Scarlett przeżywał kolejną bezsenną noc, co zdarzało mu się ostatnio
coraz częściej. Nie pomagała ani Domina, ani absynt. Przewracał
się z boku na bok, rozglądając się co chwila, czy kogoś obcego
nie ma przypadkiem w jego komnacie. Po upewnieniu się, iż jest sam,
król na chwile się uspokajał i zaczynał zasypiać, lecz gdy tylko
zdał sobie z tego sprawę, natychmiast odczuwał panikę i znów
zaczynał rozglądać się po sypialni. I tak prawie co noc, z
wyjątkiem tych, gdy był wyczerpany lub w ramionach zony zapominał
o swych powinnościach i na chwilę znów stawał się tym młodym
chłopakiem, po uszy zakochany w nowo poznanej dziewczynie.
I
gdy tak leżał i spodziewał się kolejnej bezsennej nocy, usłyszał
hałas, dochodzący sprzed zamku. Zerwał się na nogi, ubrał swój
stary szlafrok i wybiegł na balkon, z którego ujrzał hordę
Milleńczyków, rzucających bomby na mury pałacu.
-
Kommotis! Kommotis! - Krzyczał król, wybiegając z komnaty.
Natknął
się na swego pomagiera na korytarzu, dwa piętra niżej.
-
Co się dzieje, kim oni są? - Pytał Scarlett w panice.
-
Zapewne Ruch Antykrólewski - Odparł gwardzista spokojnym tonem -
Zaraz zmobilizuję armię i ruszymy przeciwko nim.
-
Macie ich zabić, wszystkich! - Krzyknął Scarlett, nie panując nad
emocjami I chwytając Kommotisa za kołnierz jego nocnej koszuli.
-
Zrobimy to, lecz najpierw ty się uspokój - Mężczyzna wyrwał się
z uchwytu króla i sam złapał go za kołnierz - Nie potrzebujemy
króla, targanego emocjami i nie potrafiącego poradzić sobie z ze
sobą, a co dopiero z nami - Powiedział twardym głosem - Więc weź
się w garść - Odepchnął chłopaka.
-
Pozbądź się ich - Wychrypiał Scarlett - Tylko o tyle cie proszę,
a swoje emocje potrafię ukryć.
-
Nie ostatnio - Odparł Kommotis, mierząc Toma wzrokiem, po czym
odszedł.
Mury
były ostrzeliwane przez oddział Alloda, składający się głównie
z Pekatów, którym nie zależało na życiu tak bardzo, jak innym.
Szło im całkiem nieźle, spieszyli się przed nadejściem
gwardzistów, co trwało około kwadransa, nim ci się obudzili i
ubrali. W tym czasie zniszczyli obmurowania na tyle, by ktoś zdołał
przez nie przejść. Po tej akcji wycofali się, a do akcji miał
wkroczyć zakamuflowany oddział Morifii, do którego należały
najsilniejsze kobiety oraz najszybsi i najzgrabniejsi mężczyźni.
Gdy tylko zauważyli oddalających się Pekatów, przystąpili do
swego zadania; wkradli się bezszelestnie pod mury zamku, przeszli
przez wyłomy i poczęli podchodzić pod budynek, a gdy tylko
dojrzeli żołnierzy, chowali się. Kilkorgu nie udało się to za
pierwszym razem, ktoś został ranny, lecz przebiegło to całkiem
sprawnie. Udało się z znienacka zabić pięciu gwardzistów, lecz
to koniec sukcesów; zorientowali się, gdzie ukrywają się
rebelianci i zaczęli i ich atakować. Ci , przy użyciu swoich mocy,
wycofali się. Wtedy do akcji znów wkroczyli Pekatowie,
ostrzeliwując gwardzistów z łuków, ponieważ dobrze władali tą
bronią. Niestety nie udało się zabić żadnego z Wyklętych,
wyposażonych w twardą zbroję, co najwyżej strzała dosięgła na
tyle, by zranić żołnierza.
Gdy
amunicja wyczerpała się, a gwardziści podchodzili coraz bliżej,
Pekatowie wycofali się. W czasie tej nierównej walki, oddział
Morifii prześlizgnął się na dziedziniec, choć nie obyło się
bez strat. Większość jednak dostała się do otwartych drzwi
pałacu i wpadła do hallu. Rozbiegli się na różne strony, po
drodze zabijając każdą napotkaną osobę. Morifii zależało na
wydostaniu matki z twierdzy, jaką przygotował jej syn, lecz młoda
wojowniczka co rusz napotykała opór w postaci żołnierzy, z
którymi musiała stoczyć walkę. W jednej z nich, mimo iż pokonała
przeciwnika, została ciężko ranna w ramię. Postanowiła się
wycofać, lecz wpierw dała sygnał swojemu oddziałowi do odwrotu.
Zrobiła to poprzez przywołanie w pamięci każdej rośliny w zamku,
jaką udało jej się zapamiętać i uderzenie nią w sufit. Morifia
nie wiedziała, czy jej plan się powiódł, ale wierzyła w swój
sukces. To jej wystarczało.
Najtrudniejszym
zadaniem była ucieczka z pałacu, dlatego ustalono, iż odbędzie
się ona przez okna; wojownicy mieli zsunąć się na linach, co było
dość ryzykowne, jednak mniej, niż wyjście przez frontowe drzwi.
Księżniczka
przywiązała swoją linę do klamki najbliższych drzwi, przepasała
się mocno sznurem, po czym pełna obaw zsunęła się po ścianie
budynku. Gdy zostały jej półtora metra do ziemi, powróz nagle
urwał się, a kobieta spadła z łoskotem na plecy. Na szczęście,
prócz bólu i kilku siniaków, nie towarzyszył temu żaden uraz.
Morifia z trudem zmusiła się do powstania i szybkiego biegu.
Przez
mur oddział Artopa przerzucił kilkanaście lin, by rebelianci mogli
wrócić inna drogą niż tą, którą wkroczyli na teren pałacu.
Morifia obiegła mur, aż w końcu znalazła jeden ze sznurów i z
jego pomocą przedostała się na bezpieczna stronę. Tam spotkała
Rarimę.
- I
jak? - Zapytała księżniczka natychmiast, dysząc - Mój oddział
wrócił?
-
Nie wiem, po wycofaniu, przybiegliśmy do rozstawionych lin. Wiem, że
na placu leży kilku gwardzistów, lecz to zbyt mało - Odpowiedziała
jej dziewczyna, z marsową miną, która najwyraźniej była jej
naturalną.
-
Zdaję sobie z tego sprawę, dlatego teraz do ataku przystępuje
Fortis.
Młody
Tom, poczekawszy chwile po powrocie Pekatów, wraz z swym oddziałem
na koniach - pozyskanych dzięki uprzejmości mieszkańców Millenii
- ruszyli na pałac. Wyposażeni w skradzione miecze, siekali każdego
gwardzistę, jaki tylko nawinął im się pod rękę. Fortis ponadto
władał mieczem, wytworzonym przez Dominę, dlatego ci z żołnierzy,
którzy próbowali się ratować swoją mocą, wpadali w panikę,
gdyż nagle stali się bezsilni.
Szala
zwycięstwa zaczęła przechylać się na stronę Ruchu
Antykrólewskiego, gdy nagle wojownicy Fortisa zaczęli być zrzucani
z koni, jak gdyby tylko podmuchem wiatru. Ich przywódca zorientował
się, iż jest to sprawka jego brata. I faktycznie; w drzwiach
wejściowych stał Scarlett i wymachiwał rękami, co jednak było
najsilniejszą broni ze wszystkich dostępnych w pałacu.
Fortis
wiedział, że musi działać natychmiast, zdawał sobie jednak
sprawy z potęgi króla. Zrobił zatem pierwsza rzecz, jaka mu
przyszła do głowy; wyciągnął swój miecz z pochwy i
skoncentrował w ręce całą swą moc, po czym rzucił bronią w
króla. W tym samym momencie Scarlett dostrzegł Fortisa i zaraz po
jego rzucie, wyrzucił brata z siodła. Następnie to samo chciał
uczynić z bronią, lecącą w jego stronę, lecz w momencie, gdy
poczuł, iż jego moc nie działa, nie czuje jej wewnątrz siebie,
gdy kierował dłoń na miecz, zorientował się, iż nie jest w
stanie zatrzymać nadlatującej śmierci. Taka konkluzja pojawiła
się w jego głowie w ułamku sekundy i następne, co zrobił w
przeciągu kolejnej sekundy, to padł na ziemię. Usłyszał jedynie
świst i brzdęk metalu, wbijającego się w ścianę.
Król
na chwilę zamarł, targany między tym, jak powinien się zachować.
Gdy jednak ujrzał broń wbitą w ścianę i uświadomił sobie, iż
jest to sprawką jego żony, pozwolił, by gniew opanował jego
ciało. Podniósł się z ziemi i piorunującym wzrokiem omiótł
scenę, która się przed nim rozgrywała. Wkroczył na nią i mocą
począł wyrzucać za pałacowe mury wszystkich rebeliantów, a jeśli
pomylił ich z gwardzistami, nie przejmował się. Tych siedzących
na koniach podnosił z siodła i wypychał, a same zwierzęta
rozrywał na pół, co kosztowało go dużo siły. Gdy jednak pozbył
się wszystkich, padł na ziemię. Dyszał, a w głowie mu się
kręciło. Wiedział, że na placu pozostało jeszcze kilku
rebeliantów, lecz ci albo uciekli, albo zostali zabici przez
Wyklętych. Nagle wokół zrobiło się spokojniej. Słychać było
jedynie jęki i rozmowy, lecz odgłosy walki zamilkły. Ktoś pomógł
podnieść się królowi z ziemi. Był to Kommotis.
-
Choć, Scarlett - Rozkazał, przewieszając rękę mężczyzny przez
swoje ramię, a samemu chwytając króla mocno pod bok.
-
Jakie straty? - Wysapał Tom.
-
Dopiero będziemy liczyć. Poinformuję cię rano.
Scarlett
został zaprowadzony do swego łoża, na które padł styrany, a jego
ostatnia myśl przed zaśnięciem była taka, że rozprawi się z
Dominą, jak tylko wróci do sił.
W
tym czasie członkowie Ruchu Antykrólewskiego w popłochu uciekali w
stronę Zamku Fragor. W połowie drogi Enaret zatrzymał oddziały.
-
Jesteśmy tu bezpieczni, Scarlett nie każe nas ścigać, będzie
wolał nie ryzykować, gdy żołnierze są tak nieprzygotowani -
Powiedział, ledwo łapiąc oddech i opierając ręce na kolanach -
Powinniśmy się zatem przeliczyć. Ustawcie się w szeregach przed
swymi generałami. Chyba są wszyscy, prawda? - Rozejrzał się
dokoła; ujrzał Morifię, Alloda i Artopa - Gdzie jest Fortis?
Wszyscy
popatrzyli na siebie zdziwieni. Rozejrzeli się wokół z nadzieją.
-
Ktoś tam biegnie - Odezwał się jeden z mężczyzn.
Trzy
minuty później tajemnicza postać dobiegła do zgromadzonych. Na
szczęście okazał się nią być książę Tom.
-
Gdzieś ty był? - Zapytał zdenerwowany Enaret – Przez Ciebie
odchodzimy od zmysłów.
-
Scarlett mnie zatrzymał; zrzucił z konia, podobnie jak resztę
naszych ludzi. Nikt już za mną nie biegnie – Odpowiedział
Fortis, lekko przerażonym głosem.
-
Zaraz sprawdzimy, ilu Milleńczyków nam brakuje – Zarządził
Enaret, próbując powstrzymać ogarniający go strach.
Książę
zdawał sobie sprawy z potęgi brata i to właśnie jej najbardziej
się obawiał. - Rozrywał konie, wyrzucał wojowników w górę, nie
zważając, po której stronie konfliktu są – Opowiadał Fortis
Morifii – Rzuciłem w jego stronę mieczem Dominy, ale zorientował
się i schylił.
-
Czyli teraz on posiada ten miecz, bardzo zresztą dla nas cenny –
Westchnęła księżniczka.
-
Przepraszam – Jej brat naprawdę wydawał się być skruszony.
-
Nie przejmuj się, jakoś sobie poradzimy – Morifia uśmiechnęła
się do Toma, choć i jej przerażenie wrastało z każdą chwilą.
Podliczono
wojowników i straty okazały się mniejsze, niż przypuszczał
Enaret; brakowało kilku Milleńczyków z oddziału Morifii, Fortisa
i Alloda oraz trzech koni.
-
Wracajmy do swoich domów – Zarządził najstarszy Tom – Tylko
uważajcie na siebie; nie są nam potrzebne bezsensowne straty –
Dodał dosyć chłodno.
Wracając
Tomowie zastanawiali się nad znaczeniem słowa ,,dom”. Czuli, że
powinni tak nazywać Pałac Regium, gdy tymczasem ich faktycznym
miejscem zamieszkania pozostawał Zamek Fragor, W obu miejscach
jednak nie czuli, iż należeliby do któregoś z nich. Gdzie zatem
znajdował się ich dom?
TAŃCZĄC, JAK
ZAGRAJĄ
Budząc
się, Scarlett nie od razu przypomniał sobie wydarzenia poprzedniej
nocy; dopiero po wyjściu na balkon i widząc krwawą rzekę na
placu, wszystko wróciło. Bał się kolejnej konfrontacji, nie miał
na nią sił. Czuł się źle, a zawsze, gdy tak było, szedł do
matki.
- Z
mojego okna nie widać placu – Mówiła Mitis, mieszając łyżeczką
cukier w herbacie, by następnie podać kubek synowi – Lecz słychać
bardzo dobrze; nie będę pytać, kto was zaatakował, bo wiem,
powiedz mi tylko, czy moje dzieci żyją.
-
Żyją – Westchnął Scarlett, wpatrzony w napój w kubku – Nie
widziałem ich co prawda uciekających, lecz czuję, że żyją –
Napił się – Sądzisz, że dziś znów zaatakują? To byłaby
głupota, ale zdesperowane istoty są nieobliczalne.
-
To nie są ludzie; Pamiętaj jednak, z kim masz do czynienia –
Zaoponowała była królowa – Enaret jest stateczny, nie pozwoli
sobie na błąd; będzie czekał na twój ruch. Zanim to jednak
nastąpi, radzę, byś umocnił mury i armię.
Król
zastanawiał się przez chwilę, popijając herbatę.
-
Masz rację – Odezwał się w końcu – Enaret chciał mnie tylko
sprowokować, zapewne poganiany przez niecierpliwego Fortisa. Może
nawet myślał, że wyślę za nimi pościg, nie spodziewał się
jednak tego, iż zasłabnę.
-
Tak musiało być – Skinęła głową Mitis – Czy jednak w tej
sprawie przyszedłeś do mnie, synu?
Scarlett
pokręcił głową.
-
Czuje się tragicznie, boję się ich – Wyznał, powstrzymując
łzy.
-
Myślałam, że będziesz innym królem.
-
Ja też! - Krzyknął Scarlett z bezsilności – Myślałem, że
społeczeństwo będzie mnie kochać, tymczasem mnie znienawidzili, a
własna żona spiskuje przeciwko mnie.
-
Co masz na myśli?
Scarlett
opowiedział jej o swym odkryciu.
-
Jestem pewien, że to ona – Zakończył.
-
Zdajesz sobie jednak sprawę z tego, co nią kieruje? - Mitis
spojrzała głęboko w synowskie oczy.
-
Ale ja ja kocham, tylko czasem nie jestem sobą – Wyszeptał, jak
zahipnotyzowany – Lecz to, co zrobiła, zasługuje na karę –
Zerwał się z fotela, na którym siedział i odstawił kubek.
-
Co zamierzasz zrobić? Mitis wystraszyła się.
-
To już nie jest twoja sprawa, matko – Odparł Scarlett, otwierając
drzwi i wkładając wielki klucz do zamka.
-
Proszę, nie podejmuj pochopnych decyzji – Królowa złożyła ręce
jak do modlitwy, a panika zawładnęła jej spojrzeniem.
-
To nie jest pochopna decyzja, tylko przemyślana – Rzekł Tom z
chytrym uśmiechem, po czym wyszedł i przekręcił klucz.
-
Nie rób tego! - Krzyknęła Mitis, dopadając do drzwi, lecz już
nic nie mogła zrobić.
Scarlett
czym prędzej zbiegł do sypialni swej żony i wszedł bez pukania.
-
Co się dzieje? - Zapytała Domina na wpół śpiąco.
-
Zdradziłaś mnie – Syknął król.
Kobieta
w pierwszej chwili pomyślała o nocy spędzonej z Enaretem.
-
To nie tak, to jakieś plotki – Próbowała się wybronić,Mogłem
wczoraj przestraszona.
-
Jakie plotki? Dowód widziałem na własne oczy.
Dopiero
wtedy królowa uświadomiła sobie, o czym mówi jej mąż.
-
Wszystko wyjaśnię! - Krzyknęła, lecz nie było już dla niej
ratunku.
Scarlett
szarpnął ją za ramię, aby odwrócić w swoją stronę, po czym
uderzył ją w twarz z otwartej dłoni.
-
Jak śmiałaś! - Krzyczał, wymierzając kolejne ciosy – Mogłem
wczoraj zginąć! - Złożył dłoń w pięść i tak kontynuował
znęcanie się; bił nie tylko po twarzy, lecz gdzie popadło,
omijając brzuch – Jesteś królową i masz dbać o swe królestwo
i nie przeciwstawiać się niemu i swojemu królowi.
Domina
chciała bronić się słownie, lecz za bardzo się bała, by podjąć
ten krok. Przeczekała, aż Scarlett się zmęczył. Gdy to w końcu
nadeszło, kobieta poczuła otumanienie.
-
Przyślę do ciebie Xanthię, nie możesz tak wyglądać – Syknął,
oddychając ciężko – Mógłbym cię teraz wykorzystać w
najwymyślniejszy sposób, lecz nie ekscytują mnie wyrywające się
i krzyczące z bólu pode mną kobiety – Szarpnął żonę po raz
ostatni, po czym wstał z łóżka i odszedł zadowolony, zostawiając
Domine w upodleniu.
Gdy
tylko król wszedł do sali tronowej, zastał tam Kommotisa.
-
Właśnie cie szukałem – Odparł gwardzista, kłaniając się –
Pracownicy fabryki maszyn wszczęli kwadrans temu bunt; pozabijali
strażników i częściowo uciekli, lecz mimo to spora część
jeszcze oblega budynek i walczy.
-
Wezwij snajperów; niech otworzą ogień – Zarządził Scarlett bez
mrugnięcia okiem.
-
Masz zamiar ich wszystkich pozabijać? - Kommotis wystraszył się –
A co, jeśli trafią w naszych.
-
Nie interesuje mnie żadna ze stron.
-
Lecz bez nas nie dasz rady utrzymać zamku, gdy Milleńczycy znów
się zbuntują.
-
To bez znaczenia – Wycedził Scarlett przez zęby – Mam dużą
straż oraz terrorystów na usługach; jeden gwardzista w tę czy we
w tę nie robi na mnie wrażenia.
Panowie
przez chwilę mierzyli się wzrokiem, w końcu Kommotis ustąpił
przed swym królem.
-
Dobrze, lecz nie chcę być odpowiedzialny za straty – Syknął, po
czym odszedł.
Bunt
pracowników fabryki odbywał się pod przewodnictwem Dudusa. Z
podsłuchanych rozmów strażników dowiedział się o nocnym
napadzie na zamek oraz o ewentualnych ofiarach, wśród których nie
znajdowało się rodzeństwo Tomów, co dało mu znak do rozpoczęcia
swojej własnej rebelii. Przyłączyli się do niego wszyscy
pracownicy fabryki i kilkorgu już udało się uciec w stronę Zamku
Fragor. Dud postanowił opuścić budynek ostatni na tyle, na ile to
będzie możliwe. Nie bał się śmierci, aczkolwiek nie był jeszcze
na nią gotowy, dlatego dość mocno zląkł się, gdy usłyszał nad
głową świst kul oraz jęki ofiar nimi dotkniętych. Chłopak w
pocie czoła postanowił przebić się do wyjścia, zabierając po
drodze tylu pracowników, ile uda mu się znaleźć. O pomoc poprosił
jednego z najsilniejszych robotników, jakiego poznał – Viriba. I
tak dwaj mężczyźni przedzierali się przez strażników, zabijając
każdego napotkanego na ich drodze. Dodatkowo udało im się
wyprowadzić z fabryki mnóstwo Milleńczyków, niestety natrafiali
równie często na zwłoki kolegów. Za każdym razem, widząc minę
Duda, Virib mówił:
-
Nie martwmy się o martwych, gdy mamy jeszcze tylu żywych do
uratowania.
To
proste i dość logiczne zdanie pomagało przetrwać młodemu
mężczyźnie, który z dnia na dzień został rzucony na głęboką
wodę dowodzenia oddziałem rebeliantów.
W
końcu udało im się wyjść z fabryki, lecz wtedy pojawił się
przed nimi makabryczny obraz martwych współpracowników, których
myśleli, że uratowali. Na szczęście nie wszystkich, jednak sporej
części.
-
Zostanę i pomogę reszcie – Oświadczył Dud.
-
Nie wygłupiaj się, zginiesz, jeśli tam wrócisz – Zganił go
Virib, chwytając za ramię.
-
Obiecałem Morifii, że ich do niej przyprowadzę – Odparł Dud,
zdenerwowanym głosem – Zamierzam dotrzymać obietnicy.
-
Rób, jak chcesz – Mężczyzna puścił chłopaka i patrzył, jak
ten znika w budynku; Virib pokręcił głową i ruszył za Dudusem,
którego zdążył przez te kilka tygodni polubić.
Mężczyznom
udało się wyprowadzić jeszcze kilkadziesiąt Milleńczyków z
budynku i pokierować ich do Zamku tak, by nie dosięgły ich kule
snajperów. Nie wszystkim się to udało, jednakże tym razem do
punktu docelowego dotarła większość rebeliantów.
-
Wracajmy – Zażądał Virib – Wiem, że jeszcze wiele osób tam
zostało, ale ta akcja była z góry skazana na niepowodzenie, a
fakt, iż udało nam się uratować tylu pracowników to już duży
sukces.
-
Chyba masz rację, westchnął Dud, oglądając się tęsknie za
siebie.
Mężczyźni
zaczęli się skradać między martwymi ciałami i krzewami, aż
udało im się dotrzeć do murów.
-
Podsadzę cię – Oświadczył Virib i nim Dud zdążył zareagować
w jakikolwiek sposób, już nalazł się na murze.
-
Złap mnie za ręce – Powiedział w stronę przyjaciela.
Po
chwili Virib również znalazł się na szczycie muru i w momencie, w
którym uśmiechnął się do Duda w podzięce, zobaczył celującego
w młodego chłopaka snajpera. Wiedział, że nie może go zepchnąć
z muru, bo zabije Duda, dlatego zasłonił chłopaka własnym ciałem,
po czym sam spadł z muru.
-
Virib! - Krzyknął Dud, zeskakując ostrożnie z muru.
-
Nie bierz mojego ciała – Wyszeptał mężczyzna, przewidując
zamiary Duda – Uciekaj jak najprędzej, nie zmarnuj mojej śmierci
– Dodał, po czym zamknął oczy i pozwolił opaść głowie na
ramiona.
Dud
posłuchał go, po czym w popłochu pobiegł w stronę Zamku Fragor.
Już z daleka widział swoich ludzi, przyjmowanych przez mieszkańców
zamku. Będąc bliżej dostrzegł w tłumie Morifię.
-
Mori! - Krzyknął z daleka.
Księżniczka
odwróciła się i gdy tylko ujrzała biegnącego ukochanego, rzuciła
wszystko i wybiegła mu naprzeciw. Zakochani padli sobie w objęcia..
-
Nareszcie jesteś – Odparła Morifia, próbując powstrzymać łzy
– Nawet nie wiesz, jak się bałam.
-
Chyba wiem; długo nie miałem o tobie żadnych wieści, obawiałem
się twojej śmierci.
-
Od kiedy oni są razem? - Fortis nachylił się w stronę Enareta.
-
Nie wiem i nie bardzo mnie to interesuje – Mruknął książę,
dalej spisując nazwiska nowo przybyłych.
Fortisa
zdziwił chłód w głosie brata, lecz postanowił go zignorować i
dalej przyglądał się całującej parze.
-
Niech im się wiedzie – Westchnął, po czym wrócił do swojej
pracy.
Do
zamku przybyło około stu siedemnastu osób, co było i tak dobrym
wynikiem, choć w Fabryce pracowało ich dwa razy tyle.
Wieczorem
wszyscy dostali zakwaterowanie i nagle zamek napełnił się życiem
i gwarą.
-
Nie możemy długo zwlekać z kolejnym atakiem, musimy go
przeprowadzić jeszcze dzisiejszej nocy – Powiedział Enaret do
swego rodzeństwa, gdy udało im się porozmawiać w ustronnym
miejscu.
- I
musimy wciąż nawoływać lud do pomocy. Wiemy i zobaczyliśmy, do
czego zdolny jest Scarlett, sam jeden – Mówiła rozgorączkowana
Morifia.
-
Musimy go osłabić psychicznie, co podobno nie jest trudne, ponieważ
słyszałem, że jego stan jest znacznie pogorszony' chłopaczyna nie
radzi sobie z wadzą – Dodał Fortis.
-
Rzucił się na głęboką wodę – Westchnął jego brat –
Wolałem starego Scarletta – rozkapryszonego, lecz w łańcuchach.
Tymczasem
obiekt ich dyskusji, uspokojony przez matkę, znów poczuł się tak
jak kiedyś, dlatego udał się na półtorej godziny do sypialni
swej żony.
-
Przepraszam za to dzisiaj – Powiedział do niej, gdy oboje,
zmęczeni, leżeli w łóżku; Domina przyjęła dość spiętą
pozycję na plechach, a Scarlett leżał obok niej, na boku, próbując
być jak najbliżej, by udobruchać żonę – Jestem ostatnio jak
opętany, to wszystko przez ten stres. Pamiętasz, jak nam kiedyś
było dobrze? - Zapytał, całując Dominę czule w policzek –
Kocham cię, tylko czasem nie jestem sobą – Ujął jej twarz i
obrócił w swoją stronę – Musisz mi uwierzyć, na tym polega
małżeństwo – na zaufaniu. Czemu nic nie mówisz?
-
Po prostu się ciebie boję – Wyszeptała Domina, a łzy nabiegły
jej do oczu – Miało być inaczej, mieliśmy oboje rządzić, gdy
tymczasem ja jestem tylko twoją zabawką.
-
Nieprawda – Zaoponował natychmiast mężczyzna – Jesteś moją
wybranką, spośród wszystkich kobiet w Mainie.
-
To dlaczego czuję się jak śmieć, skoro jestem taka cudowna? -
Zapytała, z odwagą patrząc prosto w oczy królowi.
Scarlett
milczał.
-
Przepraszam, choć wiem, że to nic nie zmieni, ale jest mi naprawdę
przykro i wstyd za to, co ci robię - Powiedział, nachylając się
nad kobietą – Ale chyba nie wszystko robię źle – Odparł
niskim głosem.
Domina
przełknęła ciężko ślinę; takiego Scarletta uwielbiała –
zdecydowanego i pożądającego.
-
Nie – Wyszeptała, ujęta jego urokiem jak zahipnotyzowana.
- W
takim razie powiedz, że mnie kochasz – Zażądał, wchodząc.
Powtórzył
to zdanie jeszcze kilka razy, dopóki kobieta tego nie przyznała.
-
Kocham cię – Zaczęła powtarzać szeptem.
A
gdy oboje osiągnęli stan zadowolenia, przytulili się mocno do
siebie, trwając w nim. Potem przeturlali się na drugi koniec łóżka,
obsypując się pocałunkami, dopóty, dopóki nie usłyszeli alarmu.
Domina wystraszonymi oczyma spojrzała na męża.
-
Zostań tu – Rozkazał Scarlett, tym razem miło, gładząc żonę
po głowie i całując ją w czoło.
Król
ubrał na siebie spodnie i szlafrok, po czym wyszedł z komnaty żony,
wprost na korytarz, po którym biegli uzbrojeni gwardziści.
-
Co się dzieje – Zapytał, zatrzymawszy jednego z nich.
-
Znów Ruch Antykrólewski atakuje, panie – Odparł młody mężczyzna
służbowym tonem, po czym pobiegł dalej.
Nagle
Scarlett znów został przytłoczony wizją upadku. Postanowił
odnaleźć Kommotisa, albo chociaż Gatisa Synera. Udało mu się
napotkać tego drugiego.
-
Co się znowu, do Diavolosa ( demona milleńskiego), dzieje? -
Zapytał ostro premiera.
-
Ruch Antykrólewski znów atakuje, ale to już pewnie wiesz – Gatis
wzruszył ramionami, jak gdyby nigdy nic.
- I
nie przejmujesz się tym, że to już drugi atak w ciągu doby?! -
Scarlett powoli tracił cierpliwość.
-
Wezwałem już terrorystów z Epitymi; zaraz zajmą się tą bandą.
-
Lecz póki ich nie ma, trzeba ich zabić.
-
To idź, walcz – Prychnął Syner.
Scarlett
odepchnął premiera swoją mocą i przyparł do ściany,
równocześnie dusząc.
-
Nie waż się do mnie kolejny raz tak odezwać, to moje ostatnie
ostrzeżenie – Wysyczał – Gdyby nie ja, dalej byś czyścił
buty memu ojcu.
-
Przepraszam, królu, wybacz mi – Chrypiał mężczyzna, walcząc o
oddech.
Król
puścił polityka, rzucając go na ziemię. Gdy tylko uścisk został
zwolniony, Gatis począł łapać powietrze jak ryba.
-
Pójdziesz ze mną na balkon zobaczyć, jak to wygląda – Rozkazał
Tom.
Premier
poszedł potulnie za swym przełożonym, a gdy udało im się wyjść
na zewnątrz, przerazili się. Plac przedpałacowy ponownie zamienił
się w rzeźnię, tym razem okoloną płomieniami, które docierały
do zamku poprzez podpalone snopy siana, wystrzeliwane z katapult.
Ponadto gwardziści tym razem musieli zmierzyć się z rosłymi
mężczyznami z oddziału Duda i Enareta. Dodatkowo armia królewska
nie była gotowa na ponowny atak i część gwardzistów nie była
jeszcze wystarczająco sprawna do walki.
-
Widzisz tę rzeź i jesteś spokojny? - Prychnął Scarlett.
-
Najzupełniej – Gatis wciąż mówił spokojnym tonem – Za
niedługo zjawią się tu Epitymijczycy i wszystkich zniszczą.
-
Byleby naszych oszczędzili.
-
Nie dołączysz do walki? Poprzedniej nocy okazałeś się bardzo
skuteczny – Gatis tej nocy pozwalał sobie na większy tupet, niż
zazwyczaj.
-
Jestem zmęczony, poza tym, skoro terroryści mają tak tu ładnie
posprzątać, to po co się mam brudzić?
- W
sumie racja – Skinął głową premier.
Kwadrans
później znajdujących się na placu Milleńczyków zaczęli
ostrzeliwać snajperzy; szala zwycięstwa nagle przechyliła się w
stronę Wyklętych.
-
Mówiłem, że nie ma się czym przejmować – Odparł Syner z dumą
– Swoja drogą nie rozumiem, dlaczego rano odesłałeś ich do
domu.
-
Ponieważ uważałem, że znam mojego brata, który zgodnie ze swą
naturą powinien czekać na mój ruch, lecz tego nie zrobił –
Scarlettowi nagle przypomniała się gra w szachy z jego bratem;
Enaret zaczął grać nieczysto i chaotycznie, a Tom ze swymi
spokojnymi ruchami, a przynajmniej tak mu się wydawało, znów miał
szansę na wygraną.
-
To ty się przyglądaj swojemu kolejnemu triumfowi – Odrzekł Gatis
– A ja wracam spać – Oświadczył, wracając do zamku.
Jednak
jego słowa okazały się kłamliwe; zamiast do swej komnaty, premier
udał się do sypialni królowej. Wszedł po cichu bez pukania.
-
Scarlett? - Zapytała Domina, rozbudzając się.
-
Nie, to ja – Gatis Syner – Przedstawił się polityk, zapalając
światło.
Królowa
machinalnie zasłoniła się od szyi w dół kołdrą, choć już
miała na sobie piżamę.
-
Czego chcesz? Nigdy przecież nie rozmawialiśmy – Powiedziała,
lekko przerażona.
-
Owszem, ponieważ nigdy nie byłaś mi do niczego przydatna. Aż do
teraz – Odparł mężczyzna z chytrym uśmiechem, siadając na
krańcu łóżka.
-
Jaki ty możesz mieć do mnie interes? - Zapytała królowa, z
pogardą wymawiając drugie słowo.
-
Raczej transakcję wiązaną.
- W
takim razie słucham.
-
Wiem, dokąd wychodziłaś co noc i skąd masz te siniaki na twarzy –
Zaczął mężczyzna bezpośrednio.
Na
te słowa Domina ze wstydem dotknęła delikatnie policzka.
-
Wiem, co robiłaś i dla kogo, mam zatem dla ciebie propozycję –
pomogę ci wydostać się z zamku jeszcze dzisiejszej nocy, a w
zamian ty stworzysz dla mnie hełm, pewnie domyślasz się, jaki ma
mieć rozmiar.
Kobieta
skinęła głową, a serce zabiło jej mocniej.
-
Przy następnym ataku przyniesiesz mi go osobiście. Umowa stoi? -
Wyciągnął dłoń w stronę królowej.
-
Czemu miałabym się na to zgodzić? - Zapytała Domina, patrząc
Gatisowi prosto w oczy; kobieta dała się zmanipulować słowom
męża, co było powodem jej niezdecydowania.
-
Ponieważ to twoja jedyna szansa na ucieczkę od tego tyrana, na
urodzenie dziecka w normalnych warunkach, bezpieczniejszych, niż
tutaj. Ponadto sama widzisz, że rządy Scarletta to wyniszczające;
muszę go powstrzymać.
-
Sam go do tego namówiłeś.
-
Tak, ale nie sądziłem, że tak się chłopak zaweźmie; myślałem,
że odsunięcie go od władzy będzie prostsze.
-
Czyli miałeś ten sam plan, co mój dziadek; doskonale zdajesz sobie
sprawę z tego, jak skończył – Domina spojrzała ostro na
mężczyznę – Ale masz racę – trzeba powstrzymać Scarletta,
dlatego zgadzam się na twoją propozycję – Domina uścisnęła
wciąż wyciągniętą w jej stronę dłoń polityka.
- W
takim razie szykuj się, za dziesięć minut tu wrócę –
Oświadczył Syner wychodząc tak cicho, jak wszedł.
W
trakcie pakowania swoich rzeczy, królowa czuła się rozdarta; z
jednej strony miłość do męża oraz jego wieczorne deklaracje –
co do których niestety nie miała pewności – kazały jej zostać
w zamku, lecz rozum podpowiadał jej, by nie była znów tak naiwna,
jak przed kadencją Scarletta i nie dała się nabrać na jego czcze
gadanie. W rezultacie osiem minut później kobieta siedziała na
łóżku, a obok niej leżała wypchana po brzegi torba. Po dwóch
minutach Gatis Syner ponownie wślizgnął się do jej komnaty.
-
Gotowa? - Zapytał, a gdy kobieta skinęła głową, dodał –
Zlokalizowałem pozycję Enareta, zaprowadzę cię do niego.
Domina
nic nie odpowiedziała, tylko ponownie przytaknęła, ubrała swój
wielki, czarny płaszcz – symbol upadłej rewolucji jej rodziny - i
dała się poprowadzić mężczyźnie.
-
Mogę ci zaufać? - Odezwała się królowa dopiero, gdy znaleźli
się przed jednymi z bocznych drzwi.
-
Chyba ja powinienem zadać ci to pytanie – Odpowiedział mężczyzna
oschle.
Kobieta
zrozumiała, iż nie ma potrzeby pytać ponownie.
-
Tam jest Tom, widzisz? - Gatis uchylił drzwi i wskazał na mur, za
którym znajdowała się katapulta.
-
Nie – Odparła Domina, wytężywszy wzrok.
-
No właśnie; książę znajduje się przy machinie, podpala snopki
siana.
-
Skąd to wiesz?
- Z
domysłów – Odrzekł mężczyzna, patrząc szczerze na swą
rozmówczynię – Lecz wiem, iż to jest nasza jedyna szansa – Na
chwilę zapanowała cisza, po której polityk dodał – Podsadzę
cię na mur, po czym ty znikniesz, a ja będę utrzymywał, że
ostatni raz, gdy cie widziałem, to nasz moment mijania się w środku
dnia na korytarzu, rozumiesz.
-
Tak.
-
Doskonale – Syner rozejrzał się – Aż dziw, że tak prosto jest
uciec z tego pałacu – Westchnął; rozejrzał się ponownie –
Teraz – Syknął.
Para
ile sił w nogach podbiegła do muru, na który wspięła się
Domina, z pomocą Gatisa. Gdy ten poprawnie wykonał swoje zadanie,
uciekł do zamku, a królowa zeskoczyła z muru jak najostrożniej
potrafiła. Jednak w jej stanie nie obyło się bez boleści, które
Domina postanowiła zignorować. Czym prędzej podbiegła do Enareta,
którego dojrzała w tłumie. Niestety po drodze zatrzymało ją
dwóch mężczyzn.
-
Dokąd to? - Zapytał jeden z nich.
-
Poproście tu księcia Enareta; jeśli mnie nie pozna, możecie mnie
zabić – Odpowiedziała Domina szybko.
-
Zostań tu z nią – Rozkazał drugi, po czym podszedł do Toma,
który natychmiast zostawił wszystko i podszedł do Dominy.
-
Co ty tu robisz? - Zapytał wystraszony, lecz nim usłyszał
odpowiedź, królowa wpadła w jego objęcia.
-
Ratuj mnie – Wyszeptała, po czym po krótcę nakreśliła umowę
między nią a premierem.
-
Nie wiem, czy możemy mu zaufać, ale cie nie odtrącę, spokojnie –
Obiecał młody książę – Teraz udasz się do Zamku Fragor z
jednym z moich wojowników, dobrze? - Gdy kobieta przytaknęła,
zwrócił się ostrym tonem do tego, który ją pilnował – Jeżeli
coś stanie się królowej, spotka cię najsurowszy wymiar kary,
zrozumiano?
-
Tak, panie – Mężczyzna zasalutował – proszę za mną – Podał
ramię ciężarną kobietę, by zniknąć z nią po chwili z pola
widzenia Enareta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz