Oblężenie trwało jeszcze kilka godzin. W tym czasie udało się zniszczyć
część zamku, zabić kilkudziesięciu gwardzistów i doprowadzić
Scarletta do białej gorączki. A to dopiero początek jego
zmartwień. Po trzech godzinach Enaret rozpoczął akcję wycofywania
się i to w odpowiednim momencie, bo niemalże kwadrans później na
placu boju dało się słyszeć strzały. Zastrzelono kilkunastu
rebeliantów, lecz na szczęście większości udało się uciec.
Ponadto nie wszyscy udali się przed pałac; oddział Alloda został
w zamku, by pilnować pracowników Fabryki, którzy jeszcze zbyt
roztrzęsieni nie byli w stanie wziąć udziału w boju. Jednak Dudus
jako jedyny walczył, choć i jemu było równie ciężko, po stracie
przyjaciela – może niezbyt bliskiego, lecz po pewnym czasie Virib
na pewno by na niego zasłużył. Dud jednak bardziej bał się o
życie Morifii, niż o swoje, dlatego chciał ją mieć na oku i
ewentualnie pilnować, choć ta samodzielnie dawała sobie dobrze
rady.
Po
oddaleniu się od pałacu, Enaret ustawił wszystkie oddziały w
rzędzie, przeliczył, ilu wojowników brakuje, po czym jak
najprędzej ponowił powrót do zamku, który nie odbył się tak
szybko, jak poprzedni, ze względu na maszyny, które ze sobą
ciągnęli.
-
Dziwię się, że to wszystko tak zgrabnie poszło, pomimo tych
machin – Powiedział do niego Fortis, dogoniwszy są – Skąd my
je w ogóle wzięliśmy?
-
Dwa dni temu, w nocy przywieźli je pracownicy tartaku, nie
zauważyłeś? - Zapytał trochę poirytowany Tom – Musisz być
teraz wybitnie skupiony, ja wiem, że nigdy nie potrafiłeś zwracać
uwagi na nic innego, tylko siebie, ale proszę cię, przestaw swój
sposób myślenia na potrzeby innych – Odparł dość ostro.
Fortis
przystanął zszokowany.
-
Co cię ugryzło?! - Zapytał ze złością.
Jego
brat zatrzymał się i spojrzał na wojownika, tym razem milszym
okiem.
-
Przepraszam – Westchnął, przepychany przez tłum, spieszący do
zamku – Ta rebelia kosztuje mnie za dużo nerwów, czasem coś
powiem lub zachowam się w taki sposób, jakbym nie był sobą.
-
Popadasz w obłęd, jak Scarlett.
-
Nie przesadzaj – Prychnął mężczyzna.
-
Zaczynasz mi go bardziej przypominać, lecz ciebie mi szkoda, bo to
nie jest twój wybór, w przeciwieństwie do naszego brata, który
sam obrał ścieżkę szaleństwa.
Enaret
spojrzał na Fortisa, zdziwiony jego wypowiedzią.
-
Chyba masz rację – Odparł powoli, skonsternowany – Wracajmy do
dom... zamku – Poprawił się ze smutkiem.
Fortis
podszedł do brata i objął go.
-
Kiedyś wrócimy do domu – Odrzekł poważnym tonem.
-
Teraz czym prędzej dogońmy Morifię, bo mam dla was wieść –
Odparł Enaret, wpadając lekko w panikę; spodziewał się gniewu
siostry, po odkryciu przez nią niespodziewanego gościa.
Mężczyznom
nie udało się na czas odnaleźć Morifii wśród tego tłumu.
Dlatego po powrocie do zamku czekała ich nieprzyjemna niespodzianka.
-
Co ona tu robi?! - Krzyknęła księżniczka, gdy tylko jej bracia
weszli do dawnej jadalni, w której znajdowała się Domina i
mężczyzna, który jej pilnował.
-
Udało jej się uciec od Scarletta, a ja ją przygarnąłem; nie
mogłem postąpić inaczej, zwłaszcza w jej stanie – Mężczyzna
ściszył głos do szeptu.
Morifia
jeszcze przez chwilę mierzyła wzorkiem to Enareta, to Dominę.
-
Czy ja w ogóle mam tu coś do gadania? - Zapytała ostro, krzyżując
ręce na piersi.
-
Skłamałbym, mówiąc, że nie – Odparł Tom spokojnie – Lecz w
tym wypadku cokolwiek powiesz, ja i tak postąpię po swojemu,
ponieważ wiem, iż to będzie właściwa decyzja.
Kobieta
milczała przez chwilę, wciąż wpatrując się ze skupieniem w
brata; w końcu odezwała się:
-
Dobrze, lecz nie dłużej, niż to będzie konieczne.
-
Nie interesuje cię to, że bardzo nam pomogła?
-
Nie nam – sobie, by mieć sens życia przy tym despocie.
Domina
po raz pierwszy zareagowała na rozmowę między rodzeństwem;
uniosła głowę i spojrzała zdziwiona i jednocześnie zawstydzona
na Morifię?
-
Skąd wiesz? - Zapytała słabym głosem.
-
Nie trudno zgadnąć – Odpowiedziała kobieta, spoglądając szybko
na królową – Nie znam cię zbyt dobrze, lecz na tyle długo, by w
pewnym stopniu rozgryźć twoje intencje. Nie ważne, jak bardzo mój
brat będzie cię poniżał, ty i tak w środku pozostaniesz
wojowniczką.
Domina
spuściła głowę, lecz nie z pokorą, tylko z determinacją, by
kiedyś udowodnić swoją wojowniczą duszę. Jednak jej brak
większych reakcji na dyskusje Enareta z siostrą, spowodowany był
nasilającym się bólem brzucha. W pewnym momencie poczuła taki
skurcz, że aż jęknęła.
-
Domino, co się dzieje? - Zapytał strapiony Tom, podbiegając do
przyjaciółki.
-
Boli od kilku godzin, a przed chwilą chyba odeszły mi wody, nie
wiem, próbuje to zignorować – Wyjęczała.
-
Połóż się na stole – Rozkazał mężczyzna – A ty biegnij do
Alloda i poproś go, by przyprowadził tu swoją akuszerkę –
Zwrócił się do pilnującego kobietę wojownika.
-
Tak, panie – Zasalutował, po czym wybiegł z komnaty.
Po
kilku minutach w pomieszczeniu pojawiła się starsza kobieta o
bardzo przyjemnym i uspokajającym głosie.
-
Kiedy zaczęły się skurcze? - Zapytała leżącą na stole Dominę.
-
Około trzech godzin temu, może ponad.
-
Czy rodziłaś już kiedyś?
-
Nie.
- W
takim razie zabierajmy się do pracy.
Poród
trwał około pięciu godzin. Dla królowej był bardzo męczący i
bolesny, lecz w końcu powiła syna, który dał jej czystą i
niewymuszona radość. Gdy tylko kobieta przytuliła go do piersi,
łzy poleciały jej z oczu.
-
Cześć, malutki – Wyszeptała – Jak ci tu dać na imię?
-
Może Emmet? - Zasugerował Enaret – Proste, oznaczające
,,miłość”. Czegóż chcieć więcej? - Uśmiechnął się
przyjaźnie.
-
Emmet... - Domina zamyśliła się – Emmet Tom, podoba mi się –
Odwzajemniła uśmiech – Czy w takim razie ja i Emmet dostaniemy
osobna komnatę, by odpocząć? - Zapytała, a w jej głosie
nareszcie słychać było spokój.
-
Tak, zaraz coś zorganizuję – Odparł książę, kierując się do
wyjścia – W tym czasie zajmie się tobą Morifia i pani Mai –
Skinął głową w stronę siostry i akuszerki.
Księżniczka
była cały czas obecna przy porodzie, choć nie lubiła szwagierki,
jednak rozczulała ją myśl o pierwszym bratanku, nad
bezpieczeństwem którego postanowiła czuwać.
-
To może pani pójdzie spać – Odezwała się Morifia do pani Mai,
po wyjściu Enareta – Wykonała pani swoje zadanie doskonale,
należy się pani odpoczynek. A królową i młodego księcia mam na
oku – Mrugnęła przyjaźnie, uśmiechając się.
-
Wolałabym jeszcze dopilnować pacjentów, lecz faktycznie – oczy
same mi się zamykają – Kobieta zaśmiała się krótko i
przyjaźnie – W takim razie dziękuję za propozycję, z której
chętnie skorzystam – Skinęła głową na pożegnanie, po czym
odeszła.
Po
jej wyjściu Morifia podeszła do szwagierki.
-
Mogę go potrzymać? - Zapytała wyjątkowo miłym głosem.
-
Oczywiście – Nawet gdyby księżniczka miała wisielczy humor,
Domina odezwałaby się do niej z ta samą radością w głosie.
Królowa
ostrożnie podała swego syna księżniczce, a ta przytuliła dziecko
z radością do serca.
-
Piękny jest – Stwierdziła, przyglądając się niemowlęciu –
Ma niebieskie oczy – po tatusiu.
-
Oby był tak przystojny jak on – Zaśmiała się Domina, na chwilę
zapominając o zmartwieniach.
-
Byleby tylko nie miał charakteru po nim – Odparła Morifia z
goryczą w głosie.
Po
tych słowach nastała cisza. Morifia znów przypomniała sobie o
nikczemności brata, a Domina poczuła tęsknotę za nim. Niezręczne
milczenie przerwało wejście Enareta.
-
Prowizoryczna komnata sypialniana jest gotowa, zapewniłem ci
najlepsze wygody ze wszystkich panujących w tym zamku – Zaśmiał
się – Pokażcie mi tego małego urwisa – Rozkazał żartobliwym
tonem; Morifia podała mu niemowlę – Cześć, mały książę, jak
ci się podoba w Millenii, ciężko, co? - Ponownie się roześmiał
– Spokojnie; gdy tylko rozprawimy się z twoim tatusiem, na świecie
będzie lepiej – Pacnął malca palcem w nosek, na co dziecko
obdarzyło go uśmiechem – Widzisz, jak potrafi być radośnie?
-
Oddaj mi go, proszę – Rzekła Domina ponaglająco; nie podobały
jej się wypowiedzi na temat jej męża.
-
Wracamy do mamusi – Odparł Enaret, podając Emmeta królowej –
Chodź, tylko ostrożnie.
Rodzeństwo
pomogło królowej podnieść się ze stołu i wspólnymi siłami
zaprowadzili
ja do jednej z komnat, urządzonej iście po królewsku, gdzie
kobieta wraz z synem spędziła wczesny poranek na odpoczynku.
Jej
mąż za to w ogóle nie potrafił zasnąć. Nie spodziewał się
kolejnego ataku ze strony brata, co dodatkowo zostało zapewnione
przez jego matkę, za co czuł do niej żal. Ponadto nic nie wiedział
o ucieczce Dominy. Po dwóch godzinach leżenia w łóżku, wstał i
poszedł do komnaty swej matki. Ostrożnie zapukał, nie chciał jej
obudzić. Po pięciu minutach, gdy chciał już odejść, myśląc,
iż matka śpi, ta pozwoliła mu wejść.
-
Chyba nie potrzebnie będzie pytać, co cię do mnie sprowadza o tak
wczesnej porze – Zaczęła, bez przywitania.
Wpuściła
syna do komnaty i poczekała, aż ten się rozgości, by dopiero
ponowić konwersację. Jednakże nie udało jej się to, gdyż głos
pierwszy zabrał Scarlett, który rozsiadł się na fotelu, jak na
króla przystało.
-
Zapewniałaś mnie, zarzekałaś się, że Enaret będzie czekał
teraz na mój ruch. I co? - Syknął – Pomyliłaś się, czy
umyślnie wprowadziłaś mnie w błąd?
-
Działałam intuicją – Wzruszyła ramionami, siadając ostrożnie
na łóżku – Myślałam, że znam mojego syna. Sam mnie zaskoczył,
najwyraźniej również się zmienił... Wydaje mi się, że na
gorsze.
- I
ja mam ci wierzyć? - Prychnął.
-
Musisz mieć kogoś, komu możesz zaufać; jest nas coraz mniej, o
ile nie zostałam sama.
Scarlett
westchnął.
-
Masz rację – Odparł – Przepraszam, że na ciebie naskoczyłem.
-
Nic nie szkodzi – Mitis zdobyła się na czuły uśmiech –
Rozumiem, że z powodu stresu przestajesz myśleć racjonalni.
- W
dodatku wciąż mi się wydaje, że ktoś mnie obserwuje...
-
Chcesz tu zostać na chwilę? - Zapytała kobieta, robiąc miejsce na
łóżku.
-
Jeśli tylko mogę... - Scarlett spojrzał na matkę dość
zawstydzony swymi podejrzeniami.
Król
podszedł do łóżka i położył się obok królowej.
-
Spróbuj zasnąć, dobrze? - Poradziła Mitis, obejmując syna – Tu
ci nic nie grozi, a jeśli wciąż będziesz chodził niewyspany, to
nie będzie dobrze rzutować na twoje decyzję.
-
Masz rację – Scarlett skinął głową, a chwilę później
zasnął.
Trzy
godziny później wyszedł z matczynej komnaty i obiecał
przyprowadzić jej do towarzystwa Xanthię. W trakcie poszukiwań
spotkał Kommotisa.
-
Gdzie są ci, tak zwani, terroryści? - Zapytał z gniewem.
- W
pokojach dla gwardzistów – Odparł spokojnie wojownik.
- I
niech tu siedzą, jeśli następnym razem zamierzają tak się do nas
wlec – Syknął – Przez ich ślamazarność zniszczono pół
pałacu i zabito część mojej armii; gdyby nie oni, Ruch
Antykrólewski zostałby tej nocy rozbity.
-
Dobrze, postaram się ich dopilnować.
-
Dopilnujesz ich, a nie postarasz się – Szepnął król ostrym
tonem, zbliżając się do gwardzisty – Ja mogę przymykać oko na
twoją ignorancję w stosunku do Indywiduum tego królestwa, lecz
moja cierpliwość ma swoje granice, i gdy tylko twoja impertynencja
sięgnie zenitu, nie zawaham się wymierzyć ci sprawiedliwości,
zrozumiano?
-
Tak, mój panie – Odrzekł Kommotis ironicznie, kłaniając się
przesadnie nisko.
Scarlett
nie wytrzymał; gdy gwardzista znalazł się wystarczająco nisko,
uderzył go w nos kolanem. Mężczyzna aż zawył z bólu; chciał
zacząć się odgrażać, lecz król go powstrzymał.
-
Ani jednego słowa – Wysyczał – Za następną porażkę
zapłacisz głową – Po czym odszedł.
Scarlett
szedł samotnie korytarzem, a odgłos jego ciężkich kroków odbijał
się od ściany. Gdy doszedł do zniszczonej części pałacu,
ogarnęła go niemoc; czym prędzej skręcił do pobliskiej łazienki.
Oparł się mocno rękami na krawędzi jednej z umywalek i skłonił
nisko głowę. Miał ochotę krzyczeć, lecz jedynie łzy zaczęły
mu płynąć z oczu – jego niemy krzyk. Po uspokojeniu się, Tom
podniósł głowę i spojrzał na siebie w lustrze. Dostrzegł
demona, który się w nim zagnieździł, zmienił rysy twarzy i
spojrzenie. Scarlett zacisnął usta w cienką kreskę, co znów dało
złudzenie, iż łączą się one z jego kośćmi policzkowymi.
Poczuł się ponownie, jak gdyby stał przed ojcowskim obliczem,
które chce go ukarać za nieudolność. Tak właśnie odbierał swe
działania wtedy, jako zbyt pochopne, nieprzemyślane i głupie.
-
,, Jednak nie jesteś taki mądry, za jakiego się uważałeś –
Mówił do siebie w myślach – Żadne z ciebie indywiduum, jesteś
zwykłym partaczem, chłopcem, który dał się ponieść wyobraźni.
Jeszcze nie dorosłeś – najlepiej jest ci u boku matki, a żonę
traktujesz jak śmiecia. Stałeś się przeciwstawny temu, czego
pragnąłeś. Ale musisz doprowadzić to wszystko do końca. Może
jeszcze uda się spełnić marzenia, stać się niezapomnianym,
wzorowym wodzem... O ile Milleńczycy znów ci uwierzą w chęć
naprawy kraju” - Nagle Scarlett zobaczył w lustrze, jak przecina
mu twarz, wzdłuż od jednej kości policzkowej, do drugiej, poprzez
usta – Nie... Nie! - Krzyknął i schylił się, by przemyć sobie
twarz; gdy ponownie spojrzał w lustro, wszystko było w porządku –
Tracę zmysły... - Wyszeptał.
Nagle
do łazienki wszedł Gatis.
-
Co tu się dzieje? - Zapytał ostro, a gdy tylko zobaczył króla,
jego oblicze złagodniało – A, to ty... - Otaksował Scarletta
wzrokiem – Wszystko w porządku? - Zapytał, podchodząc do
mężczyzny.
-
No... - Odparł machinalnie – Szukałem Xanthii...
- W
toalecie? - Syner próbował ukryć uśmiech – Na twoim miejscu
zacząłbym od dolnych pokoi.
-
Dobrze, już tam idę – Scarlett próbował wyminąć polityka,
lecz ten zastąpił mu drogę.
-
Właściwie dobrze, że cię spotkałem – Zaczął mężczyzna –
Martwiłem się o Dominę, czy nie została uszkodzona część
pałacu, w którym się znajduje. Wiem, że nigdy tego nie robiłem,
lecz ty pewnie byś o tym zapomniał, a gdyby coś jej się jednak
stało, rano byś miał do mnie pretensje, że tego nie sprawdziłem.
-
Masz rację, i...?
-
Nie ma jej, nigdzie.
Nogi
ugięły się pod Scarlettem.
-
Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nie żyje? - Zapytał, choć
słowa z trudem wydobywały się z jego gardła.
-
Nie; jej rzeczy zniknęły, jedna z walizek i płaszcz.
Najprawdopodobniej uciekła i chyba oboje dobrze wiemy, dokąd –
Powiedział Gatis rzeczowo, byleby nie dać królowi powodów do
podejrzeń.
Oblicze
Toma spochmurniało.
-
Chcesz mi powiedzieć, że moja żona aktualnie przebywa w siedzibie
ruchu, który wymyśliło sobie moje nic niewarte rodzeństwo? -
Zapytał ze złością.
-
Najprawdopodobniej – Skinął głową premier.
Scarlett
chwycił się za głowę, zamykając jednocześnie oczy.
-
To za dużo jak dla mnie – Wyszeptał – Za godzinę zwołaj
naradę w Sali Tronowej – Odparł, otwierając oczy i spuszczając
ręce – Niech stawią się najważniejsi przywódcy.
-
Przywódcy czego? - Gatis zmarszczył brwi.
-
Byle czego, nie chcę rozmawiać z jakimś pomiotem – Prychnął
Scarlett, po czym wyszedł.
Nerwowym
krokiem wrócił do komnaty swej matki. Nie zdążył zapukać, a ta
zza drzwi pozwoliła mu wejść.
-
Myślałam, że przyprowadzisz mi Xanthię – Powiedziała zdziwiona
– Dlaczego przyszedłeś sam?
-
Zostawiła mnie – Wyznał Scarlett, upadając na kolana.
-
Synu – Mitis podeszła jak najszybciej do swego dziecka i
przykucnęła przy nim – Masz na myśli Dominę?
Król
skinął głową, chowając twarz w dłoniach.
- A
ja ją kocham... - Wyszeptał, zalewając się łzami.
-
Cii... - Szepnęła królowa – Nigdy mi się nie podobała –
Odparła niedelikatnie.
-
Matko! - Krzyknął Scarlett, podnosząc głowę – To chyba nie
najlepszy moment na tego typu wyznania.
-
Masz rację, cichutko... - Kobieta postanowiła się wycofać ze
swymi konkluzjami; przyciągnęła syna do swej piersi, by ten się
przytulił – Lecz co z twoim dzieckiem? - Zapytała zmartwiona.
-
Nie wiem, pewnie jest bezpieczny. To bardziej niż pewne, że Domina
ukrywa się u Enareta i Fortisa.
- I
Morifii – Odparła królowa z pewnymi intencjami.
Scarlett
raptownie podniósł głowę.
-
Jak to? - Zapytał, a w jego oczach pojawiła się panika –
Przecież Morifia nie żyje, potwierdziła to pewna kobieta, a ja sam
widziałem ubrania po zmarłej.
-
Xanthia powiedziała mi, że w trakcie pierwszego ataku podobno moja
córka pojawił się w pałacu, zabijając kilku gwardzistów. Jeden
z żołnierzy to potwierdził, który był u mnie wczoraj to
potwierdził.
-
Po co on tu przylazł? - Syknął Scarlett, patrząc wrogo na matkę.
-
By sprawdzić, czy ze mną wszystko w porządku.
- I
dlaczego ci to powiedział?
-
Sam ma dzieci i rozumie rodzicielskie uczucia – Mitis spojrzała
karcąco na syna, by ten już nie drążył tematu – W każdym bądź
razie wiesz, do czego zdolna jest twoja siostra – bardzo dobra
wojowniczka. Moim zdaniem nie powinieneś wdawać się w bitwę na
otwartym polu, a jedynie bronić zamku, w trakcie następnego ataku,
który zapewne się powtórzy.
-
Co, jeżeli znów się mylisz?
-
Niemożliwe; Enaret jest schematyczny – jeżeli postanowił co noc
atakować zamek, nie zmieni zdania.
-
Jesteś pewna, że wciąż znasz swego syna?
-
Tego – tak – Odparła Mitis wpierw z groźną miną, która po
chwili zamieniła się w łagodne oblicze – Chcę ci pomóc, synku
– Wyszeptała czule – Przytul mnie, znowu – Przyciągnęła
króla do siebie, na co ten jej pozwolił i ponownie zalał się
łzami.
Kilkadziesiąt
minut później Scarlett siedział na tronie, które stało na
podwyższeniu i patrzył z góry na wszystkich zebranych.
-
Przede wszystkim chciałbym zakazać grupom terrorystycznym wyjazdu z
pałacu, o ile panowie wyrazicie na to zgodę – Spojrzał znacząco
na pięciu mężczyzn, ubranych na czarno z karabinami w ręku.
-
Jeżeli pomimo obiecanej zapłaty, otrzymamy dodatkowe wynagrodzenie
– Odezwał się jeden z nich.
-
Tak będzie – Skinął głową spokojnie Scarlett – Lecz chcę
jeszcze wiedzieć, kto wydał rozkaz powrotu do Epitymii?
Snajperzy
spojrzeli po sobie spłoszeni, w końcu jeden z nich wystąpił z
szeregu.
-
Ja kazałem wracać naszym jednostkom do domów – Przyznał z butną
miną.
-
Rozumiem – Scarlett skinął głową.
Król
żałował, że cudowne, ojcowskie berło zostało pochowane razem z
nim, lecz wiedział, że sam poradzi sobie z problemem. Zszedł z
piedestału powolnym krokiem i stanął twarzą w twarz z nieznanym
mu mężczyzną. Nic nie powiedział, jedynie zmierzył go wzrokiem,
po czym mocą odepchnął na przeciwległą ścianę i uderzył nim o
wiszące na niej lustro.
-
Zapewne właśnie pan zrozumiał, jak błąd popełnił –
Powiedział, podchodząc do snajpera, który leżał obolały na
ziemi – Lecz już trochę za późno – Mocą ujął zarówno
ręce, jak i nogi mężczyzny i począł go rozciągać, tak długo,
aż ten zaczął krzyczeć z bólu i błagać o litość; Scarlett
puścił go – Serce podpowiada mi, iż powinienem wybaczyć panu.
Ale jeśli znów ktoś popełni ten błąd, a ja będę po raz
kolejny i kolejny wybaczać, to chyba nie będę stawiał dobrego
przykładu, prawda? Gdy nie ukarzę pana, wszyscy inni pomyślą, że
mogą mi się przeciwstawić, bez konsekwencji – Wzruszył
ramionami – Ja bym ci chętnie odpuścił twoje winy, lecz
autorytet musi pozostać autorytetem – Ponownie mocą zaczął
wbijać głowę mężczyzny w parkiet, na co ten znów wydał
przeraźliwy krzyk; gdy już wydawało się, że zaraz umrze, król
uniósł jego głowę i z całej siły uderzył nią o podłogę, na
której została wielka plama krwi – Niech ktoś to wyczyści –
Zwrócił się do Gatisa – Czy jeszcze ktoś chce sobie wyjechać,
wiedząc, iż w każdej chwili może nastąpić atak? - Zaczął
przechadzać się wśród zgromadzonych – A może ktoś chce mnie
zastąpić, co?! - Wydarł się na zebranych – Może macie lepszego
kandydata na króla?!
Milczenie
ogarnęło salę; wszyscy wydawali się być do granic przestraszeni.
- I
jeszcze jedno pytanie – Scarlett stanął na środku sali – Kto
postanowił zataić przede mną fakt, iż moja siostra żyje?! -
Rozejrzał się wokoło – Być może ktoś uznał, że jest to
nieistotna wiadomość, ponieważ Morifia nie stanowi żadnego
zagrożenia?! - Patrzył wilkiem na zebranych – A właśnie, że
nie! To ona jest z nich wszystkich najgorsza, bo nienawidzi mnie
najbardziej! Wie, że wysłałem ją na pewną śmierć i chce mi się
odpłacić tym samym, czy wy tego nie rozumiecie?! - Zamilkł na
chwilę i dysząc spoglądał na wszystkich – Kto wziął mnie za
głupca? - Zapytał cichym, grobowym tonem; po minucie ciszy, dodał
– W takim razie zabiję was wszystkich, skoro nikt nie chce się
przyznać; to, tak zwana, zbiorowa odpowiedzialność, prawda?
-
Do wczorajszej nocy informacje o Morifii nie były potwierdzone –
Odparł Gatis Syner donośnym głosem – Dopiero dziś rano
zebraliśmy na to twarde dowody – świadków, skrawki materiału,
najprawdopodobniej z jej ubrania oraz to – Podał królowi mały
sztylet – Czy to jej broń? - Zapytał.
Scarlett
pochwycił szybko wyciągnięty w jego stronę sztylet i ujrzał na
nim grawerunek: ,,Dla Mori – Ojciec”.
-
Tak, dawno temu zaginął – Przyznał Scarlett, oddając broń
Synerowi – Dlaczego mi nie powiedziałeś, gdy spotkaliśmy się
rano?
-
Zapomniałem z powodu Dominy – była wtedy świeża i na niej
skupiłem całą swoją uwagę. A ty skąd wiesz o tym, że Morifia
żyje?
-
Od matki, która dowiedziała się od jakiegoś gwardzisty.
Nastała
cisza, w trakcie której zgromadzeni m.in. ministrowie i dowódcy
oddziałów gwardzistów czekali na kolejny wybuch króla lub na jego
rozkaz odmaszerowania. Nie doczekali się jednak na żadne z tych
działań, gdyż nagle wszyscy usłyszeli dochodzące z zewnątrz
krzyki.
-
Co się dzieje? - Zapytał Scarlett, podchodząc do okna i przeżył
szok.
Przed
pałacem zgromadził się tłum Milleńczyków, trzymających w
rękach pochodnie, jak w średniowieczu, i transparenty oraz
krzyczeli:
-
Mordercy! Mordercy!
Na
transparentach mieli wypisane liczby ofiar z Fabryki oraz z
ostatniego przemówienia króla oraz jego karykaturę. Gdy Scarlett
to zobaczył, serce ścisnęło mu się z żalu.
-
Załatwię to – Odparł Gatis i chciał odejść, lecz Tom go
powstrzymał.
-
Ja tam pójdę – Oświadczył, po czy skierował się do wyjścia i
tym razem to premier go zatrzymał.
-
Może powinieneś się choć trochę ogarnąć? - Zasugerował,
spoglądając na brudny od krwi i trawy golf, który Scarlett znów
miał na sobie.
-
Nie mam na to czasu – Mruknął, po czym odszedł.
Scarlett
samotnie wyszedł frontowymi drzwiami pałacu. Szedł w stronę bramy
spokojnym, dumnym krokiem, unosząc głowę wysoko. W połowie drogi
zrzucił z siebie długi płaszcz, który miał na sobie i uniósł
delikatnie ręce na boki. Na ten gest żelazna brama otworzyła się.
Stojący za nią Milleńczycy poczuli trwogę, bo oto przed nimi
stanął król w całej swej okazałości, nareszcie będąc sobą;
nikt nie miał wątpliwości, że stoi przed nimi Scarlett Heris Tom
– dumny i pyszny, lecz bez cienia karykatury. Widok władcy, który
napełnił zebranych niepokojem i zwątpieniem, na chwilę ich
sparaliżował. Po dwóch minutach jednak jeden z mężczyzn znów
wykrzyknął ,,Morderca!”, na co reszta mu zawtórowała. Król nic
sobie z tego nie rozbił, nawet wówczas, gdy Milleńczycy rzucili w
jego stronę pochodniami, transparentami oraz czymkolwiek, co
trzymali w ręku. Jedynie spokojnie uniósł wyżej ręce i zatrzymał
lecące w jego stronę pociski, by następnie odrzucić je za siebie,
jak gdyby ważyły tyle, co gumowa piłka. Milleńczyków znów
ogarnął lęk. Scarlett jeszcze przez chwilę taksował swych
poddanych wzrokiem.
-
Tak, przyznaję się – Zaczął powoli i donośnie – To ja
zorganizowałem zamach na opozycyjną partię, ja wydałem rozkaz
strzelania do pracowników fabryki oraz zgromadzonych na placu w
trakcie mojej przemowy – Na te słowa podniósł się szept wśród
zebranych – Lecz nie mogłem postąpić inaczej – Odparł
głośniej, a gdy szepty ustały, wrócił do normalnej głośności
– Niesubordynację należy karać, zwłaszcza w tak niepewnych
czasach, gdy nie mogę sobie pozwolić na darowanie życia wrogom.
Nie myślcie, że wasz wszystkich nazywam wrogami, jednak wszyscy
zabici współdziałali z Ruchem Antykrólewskim – Skłamał,
jednak najwyraźniej podziałało, ponieważ nikt nie zaoponował –
A ten, dowodzony niestety przez moje rodzeństwo, jest moim
największym przeciwnikiem. Wiem, iż wielu z was przyłączyło się
do niego ze względu na moje reformy. Jednak mają one jedynie na
celu poprawienie sytuacji ekonomicznej naszego kraju, bym nie musiał
podnosić i tak już zbyt wysokich podatków. Ponadto od zawsze
martwiła mnie kwestia marnowania żywności, więc w taki, a nie
inny sposób postanowiłem nauczyć was oszczędzania. Wiem, iż jest
to dość radykalny sposób, wykorzystany dawno temu za naszych
najgorszych czasów, jednak uznałem go za jedyne dobre rozwiązanie.
Udało już nam się dzięki temu zgromadzić pewne fundusze, lecz
teraz są one przeznaczane na armię, bym ponownie nie musiał
zwiększać podatków – chyba nie chcecie finansować śmierci
swoich bliskich, prawda? - Na te słowa szept ponownie się wzmógł
– Dlatego mam do was prośbę, abyście spróbowali odwieść ich
od pomysłu wsparcia dla Ruchu; ja nie pragnę czystek, chcę waszego
dobra. Jednak muszę najpierw uporać się z naszymi wrogami, a jeśli
Milleńczycy, na których mi zależy postanawiają do niego przystać,
automatycznie stają się moimi przeciwnikami. Muszę jednak mieć
gwarancję waszego posłuszeństwa, by obiecać wam, że żadna kula,
ani miecz was nie sięgnie. Dlatego oddajcie mi pokłon – Głosy
jeszcze bardziej się wzmogły; Scarlett zaczął rozglądać się
wokoło – Jeśli tego nie zrobicie, moi snajperzy są gotowi do
ataku – Nastała satysfakcjonująca cisza – Jestem waszą
gwarancją bezpieczeństwa, bądźcie nią i wy dla waszych bliskich;
nie ma potrzeby angażować się w konflikt rodzinny, który jest wam
wpierany, jako wojna domowa – Poskutkowało; Milleńczycy zaczęli
spoglądać na siebie, jakby spojrzeniem pytając sąsiada, czy z nim
uklęknie – Gdyby nie moje rodzeństwo, do tych wszystkich zabójstw
by nie doszło; nie potrafią sobie sami ze mną poradzić, dlatego
wykorzystują was jako tarcze. Zadajcie sobie pytanie – kto poszedł
na pierwszy ogień w trakcie tych dwóch ataków na pałac –
Enaret, Fortis czy mylnie uznana za zmarłą Morifia, a może
niewinny piekarz, kurzach lub sprzątaczka? - Scarlett zauważył
złość na twarzach zebranych – Oddajcie mi pokłon, a obiecuję
wam nadejście nowych, lepszych czasów; pomóżcie mi pokonać Ruch,
przekonywując członków swojej rodziny do pozostania w domach.
Wiem, iż początki mego panowania nie były najlepsze, lecz tylko
razem stworzymy nową Millenię, silną i obfitą w życie. Proszę
tylko o jedno... Oddajcie pokłon – Ostatnie zdanie wypowiedział
cichszym, delikatniejszym tonem.
Milleńczycy
spojrzeli po sobie po raz ostatni, po czym wszyscy, jak jeden mąż,
ugięli kolana i schylili głowy. Właśnie tego podświadomie
pragnął Scarlett – ukorzenia się i oddania poddanych. Z błyskiem
w oku patrzył, jak kilkaset Milleńczyków oddaje mu pokłon,
zwieszając głowy jak przed bogiem. Trwali tak całą minutę, aż
król nie dał im sygnału, by wstali.
-
Zapewne dziś dojdzie do kolejnego ataku, porozmawiajcie zatem ze
swymi bliskimi, nie pozwólcie im zmarnować swego życia. Ja nie
mogę ich nie atakować, chyba rozumiecie, że wroga trzeba
likwidować, lecz każdy martwy Milleńczyk jest jak nóż wbity w
serce. Ja jednak nie jestem odpowiedzialny za to, do kogo celują
snajperzy, równocześnie nie mogę wyodrębnić jedynie kilku celów;
niesubordynacja musi zostać ukarana, muszę być autorytetem w
waszych oczach, a autorytet jest sprawiedliwy dla wszystkich –
Przez chwilę wszyscy trwali w milczeniu, aż król nie kontynuował
– Idźcie do swych domów; macie mało czasu, ponieważ zmierz
nadchodzi, a wasi bliscy nie będą czekać.
Zebrani
porozchodzili się pospiesznie, wierząc w słowa swego króla i
odbudowując zaufanie w stosunku do niego.
-
Ty to masz gadane – Zwrócił się Gatis do króla, gdy ten wrócił
do pałacu.
-
Problem w tym, że to wszystko była prawda – Odparł Scarlett,
patrząc z powagą na premiera – Ja naprawdę chcę im pomóc i
zależy mi na ich życiu, a obietnica, którą złożyłem zostanie
dotrzymana.
Syner
wystraszył się; tracił swego najlepszego pionka w grze.
-
Co ci się dzieje? - Zapytał polityk przerażony.
-
Nic – Tom wzruszył ramionami – Nareszcie jestem sobą –
Odparł, uśmiechając się blado – A teraz wybacz, idę się
zdrzemnąć; w nocy znów będziemy mieć ręce pełne roboty.
POGRZEB
MIŁOŚCI
Nazajutrz
Dud pojawił się w komnacie Morifii
-
Wybacz, że nękam cię o tak wczesnej porze – Zaczął mężczyzna,
gdy księżniczka już się obudziła – Lecz uważam, że nie ma
czasu do stracenia.
-
Na co? - Zapytała Morifia zmartwiona, siadając.
Dudus
nie odpowiedział, za to ukląkł przed swą ukochaną i wyciągnął
z kieszeni chusteczkę, w która było coś zawinięte. Rozłożył
materiał i oczom dziewczyny ukazał się prześliczny pierścionek.
-
Co to ma znaczyć? - Zapytała jednocześnie ze strachem oraz
podekscytowaniem w głosie.
-
Jutro rano możemy już być martwi, dlatego uważam, iż jest to
ostatnia okazja, by cię o to zapytać; Morifio Ipio Tom, czy
zechcesz zostać moją żoną? - Zapytał uroczyście, wyciągając
rękę, na której miał położony pierścionek w stronę wybranki.
Księżniczka
próbowała zahamować napływające do jej oczu łzy.
-
Tak, Dudusie Fili Vosie, chcę – Powiedziała wzruszona.
Para
zaśmiała się i padła sobie w ramiona.
-
Weźmy ślub teraz – Wyszeptał mężczyzna we włosy ukochanej.
-
Dobrze – Załkała ona.
Pół
godziny później wszystko było gotowe; kapłan Pekatów czekał
przed prowizorycznym ołtarzem, mieszczącym się w byłej świątyni
pałacowej, Fortis czekał na miejscu dla świadka, jedynie ze
świadkową był problem.
-
Nie chcę, by była nią Domina – Mówiła Morifia do Enareta
szeptem, rozglądając się po zgromadzonych, szukając odpowiedniej
kandydatki.
Nagle
do sali weszła Westa Kidemon.
-
Co pani tu robi? - Zapytała Morifia, marszcząc brwi.
-
Farmerzy postanowili się do nas przyłączyć – Odpowiedział jej
brat – Pewna kobieta bardzo nalegała na spotkanie z tobą, a ja
jej tylko powiedziałem, że teraz jesteś zajęta, bo właśnie
bierzesz ślub. Mam ją wyprosić.
-
Nie – Rzekła panna młoda, podchodząc do swej wybawicielki –
Czy zechce pani zostać moją świadkową? - Zapytała niepewnym
głosem.
-
Po to tu przyszłam – Odparła starsza kobieta z czarującym
uśmiechem – Zaczynamy? - Zapytała, a gdy tylko Morifia skinęła
głową, ustawiła się na swoim miejscu.
Po
pół godzinie młodzi złożyli sobie przysięgę, co uczyniło ich
najszczęśliwszymi Milleńczykami w całym Mainie. Kolejne
trzydzieści minut później para młoda oraz ich goście zasiedli do
skromnego posiłku w byłej jadalni. Rozmawiali, jedli i śmiali się,
jak gdyby wojna nie istniała. Morifia co rusz patrzyła na Dudusa z
czułością, a jej bracia jeszcze nigdy nie widzieli jej takiej
szczęśliwej. Pan młody również nie potrafił ukryć swoich
uczuć; przytulał i całował po głowie i rękach swoją ukochaną,
jak gdyby bojąc się ją stracić. Enaret i Fortis pozwolili nawet
młodym spędzić całe popołudnie w sypialni księżniczki, a teraz
w sypialni małżeńskiej. Nikt nie zbliżał się ddrzwi komnaty, by
ich nie speszyć, co pozwoliło Morifii i Dudusowi Vosom spędzić
najmilsze chwile w ich życiu.
Wieczorem
oddziały zebrały się pod zamkiem i pełne niepokoju ruszyły na
kolejną batalię z królem, który w tym czasie zawezwał do siebie
Xanthię.
-
Chciałbym, byś została dzisiejszej nocy ze mną, dopóki znów nie
zostaniemy zaatakowani – Powiedział, gdy tylko dziewczyna pojawiła
się w jego komnacie.
-
Co mam robić, panie? - Zapytała, rumieniąc się.
-
To chyba jest ci wiadome – Odparł sucho.
I
tak śliczna Xanthia została kochanką króla, o czym kiedyś wprost
marzyła, a teraz czuła się skonsternowana, ponieważ Scarlett
przestał być jej ideałem mężczyzny. Spełniła jednak jego
rozkaz i próbowała być jak najbardziej naturalna. Scarlett jednak
nie czuł się z nią dobrze, a już tym bardziej nie był
zrelaksowany. Po godzinie wyprosił ją ze swej komnaty, ubrał się
i czekał cierpliwie na dzwonek alarmu. I doczekał się –
kilkanaście minut później usłyszał ciężki tupot stóp. Nie
czekając, aż ktoś łaskawie przyjdzie po niego, wyruszył w środek
ognia.
Tym
razem Ruch Antykrólewski postanowił wykorzystać zdolności Morifii
– mocą wyciągała ona drzewa z ziemi i rzucała nimi w zamek.
Kosztowało ją to mnóstwo energii, dlatego rzucała w dużych
odstępach czasu, a finalnie rzuciła tylko kilkoma drzewami.
Spowodowało to jednak duże straty materialne dla pałacu oraz
wściekłość na twarzy jej brata.
-
Ci terroryści nie są w stanie ich powstrzymać – Syczał w stronę
Gatisa Synera – Pałac zaraz upadnie, na placu widzę coraz więcej
moich poległych żołnierzy. Są bezużyteczni.
-
Skoro kazałeś im strzelać na ślepo, to teraz masz straty –
Wzruszył ramionami polityk.
-
Zaraz pogadam z ich szefem – Oświadczył Scarlett.
Szef
snajperów miał na imię Iskariota – podobno największy złoczyńca
w całym Mainie – i nie brał na poważnie Scarletta, ponieważ nie
uznawał go za swego króla, jednak jego czyny wzbudzały w nim
szacunek.
-
Czyli chcesz, żebyśmy porwali tego rozentuzjazmowanego blondyna,
tak? - Zapytał, marszcząc brwi – Ale po co?
-
Chcę osłabić Ruch; nie dość, że jest jednym z ich generałów,
to w dodatku jest bardzo bliskim znajomym mojej siostry. Liczę, że
po jego stracie się załamie.
-
Może to coś da, bo jak na ten moment nasze szanse spadają.
-
To może zacznijcie coś robić – Warknął Scarlett, po czym
odszedł.
Kilku
snajperów w czarnych kominarkach przemknęło się na Plac
Przedpałacowy i podeszło cicho jak najbliżej Duda. Gdy ten nie
patrzył, rzucony w wir walki, zaatakowali go i wynieśli z pola
bitwy. Nikt z Ruchu tego nie zauważył. Wszyscy skupieni byli na
pokonaniu wroga, a nie na ratowaniu swoich bliskich.
Snajperzy
zmienili taktykę, a Scarlett ponownie wkroczył do walki i rozgromił
Ruch Antykrólewski, który gdy tylko go zobaczył, zaczął uciekać
z pola bitwy. Enaret był zawiedziony, mimo iż rozumiał swych
popleczników. Chciał jednak w końcu zakończyć te walki, a czuł,
że jego brat jest coraz bardziej osłabiony.
Tradycyjnie
po oddaleniu się od pałacu, Tom zarządził przegląd.
-
Mój oddział – Wskazywał dłonią miejsce, gdzie miał się
ustawić rząd jego wojowników – Oddział Morifii, Fortisa,
Alloda, Artopa i Dudusa... - Rozejrzał się wokoło, marszcząc brwi
– Gdzie jest Dud?
Wszyscy
rozejrzeli się po sobie, a Morifia zaczęła się denerwować.
-
Przecież był z nami... - Wyszeptała księżniczka, a łzy zaczęły
piec ją pod powiekami.
-
Na pewno zaraz się pojawi, Fortisa również tak nie było przez
chwilę i co? Znalazł się – Enaret zaśmiał się nerwowo.
-
Czy ktoś widział jego trupa? - Wykrzyknęła Morifia przejęta.
Zgromadzeni
pokręcili głowami.
-
Ja chyba widziałem, jak wynoszą kogoś – Odezwał się młody
chłopak, syn farmera.
-
Kto? - Morifia spojrzała na niego ostro, podchodząc kilka kroków w
jego stronę.
-
Jacyś faceci w czarnych maskach, ale myślałem, że zbierają
poległych – Chłopak wydawał się być przestraszony; Fortis
pospieszył mu z pomocą.
-
To nie jego wina – Odezwał się do siostry – Raczej nasza, że
nie potrafiliśmy obronić własnego kompana.
-
Gdybym tylko była w pobliżu, na pewno byłby tu z nami – Morifia
zwiesiła głowę,
-
Nie obwiniaj się – Fortis przytulił dziewczynę do piersi –
Miejmy nadzieję, że wciąż żyje i został jedynie wzięty za
zakładnika; z pewnością okaże się przydatny dla Scarletta.
-
Obyś się nie mylił – Morifia pociągnęła nosem i spróbowała
się opanować – Wracajmy do zamku – Zarządziła zdecydowanym
tonem, lecz jej oczy wyrażały głęboki smutek.
W
tym czasie król Millenii, wcale nie tak zmęczony, jak po ostatniej
interwencji, stał naprzeciw Dudusa Vosa, przywiązanego do krzesła
i spoglądającego na swego szwagra z gniewem. Obok niego stało
dwóch snajperów.
-
Masz moc wojownika, lecz nie tak rozwinięte, jak u mego brata –
Mówił Scarlett, patrząc z góry na młodego mężczyznę –
Jesteś mimo to przydatny dla Ruchu, lecz zapewne nie dzięki temu
zostałeś generałem, nie mylę się, prawda?
Vos
nie odpowiedział.
-
Zostałeś nim dzięki przyjaźni z moją siostrą lub, z tego co
zauważyłem – dzięki zawarciu z nią związku małżeńskiego,
czyż nie? - Popatrzył ukradkiem na obrączkę, lśniącą na palcu
młodego mężczyzny.
-
Nie zrobiłem tego bynajmniej dla awansu społecznego, lecz z
miłości, którą darzę Morifię od dawna – Odparł Dud z dumą i
wyższością.
-
Myślisz, że odwzajemnia te uczucia w podobnym stopniu?
-
Tak – Mężczyzna odpowiedział z pełną szczerością i
zdecydowaniem.
-
Cudownie – Scarlett wyszczerzył się – Tym boleśniejsza będzie
dla niej strata.
Dud
otworzył szeroko oczy, zdając sobie sprawę z losu, jaki Scarlett
mu szykuje. Po chwili ciszy spuścił głowę, na znak pokory, godząc
się, jak na Milleńczyka honorowego przystało, z tym, czym chcą go
obdarować bogowie. Trochę to rozzłościło króla, jednak nie
spodziewał się niczego innego
-
Obawiam się, że to nasze ostatnie spotkanie – Odparł wesoło,
uśmiechając się nonszalancko – Wybacz, że nie zdążę cię
ugościć lepiej, lecz po pierwsze: nie mam czasu, po drugie: przez
ostatnie kilkaset lat dostatecznie skorzystałeś z gościnności
mojej rodziny... A zwłaszcza mojej siostry, z tego, co wnioskuję –
Otaksował więźnia z ironicznym błyskiem w oku.
Dud
szarpnął się na krześle, ponieważ to, co ona traktował, jako
sakrament między dwoma istotami, Scarlett spłaszczył do czysto
fizycznego aktu.
-
Żegnaj, Dudusie – Król skłonił się nisko, wciąż uśmiechnięty
i z poczuciem tryumfu.
Chwilę
po wyjściu Toma, do małego pokoju wszedł Iskariota.
-
Załóżcie mu worek na głowę – Rozkazał z kamienną twarzą i
szorstkim głosem – O świcie dokonamy egzekucji.
Morifia
całą noc nie mogła zasnąć; nie potrafiła długo wyleżeć w jej
małżeńskim łożu, dlatego najpierw szukała nowej sypialni po
zamku, a potem wyszła na zewnątrz, ponieważ wszystkie komnaty były
zajęte, a nie uśmiechało jej się spać na ziemi. Położyła się
na miękkim mchu i zaczęła wspominać swojego męża i chwile z nim
spędzone. Co jakiś czas samotna łza spływała po jej policzku,
lecz kobieta nie łkała. Leżała na trawie jak kamień, wiedząc
dokładnie, co taki kamień czuje – nic, pustkę. W takim stanie
nad ranem, gdy tylko promienie słoneczne zaczęły muskać ziemię,
znalazł Morifię jej brat, Fortis.
-
Co ty tu robisz? - Zapytał pełen współczucia.
Dziewczyna
nie odpowiedziała.
-
Spałaś coś? - Zapytał wojownik, kucając obok siostry.
Ta
pokręciła głową.
-
Rozumiem, że nie chcesz spać u siebie, dlatego proponuję ci nocleg
w mojej komnacie, co ty na to?
Znów
milczenie.
-
jeśli nie chcesz spać, zawsze możesz po prostu odpocząć lub się
ogrzać.
Morifia
zamknęła oczy i westchnęła.
-
Nie daj się prosić; martwię się o ciebie.
Te
cztery słowa w końcu podziałały na młodą kobietę; ponownie
westchnęła, lecz tym razem wstała i pozwoliła się poprowadzić
do sypialni brata.
-
Informujcie mnie, jeśli dowiecie się czegokolwiek – Wyszeptała,
gdy tylko ułożyła się wygodnie pod ciepłą kołdrą, która
jeszcze niedawno ogrzewała jej brata.
-
Oczywiście, Mori – Fortis skinął głową, po czym pocałował
siostrę delikatnie w czoło; nie było to do niego podobne, lecz
Morifii bardzo potrzebne.
Po
wyjściu Toma z komnaty, księżniczka momentalnie zasnęła, a jej
ostatnią myślą było to, iż czuła wdzięczność do
Milleńczyków, którzy pomogli zaopatrzyć zamek, między innymi w
kołdry.
Wczesnym
popołudniem Fortis i Enaret naradzali się w dawnej jadalni, czy
próbować uratować Duda, o ile ten wciąż żyje. Nic jeszcze nie
postanowili, gdy do komnaty wszedł Allod, a za nim kilku Pekatów,
ciągnąć duże pudło na wózku.
-
To dziwne – Zaczął mężczyzna swym zwyczajnym, spokojnym tonem –
Przyszli jacyś posłańcy z zamku z tym oto podarunkiem; nazywają
to telewizorem, w który trzeba włożyć to – Podał czarny
prostopadłościan – Zwą to kasetą oraz podpiąć do tego –
Podał coś w rodzaju zasilacza,
-
Chyba wiem, jak to obsłużyć – Odparł Enaret, zabierając
podarunki – Dziękuję, możecie iść stąd? - Starał się zadać
to pytanie grzecznie.
-
Naturalnie – Allod skłonił się bez żadnej urazy, po czym
wyszedł cichym krokiem.
Bracia
przez chwile patrzyli na siebie z konsternacją.
-
Lepiej to sprawdźmy – Odezwał się w końcu Enaret, podpinając
telewizor do zasilacza i wkładając kasetę do odtwarzacza.
- A
jeśli to pułapka? - Wystraszył się Fortis, podchodząc do brata.
-
Za późno – Odparł starszy Tom beznamiętnie, włączając
odpowiedni kanał.
Na
ekranie pojawiły się cztery postacie – trzy miały zamaskowane
twarze, czwarta klęczała z workiem na głowie. Jeden z nich,
stojący obok ofiary i ściskający tasak w dłoni, ściągnął
worek z głowy zakładnika i oczom braci ukazał się Dud; terrorysta
przemówił.
-
Oto klęczy przed wami jeden z waszych generałów oraz mąż
księżniczki Morifii – Dudus Vos. Na jego rękach wciąż lśni
krew naszych braci, dodatkowo jeszcze w czasach pokoju wypowiadał
się nieprzychylnie w stosunku do władzy, gloryfikując zjednoczenie
państw Mainu, co zagroziłoby naszej polityce.
Wtedy
do sali weszła Morifia. Enaret i Fortis natychmiast wpadli w panikę;
ten drugi szybko zatrzymał nagranie i zasłonił sobą telewizor, a
pierwszy podszedł do siostry.
-Co
oglądacie? - Zapytała podejrzliwie Morifia, spoglądając zza
Enareta.
-
Nic takiego - Mężczyzna ujął siostrę za ramiona - Jakiś głupi
kawał.
-Tak?
- kobieta nie uwierzyła mu - To pokaż – Rozkazała władczym
tonem.
-
Nie, to nic dla ciebie – Odparł Enaret z gniewem.
-
Pokaż to - Morifia wyrwała się z uścisku jednego brata i podeszła
do drugiego - Włącz to, natychmiast - Rozkazała z zaciętą miną.
Fortis
spojrzał smutno na brata wiedząc, że nie uchronią przed tym
siostry.
-
Dobrze – Westchnął Enaret.
-
Został złapany w trakcie waszego ostatniego ataku, więc ukaranie
go będzie waszą wspólną odpowiedzialnością.
-
Przecież to… - Morifia wskazała drżącą ręką na Dudusa; nagle
ostatnia iskierka nadziei w niej zgasła.
-
Nie patrz na to - Enaret próbował odwrócić siostrę ku sobie,
lecz ona wciąż mu się wyrywała; w końcu mężczyzna dał za
wygraną.
-
Mamy nadzieję, że będzie to odpowiednią przestrogą i
zastanowicie się nad kolejnymi atakami. Miast tego pogódźcie się
z tym, iż nie jesteście z nami wygrać, jak bardzo szala wygranej
przechylała się na waszą stronę. Wspieramy politykę waszego
króla, w imię którego zginie ten Milleńczyk. Chcesz coś dodać –
Iskariota, bo to on przemawiał, zwrócił się do Duda.
Dudus
podniósł wysoko głowę i spojrzał odważnie do kamery.
-
Dud… - Po policzku kobiety spłynęła rzewna łza.
-
Jestem gotowy umrzeć za mój kraj oraz za miłość – Powiedział
Dudus.
Snajper
podszedł od tyłu do młodego generała i uniósł jego głowę
wysoko.
-
Nie, nie… - Zaczęła szeptać Morifia, podchodząc do telewizora.
Mężczyzna
przyłożył nóż do gardła Dudusa i jednym, mocnym ruchem przeciął
je; krew bryznęła bardzo obficie. Dud upadł na twarz.
-
Nie, nie, nie! - Morifia rzuciła się z płaczem do telewizora.
Fortis chwycił ją w pół i poczuł, że siostra natychmiast się
do niego przytuliła, pozwalając płynąć łzom.
-
Nie, nie, nie… - Księżniczka zawodziła raz po raz.
Enaret
przykucnął przy siostrze i również ją objął.
-
Cicho, ci… spokojnie - Próbował ją uspokoić.
Morifia
raz jeszcze spojrzała na ekran telewizora; Dud leżał twarzą do
ziemi, ręce miał związane na plecach, a z rozległej rany wciąż
lała się krew - ciemna i zapewne gęsta. Młoda kobieta wciąż
łkała w ramionach braci. Nagle z jej piersi wyrwał się potężny
krzyk; wyrwała się z uścisku, uklękła przed telewizorem i obiema
dłońmi dotknęła martwej postaci na ekranie. Enaret i Fortis
wstali, pozwalając siostrze wylać swój żal.
-Zabierz
ją stąd- zwrócił się Enaret do Fortisa po pewnym czasie.
Księciu
z trudem udało się ją podnieść z ziemi i wyprowadzić z sali.
Morifia co rusz wyrywała się bratu, jednak ten taktownie ją
uspokajał. Odprowadził do swojej komnaty, gdzie kobieta została
sama; rozejrzała się pustym wzrokiem po pokoju, po czym uklękła
przy łóżku, przycisnęła głowę do pościeli i zasłoniła ją
rękoma, po czym znów zapłakała żałośnie nad stratą
ukochanego.
Enaret
tymczasem ogłosił wszystkim wiadomość o stracie jednego z ich
generałów. Wszystkimi to wstrząsnęło, lecz tylko młoda Leni
Kidemon zainteresowała się losem księżniczki.
-
Przepraszam – Dziewczyna zaczepiła Fortisa, gdy tylko zgromadzeni
zaczęli się rozchodzić.
Tom
odwrócił się w stronę, z której dochodził głos i doznał
szoku; oto stała przed nim młoda, piękna blondynka o ujmującym
uśmiechu. Przez chwilę Fortis wpatrywał się w nieznajomą jak
oczarowany. Leni zrozumiała to spojrzenie, dlatego rumieniec
wystąpił na jej policzkach.
-
Coś się stało? - Wydukał w końcu.
-
Jeśli oczywiście pan pozwoli, chciałabym się widzieć z
księżniczką - to moja rodzina ją uratowała – Wyjaśniła,
płonąc ponownie rumieńcem – Chcę tylko wiedzieć, jak się
czuje i ewentualnie jej pomóc, jeśli tylko zechce.
-
To nie powinien być problem – Odpowiedział Fortis wybitnie
powoli, nie mogąc oderwać wzroku od Leni.
Pod
wpływem tego spojrzenia, młoda panna Kidemon nagle zapomniała o
swym zauroczeniu do Enareta; wydawał się teraz być inny – zbyt
stanowczy i zimny, za to Fortis wywarł na niej pozytywne wrażenie;
nie przypominał bawidamka, za jakiego do tej pory uchodził.
Leni
szła obok księcia bardzo zadowolona ze swej pozycji, lecz w miarę
zbliżania się do komnaty Morifii, znów w sercu zaczął ją kłuć
żal. Zaczekała na zewnątrz, ponieważ Fortis chciał wpierw
uzyskać zgodę od swej siostry na odwiedziny.
-
Możesz wejść – Zakomunikował książę, z wyraźnym przejęciem
na twarzy – I proszę – Zatrzymał dziewczynę, gdy ta chciała
wejść do komnaty – Bez tych oficjalnych formułek; jestem Fortis
– Wyciągnął w jej stronę dłoń.
-
Leni Kidemon – Dziewczyna uścisnęła dłoń mężczyzny, po czym
zniknęła za drzwiami sypialni.
CDN...