę z szerokim uśmiechem na ustach. Pomachał do zgromadzonych przyjaźnie, czym wydał się słuchaczom odmiennym od tego, co o nim opowiadano.
- Witam was serdecznie w naszych skromnych progach - Kilka osób roześmiało się - Zebraliście się tu, by usłyszeć, ogólnie mówiąc, o polityce prowadzonej przez pałac. W takim razie chciałbym zacząć od kwestii najoczywistszych; w ostatnich wyborach wygrała partia Siły Millenii z Apatonasem Katisem na czele. Jak powszechnie wiadomo lider oraz jego partia cieszyła się protekcją mego ojca, a naszego szanowanego króla - Młody mężczyzna przestał zaglądać do kartki, a począł improwizować, ponieważ nerwy wzięły górę - Siła Millenii chwalona za swe szczodre obietnice, mocny i długotrwały związek z wiarą zyskała sobie jego przychylność wraz z większością narodu, który wybrał ją na partię rządzącą. Do tej pory starają się wywiązać z obietnic i cieszyć się nieskazitelną opinią. No, prawie - Tu Scarlett stał się sarkastyczny, a jego uśmiech sztuczny - Lecz któż by nie przymknął oka na zbliżającą się wojnę z Thymosem? Albo na ten konflikt w sprawie Trybunału? A skoro już o tym mowa - Scarlett mówił tak, jak gdyby prowadził dyskusję z przyjacielem - Zastanawiam się, kto z was wie, o co do końca chodzi z tym Trybunałem? Wiecie zapewne to, że ważna państwowa instytucja została zablokowana, więc prawo, a także politycy nie mogą być kontrolowani. I tyle, ponieważ media dostarczają wam codziennie nowych, często sprzecznych ze sobą informacji. Ale co ja się będę rozgadywać na ten temat - Machnął ręką i zaśmiał się nerwowo - Dobrze, że chociaż wiecie, iż demonstranci w obronie demokracji są ignorowani, nawet ja wiem, że prasa podała takie informacje. Pewnie dlatego, iż król nie żyję, więc są spokojniejsi o swoje posady.
- Scarlett! - Syknęła królowa, lecz syn ją zignorował.
- A ta decyzja w sprawie Invidii? - Ciągnął dalej - Kompletna głupota, zbyt ostro potraktowano ten kraj, zamiast nawiązać współpracę, korzystając na tym. Wstrzymanie eksportu pozbawi nas zysków, lecz ojciec musiał unieść się dumą.
- Scarlett! - Tym razem głośno krzyknęła jego matka - Zabierzcie go stamtąd - Rozkazała gwardzistom.
Jednak Scarlett usłyszał ich kroki i mocą zagrodził i m przejście.
- Przyjrzyjmy się teraz partii rządzącej; wprowadzono niedawno w życie ustawę o dodatkowych sześciuset arumach dla rodzin z dójką dzieci; pierwszy zgrzyt - jedynie przy posiadaniu dwójki dzieci. Dzieci - Zaakcentował - Nie dorosłych. Małżeństwa, które oddały dzieci do adopcji zaczynają się o nie upominać, ponieważ są łasi na te pieniądze. Lecz czy zostaną one wydane na potrzeby ich pociech? Nie! Już wzrosła sprzedaż powozów, wniosek taki, iż lepiej byłoby przeznaczyć te pieniądze na podręczniki i pomoce szkolne. Pojazdy to jeszcze nic - zacznie wzrastać sprzedaż alkoholu, a to już prowadzi do degeneracji i nie mówię tu o degenerację tych rodzin, tylko naszego rządu. Czy nie widzicie, iż Siła Millenii jest przepełniona kłamcami i oszustami? Za niedługo każą podnieść sobie pensje ze względu na ich niewyobrażalnie ciężką pracę. A wy co z tego będziecie mieć? Wyższe podatki! - Tłum zaczął niespokojnie się ruszać, wyraźnie zainteresowany mową księcia oraz przekonany do jego racji - Nie dajcie się tym pseudo-wierzącym politykom, co miesiąc klękającym w świątyni i klepiącym wyuczone modlitwy, ponieważ nie na nich opiera się nasza wiara, tylko na was! Znajdźcie w sobie odwagę do powiedzenia ,,nie” od lat panującym represjom i uciskowi, pozornie nazywanym wolnością. Stańcie do walki z fałszem i razem ze mną panujmy nad królestwem! - Na placu podniosły się wiwaty - Zapytacie zapewne ,,jak?”, skoro mam przed sobą trzech konkurentów. Po pierwsze - Enaret wybrał życie na Ziemi wraz ze swą ludzką kochanką; po drugie - Fortis nie zdał Egzaminu Wielkiego Testu; po trzecie - Spojrzał na swoją siostrę - Morifia to zdrajczyni, przez egoizm której została wypowiedziana wojna z Thymosem. Zasługuje na wygnanie!
Dziewczyna zbladła - z niedowierzaniem w oczach patrzyła na brata i słuchała wiwatującego tłumu.
- Precz! Precz! - Krzyczała młodzież.
- Lecz zapewne są wśród was wielcy miłośnicy mej siostry; co jednak powiecie na to - moja siostra wybłagała u króla Iry trzydzieści lat na ,,wyszumienie się” przed ślubem, ale jakby tego było mało po śmierci króla dostała drugie tyle, ponieważ kraj był pogrążony w żałobie. Jednak tydzień przed ślubem Morifia podstępem zdobyła królewski podpis na dokumencie zrywającym umowę z władca Thymosu, na co ten wypowiedział wojnę.
- Kłamiesz! - Krzyknęła księżniczka i ruszyła w stronę mównicy, jednak pole wytworzone przez jej brata nie pozwalało jej przejść.
- Czy chcielibyście, aby na tronie zasiadła oszustka? - Zapytał Scarlett rozkładając ręce, jak gdyby chcąc przywołać do siebie wiwaty tłumu.
- Precz! Precz! - Powtórzyli zebrani.
- W takim razie zbierzcie się i pomóżcie nam odbudować Millenię za czasów jej glorii - Mężczyzna odszukał wzrokiem Dominę, której skinieniem głowy dał sygnał do ataku.
Dziewczyna spojrzała w stronę Exegersa, który na ten czas został mianowanym dowódcą sił zbrojnych, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało. Mężczyzna również skinął głową i w tym samym momencie zaatakował stojącego za nim gwardzistę, celując w uchwyt napierśnika. Faktycznie element zbroi spadł z łoskotem, na co Wyklęty mógł wymierzyć cios w odsłoniętą klatkę piersiową. Gwardzista upadł twarzą do ziemi.
W momencie, w którym Scarlett zauważył zwiększony ruch wśród straży, mocą odebrał gwardzistom ich broń. Na ten widok pozostali Wyklęci poczęli atakować bezbronnych żołnierzy, a ci, którzy weszli przez mur rozpoczęli szturm na pałac; mieli co prawda zostać wprowadzeni przez księcia i przegrupowani, lecz jego poranna nieobecność wszystko zepsuła.
Jedynym zadaniem Scarletta było przetrzymanie broni gwardzistów, a zatem mężczyzna stał na podeście i obserwował rozentuzjazmowany tłum oraz Wyklętych wdzierający się do pałacu i o dziwo skutecznie eliminujących straż pałacową. Oczywiście matki i Morifii już nie było; gdy tylko wybuchły zamieszki Archigos zabrał je do zamku, a raczej do podziemnych komnat, gdzie na jakiś czas mogły się skryć.
Nagle w tłumie książę dostrzegł Nykuru Patera i pomyślał, że to idealna okazja; starszy mężczyzna miał w dłoni mały mieczyk i zaatakował nim jednego z gwardzistów. Scarlett resztką mocy jaką dysponował wyrzucił sztylecik z rąk starca w stronę żołnierza. Ten orientując się ze szwej szansy podbiegł do leżącej nieopodal broni i nim Pater się zorientował, wbił nóż w jego serce.
- ,,Starzec z głowy” - Pomyślał Scarlett z satysfakcją.
CDN...
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
- Plan jest prosty - Mówił Scarlett klęcząc na trawie i wpatrując się w rozłożoną mapę - Wchodzą Bramą Główną, wraz z młodzieżą…
- Nie wydadzą się zbyt starzy? - Zapytał Gatis z lekką kpiną.
- Bramą wejdą młodzi - Westchnął Tom - A resztę wraz z gwardzistami wprowadzę przejściami w murze, wprost do ogrodu; Wyklęci zostaną przegrupowani i tak po kilka sztuk będą podchodzić do Placu Przedpałacowego. Tam zmieszają się z tłumem, a na mój sygnał rozpoczną atak.
- Szturm na pałac? - Syner nie wydawał się być przekonanym takim planem.
- Połowa tak, a druga - na strażników wokół placu.
- Jesteś pewien, że to wypali?
- Bo plan nie jest skomplikowany? - Rozzłościł się Scarlett - Jest bardzo ryzykowny, to fakt, ale jakże skuteczny.
- Tak myślisz?
- Słuchaj, Gatis - Tom nachylił się w stronę wspólnika, mocą wyciągając jego nóż schowany za paskiem i przystawiając go do gardła rozmówcy - Chcesz mnie posadzić na tronie, a własny tyłek na fotelu premiera?
- Oczywiście - Mężczyzna przełknął ciężko ślinę.
- To przestań być sceptycznym i przeanalizuj racjonalnie mój plan, a jeśli masz w zanadrzu jeszcze jakieś złote myśli, to zachowaj je dla siebie - Wycedził książę; oddał ostre narzędzie właścicielowi - A co do premiera, to dlaczego pani Peftis Sydel nie rządzi na bezkrólewiu?
- Ponieważ jest ona premierem i tylko to należy do jej obowiązków; w obecnej sytuacji władcą jest wyznaczony przez zmarłego władcę Tymczasowy Zwierzchnik Króla - Odpowiedział szybko polityk.
- Jak to się stało, że mój ojciec zaszczycił zwykłego posła taką funkcją? - Zapytał książę z kpiną.
- Przysłużyłem mu się nie raz swoimi zdolnościami… kombinowania - Mężczyzna pozwolił sobie na mały uśmiech.
- Rozumiem - Scarlett wrócił do poprzedniej pozycji - Wysłuchasz mnie do końca, bez irytujących pytań? - Zapytał wciąż w gniewie.
- Tak - Odparł pewnie Syner; bał się mocy młodego chłopaka - wiele słyszał o zdolnościach związanych z telekinezą i wolał nie zaczynać z jednostkami posiadającymi je.
- Dobrze - Oblicze Toma złagodniało - Dziś wieczór zjawi się tu panna Pater, posłałem po nią Kommotisa, jest mi oddany od lat.
- Równie wyrachowany jak my? - Polityk zaryzykował takim pytaniem.
- Zgadza się - Scarlett nawet nie spojrzał na rozmówcę - W każdym bądź razie, dziewczyna nie wróci sama - do pojazdu załadujemy tyle broni, ile zdołamy wyprowadzić.
- Wciąż używasz słowa ,,my”, a przynajmniej jego znaczenia - Wtrącił Gatis -Masz zamiar brać we wszystkim udział?
- A co mam innego do roboty? - Odparł szybko Scarlett, lecz gdy uniósł głowę i nieznacznie się uśmiechnął znać było, iż nie mówi na poważnie - Nikomu nie ufam, dlatego muszę mieć wszystko na oku.
- Dziewczynie również nie ufasz, panie?
Tom milczał, nim udzielił odpowiedzi.
- W szczególności; jest z Wyklętych, im się nie ufa - Spojrzał uważnie na wspólnika.
- Ale to oni tworzą twoją armię.
- Bo innej nie mam - Odparł z naciskiem mężczyzna - Mam uformować wojsko podkuchennych, jak wtedy, gdy miałem dwieście dziesięć lat? - Prychnął.
- Czyli jesteś desperatem - Syner nie chciał tego powiedzieć, lecz nim zdążył pomyśleć, zuchwałe słowa już wymykały mu się z ust.
- Owszem, ale takim, który osiągnie sukces - Scarlett zniżył głos, nie spuszczając wzroku z polityka - z takim wsparciem jak twoje - Powiedział to po to, by Gatis nagle się nie wycofał - Mam jeszcze broń w zanadrzu.
Starszy z mężczyzn nie krył zdziwienia.
- Jaką, jeśli mogę wiedzieć? - Zapytał z zainteresowaniem.
- Osobistą - Odparł tajemniczo książę, tym razem uśmiechając się szelmowsko - Moja moc; odbiorę nią miecze gwardzistów, stojących wokół placu, potem wygłoszę krótkie kazanie, po którym mam nadzieję wielu z żołnierzy się do nas przyłączą. W tym samym czasie starsi i bardziej doświadczeni Wyklęci zajmą się strażą w pałacu.
- Oni również mają moc, tak? - Zapytał Gatis, choć nie wydawał się spodziewać odpowiedzi twierdzącej.
- Pospolitą, jeśli już - panują nad elektrycznością, płomykami zapalniczek, powiewem wiatru, lecz to wszystko jest słabo rozwinięte. Jednak zostałem zapewniony o ich zdolnościach batalistycznych, w które muszę wierzyć.
- Masz jakieś zabezpieczenie? Jeśli nie…
- Na tym polu miałbym do ciebie prośbę - Scarlett stał się bardziej przymilny, a polityk jak gdyby zapomniał, iż chłopak już dwa razy groził mu ostrym narzędziem.
- Mam porozmawiać z gwardzistami?
- Nie - oni nie są przekupni, a nawet jeśli, to pod wpływem większości miękną. Chcę, byś zadbał o stosowny stan uzbrojenia.
- Mam im dać stare zbroje?
- Te wadliwe, które są skazane na wysypisko śmieci. Dobrze wiesz, iż żołnierze, zwłaszcza mało doświadczeni, nie są w stanie rozróżnić odpowiedniej od zepsutej zbroi - Tom mówił szybko, coraz bardziej rozemocjonowany - Najlepiej takie, którym brakuje pewnych części.
- To zauważą - Syner starał się nie być sceptyczny.
- To daj im takie zbroje, w których ubytku nie zauważą, potem mnie o tym poinformuj, które to miejsca i tam każę atakować.
- Mówisz za szybko.
- Może ty myślisz za wolno? - Scarlett zaczął się złościć - Skompletuj zbroje z takimi samymi wadami, które skażą wojsko na śmierć.
- A może każę wymienić uchwyty na gorsze? - Zasugerował polityk - Wyklęci uderzą raz, zbroja opadnie, a ci zabiją.
- Czy to jest wykonalne w jedną noc? - Scarlett wydawał się być przekonany do pomysłu - Jeśli tak, będę ci wdzięczny.
- Będziesz miał dług do spłacenia - fotel premiera, pamiętaj.
- A ty mi nie przypominaj.
Książę wyciągnął z kieszeni kilka kartek, na których szybko nabazgrał kilkanaście zdań, potem przepisał treść na pozostałe strony, które podał Gatisowi.
- To nierozważne, ale chyba tobie jednemu mogę ufać - jutrzejszy plan, mam nadzieję, że niczego nie pominąłem.
- Masz rację, to nierozważne - Mężczyzna przyjął świstki kartek - Jednak twój plan wydaje się być na tyle chaotyczny, że powinno się go spisać.
- Nie zgub tego - Syknął Tom - Bo wiesz, co cię czeka… - Mocą wysunął nóż zza paska polityka.
- Wiem, wiem - Syner chwycił narzędzie w porę; westchnął - Moje życie jest dla mnie najcenniejszą rzeczą na świecie. A możliwość urozmaicenia go o prestiżowe stanowisko… to dla mnie gratka - Mężczyzna uśmiechnął się mimowolnie.
- W takim razie czym prędzej idź załatwić sprawę ze zbroją. Mam nadzieję, że ani ty, ani twój plan mnie nie zawiedziecie.
- Ja również sobie tego życzę - Odrzekł polityk służalczo.
- Spotkamy się jeszcze jutro rano, by dopracować szczegóły; jutro pamiętaj jeszcze o teście oraz portalach.
- Dobrze, mój panie - Gatis skłonił się nisko, po czym odszedł.
Scarlett jeszcze przez chwilę wpatrywał się w mapę zamku i zaznaczone na niej punkty. Był zdesperowany, dlatego decydował się na taki ryzykowany plan - banda Wyklętych ma być jego armią? Przecież oni nawet myśleć porządni nie umieją! Lecz mają ducha walki, to im trzeba przyznać. Poza tym lepszej okazji mogło nie być - Dni Wolnej Polityki dla Młodzieży to jedna z niewielu imprez, która pozwala na wpuszczenie obcych do zamku. Oczywiście wpierw zostają sprawdzeni pod kątem niebezpiecznych przedmiotów, lecz plan księcia zakładał, iż broń odebrana przez niego gwardzistom trafi od razu do rąk młodych Wyklętych. Potem Scarlett mocą ma pomóc reszcie w obezwładnieniu straży. Jednak najważniejszą dla niego kwestią pozostaje pozbycie się rodzeństwa; jutro Fortisa czekał test i z pomocą Synera książę pozostawał spokojny o zły wynik brata. Enareta pozostało przekonać do odwiedzenia Ziemi zaraz z rana, a później zamknąć portale… Co do Morifii Scarlett uknuł piękną intrygę, lecz jej finał zależał jedynie od powodzenia pozostałych aspektów powstania. Mężczyzna potarł skronie; czuł się zmęczony, aczkolwiek gotowy do objęcia zasłużonego mu stanowiska. Gdyby tylko był pewniejszy wygranej… Bał się, ale nikomu nie chciał się do tego przyznać. Nagle przypomniał sobie o królowej - co z nią zrobi? Na pewno jej nie może stać się żadna krzywda, lecz jednocześnie musi pochwalać działania syna; Scarlett znał potęgę matczynej miłości, jednak czy jest ona w stanie objąć sens niesubordynacji, która prowadzi do spełnienia marzeń? Musiał zaryzykować - szczęścia ma swoją cenę, następnego dnia miało okazać się, jak dużą.
Tom z westchnieniem położył się na trawie i począł wpatrywać się w niebo. Przed nim jeszcze rozmowa z Enaretem i Dominą… Domina… Scarlett zamknął oczy, przypominając sobie piękną dziewczynę. Starał się być obojętny wobec serca, które jednak coraz częściej dochodziło do głosu. Nagle mężczyzna poczuł, iż koniecznie jeszcze dziś chce się zobaczyć z dziewczyną - nie po to, by ustalić szczegóły jutrzejszej akcji, lecz dlatego, że tego potrzebuje - zobaczy ją, dotknąć za rękę, porozmawiać… Już jedna miłostka mu się zdarzyła i postanowił nie powielać tego typu błędów, teraz jednak postanowienie straciło na swej ważności. Wtem uprzytomnił sobie, że zostało jeszcze mnóstwo czasu do przyjazdu dziewczyny i w tym czasie książę musi porozmawiać ze swym bratem. Zatem Scarlett ponownie westchnął i wstał z trawy, po czym z rękami włożonymi do kieszeni oraz okularami na nosie udał się wolnym krokiem w stronę zamku, by dostać się do pokoju, z którego wyszedł; musiał się jeszcze przeistoczyć w swą normalną postać. Jednak nie dane mu było tego zrobić.
Scarlett właśnie zbliżał się do ściany budynku, gdy nagle zza węgła wyszedł przyszły król w towarzystwie dwóch dam. Jego brat stanął jak wryty.
- Witaj, Scarlecie - Przywitał się Enaret uprzejmie.
- No… Cześć… - Młody Tom raz po raz spoglądał to na brata, to na jego przyjaciółki; dość osobliwy obrazek.
- Poznaj Gallikę - Złotowłosa dziewczyna ukłoniła się - oraz Skyl - Rudowłosa poszła w jej ślady - Nowe mieszkanki pałacu, córki Polyli, naszej ciotki; będą się tu wychowywać na damy dworu - Enaret podszedł do brata i szepnął mu na ucho - Tylko nie zaciągaj ich na jakieś prywatne… hmm… pogaduchy.
Scarlett zmierzył brata ostrym wzrokiem.
- Chyba sobie kpisz - Wysyczał.
- Czyli z Dominą już tak na poważnie? - Enaret uśmiechnął się szeroko - całkiem szczerz to wyglądało.
- A ty o Giannie już zapomniałeś, że tak się szlajasz z innymi dziewczynami? - Zripostował książę, uśmiechając się sztucznie do dwóch młodych dam - Ile one mają lat, tak z ciekawości?
- Trochę ponad sto osiemdziesiąt - Enaret również odwrócił się w stronę dam, jednakże on uśmiechnął się szczerze.
- Czyli młode, nieopierzone ptaszki, z którymi chodzisz w ustronne miejsca ogrodu? Nieładnie…
- Nie skłoniłeś się nawet drogim pannom Paremvatiki - Skarcił go straszy brat.
- Wybacz, królu - Scarlett skłonił się specjalnie, po czym podszedł do młodych dam, złożył ukłon, po czym każdą z osobna ujął za dłoń i czule pocałował tak, by poznały jego delikatną stronę - Scarlett Heris Tom - Przedstawił się ujmująco.
- Gallika.
- Skyl.
Dziewczyny zarumieniły się uroczo.
- A co ty masz na sobie? - Dopiero wtedy Enaret zauważył strój brata - Przecież to ubranie Ziemianina.
- Tak, zauważyłem, gdy ubierałem - Mruknął Scarlett - Chyba nawet ubrałem się tak specjalnie, wiesz? To nie może być przypadek.
- Nie wątpię, ponieważ teraz chyłkiem skradasz się do pałacu, to oznacza, że załatwiałeś w nich brudne interesy.
- Brudne co najwyżej mogą być te szaty, ja natomiast uciekam od wszechobecnego zainteresowania rodziną królewską, w tym mną - Mówił Tom, spoglądając ukradkiem na panny Paremvatiki - Teraz jednakże szukałem ciebie, mój drogi bracie, by zamienić z tobą słowo na osobności.
- Rozumiem - Skinął głową następca tronu - Czy byłyby panie takie łaskawe… - Spojrzał na młode damy znacząco.
Te ukłoniły się, po czym szybkim krokiem odeszły w stronę, z której przyszły, popychając się nawzajem i szepcząc do siebie.
- Dobra - Westchnął Enaret - koniec tej szopki; dlaczego my tak się zachowujemy wśród obcych?
- Nie wiem, ale jest to dla mnie nieważną kwestią - Scarlett przybrał tradycyjną, pewną siebie i jednocześnie drwiącą minę - Ważne dla mnie jednak jest to, co przed objęciem tronu powinieneś zrobić, ponieważ ostatnie zamieszanie w pałacu raczej nie pozwoliło ci na to.
- Na co? - Zapytał wolno starszy brat.
- Na zerwanie z Gianną.
To zdanie zaczęło promieniować w uszach Enareta; no tak, zdecydował, iż zerwie z Włoszką, lecz wciąż kochał dziewczynę.
- Nie mogę, to znaczy - Odchrząknął - Wiem, że muszę, lecz jest to tak trudne…
- Domyślam się - Scarlett starał się mówić wyważonym tonem - Lecz po objęciu panowania nie będziesz mógł już tak spokojnie opuścić Millenii, zrozum to.
- Wiem, lecz sam powinieneś wiedzieć, jak trudne są zerwania - Przyszły król zwiesił głowę.
- Moja sytuacja znacznie różniła się od twojej - Książę pokręcił głową - Wracając do tematu; proponuję ci, byś jutro wczesnym rankiem odwiedził Ziemię, tam będzie wówczas wieczór, dobry moment na poufną rozmowę.
- Myślisz? - Zapytał Enaret z powątpieniem.
- Musisz to zakończyć, kiedy znajdziesz na to lepszą okazję? Jutro Fortis mas swój test, ja Dni Wolnej Polityki dla Młodzieży, a ty pojutrze koronację; same okazje i tłumy mieszkańców, którzy będą cię oczekiwać na miejscu.
- Mogę to zrobić jeszcze dziś - Mężczyzna ciężko przełknął ślinę.
- Nie dasz rady - Scarlett westchnął - Potrzebujesz czasu na wymyślenie pięciuset kwestii jakie jej zaserwujesz, choć obaj wiemy, iż finalnie nie będziesz w stanie nic wykrztusić.
- W takim razie mogę iść już teraz - Książę odwrócił się na pięcie.
- Nie jesteś gotowy psychicznie - Brat ścisnął go szybko za ramię - Potrzebujesz co najmniej nocy na oswojenie się z nową, ciężką dla ciebie sytuacją - Mężczyzna mówił cicho i szybko - Znam cię, mały wrażliwcze, mimo wszystko potrzebujesz więcej czasu, którego nie masz… Wykorzystaj noc dla własnych myśli i uczuć, a zaraz z rana idź do Gianny, dobrze ci radzę.
- I radzisz mi to szczerze? - Enaret stał się podejrzliwy, jak każdy na jego miejscu; strząsnął braterską rękę ze swego ramienia.
- Czy radzę ci szczerze, ku twemu szczęściu i spokoju? - Scarlett zmarszczył brwi - Oczywiście, że nie; daję ci taką radę, by dbać o reputację rodziny królewskiej - ktoś musi to robić; król nie może utrzymywać kontaktu z plebsem, którym dla nas są Ziemianie, a już tym bardziej próbować stworzyć z jedną z nich rodzinę.
- Ale nikt o tym nie wie.
- Jeszcze - Zaznaczył młody Tom - Ale Milleńczycy zaczną coś podejrzewać, a gdy dowiedzą się prawdy, przestaniesz być takim idealnym władcą; będziesz zgubiony.
Enaret milczał przez chwilę. Bił się z myślami między rozumem a sercem, choć wydawało mu się, że podjął już decyzję.
- Przemyśl to sobie na spokojnie - Scarlett mówił łagodnie - A rano zakończ to - Odparł kategorycznie.
- Nie zrobię tego dlatego, iż ty mi tak każesz - Odrzekł starszy książę po chwili ciszy, przerywanej jedynie śpiewem ptaków - Zrobię to z rozkazu rozumu, bo serce mówi stanowczo ,,nie”.
- Bylebyś z nią zerwał, powody, które tobą kierują są dla mnie nieistotne - Tom wyprostował się jak struna, zakładając ręce za plecy - Ważne, byś nie zhańbił naszego nazwiska romansem z byle człowiekiem, ty masz pojąć za żonę Millenkę - Scarlett zamilkł na chwilę - Czy myślałeś już o kimś?
- Niby nie, ale… - Enaret zawahał się.
- Ale ktoś ci się spodobał? Mimo Gianny? - Młodszy książę zmarszczył brwi - To normalne, aczkolwiek czy patrząc na nią, przebywając z nią wolałeś, by zastąpiła Włoszkę? A może już to zrobiła?
- Nie - Odparł szybko jego brat - Nie mógłbym czegoś takiego zrobić, lecz… Faktycznie, kilka razy zdarzyło mi się pomyśleć, że wolałbym związać się z nią, nie z Gianną - Spuścił oczy.
- A kim jest ta ,,ona”? - Zapytał Scarlett, choć nie do końca chciał usłyszeć odpowiedź.
- Myślę, iż już dawno się tego domyśliłeś - Domina Pater.
Serce jego brata zaczęło bić mocniej.
- Ale kochasz Giannę?
- Oczywiście, lecz gdy wtedy nad jeziorem ujrzałem Dominę… Taką piękną i naturalną… - Oczy mężczyzny zasłysz mgłą wspomnień - Zapomniałem o wszystkich innych żyjących stworzeniach i zapragnąłem ją pocałować… - Enaret zwiesił głowę.
- Zawsze miałeś coś z romantyka - Scarlett przełknął ciężko ślinę, by zaraz potem wrócić do swej naturalnej postaci - Idź jutro porozmawiać z Człowiekiem - to najlepsze, co możesz zrobić - Rozkazał, po czym odszedł w stronę zamku.
- ,,Kolejny punkt za mną, została jeszcze Domina” - Pomyślał Scarlett udając się do drzwi zamkowej kuchni; miał nadzieję przedrzeć się przez kucharzy, byleby nie musieć iść przez wejście główne.
Pracownicy co prawda zdziwili się na widok księcia, gdy ten jak gdyby nigdy nic wszedł do kuchni od tyłu, ale jego ignorancja w stosunku do nich nakazała im również się nim nie przejmować. Mężczyzna bezpiecznie wrócił do swej komnaty tajemnym przejściem. Tam przebrał się w odpowiedni strój i począł czekać na pannę Pater. Po dwóch godzinach ktoś zapukał do drzwi sypialni.
- Wejść - Rozkazał Scarlett siedząc tyłem do drzwi i nie wiedząc, kto wchodzi.
- Panie, panna Domina Pater do pana - Odezwał się ktoś służalczym tonem.
- Wprowadź ją.
Po chwili w komnacie rozległy się delikatne kroki.
- Witaj, książę - Odezwała się dziewczyna; po szeleście jej sukni Scarlett zorientował się, iż dygnęła.
Dopiero gdy drzwi zamknęły się z trzaskiem Tom odwrócił się w stronę gościa.
- Ładnie wyglądasz - Powiedział miło.
Domina miała na sobie sukienkę, w której była na głosowaniu.
- Gratuluję - Odparł Scarlett podchodząc do kobiety.
- To nasz wspólny sukces - Powiedziała Domina miękko, po czym westchnęła, ponieważ książę chwycił ją w pół i pocałował namiętnie - Wygrana ci służy - Rzekła, oderwawszy się od mężczyzny, lecz wciąż pozostając w jego uścisku.
- Zapewne; plus widok, jaki mi serwujesz pojawiając się tu - Dodał Tom z uśmiechem, po raz kolejny nachylając się nad dziewczyną i całując ją.
- Chciałeś ze mną porozmawiać - Przypomniała Domina, gdy usta księcia zaczęły schodzić do szyi.
- Owszem - Powiedział Scarlett; jego oddech znacznie przyspieszył - Za chwilę - Wyjaśnił ściągając swą marynarkę i rzucając ją w kąt.
Domina nie protestowała.
- Gatis ma rację - Skinęła głową dziewczyna - Podejmujemy ogromne ryzyko.
- Kto nie ryzykuje nie pije szampana - Wzruszył ramionami Scarlett, wychylając lampkę tegoż trunku.
Para siedziała na kanapie w komnacie książęcej; Tom miał na sobie jedynie szare, bawełniane spodnie od piżamy, a Domina ubrana była w jedwabny szlafrok księcia. Oboje trzymali w ręku lampki z szampanem.
- Wszystko wydaje się być dopięte na ostatni guzik - Powiedziała panna Pater jakby do siebie; spojrzała na swoją dłoń, na palcu której znajdował się pierścionek - Wiesz, że mój dziadek chciał obsadzić mnie na tronie? - Powiedziała nagle - Gdy przyznałam mu się do oświadczyn nawet się nie zdenerwował.
- Jak zamierzał obsadzić cię na tronie? - Scarlett zmarszczył brwi.
Domina spojrzała na księcia szeroko otwartymi oczami; te słowa były błędem, z którego musiała teraz wybrnąć.
- Chciał podburzyć ludność przeciwko tobie i wygnać cię z kraju… Ale ja bym nigdy na to nie pozwoliła - Kobieta przytuliła się do nagiej piersi księcia.
- Mam tego trochę dość; polityka nigdy mnie nie nudziła, ale ten pucz zaczyna mnie męczyć - Tom westchnął zamykając oczy.
- W takim razie nie myśl o tym - Domina podniosła się, by pocałować ukochanego.
Zmęczony książę oddał się zabiegom kobiety, by jeszcze bardziej jej zaufał. Delektował się tym, iż ma ją tylko dla siebie, zwłaszcza po popołudniowej rozmowie z bratem i jego wyznaniu. Nie podejrzewał, że może być w niebezpieczeństwie.
- Powinnam już iść - Wyszeptała Domina, odrywając się od ust Scarletta i wstając z kanapy.
- Racja - nie powinnaś tu tak długo przebywać - Odparł Tom, aczkolwiek niezbyt się z tym zgadzając.
Kobieta w milczeniu ubrała się i doprowadziła fryzurę do ładu, po czym spojrzała smutno na Scarletta, lecz nic nie powiedziawszy odeszła w stronę drzwi. Mężczyzna nie mógł wytrzymać tej powagi.
- Czekaj - Odezwał się, doganiając Dominę.
Dziewczyna odwróciła się, wpadając wprost w ramiona kochanka i zostając obsypana przez niego pocałunkami.
- Teraz możesz iść - Odrzekł Tom ochrypłym głosem, wypuszczając ukochaną z komnaty.
Po zamknięciu drzwi mężczyzna stał jeszcze przez chwilę i rozmyślał nad swoją naturą, której do tej pory nie znał; nad czułością, która zaczęła się dzięki Dominie Pater uwydatniać… Lecz bynajmniej mu się to nie podobało. Mimo wszystko rano Scarlett w wesołym humorze zszedł do małej jadalni. Po drodze wszystkie służące oglądały się za nim z zachwytem, ponieważ miał na sobie jedynie długie, bawełniane spodnie od piżamy, a mimo iż nie wyglądał tak jak Fortis, jego muskulatura była wystarczająco rozwinięta, by zwrócić na nią uwagę damskich oczu. W jadalni mężczyzna zdążył sobie nalał sobie kawy, gdy do pokoju weszła Mitis.
- Witaj, matko - Powiedział grzecznie, kłaniając się lekko.
- Witaj, synu… - Królowa przyjrzała się potomkowi z uwagą - Aż tak ci ciepło? - Zapytała unosząc brwi; nie umiała unieść tylko jednej.
- Trochę - Scarlett uśmiechnął się, po czym zrobił łyk kawy - Przeszkadza ci to?
- Przeszkadza, że przez to służki są wytrącone z równowagi - Odrzekła Mitis karcącym tonem - Nigdy nie schodziłeś na śniadanie w takim stroju.
- Właściwie prawie bez stroju - Sprostował książę - al. Jestem u siebie i mam do tego pełne prawo; to że dziewczyny odwracają głowy za mną to ich problem.
- Którego ty jesteś sprawcą - Królowa nie wydawała się zadowolona; usiadła przy stole naprzeciw stojącego przy blacie syna - A może nie ty…
- Któż zatem? - Scarlett nie wydawał się być przejęty chmurną miną matki.
- Ta dziewczyna; za często tu przebywa.
- Wiedziałem, ze jej nie lubisz - Odparł książę z małą złością.
- Nie podoba mi się, iż tak często tu przychodzi… I na tak długo - Spojrzała znacząco na syna - Ściany mają uszy, albo ją za cienkie.
- Przeszkadza ci to, że jestem dorosły? - Scarlett spojrzał gniewnie na matkę.
- Zamek to nie burdel! - Krzyknęła Mitis.
- Matko!
- Przychodzi tu coraz częściej - Kobieta mówiła głośno - I zostaje coraz dłużej.
- Naprawdę chcesz teraz rozmawiać o mojej moralności? - Zapytał książę z przekąsem.
- Miałam nadzieję, że chociaż ty jeden na tym polu okażesz właśnie tę moralność; Fortis to wieczny babiarz, Morifia odrzuciła króla Fotię i woli zadawać się z tym Dudem, Enaret spotyka się z Ziemianką…
- Ojciec ci powiedział? - Zdziwił się Scarlett.
- Tak, przed feralną kolacją - Królowa mówiła już ciszej, lecz równie ostro - A ty sypiasz z biedotą.
- Nie mów tak o niej - Syknął Tom.
Mitis spojrzała na swe dziecko zszokowana.
- Ty ją kochasz - Odparła cicho, a gdy Scarlett otworzył usta, by zaprzeczyć, zaoponowała - Nie kłam, nawet jeśli nie jesteś tego świadom.
W jadalni zapanowała głucha cisza; Scarlett i Mitis wpatrywali się w siebie z uporem, w końcu ten pierwszy odłożył kubek z kawą i udał się w stronę drzwi.
- Miłego dnia - Odrzekł na odchodne nie patrząc na matkę.
W tym samym czasie Enaret cały roztrzęsiony spacerował po ogrodach pałacowych; nad ranem udał się na Ziemię, by spotkać się z Gianną, lecz nim to zrobił na jednym z korytarzy spotkał Dominę. Domyślił się, że ten czas spędziła z jego bratem, co go rozzłościło - uważał, iż Scarlett tylko ją wykorzystuje, a przecież to taka wyjątkowa dziewczyna… Panna Pater speszyła się na widok księcia; poczęła rozglądać się na wszystkie strony, byleby nie patrzeć w oczy mężczyźnie.
- Nie chcesz zostać do rana? - Mężczyzna usłyszał zadawane przez siebie pytanie.
- Nie mogę - Odpowiedziała pewnie Domina mimo zawstydzenia.
- Ale równocześnie nie powinnaś o takiej porze wracać do domu… Nie jest bezpiecznie - Enaret zbliżył się do dziewczyny.
- Mam powóz, dość szybki - za dwie godziny będę w domu - Kobieta uniosła wysoko głowę, by spojrzeć na rozmówcę, aczkolwiek ten ruch nadał jej jeszcze więcej dumy i pewności siebie.
- Nie wątpię, że sobie poradzisz - Książę westchnął - Od kiedy po tylu latach spotkaliśmy się nad jeziorem cały czas mam wrażenie, iż jesteś jedną z najdzielniejszych osób, jakie znam. Dlatego nie rozumiem, czemu dajesz się bałamucić Scarlettowi.
- Ja? - Panna Pater była wyraźnie zdziwiona - Nie wydaje mi się, by tak w istocie było; raczej skusiłabym się na stwierdzenie, iż to ja manipuluje twoim bratem.
- Mam nadzieję, to znaczy… - Enaret chciał szybko poprawić się z tego, co wyszło niezręcznie w jego ustach, lecz nie wiedział, co powiedzieć, tak że w korytarzu zaległa cisza; podrapał się w tył głowy - Po prostu nie chcę, by spotkała cię krzywda, zwłaszcza z jego strony.
- Nigdy nie daję się skrzywdzić - Domina zmarszczyła brwi - Tak zostałam wychowana, w takich warunkach - Wydawała się być coraz bardziej zdenerwowana.
- Wiem, nie to miałem na myśli - Książę wbił wzrok podłogę - ,,Głupiec, głupiec” - Pomyślał - Zależy mi na tobie - Odezwał się niespodziewanie.
- Lecz co z Włoszką? - Zapytała panna Pater powoli.
- Z Gianną to już koniec, choć kocham ją bardzo mocno, jest dla mnie najważniejsza… Ale ty od naszego powtórnego spotkania zauroczyłaś mnie - Spojrzał poważnie na przyjaciółkę - Starałem się tego nie okazywać, ponieważ to byłoby nie w porządku wobec Gianny… Lecz nie umiem o tobie nie myśleć.
Enaret podszedł do dziewczyny tak blisko, że ta opuściwszy głowę prawie stykała się nosem z jego klatką piersiową. Mężczyzna miał w tym swój cel; ujął brodę dziewczyny i uniósł do góry, by Domina powtórnie na niego spojrzała. Poczuł pierwsze efekty eksperymentu - oddech kobiety przyśpieszył, a oczy pociemniały. Sprawdzał, czy ta go pocałuje, ale tego nie zrobiła. Enaret więc nachylił się nad nią, lecz wyminął usta i złożył pocałunek na policzku dziewczyny.
- ,,Zamiennie” - Pomyślał, lecz w tym momencie rozzłościł się na siebie.
Książę odsunął twarz od twarzy przyjaciółki, by znów ją zbliżyć, lecz tym razem do ust dziewczyny. Domina była w lekkim szoku, lecz nie opierała się mężczyźnie, mimo iż oboje byli w związkach. Wiedzieli, iż postępują źle, ale dla obojga była to egoistyczna, fizyczna potrzeba. Jednak kiedyś ta chwila musiała się skończyć; Enaret szybko odsunął swe wargi od ust panny Pater, lecz potem nachylił się po raz ostatni, aby pocałować kobietę w policzek.
- Myślałam, że całowanie w policzek jest nieodpowiednie dla przyjaciół, ponieważ z tego zawsze wynika coś więcej… Miałam rację - Odparła Domina oddychając płytko i nie patrząc na mężczyznę.
- Ja chciałem to zrobić, by nie całować cię w usta… Nie udało się - Książę odstąpił kilka kroków od przyjaciółki - Przepraszam, jeżeli moje zachowanie sprawiło ci jakąś ujmę,
- Ujmę? Nie… - Dziewczyna natychmiast gorąco zaprzeczyła - Jedynie… Satysfakcję…
- U mnie również - Enaret uśmiechnął się półgębkiem - Nie żałuję, nawet gdybym nie zamierzał zrywać z Gianną.
- No właśnie - Domina odchrząknęła znów uciekając wzrokiem - Idź do niej, ja również powinnam już wracać do domu… Powodzenia - Wyminęła przyjaciela, nie zaszczycając go spojrzeniem, za co szybko zganiła siebie w duchu i wróciła, by przytulić Enareta - Miłego dnia - Powiedziała trochę przekornie, po czym szybko udała się do wyjścia.
Następnie Enaret zszedł na Ziemie, by tam z ciężkim sercem rozstać się z Gianną - wybranką jego serca, aczkolwiek mniej urodziwą niż jego nowe zauroczenie; bardziej konfliktową i z niską samooceną, ale cały czas mężczyzna musiał zapewniać ją, iż te cechy nie są powodem ich rozstania. Gianna zniosła to dzielnie, lecz nie chciała kontynuować jakichkolwiek stosunków z byłym chłopakiem; podziękowała za wszystkie miłe chwile, a na odchodne uderzyła go w policzek.
Teraz Enaret spacerował po ogrodach podzielony na pół - z żalem rozstania i satysfakcją pocałunku przyjaciółki… Czy dalej będzie jego przyjaciółką? Co prawda stała się nią bardzo szybko, lecz uważał ją za jedną z najważniejszych dla niego osób, a teraz, gdy Gianny już nie ma, mogła ją z powodzeniem zastąpić - robiła to, gdy nie mógł być z Gianną, teraz może zająć jej miejsce.
Książę westchnął po raz ostatni, po czym udał się w stronę zamku
- Nie wydadzą się zbyt starzy? - Zapytał Gatis z lekką kpiną.
- Bramą wejdą młodzi - Westchnął Tom - A resztę wraz z gwardzistami wprowadzę przejściami w murze, wprost do ogrodu; Wyklęci zostaną przegrupowani i tak po kilka sztuk będą podchodzić do Placu Przedpałacowego. Tam zmieszają się z tłumem, a na mój sygnał rozpoczną atak.
- Szturm na pałac? - Syner nie wydawał się być przekonanym takim planem.
- Połowa tak, a druga - na strażników wokół placu.
- Jesteś pewien, że to wypali?
- Bo plan nie jest skomplikowany? - Rozzłościł się Scarlett - Jest bardzo ryzykowny, to fakt, ale jakże skuteczny.
- Tak myślisz?
- Słuchaj, Gatis - Tom nachylił się w stronę wspólnika, mocą wyciągając jego nóż schowany za paskiem i przystawiając go do gardła rozmówcy - Chcesz mnie posadzić na tronie, a własny tyłek na fotelu premiera?
- Oczywiście - Mężczyzna przełknął ciężko ślinę.
- To przestań być sceptycznym i przeanalizuj racjonalnie mój plan, a jeśli masz w zanadrzu jeszcze jakieś złote myśli, to zachowaj je dla siebie - Wycedził książę; oddał ostre narzędzie właścicielowi - A co do premiera, to dlaczego pani Peftis Sydel nie rządzi na bezkrólewiu?
- Ponieważ jest ona premierem i tylko to należy do jej obowiązków; w obecnej sytuacji władcą jest wyznaczony przez zmarłego władcę Tymczasowy Zwierzchnik Króla - Odpowiedział szybko polityk.
- Jak to się stało, że mój ojciec zaszczycił zwykłego posła taką funkcją? - Zapytał książę z kpiną.
- Przysłużyłem mu się nie raz swoimi zdolnościami… kombinowania - Mężczyzna pozwolił sobie na mały uśmiech.
- Rozumiem - Scarlett wrócił do poprzedniej pozycji - Wysłuchasz mnie do końca, bez irytujących pytań? - Zapytał wciąż w gniewie.
- Tak - Odparł pewnie Syner; bał się mocy młodego chłopaka - wiele słyszał o zdolnościach związanych z telekinezą i wolał nie zaczynać z jednostkami posiadającymi je.
- Dobrze - Oblicze Toma złagodniało - Dziś wieczór zjawi się tu panna Pater, posłałem po nią Kommotisa, jest mi oddany od lat.
- Równie wyrachowany jak my? - Polityk zaryzykował takim pytaniem.
- Zgadza się - Scarlett nawet nie spojrzał na rozmówcę - W każdym bądź razie, dziewczyna nie wróci sama - do pojazdu załadujemy tyle broni, ile zdołamy wyprowadzić.
- Wciąż używasz słowa ,,my”, a przynajmniej jego znaczenia - Wtrącił Gatis -Masz zamiar brać we wszystkim udział?
- A co mam innego do roboty? - Odparł szybko Scarlett, lecz gdy uniósł głowę i nieznacznie się uśmiechnął znać było, iż nie mówi na poważnie - Nikomu nie ufam, dlatego muszę mieć wszystko na oku.
- Dziewczynie również nie ufasz, panie?
Tom milczał, nim udzielił odpowiedzi.
- W szczególności; jest z Wyklętych, im się nie ufa - Spojrzał uważnie na wspólnika.
- Ale to oni tworzą twoją armię.
- Bo innej nie mam - Odparł z naciskiem mężczyzna - Mam uformować wojsko podkuchennych, jak wtedy, gdy miałem dwieście dziesięć lat? - Prychnął.
- Czyli jesteś desperatem - Syner nie chciał tego powiedzieć, lecz nim zdążył pomyśleć, zuchwałe słowa już wymykały mu się z ust.
- Owszem, ale takim, który osiągnie sukces - Scarlett zniżył głos, nie spuszczając wzroku z polityka - z takim wsparciem jak twoje - Powiedział to po to, by Gatis nagle się nie wycofał - Mam jeszcze broń w zanadrzu.
Starszy z mężczyzn nie krył zdziwienia.
- Jaką, jeśli mogę wiedzieć? - Zapytał z zainteresowaniem.
- Osobistą - Odparł tajemniczo książę, tym razem uśmiechając się szelmowsko - Moja moc; odbiorę nią miecze gwardzistów, stojących wokół placu, potem wygłoszę krótkie kazanie, po którym mam nadzieję wielu z żołnierzy się do nas przyłączą. W tym samym czasie starsi i bardziej doświadczeni Wyklęci zajmą się strażą w pałacu.
- Oni również mają moc, tak? - Zapytał Gatis, choć nie wydawał się spodziewać odpowiedzi twierdzącej.
- Pospolitą, jeśli już - panują nad elektrycznością, płomykami zapalniczek, powiewem wiatru, lecz to wszystko jest słabo rozwinięte. Jednak zostałem zapewniony o ich zdolnościach batalistycznych, w które muszę wierzyć.
- Masz jakieś zabezpieczenie? Jeśli nie…
- Na tym polu miałbym do ciebie prośbę - Scarlett stał się bardziej przymilny, a polityk jak gdyby zapomniał, iż chłopak już dwa razy groził mu ostrym narzędziem.
- Mam porozmawiać z gwardzistami?
- Nie - oni nie są przekupni, a nawet jeśli, to pod wpływem większości miękną. Chcę, byś zadbał o stosowny stan uzbrojenia.
- Mam im dać stare zbroje?
- Te wadliwe, które są skazane na wysypisko śmieci. Dobrze wiesz, iż żołnierze, zwłaszcza mało doświadczeni, nie są w stanie rozróżnić odpowiedniej od zepsutej zbroi - Tom mówił szybko, coraz bardziej rozemocjonowany - Najlepiej takie, którym brakuje pewnych części.
- To zauważą - Syner starał się nie być sceptyczny.
- To daj im takie zbroje, w których ubytku nie zauważą, potem mnie o tym poinformuj, które to miejsca i tam każę atakować.
- Mówisz za szybko.
- Może ty myślisz za wolno? - Scarlett zaczął się złościć - Skompletuj zbroje z takimi samymi wadami, które skażą wojsko na śmierć.
- A może każę wymienić uchwyty na gorsze? - Zasugerował polityk - Wyklęci uderzą raz, zbroja opadnie, a ci zabiją.
- Czy to jest wykonalne w jedną noc? - Scarlett wydawał się być przekonany do pomysłu - Jeśli tak, będę ci wdzięczny.
- Będziesz miał dług do spłacenia - fotel premiera, pamiętaj.
- A ty mi nie przypominaj.
Książę wyciągnął z kieszeni kilka kartek, na których szybko nabazgrał kilkanaście zdań, potem przepisał treść na pozostałe strony, które podał Gatisowi.
- To nierozważne, ale chyba tobie jednemu mogę ufać - jutrzejszy plan, mam nadzieję, że niczego nie pominąłem.
- Masz rację, to nierozważne - Mężczyzna przyjął świstki kartek - Jednak twój plan wydaje się być na tyle chaotyczny, że powinno się go spisać.
- Nie zgub tego - Syknął Tom - Bo wiesz, co cię czeka… - Mocą wysunął nóż zza paska polityka.
- Wiem, wiem - Syner chwycił narzędzie w porę; westchnął - Moje życie jest dla mnie najcenniejszą rzeczą na świecie. A możliwość urozmaicenia go o prestiżowe stanowisko… to dla mnie gratka - Mężczyzna uśmiechnął się mimowolnie.
- W takim razie czym prędzej idź załatwić sprawę ze zbroją. Mam nadzieję, że ani ty, ani twój plan mnie nie zawiedziecie.
- Ja również sobie tego życzę - Odrzekł polityk służalczo.
- Spotkamy się jeszcze jutro rano, by dopracować szczegóły; jutro pamiętaj jeszcze o teście oraz portalach.
- Dobrze, mój panie - Gatis skłonił się nisko, po czym odszedł.
Scarlett jeszcze przez chwilę wpatrywał się w mapę zamku i zaznaczone na niej punkty. Był zdesperowany, dlatego decydował się na taki ryzykowany plan - banda Wyklętych ma być jego armią? Przecież oni nawet myśleć porządni nie umieją! Lecz mają ducha walki, to im trzeba przyznać. Poza tym lepszej okazji mogło nie być - Dni Wolnej Polityki dla Młodzieży to jedna z niewielu imprez, która pozwala na wpuszczenie obcych do zamku. Oczywiście wpierw zostają sprawdzeni pod kątem niebezpiecznych przedmiotów, lecz plan księcia zakładał, iż broń odebrana przez niego gwardzistom trafi od razu do rąk młodych Wyklętych. Potem Scarlett mocą ma pomóc reszcie w obezwładnieniu straży. Jednak najważniejszą dla niego kwestią pozostaje pozbycie się rodzeństwa; jutro Fortisa czekał test i z pomocą Synera książę pozostawał spokojny o zły wynik brata. Enareta pozostało przekonać do odwiedzenia Ziemi zaraz z rana, a później zamknąć portale… Co do Morifii Scarlett uknuł piękną intrygę, lecz jej finał zależał jedynie od powodzenia pozostałych aspektów powstania. Mężczyzna potarł skronie; czuł się zmęczony, aczkolwiek gotowy do objęcia zasłużonego mu stanowiska. Gdyby tylko był pewniejszy wygranej… Bał się, ale nikomu nie chciał się do tego przyznać. Nagle przypomniał sobie o królowej - co z nią zrobi? Na pewno jej nie może stać się żadna krzywda, lecz jednocześnie musi pochwalać działania syna; Scarlett znał potęgę matczynej miłości, jednak czy jest ona w stanie objąć sens niesubordynacji, która prowadzi do spełnienia marzeń? Musiał zaryzykować - szczęścia ma swoją cenę, następnego dnia miało okazać się, jak dużą.
Tom z westchnieniem położył się na trawie i począł wpatrywać się w niebo. Przed nim jeszcze rozmowa z Enaretem i Dominą… Domina… Scarlett zamknął oczy, przypominając sobie piękną dziewczynę. Starał się być obojętny wobec serca, które jednak coraz częściej dochodziło do głosu. Nagle mężczyzna poczuł, iż koniecznie jeszcze dziś chce się zobaczyć z dziewczyną - nie po to, by ustalić szczegóły jutrzejszej akcji, lecz dlatego, że tego potrzebuje - zobaczy ją, dotknąć za rękę, porozmawiać… Już jedna miłostka mu się zdarzyła i postanowił nie powielać tego typu błędów, teraz jednak postanowienie straciło na swej ważności. Wtem uprzytomnił sobie, że zostało jeszcze mnóstwo czasu do przyjazdu dziewczyny i w tym czasie książę musi porozmawiać ze swym bratem. Zatem Scarlett ponownie westchnął i wstał z trawy, po czym z rękami włożonymi do kieszeni oraz okularami na nosie udał się wolnym krokiem w stronę zamku, by dostać się do pokoju, z którego wyszedł; musiał się jeszcze przeistoczyć w swą normalną postać. Jednak nie dane mu było tego zrobić.
Scarlett właśnie zbliżał się do ściany budynku, gdy nagle zza węgła wyszedł przyszły król w towarzystwie dwóch dam. Jego brat stanął jak wryty.
- Witaj, Scarlecie - Przywitał się Enaret uprzejmie.
- No… Cześć… - Młody Tom raz po raz spoglądał to na brata, to na jego przyjaciółki; dość osobliwy obrazek.
- Poznaj Gallikę - Złotowłosa dziewczyna ukłoniła się - oraz Skyl - Rudowłosa poszła w jej ślady - Nowe mieszkanki pałacu, córki Polyli, naszej ciotki; będą się tu wychowywać na damy dworu - Enaret podszedł do brata i szepnął mu na ucho - Tylko nie zaciągaj ich na jakieś prywatne… hmm… pogaduchy.
Scarlett zmierzył brata ostrym wzrokiem.
- Chyba sobie kpisz - Wysyczał.
- Czyli z Dominą już tak na poważnie? - Enaret uśmiechnął się szeroko - całkiem szczerz to wyglądało.
- A ty o Giannie już zapomniałeś, że tak się szlajasz z innymi dziewczynami? - Zripostował książę, uśmiechając się sztucznie do dwóch młodych dam - Ile one mają lat, tak z ciekawości?
- Trochę ponad sto osiemdziesiąt - Enaret również odwrócił się w stronę dam, jednakże on uśmiechnął się szczerze.
- Czyli młode, nieopierzone ptaszki, z którymi chodzisz w ustronne miejsca ogrodu? Nieładnie…
- Nie skłoniłeś się nawet drogim pannom Paremvatiki - Skarcił go straszy brat.
- Wybacz, królu - Scarlett skłonił się specjalnie, po czym podszedł do młodych dam, złożył ukłon, po czym każdą z osobna ujął za dłoń i czule pocałował tak, by poznały jego delikatną stronę - Scarlett Heris Tom - Przedstawił się ujmująco.
- Gallika.
- Skyl.
Dziewczyny zarumieniły się uroczo.
- A co ty masz na sobie? - Dopiero wtedy Enaret zauważył strój brata - Przecież to ubranie Ziemianina.
- Tak, zauważyłem, gdy ubierałem - Mruknął Scarlett - Chyba nawet ubrałem się tak specjalnie, wiesz? To nie może być przypadek.
- Nie wątpię, ponieważ teraz chyłkiem skradasz się do pałacu, to oznacza, że załatwiałeś w nich brudne interesy.
- Brudne co najwyżej mogą być te szaty, ja natomiast uciekam od wszechobecnego zainteresowania rodziną królewską, w tym mną - Mówił Tom, spoglądając ukradkiem na panny Paremvatiki - Teraz jednakże szukałem ciebie, mój drogi bracie, by zamienić z tobą słowo na osobności.
- Rozumiem - Skinął głową następca tronu - Czy byłyby panie takie łaskawe… - Spojrzał na młode damy znacząco.
Te ukłoniły się, po czym szybkim krokiem odeszły w stronę, z której przyszły, popychając się nawzajem i szepcząc do siebie.
- Dobra - Westchnął Enaret - koniec tej szopki; dlaczego my tak się zachowujemy wśród obcych?
- Nie wiem, ale jest to dla mnie nieważną kwestią - Scarlett przybrał tradycyjną, pewną siebie i jednocześnie drwiącą minę - Ważne dla mnie jednak jest to, co przed objęciem tronu powinieneś zrobić, ponieważ ostatnie zamieszanie w pałacu raczej nie pozwoliło ci na to.
- Na co? - Zapytał wolno starszy brat.
- Na zerwanie z Gianną.
To zdanie zaczęło promieniować w uszach Enareta; no tak, zdecydował, iż zerwie z Włoszką, lecz wciąż kochał dziewczynę.
- Nie mogę, to znaczy - Odchrząknął - Wiem, że muszę, lecz jest to tak trudne…
- Domyślam się - Scarlett starał się mówić wyważonym tonem - Lecz po objęciu panowania nie będziesz mógł już tak spokojnie opuścić Millenii, zrozum to.
- Wiem, lecz sam powinieneś wiedzieć, jak trudne są zerwania - Przyszły król zwiesił głowę.
- Moja sytuacja znacznie różniła się od twojej - Książę pokręcił głową - Wracając do tematu; proponuję ci, byś jutro wczesnym rankiem odwiedził Ziemię, tam będzie wówczas wieczór, dobry moment na poufną rozmowę.
- Myślisz? - Zapytał Enaret z powątpieniem.
- Musisz to zakończyć, kiedy znajdziesz na to lepszą okazję? Jutro Fortis mas swój test, ja Dni Wolnej Polityki dla Młodzieży, a ty pojutrze koronację; same okazje i tłumy mieszkańców, którzy będą cię oczekiwać na miejscu.
- Mogę to zrobić jeszcze dziś - Mężczyzna ciężko przełknął ślinę.
- Nie dasz rady - Scarlett westchnął - Potrzebujesz czasu na wymyślenie pięciuset kwestii jakie jej zaserwujesz, choć obaj wiemy, iż finalnie nie będziesz w stanie nic wykrztusić.
- W takim razie mogę iść już teraz - Książę odwrócił się na pięcie.
- Nie jesteś gotowy psychicznie - Brat ścisnął go szybko za ramię - Potrzebujesz co najmniej nocy na oswojenie się z nową, ciężką dla ciebie sytuacją - Mężczyzna mówił cicho i szybko - Znam cię, mały wrażliwcze, mimo wszystko potrzebujesz więcej czasu, którego nie masz… Wykorzystaj noc dla własnych myśli i uczuć, a zaraz z rana idź do Gianny, dobrze ci radzę.
- I radzisz mi to szczerze? - Enaret stał się podejrzliwy, jak każdy na jego miejscu; strząsnął braterską rękę ze swego ramienia.
- Czy radzę ci szczerze, ku twemu szczęściu i spokoju? - Scarlett zmarszczył brwi - Oczywiście, że nie; daję ci taką radę, by dbać o reputację rodziny królewskiej - ktoś musi to robić; król nie może utrzymywać kontaktu z plebsem, którym dla nas są Ziemianie, a już tym bardziej próbować stworzyć z jedną z nich rodzinę.
- Ale nikt o tym nie wie.
- Jeszcze - Zaznaczył młody Tom - Ale Milleńczycy zaczną coś podejrzewać, a gdy dowiedzą się prawdy, przestaniesz być takim idealnym władcą; będziesz zgubiony.
Enaret milczał przez chwilę. Bił się z myślami między rozumem a sercem, choć wydawało mu się, że podjął już decyzję.
- Przemyśl to sobie na spokojnie - Scarlett mówił łagodnie - A rano zakończ to - Odparł kategorycznie.
- Nie zrobię tego dlatego, iż ty mi tak każesz - Odrzekł starszy książę po chwili ciszy, przerywanej jedynie śpiewem ptaków - Zrobię to z rozkazu rozumu, bo serce mówi stanowczo ,,nie”.
- Bylebyś z nią zerwał, powody, które tobą kierują są dla mnie nieistotne - Tom wyprostował się jak struna, zakładając ręce za plecy - Ważne, byś nie zhańbił naszego nazwiska romansem z byle człowiekiem, ty masz pojąć za żonę Millenkę - Scarlett zamilkł na chwilę - Czy myślałeś już o kimś?
- Niby nie, ale… - Enaret zawahał się.
- Ale ktoś ci się spodobał? Mimo Gianny? - Młodszy książę zmarszczył brwi - To normalne, aczkolwiek czy patrząc na nią, przebywając z nią wolałeś, by zastąpiła Włoszkę? A może już to zrobiła?
- Nie - Odparł szybko jego brat - Nie mógłbym czegoś takiego zrobić, lecz… Faktycznie, kilka razy zdarzyło mi się pomyśleć, że wolałbym związać się z nią, nie z Gianną - Spuścił oczy.
- A kim jest ta ,,ona”? - Zapytał Scarlett, choć nie do końca chciał usłyszeć odpowiedź.
- Myślę, iż już dawno się tego domyśliłeś - Domina Pater.
Serce jego brata zaczęło bić mocniej.
- Ale kochasz Giannę?
- Oczywiście, lecz gdy wtedy nad jeziorem ujrzałem Dominę… Taką piękną i naturalną… - Oczy mężczyzny zasłysz mgłą wspomnień - Zapomniałem o wszystkich innych żyjących stworzeniach i zapragnąłem ją pocałować… - Enaret zwiesił głowę.
- Zawsze miałeś coś z romantyka - Scarlett przełknął ciężko ślinę, by zaraz potem wrócić do swej naturalnej postaci - Idź jutro porozmawiać z Człowiekiem - to najlepsze, co możesz zrobić - Rozkazał, po czym odszedł w stronę zamku.
- ,,Kolejny punkt za mną, została jeszcze Domina” - Pomyślał Scarlett udając się do drzwi zamkowej kuchni; miał nadzieję przedrzeć się przez kucharzy, byleby nie musieć iść przez wejście główne.
Pracownicy co prawda zdziwili się na widok księcia, gdy ten jak gdyby nigdy nic wszedł do kuchni od tyłu, ale jego ignorancja w stosunku do nich nakazała im również się nim nie przejmować. Mężczyzna bezpiecznie wrócił do swej komnaty tajemnym przejściem. Tam przebrał się w odpowiedni strój i począł czekać na pannę Pater. Po dwóch godzinach ktoś zapukał do drzwi sypialni.
- Wejść - Rozkazał Scarlett siedząc tyłem do drzwi i nie wiedząc, kto wchodzi.
- Panie, panna Domina Pater do pana - Odezwał się ktoś służalczym tonem.
- Wprowadź ją.
Po chwili w komnacie rozległy się delikatne kroki.
- Witaj, książę - Odezwała się dziewczyna; po szeleście jej sukni Scarlett zorientował się, iż dygnęła.
Dopiero gdy drzwi zamknęły się z trzaskiem Tom odwrócił się w stronę gościa.
- Ładnie wyglądasz - Powiedział miło.
Domina miała na sobie sukienkę, w której była na głosowaniu.
- Gratuluję - Odparł Scarlett podchodząc do kobiety.
- To nasz wspólny sukces - Powiedziała Domina miękko, po czym westchnęła, ponieważ książę chwycił ją w pół i pocałował namiętnie - Wygrana ci służy - Rzekła, oderwawszy się od mężczyzny, lecz wciąż pozostając w jego uścisku.
- Zapewne; plus widok, jaki mi serwujesz pojawiając się tu - Dodał Tom z uśmiechem, po raz kolejny nachylając się nad dziewczyną i całując ją.
- Chciałeś ze mną porozmawiać - Przypomniała Domina, gdy usta księcia zaczęły schodzić do szyi.
- Owszem - Powiedział Scarlett; jego oddech znacznie przyspieszył - Za chwilę - Wyjaśnił ściągając swą marynarkę i rzucając ją w kąt.
Domina nie protestowała.
- Gatis ma rację - Skinęła głową dziewczyna - Podejmujemy ogromne ryzyko.
- Kto nie ryzykuje nie pije szampana - Wzruszył ramionami Scarlett, wychylając lampkę tegoż trunku.
Para siedziała na kanapie w komnacie książęcej; Tom miał na sobie jedynie szare, bawełniane spodnie od piżamy, a Domina ubrana była w jedwabny szlafrok księcia. Oboje trzymali w ręku lampki z szampanem.
- Wszystko wydaje się być dopięte na ostatni guzik - Powiedziała panna Pater jakby do siebie; spojrzała na swoją dłoń, na palcu której znajdował się pierścionek - Wiesz, że mój dziadek chciał obsadzić mnie na tronie? - Powiedziała nagle - Gdy przyznałam mu się do oświadczyn nawet się nie zdenerwował.
- Jak zamierzał obsadzić cię na tronie? - Scarlett zmarszczył brwi.
Domina spojrzała na księcia szeroko otwartymi oczami; te słowa były błędem, z którego musiała teraz wybrnąć.
- Chciał podburzyć ludność przeciwko tobie i wygnać cię z kraju… Ale ja bym nigdy na to nie pozwoliła - Kobieta przytuliła się do nagiej piersi księcia.
- Mam tego trochę dość; polityka nigdy mnie nie nudziła, ale ten pucz zaczyna mnie męczyć - Tom westchnął zamykając oczy.
- W takim razie nie myśl o tym - Domina podniosła się, by pocałować ukochanego.
Zmęczony książę oddał się zabiegom kobiety, by jeszcze bardziej jej zaufał. Delektował się tym, iż ma ją tylko dla siebie, zwłaszcza po popołudniowej rozmowie z bratem i jego wyznaniu. Nie podejrzewał, że może być w niebezpieczeństwie.
- Powinnam już iść - Wyszeptała Domina, odrywając się od ust Scarletta i wstając z kanapy.
- Racja - nie powinnaś tu tak długo przebywać - Odparł Tom, aczkolwiek niezbyt się z tym zgadzając.
Kobieta w milczeniu ubrała się i doprowadziła fryzurę do ładu, po czym spojrzała smutno na Scarletta, lecz nic nie powiedziawszy odeszła w stronę drzwi. Mężczyzna nie mógł wytrzymać tej powagi.
- Czekaj - Odezwał się, doganiając Dominę.
Dziewczyna odwróciła się, wpadając wprost w ramiona kochanka i zostając obsypana przez niego pocałunkami.
- Teraz możesz iść - Odrzekł Tom ochrypłym głosem, wypuszczając ukochaną z komnaty.
Po zamknięciu drzwi mężczyzna stał jeszcze przez chwilę i rozmyślał nad swoją naturą, której do tej pory nie znał; nad czułością, która zaczęła się dzięki Dominie Pater uwydatniać… Lecz bynajmniej mu się to nie podobało. Mimo wszystko rano Scarlett w wesołym humorze zszedł do małej jadalni. Po drodze wszystkie służące oglądały się za nim z zachwytem, ponieważ miał na sobie jedynie długie, bawełniane spodnie od piżamy, a mimo iż nie wyglądał tak jak Fortis, jego muskulatura była wystarczająco rozwinięta, by zwrócić na nią uwagę damskich oczu. W jadalni mężczyzna zdążył sobie nalał sobie kawy, gdy do pokoju weszła Mitis.
- Witaj, matko - Powiedział grzecznie, kłaniając się lekko.
- Witaj, synu… - Królowa przyjrzała się potomkowi z uwagą - Aż tak ci ciepło? - Zapytała unosząc brwi; nie umiała unieść tylko jednej.
- Trochę - Scarlett uśmiechnął się, po czym zrobił łyk kawy - Przeszkadza ci to?
- Przeszkadza, że przez to służki są wytrącone z równowagi - Odrzekła Mitis karcącym tonem - Nigdy nie schodziłeś na śniadanie w takim stroju.
- Właściwie prawie bez stroju - Sprostował książę - al. Jestem u siebie i mam do tego pełne prawo; to że dziewczyny odwracają głowy za mną to ich problem.
- Którego ty jesteś sprawcą - Królowa nie wydawała się zadowolona; usiadła przy stole naprzeciw stojącego przy blacie syna - A może nie ty…
- Któż zatem? - Scarlett nie wydawał się być przejęty chmurną miną matki.
- Ta dziewczyna; za często tu przebywa.
- Wiedziałem, ze jej nie lubisz - Odparł książę z małą złością.
- Nie podoba mi się, iż tak często tu przychodzi… I na tak długo - Spojrzała znacząco na syna - Ściany mają uszy, albo ją za cienkie.
- Przeszkadza ci to, że jestem dorosły? - Scarlett spojrzał gniewnie na matkę.
- Zamek to nie burdel! - Krzyknęła Mitis.
- Matko!
- Przychodzi tu coraz częściej - Kobieta mówiła głośno - I zostaje coraz dłużej.
- Naprawdę chcesz teraz rozmawiać o mojej moralności? - Zapytał książę z przekąsem.
- Miałam nadzieję, że chociaż ty jeden na tym polu okażesz właśnie tę moralność; Fortis to wieczny babiarz, Morifia odrzuciła króla Fotię i woli zadawać się z tym Dudem, Enaret spotyka się z Ziemianką…
- Ojciec ci powiedział? - Zdziwił się Scarlett.
- Tak, przed feralną kolacją - Królowa mówiła już ciszej, lecz równie ostro - A ty sypiasz z biedotą.
- Nie mów tak o niej - Syknął Tom.
Mitis spojrzała na swe dziecko zszokowana.
- Ty ją kochasz - Odparła cicho, a gdy Scarlett otworzył usta, by zaprzeczyć, zaoponowała - Nie kłam, nawet jeśli nie jesteś tego świadom.
W jadalni zapanowała głucha cisza; Scarlett i Mitis wpatrywali się w siebie z uporem, w końcu ten pierwszy odłożył kubek z kawą i udał się w stronę drzwi.
- Miłego dnia - Odrzekł na odchodne nie patrząc na matkę.
W tym samym czasie Enaret cały roztrzęsiony spacerował po ogrodach pałacowych; nad ranem udał się na Ziemię, by spotkać się z Gianną, lecz nim to zrobił na jednym z korytarzy spotkał Dominę. Domyślił się, że ten czas spędziła z jego bratem, co go rozzłościło - uważał, iż Scarlett tylko ją wykorzystuje, a przecież to taka wyjątkowa dziewczyna… Panna Pater speszyła się na widok księcia; poczęła rozglądać się na wszystkie strony, byleby nie patrzeć w oczy mężczyźnie.
- Nie chcesz zostać do rana? - Mężczyzna usłyszał zadawane przez siebie pytanie.
- Nie mogę - Odpowiedziała pewnie Domina mimo zawstydzenia.
- Ale równocześnie nie powinnaś o takiej porze wracać do domu… Nie jest bezpiecznie - Enaret zbliżył się do dziewczyny.
- Mam powóz, dość szybki - za dwie godziny będę w domu - Kobieta uniosła wysoko głowę, by spojrzeć na rozmówcę, aczkolwiek ten ruch nadał jej jeszcze więcej dumy i pewności siebie.
- Nie wątpię, że sobie poradzisz - Książę westchnął - Od kiedy po tylu latach spotkaliśmy się nad jeziorem cały czas mam wrażenie, iż jesteś jedną z najdzielniejszych osób, jakie znam. Dlatego nie rozumiem, czemu dajesz się bałamucić Scarlettowi.
- Ja? - Panna Pater była wyraźnie zdziwiona - Nie wydaje mi się, by tak w istocie było; raczej skusiłabym się na stwierdzenie, iż to ja manipuluje twoim bratem.
- Mam nadzieję, to znaczy… - Enaret chciał szybko poprawić się z tego, co wyszło niezręcznie w jego ustach, lecz nie wiedział, co powiedzieć, tak że w korytarzu zaległa cisza; podrapał się w tył głowy - Po prostu nie chcę, by spotkała cię krzywda, zwłaszcza z jego strony.
- Nigdy nie daję się skrzywdzić - Domina zmarszczyła brwi - Tak zostałam wychowana, w takich warunkach - Wydawała się być coraz bardziej zdenerwowana.
- Wiem, nie to miałem na myśli - Książę wbił wzrok podłogę - ,,Głupiec, głupiec” - Pomyślał - Zależy mi na tobie - Odezwał się niespodziewanie.
- Lecz co z Włoszką? - Zapytała panna Pater powoli.
- Z Gianną to już koniec, choć kocham ją bardzo mocno, jest dla mnie najważniejsza… Ale ty od naszego powtórnego spotkania zauroczyłaś mnie - Spojrzał poważnie na przyjaciółkę - Starałem się tego nie okazywać, ponieważ to byłoby nie w porządku wobec Gianny… Lecz nie umiem o tobie nie myśleć.
Enaret podszedł do dziewczyny tak blisko, że ta opuściwszy głowę prawie stykała się nosem z jego klatką piersiową. Mężczyzna miał w tym swój cel; ujął brodę dziewczyny i uniósł do góry, by Domina powtórnie na niego spojrzała. Poczuł pierwsze efekty eksperymentu - oddech kobiety przyśpieszył, a oczy pociemniały. Sprawdzał, czy ta go pocałuje, ale tego nie zrobiła. Enaret więc nachylił się nad nią, lecz wyminął usta i złożył pocałunek na policzku dziewczyny.
- ,,Zamiennie” - Pomyślał, lecz w tym momencie rozzłościł się na siebie.
Książę odsunął twarz od twarzy przyjaciółki, by znów ją zbliżyć, lecz tym razem do ust dziewczyny. Domina była w lekkim szoku, lecz nie opierała się mężczyźnie, mimo iż oboje byli w związkach. Wiedzieli, iż postępują źle, ale dla obojga była to egoistyczna, fizyczna potrzeba. Jednak kiedyś ta chwila musiała się skończyć; Enaret szybko odsunął swe wargi od ust panny Pater, lecz potem nachylił się po raz ostatni, aby pocałować kobietę w policzek.
- Myślałam, że całowanie w policzek jest nieodpowiednie dla przyjaciół, ponieważ z tego zawsze wynika coś więcej… Miałam rację - Odparła Domina oddychając płytko i nie patrząc na mężczyznę.
- Ja chciałem to zrobić, by nie całować cię w usta… Nie udało się - Książę odstąpił kilka kroków od przyjaciółki - Przepraszam, jeżeli moje zachowanie sprawiło ci jakąś ujmę,
- Ujmę? Nie… - Dziewczyna natychmiast gorąco zaprzeczyła - Jedynie… Satysfakcję…
- U mnie również - Enaret uśmiechnął się półgębkiem - Nie żałuję, nawet gdybym nie zamierzał zrywać z Gianną.
- No właśnie - Domina odchrząknęła znów uciekając wzrokiem - Idź do niej, ja również powinnam już wracać do domu… Powodzenia - Wyminęła przyjaciela, nie zaszczycając go spojrzeniem, za co szybko zganiła siebie w duchu i wróciła, by przytulić Enareta - Miłego dnia - Powiedziała trochę przekornie, po czym szybko udała się do wyjścia.
Następnie Enaret zszedł na Ziemie, by tam z ciężkim sercem rozstać się z Gianną - wybranką jego serca, aczkolwiek mniej urodziwą niż jego nowe zauroczenie; bardziej konfliktową i z niską samooceną, ale cały czas mężczyzna musiał zapewniać ją, iż te cechy nie są powodem ich rozstania. Gianna zniosła to dzielnie, lecz nie chciała kontynuować jakichkolwiek stosunków z byłym chłopakiem; podziękowała za wszystkie miłe chwile, a na odchodne uderzyła go w policzek.
Teraz Enaret spacerował po ogrodach podzielony na pół - z żalem rozstania i satysfakcją pocałunku przyjaciółki… Czy dalej będzie jego przyjaciółką? Co prawda stała się nią bardzo szybko, lecz uważał ją za jedną z najważniejszych dla niego osób, a teraz, gdy Gianny już nie ma, mogła ją z powodzeniem zastąpić - robiła to, gdy nie mógł być z Gianną, teraz może zająć jej miejsce.
Książę westchnął po raz ostatni, po czym udał się w stronę zamku
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)