piątek, 7 kwietnia 2017

Scarlett  przeżywał kolejną bezsenną noc, co zdarzało mu się ostatnio coraz częściej. Nie pomagała ani Domina, ani absynt. Przewracał się z boku na bok, rozglądając się co chwila, czy kogoś obcego nie ma przypadkiem w jego komnacie. Po upewnieniu się, iż jest sam, król na chwile się uspokajał i zaczynał zasypiać, lecz gdy tylko zdał sobie z tego sprawę, natychmiast odczuwał panikę i znów zaczynał rozglądać się po sypialni. I tak prawie co noc, z wyjątkiem tych, gdy był wyczerpany lub w ramionach zony zapominał o swych powinnościach i na chwilę znów stawał się tym młodym chłopakiem, po uszy zakochany w nowo poznanej dziewczynie.
I gdy tak leżał i spodziewał się kolejnej bezsennej nocy, usłyszał hałas, dochodzący sprzed zamku. Zerwał się na nogi, ubrał swój stary szlafrok i wybiegł na balkon, z którego ujrzał hordę Milleńczyków, rzucających bomby na mury pałacu.
- Kommotis! Kommotis! - Krzyczał król, wybiegając z komnaty.
Natknął się na swego pomagiera na korytarzu, dwa piętra niżej.
- Co się dzieje, kim oni są? - Pytał Scarlett w panice.
- Zapewne Ruch Antykrólewski - Odparł gwardzista spokojnym tonem - Zaraz zmobilizuję armię i ruszymy przeciwko nim.
- Macie ich zabić, wszystkich! - Krzyknął Scarlett, nie panując nad emocjami I chwytając Kommotisa za kołnierz jego nocnej koszuli.
- Zrobimy to, lecz najpierw ty się uspokój - Mężczyzna wyrwał się z uchwytu króla i sam złapał go za kołnierz - Nie potrzebujemy króla, targanego emocjami i nie potrafiącego poradzić sobie z ze sobą, a co dopiero z nami - Powiedział twardym głosem - Więc weź się w garść - Odepchnął chłopaka.
- Pozbądź się ich - Wychrypiał Scarlett - Tylko o tyle cie proszę, a swoje emocje potrafię ukryć.
- Nie ostatnio - Odparł Kommotis, mierząc Toma wzrokiem, po czym odszedł.
Mury były ostrzeliwane przez oddział Alloda, składający się głównie z Pekatów, którym nie zależało na życiu tak bardzo, jak innym. Szło im całkiem nieźle, spieszyli się przed nadejściem gwardzistów, co trwało około kwadransa, nim ci się obudzili i ubrali. W tym czasie zniszczyli obmurowania na tyle, by ktoś zdołał przez nie przejść. Po tej akcji wycofali się, a do akcji miał wkroczyć zakamuflowany oddział Morifii, do którego należały najsilniejsze kobiety oraz najszybsi i najzgrabniejsi mężczyźni. Gdy tylko zauważyli oddalających się Pekatów, przystąpili do swego zadania; wkradli się bezszelestnie pod mury zamku, przeszli przez wyłomy i poczęli podchodzić pod budynek, a gdy tylko dojrzeli żołnierzy, chowali się. Kilkorgu nie udało się to za pierwszym razem, ktoś został ranny, lecz przebiegło to całkiem sprawnie. Udało się z znienacka zabić pięciu gwardzistów, lecz to koniec sukcesów; zorientowali się, gdzie ukrywają się rebelianci i zaczęli i ich atakować. Ci , przy użyciu swoich mocy, wycofali się. Wtedy do akcji znów wkroczyli Pekatowie, ostrzeliwując gwardzistów z łuków, ponieważ dobrze władali tą bronią. Niestety nie udało się zabić żadnego z Wyklętych, wyposażonych w twardą zbroję, co najwyżej strzała dosięgła na tyle, by zranić żołnierza.
Gdy amunicja wyczerpała się, a gwardziści podchodzili coraz bliżej, Pekatowie wycofali się. W czasie tej nierównej walki, oddział Morifii prześlizgnął się na dziedziniec, choć nie obyło się bez strat. Większość jednak dostała się do otwartych drzwi pałacu i wpadła do hallu. Rozbiegli się na różne strony, po drodze zabijając każdą napotkaną osobę. Morifii zależało na wydostaniu matki z twierdzy, jaką przygotował jej syn, lecz młoda wojowniczka co rusz napotykała opór w postaci żołnierzy, z którymi musiała stoczyć walkę. W jednej z nich, mimo iż pokonała przeciwnika, została ciężko ranna w ramię. Postanowiła się wycofać, lecz wpierw dała sygnał swojemu oddziałowi do odwrotu. Zrobiła to poprzez przywołanie w pamięci każdej rośliny w zamku, jaką udało jej się zapamiętać i uderzenie nią w sufit. Morifia nie wiedziała, czy jej plan się powiódł, ale wierzyła w swój sukces. To jej wystarczało.
Najtrudniejszym zadaniem była ucieczka z pałacu, dlatego ustalono, iż odbędzie się ona przez okna; wojownicy mieli zsunąć się na linach, co było dość ryzykowne, jednak mniej, niż wyjście przez frontowe drzwi.
Księżniczka przywiązała swoją linę do klamki najbliższych drzwi, przepasała się mocno sznurem, po czym pełna obaw zsunęła się po ścianie budynku. Gdy zostały jej półtora metra do ziemi, powróz nagle urwał się, a kobieta spadła z łoskotem na plecy. Na szczęście, prócz bólu i kilku siniaków, nie towarzyszył temu żaden uraz. Morifia z trudem zmusiła się do powstania i szybkiego biegu.
Przez mur oddział Artopa przerzucił kilkanaście lin, by rebelianci mogli wrócić inna drogą niż tą, którą wkroczyli na teren pałacu. Morifia obiegła mur, aż w końcu znalazła jeden ze sznurów i z jego pomocą przedostała się na bezpieczna stronę. Tam spotkała Rarimę.
- I jak? - Zapytała księżniczka natychmiast, dysząc - Mój oddział wrócił?
- Nie wiem, po wycofaniu, przybiegliśmy do rozstawionych lin. Wiem, że na placu leży kilku gwardzistów, lecz to zbyt mało - Odpowiedziała jej dziewczyna, z marsową miną, która najwyraźniej była jej naturalną.
- Zdaję sobie z tego sprawę, dlatego teraz do ataku przystępuje Fortis.
Młody Tom, poczekawszy chwile po powrocie Pekatów, wraz z swym oddziałem na koniach - pozyskanych dzięki uprzejmości mieszkańców Millenii - ruszyli na pałac. Wyposażeni w skradzione miecze, siekali każdego gwardzistę, jaki tylko nawinął im się pod rękę. Fortis ponadto władał mieczem, wytworzonym przez Dominę, dlatego ci z żołnierzy, którzy próbowali się ratować swoją mocą, wpadali w panikę, gdyż nagle stali się bezsilni.
Szala zwycięstwa zaczęła przechylać się na stronę Ruchu Antykrólewskiego, gdy nagle wojownicy Fortisa zaczęli być zrzucani z koni, jak gdyby tylko podmuchem wiatru. Ich przywódca zorientował się, iż jest to sprawka jego brata. I faktycznie; w drzwiach wejściowych stał Scarlett i wymachiwał rękami, co jednak było najsilniejszą broni ze wszystkich dostępnych w pałacu.
Fortis wiedział, że musi działać natychmiast, zdawał sobie jednak sprawy z potęgi króla. Zrobił zatem pierwsza rzecz, jaka mu przyszła do głowy; wyciągnął swój miecz z pochwy i skoncentrował w ręce całą swą moc, po czym rzucił bronią w króla. W tym samym momencie Scarlett dostrzegł Fortisa i zaraz po jego rzucie, wyrzucił brata z siodła. Następnie to samo chciał uczynić z bronią, lecącą w jego stronę, lecz w momencie, gdy poczuł, iż jego moc nie działa, nie czuje jej wewnątrz siebie, gdy kierował dłoń na miecz, zorientował się, iż nie jest w stanie zatrzymać nadlatującej śmierci. Taka konkluzja pojawiła się w jego głowie w ułamku sekundy i następne, co zrobił w przeciągu kolejnej sekundy, to padł na ziemię. Usłyszał jedynie świst i brzdęk metalu, wbijającego się w ścianę.
Król na chwilę zamarł, targany między tym, jak powinien się zachować. Gdy jednak ujrzał broń wbitą w ścianę i uświadomił sobie, iż jest to sprawką jego żony, pozwolił, by gniew opanował jego ciało. Podniósł się z ziemi i piorunującym wzrokiem omiótł scenę, która się przed nim rozgrywała. Wkroczył na nią i mocą począł wyrzucać za pałacowe mury wszystkich rebeliantów, a jeśli pomylił ich z gwardzistami, nie przejmował się. Tych siedzących na koniach podnosił z siodła i wypychał, a same zwierzęta rozrywał na pół, co kosztowało go dużo siły. Gdy jednak pozbył się wszystkich, padł na ziemię. Dyszał, a w głowie mu się kręciło. Wiedział, że na placu pozostało jeszcze kilku rebeliantów, lecz ci albo uciekli, albo zostali zabici przez Wyklętych. Nagle wokół zrobiło się spokojniej. Słychać było jedynie jęki i rozmowy, lecz odgłosy walki zamilkły. Ktoś pomógł podnieść się królowi z ziemi. Był to Kommotis.
- Choć, Scarlett - Rozkazał, przewieszając rękę mężczyzny przez swoje ramię, a samemu chwytając króla mocno pod bok.
- Jakie straty? - Wysapał Tom.
- Dopiero będziemy liczyć. Poinformuję cię rano.
Scarlett został zaprowadzony do swego łoża, na które padł styrany, a jego ostatnia myśl przed zaśnięciem była taka, że rozprawi się z Dominą, jak tylko wróci do sił.
W tym czasie członkowie Ruchu Antykrólewskiego w popłochu uciekali w stronę Zamku Fragor. W połowie drogi Enaret zatrzymał oddziały.
- Jesteśmy tu bezpieczni, Scarlett nie każe nas ścigać, będzie wolał nie ryzykować, gdy żołnierze są tak nieprzygotowani - Powiedział, ledwo łapiąc oddech i opierając ręce na kolanach - Powinniśmy się zatem przeliczyć. Ustawcie się w szeregach przed swymi generałami. Chyba są wszyscy, prawda? - Rozejrzał się dokoła; ujrzał Morifię, Alloda i Artopa - Gdzie jest Fortis?
Wszyscy popatrzyli na siebie zdziwieni. Rozejrzeli się wokół z nadzieją.
- Ktoś tam biegnie - Odezwał się jeden z mężczyzn.
Trzy minuty później tajemnicza postać dobiegła do zgromadzonych. Na szczęście okazał się nią być książę Tom.
- Gdzieś ty był? - Zapytał zdenerwowany Enaret – Przez Ciebie odchodzimy od zmysłów.
- Scarlett mnie zatrzymał; zrzucił z konia, podobnie jak resztę naszych ludzi. Nikt już za mną nie biegnie – Odpowiedział Fortis, lekko przerażonym głosem.
- Zaraz sprawdzimy, ilu Milleńczyków nam brakuje – Zarządził Enaret, próbując powstrzymać ogarniający go strach.
Książę zdawał sobie sprawy z potęgi brata i to właśnie jej najbardziej się obawiał. - Rozrywał konie, wyrzucał wojowników w górę, nie zważając, po której stronie konfliktu są – Opowiadał Fortis Morifii – Rzuciłem w jego stronę mieczem Dominy, ale zorientował się i schylił.
- Czyli teraz on posiada ten miecz, bardzo zresztą dla nas cenny – Westchnęła księżniczka.
- Przepraszam – Jej brat naprawdę wydawał się być skruszony.
- Nie przejmuj się, jakoś sobie poradzimy – Morifia uśmiechnęła się do Toma, choć i jej przerażenie wrastało z każdą chwilą.
Podliczono wojowników i straty okazały się mniejsze, niż przypuszczał Enaret; brakowało kilku Milleńczyków z oddziału Morifii, Fortisa i Alloda oraz trzech koni.
- Wracajmy do swoich domów – Zarządził najstarszy Tom – Tylko uważajcie na siebie; nie są nam potrzebne bezsensowne straty – Dodał dosyć chłodno.
Wracając Tomowie zastanawiali się nad znaczeniem słowa ,,dom”. Czuli, że powinni tak nazywać Pałac Regium, gdy tymczasem ich faktycznym miejscem zamieszkania pozostawał Zamek Fragor, W obu miejscach jednak nie czuli, iż należeliby do któregoś z nich. Gdzie zatem znajdował się ich dom?


TAŃCZĄC, JAK ZAGRAJĄ
Budząc się, Scarlett nie od razu przypomniał sobie wydarzenia poprzedniej nocy; dopiero po wyjściu na balkon i widząc krwawą rzekę na placu, wszystko wróciło. Bał się kolejnej konfrontacji, nie miał na nią sił. Czuł się źle, a zawsze, gdy tak było, szedł do matki.
- Z mojego okna nie widać placu – Mówiła Mitis, mieszając łyżeczką cukier w herbacie, by następnie podać kubek synowi – Lecz słychać bardzo dobrze; nie będę pytać, kto was zaatakował, bo wiem, powiedz mi tylko, czy moje dzieci żyją.
- Żyją – Westchnął Scarlett, wpatrzony w napój w kubku – Nie widziałem ich co prawda uciekających, lecz czuję, że żyją – Napił się – Sądzisz, że dziś znów zaatakują? To byłaby głupota, ale zdesperowane istoty są nieobliczalne.
- To nie są ludzie; Pamiętaj jednak, z kim masz do czynienia – Zaoponowała była królowa – Enaret jest stateczny, nie pozwoli sobie na błąd; będzie czekał na twój ruch. Zanim to jednak nastąpi, radzę, byś umocnił mury i armię.
Król zastanawiał się przez chwilę, popijając herbatę.
- Masz rację – Odezwał się w końcu – Enaret chciał mnie tylko sprowokować, zapewne poganiany przez niecierpliwego Fortisa. Może nawet myślał, że wyślę za nimi pościg, nie spodziewał się jednak tego, iż zasłabnę.
- Tak musiało być – Skinęła głową Mitis – Czy jednak w tej sprawie przyszedłeś do mnie, synu?
Scarlett pokręcił głową.
- Czuje się tragicznie, boję się ich – Wyznał, powstrzymując łzy.
- Myślałam, że będziesz innym królem.
- Ja też! - Krzyknął Scarlett z bezsilności – Myślałem, że społeczeństwo będzie mnie kochać, tymczasem mnie znienawidzili, a własna żona spiskuje przeciwko mnie.
- Co masz na myśli?
Scarlett opowiedział jej o swym odkryciu.
- Jestem pewien, że to ona – Zakończył.
- Zdajesz sobie jednak sprawę z tego, co nią kieruje? - Mitis spojrzała głęboko w synowskie oczy.
- Ale ja ja kocham, tylko czasem nie jestem sobą – Wyszeptał, jak zahipnotyzowany – Lecz to, co zrobiła, zasługuje na karę – Zerwał się z fotela, na którym siedział i odstawił kubek.
- Co zamierzasz zrobić? Mitis wystraszyła się.
- To już nie jest twoja sprawa, matko – Odparł Scarlett, otwierając drzwi i wkładając wielki klucz do zamka.
- Proszę, nie podejmuj pochopnych decyzji – Królowa złożyła ręce jak do modlitwy, a panika zawładnęła jej spojrzeniem.
- To nie jest pochopna decyzja, tylko przemyślana – Rzekł Tom z chytrym uśmiechem, po czym wyszedł i przekręcił klucz.
- Nie rób tego! - Krzyknęła Mitis, dopadając do drzwi, lecz już nic nie mogła zrobić.
Scarlett czym prędzej zbiegł do sypialni swej żony i wszedł bez pukania.
- Co się dzieje? - Zapytała Domina na wpół śpiąco.
- Zdradziłaś mnie – Syknął król.
Kobieta w pierwszej chwili pomyślała o nocy spędzonej z Enaretem.
- To nie tak, to jakieś plotki – Próbowała się wybronić,Mogłem wczoraj przestraszona.
- Jakie plotki? Dowód widziałem na własne oczy.
Dopiero wtedy królowa uświadomiła sobie, o czym mówi jej mąż.
- Wszystko wyjaśnię! - Krzyknęła, lecz nie było już dla niej ratunku.
Scarlett szarpnął ją za ramię, aby odwrócić w swoją stronę, po czym uderzył ją w twarz z otwartej dłoni.
- Jak śmiałaś! - Krzyczał, wymierzając kolejne ciosy – Mogłem wczoraj zginąć! - Złożył dłoń w pięść i tak kontynuował znęcanie się; bił nie tylko po twarzy, lecz gdzie popadło, omijając brzuch – Jesteś królową i masz dbać o swe królestwo i nie przeciwstawiać się niemu i swojemu królowi.
Domina chciała bronić się słownie, lecz za bardzo się bała, by podjąć ten krok. Przeczekała, aż Scarlett się zmęczył. Gdy to w końcu nadeszło, kobieta poczuła otumanienie.
- Przyślę do ciebie Xanthię, nie możesz tak wyglądać – Syknął, oddychając ciężko – Mógłbym cię teraz wykorzystać w najwymyślniejszy sposób, lecz nie ekscytują mnie wyrywające się i krzyczące z bólu pode mną kobiety – Szarpnął żonę po raz ostatni, po czym wstał z łóżka i odszedł zadowolony, zostawiając Domine w upodleniu.
Gdy tylko król wszedł do sali tronowej, zastał tam Kommotisa.
- Właśnie cie szukałem – Odparł gwardzista, kłaniając się – Pracownicy fabryki maszyn wszczęli kwadrans temu bunt; pozabijali strażników i częściowo uciekli, lecz mimo to spora część jeszcze oblega budynek i walczy.
- Wezwij snajperów; niech otworzą ogień – Zarządził Scarlett bez mrugnięcia okiem.
- Masz zamiar ich wszystkich pozabijać? - Kommotis wystraszył się – A co, jeśli trafią w naszych.
- Nie interesuje mnie żadna ze stron.
- Lecz bez nas nie dasz rady utrzymać zamku, gdy Milleńczycy znów się zbuntują.
- To bez znaczenia – Wycedził Scarlett przez zęby – Mam dużą straż oraz terrorystów na usługach; jeden gwardzista w tę czy we w tę nie robi na mnie wrażenia.
Panowie przez chwilę mierzyli się wzrokiem, w końcu Kommotis ustąpił przed swym królem.
- Dobrze, lecz nie chcę być odpowiedzialny za straty – Syknął, po czym odszedł.
Bunt pracowników fabryki odbywał się pod przewodnictwem Dudusa. Z podsłuchanych rozmów strażników dowiedział się o nocnym napadzie na zamek oraz o ewentualnych ofiarach, wśród których nie znajdowało się rodzeństwo Tomów, co dało mu znak do rozpoczęcia swojej własnej rebelii. Przyłączyli się do niego wszyscy pracownicy fabryki i kilkorgu już udało się uciec w stronę Zamku Fragor. Dud postanowił opuścić budynek ostatni na tyle, na ile to będzie możliwe. Nie bał się śmierci, aczkolwiek nie był jeszcze na nią gotowy, dlatego dość mocno zląkł się, gdy usłyszał nad głową świst kul oraz jęki ofiar nimi dotkniętych. Chłopak w pocie czoła postanowił przebić się do wyjścia, zabierając po drodze tylu pracowników, ile uda mu się znaleźć. O pomoc poprosił jednego z najsilniejszych robotników, jakiego poznał – Viriba. I tak dwaj mężczyźni przedzierali się przez strażników, zabijając każdego napotkanego na ich drodze. Dodatkowo udało im się wyprowadzić z fabryki mnóstwo Milleńczyków, niestety natrafiali równie często na zwłoki kolegów. Za każdym razem, widząc minę Duda, Virib mówił:
- Nie martwmy się o martwych, gdy mamy jeszcze tylu żywych do uratowania.
To proste i dość logiczne zdanie pomagało przetrwać młodemu mężczyźnie, który z dnia na dzień został rzucony na głęboką wodę dowodzenia oddziałem rebeliantów.
W końcu udało im się wyjść z fabryki, lecz wtedy pojawił się przed nimi makabryczny obraz martwych współpracowników, których myśleli, że uratowali. Na szczęście nie wszystkich, jednak sporej części.
- Zostanę i pomogę reszcie – Oświadczył Dud.
- Nie wygłupiaj się, zginiesz, jeśli tam wrócisz – Zganił go Virib, chwytając za ramię.
- Obiecałem Morifii, że ich do niej przyprowadzę – Odparł Dud, zdenerwowanym głosem – Zamierzam dotrzymać obietnicy.
- Rób, jak chcesz – Mężczyzna puścił chłopaka i patrzył, jak ten znika w budynku; Virib pokręcił głową i ruszył za Dudusem, którego zdążył przez te kilka tygodni polubić.
Mężczyznom udało się wyprowadzić jeszcze kilkadziesiąt Milleńczyków z budynku i pokierować ich do Zamku tak, by nie dosięgły ich kule snajperów. Nie wszystkim się to udało, jednakże tym razem do punktu docelowego dotarła większość rebeliantów.
- Wracajmy – Zażądał Virib – Wiem, że jeszcze wiele osób tam zostało, ale ta akcja była z góry skazana na niepowodzenie, a fakt, iż udało nam się uratować tylu pracowników to już duży sukces.
- Chyba masz rację, westchnął Dud, oglądając się tęsknie za siebie.
Mężczyźni zaczęli się skradać między martwymi ciałami i krzewami, aż udało im się dotrzeć do murów.
- Podsadzę cię – Oświadczył Virib i nim Dud zdążył zareagować w jakikolwiek sposób, już nalazł się na murze.
- Złap mnie za ręce – Powiedział w stronę przyjaciela.
Po chwili Virib również znalazł się na szczycie muru i w momencie, w którym uśmiechnął się do Duda w podzięce, zobaczył celującego w młodego chłopaka snajpera. Wiedział, że nie może go zepchnąć z muru, bo zabije Duda, dlatego zasłonił chłopaka własnym ciałem, po czym sam spadł z muru.
- Virib! - Krzyknął Dud, zeskakując ostrożnie z muru.
- Nie bierz mojego ciała – Wyszeptał mężczyzna, przewidując zamiary Duda – Uciekaj jak najprędzej, nie zmarnuj mojej śmierci – Dodał, po czym zamknął oczy i pozwolił opaść głowie na ramiona.
Dud posłuchał go, po czym w popłochu pobiegł w stronę Zamku Fragor. Już z daleka widział swoich ludzi, przyjmowanych przez mieszkańców zamku. Będąc bliżej dostrzegł w tłumie Morifię.
- Mori! - Krzyknął z daleka.
Księżniczka odwróciła się i gdy tylko ujrzała biegnącego ukochanego, rzuciła wszystko i wybiegła mu naprzeciw. Zakochani padli sobie w objęcia..
- Nareszcie jesteś – Odparła Morifia, próbując powstrzymać łzy – Nawet nie wiesz, jak się bałam.
- Chyba wiem; długo nie miałem o tobie żadnych wieści, obawiałem się twojej śmierci.
- Od kiedy oni są razem? - Fortis nachylił się w stronę Enareta.
- Nie wiem i nie bardzo mnie to interesuje – Mruknął książę, dalej spisując nazwiska nowo przybyłych.
Fortisa zdziwił chłód w głosie brata, lecz postanowił go zignorować i dalej przyglądał się całującej parze.
- Niech im się wiedzie – Westchnął, po czym wrócił do swojej pracy.
Do zamku przybyło około stu siedemnastu osób, co było i tak dobrym wynikiem, choć w Fabryce pracowało ich dwa razy tyle.
Wieczorem wszyscy dostali zakwaterowanie i nagle zamek napełnił się życiem i gwarą.
- Nie możemy długo zwlekać z kolejnym atakiem, musimy go przeprowadzić jeszcze dzisiejszej nocy – Powiedział Enaret do swego rodzeństwa, gdy udało im się porozmawiać w ustronnym miejscu.
- I musimy wciąż nawoływać lud do pomocy. Wiemy i zobaczyliśmy, do czego zdolny jest Scarlett, sam jeden – Mówiła rozgorączkowana Morifia.
- Musimy go osłabić psychicznie, co podobno nie jest trudne, ponieważ słyszałem, że jego stan jest znacznie pogorszony' chłopaczyna nie radzi sobie z wadzą – Dodał Fortis.
- Rzucił się na głęboką wodę – Westchnął jego brat – Wolałem starego Scarletta – rozkapryszonego, lecz w łańcuchach.
Tymczasem obiekt ich dyskusji, uspokojony przez matkę, znów poczuł się tak jak kiedyś, dlatego udał się na półtorej godziny do sypialni swej żony.
- Przepraszam za to dzisiaj – Powiedział do niej, gdy oboje, zmęczeni, leżeli w łóżku; Domina przyjęła dość spiętą pozycję na plechach, a Scarlett leżał obok niej, na boku, próbując być jak najbliżej, by udobruchać żonę – Jestem ostatnio jak opętany, to wszystko przez ten stres. Pamiętasz, jak nam kiedyś było dobrze? - Zapytał, całując Dominę czule w policzek – Kocham cię, tylko czasem nie jestem sobą – Ujął jej twarz i obrócił w swoją stronę – Musisz mi uwierzyć, na tym polega małżeństwo – na zaufaniu. Czemu nic nie mówisz?
- Po prostu się ciebie boję – Wyszeptała Domina, a łzy nabiegły jej do oczu – Miało być inaczej, mieliśmy oboje rządzić, gdy tymczasem ja jestem tylko twoją zabawką.
- Nieprawda – Zaoponował natychmiast mężczyzna – Jesteś moją wybranką, spośród wszystkich kobiet w Mainie.
- To dlaczego czuję się jak śmieć, skoro jestem taka cudowna? - Zapytała, z odwagą patrząc prosto w oczy królowi.
Scarlett milczał.
- Przepraszam, choć wiem, że to nic nie zmieni, ale jest mi naprawdę przykro i wstyd za to, co ci robię - Powiedział, nachylając się nad kobietą – Ale chyba nie wszystko robię źle – Odparł niskim głosem.
Domina przełknęła ciężko ślinę; takiego Scarletta uwielbiała – zdecydowanego i pożądającego.
- Nie – Wyszeptała, ujęta jego urokiem jak zahipnotyzowana.
- W takim razie powiedz, że mnie kochasz – Zażądał, wchodząc.
Powtórzył to zdanie jeszcze kilka razy, dopóki kobieta tego nie przyznała.
- Kocham cię – Zaczęła powtarzać szeptem.
A gdy oboje osiągnęli stan zadowolenia, przytulili się mocno do siebie, trwając w nim. Potem przeturlali się na drugi koniec łóżka, obsypując się pocałunkami, dopóty, dopóki nie usłyszeli alarmu. Domina wystraszonymi oczyma spojrzała na męża.
- Zostań tu – Rozkazał Scarlett, tym razem miło, gładząc żonę po głowie i całując ją w czoło.
Król ubrał na siebie spodnie i szlafrok, po czym wyszedł z komnaty żony, wprost na korytarz, po którym biegli uzbrojeni gwardziści.
- Co się dzieje – Zapytał, zatrzymawszy jednego z nich.
- Znów Ruch Antykrólewski atakuje, panie – Odparł młody mężczyzna służbowym tonem, po czym pobiegł dalej.
Nagle Scarlett znów został przytłoczony wizją upadku. Postanowił odnaleźć Kommotisa, albo chociaż Gatisa Synera. Udało mu się napotkać tego drugiego.
- Co się znowu, do Diavolosa ( demona milleńskiego), dzieje? - Zapytał ostro premiera.
- Ruch Antykrólewski znów atakuje, ale to już pewnie wiesz – Gatis wzruszył ramionami, jak gdyby nigdy nic.
- I nie przejmujesz się tym, że to już drugi atak w ciągu doby?! - Scarlett powoli tracił cierpliwość.
- Wezwałem już terrorystów z Epitymi; zaraz zajmą się tą bandą.
- Lecz póki ich nie ma, trzeba ich zabić.
- To idź, walcz – Prychnął Syner.
Scarlett odepchnął premiera swoją mocą i przyparł do ściany, równocześnie dusząc.
- Nie waż się do mnie kolejny raz tak odezwać, to moje ostatnie ostrzeżenie – Wysyczał – Gdyby nie ja, dalej byś czyścił buty memu ojcu.
- Przepraszam, królu, wybacz mi – Chrypiał mężczyzna, walcząc o oddech.
Król puścił polityka, rzucając go na ziemię. Gdy tylko uścisk został zwolniony, Gatis począł łapać powietrze jak ryba.
- Pójdziesz ze mną na balkon zobaczyć, jak to wygląda – Rozkazał Tom.
Premier poszedł potulnie za swym przełożonym, a gdy udało im się wyjść na zewnątrz, przerazili się. Plac przedpałacowy ponownie zamienił się w rzeźnię, tym razem okoloną płomieniami, które docierały do zamku poprzez podpalone snopy siana, wystrzeliwane z katapult. Ponadto gwardziści tym razem musieli zmierzyć się z rosłymi mężczyznami z oddziału Duda i Enareta. Dodatkowo armia królewska nie była gotowa na ponowny atak i część gwardzistów nie była jeszcze wystarczająco sprawna do walki.
- Widzisz tę rzeź i jesteś spokojny? - Prychnął Scarlett.
- Najzupełniej – Gatis wciąż mówił spokojnym tonem – Za niedługo zjawią się tu Epitymijczycy i wszystkich zniszczą.
- Byleby naszych oszczędzili.
- Nie dołączysz do walki? Poprzedniej nocy okazałeś się bardzo skuteczny – Gatis tej nocy pozwalał sobie na większy tupet, niż zazwyczaj.
- Jestem zmęczony, poza tym, skoro terroryści mają tak tu ładnie posprzątać, to po co się mam brudzić?
- W sumie racja – Skinął głową premier.
Kwadrans później znajdujących się na placu Milleńczyków zaczęli ostrzeliwać snajperzy; szala zwycięstwa nagle przechyliła się w stronę Wyklętych.
- Mówiłem, że nie ma się czym przejmować – Odparł Syner z dumą – Swoja drogą nie rozumiem, dlaczego rano odesłałeś ich do domu.
- Ponieważ uważałem, że znam mojego brata, który zgodnie ze swą naturą powinien czekać na mój ruch, lecz tego nie zrobił – Scarlettowi nagle przypomniała się gra w szachy z jego bratem; Enaret zaczął grać nieczysto i chaotycznie, a Tom ze swymi spokojnymi ruchami, a przynajmniej tak mu się wydawało, znów miał szansę na wygraną.
- To ty się przyglądaj swojemu kolejnemu triumfowi – Odrzekł Gatis – A ja wracam spać – Oświadczył, wracając do zamku.
Jednak jego słowa okazały się kłamliwe; zamiast do swej komnaty, premier udał się do sypialni królowej. Wszedł po cichu bez pukania.
- Scarlett? - Zapytała Domina, rozbudzając się.
- Nie, to ja – Gatis Syner – Przedstawił się polityk, zapalając światło.
Królowa machinalnie zasłoniła się od szyi w dół kołdrą, choć już miała na sobie piżamę.
- Czego chcesz? Nigdy przecież nie rozmawialiśmy – Powiedziała, lekko przerażona.
- Owszem, ponieważ nigdy nie byłaś mi do niczego przydatna. Aż do teraz – Odparł mężczyzna z chytrym uśmiechem, siadając na krańcu łóżka.
- Jaki ty możesz mieć do mnie interes? - Zapytała królowa, z pogardą wymawiając drugie słowo.
- Raczej transakcję wiązaną.
- W takim razie słucham.
- Wiem, dokąd wychodziłaś co noc i skąd masz te siniaki na twarzy – Zaczął mężczyzna bezpośrednio.
Na te słowa Domina ze wstydem dotknęła delikatnie policzka.
- Wiem, co robiłaś i dla kogo, mam zatem dla ciebie propozycję – pomogę ci wydostać się z zamku jeszcze dzisiejszej nocy, a w zamian ty stworzysz dla mnie hełm, pewnie domyślasz się, jaki ma mieć rozmiar.
Kobieta skinęła głową, a serce zabiło jej mocniej.
- Przy następnym ataku przyniesiesz mi go osobiście. Umowa stoi? - Wyciągnął dłoń w stronę królowej.
- Czemu miałabym się na to zgodzić? - Zapytała Domina, patrząc Gatisowi prosto w oczy; kobieta dała się zmanipulować słowom męża, co było powodem jej niezdecydowania.
- Ponieważ to twoja jedyna szansa na ucieczkę od tego tyrana, na urodzenie dziecka w normalnych warunkach, bezpieczniejszych, niż tutaj. Ponadto sama widzisz, że rządy Scarletta to wyniszczające; muszę go powstrzymać.
- Sam go do tego namówiłeś.
- Tak, ale nie sądziłem, że tak się chłopak zaweźmie; myślałem, że odsunięcie go od władzy będzie prostsze.
- Czyli miałeś ten sam plan, co mój dziadek; doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, jak skończył – Domina spojrzała ostro na mężczyznę – Ale masz racę – trzeba powstrzymać Scarletta, dlatego zgadzam się na twoją propozycję – Domina uścisnęła wciąż wyciągniętą w jej stronę dłoń polityka.
- W takim razie szykuj się, za dziesięć minut tu wrócę – Oświadczył Syner wychodząc tak cicho, jak wszedł.
W trakcie pakowania swoich rzeczy, królowa czuła się rozdarta; z jednej strony miłość do męża oraz jego wieczorne deklaracje – co do których niestety nie miała pewności – kazały jej zostać w zamku, lecz rozum podpowiadał jej, by nie była znów tak naiwna, jak przed kadencją Scarletta i nie dała się nabrać na jego czcze gadanie. W rezultacie osiem minut później kobieta siedziała na łóżku, a obok niej leżała wypchana po brzegi torba. Po dwóch minutach Gatis Syner ponownie wślizgnął się do jej komnaty.
- Gotowa? - Zapytał, a gdy kobieta skinęła głową, dodał – Zlokalizowałem pozycję Enareta, zaprowadzę cię do niego.
Domina nic nie odpowiedziała, tylko ponownie przytaknęła, ubrała swój wielki, czarny płaszcz – symbol upadłej rewolucji jej rodziny - i dała się poprowadzić mężczyźnie.
- Mogę ci zaufać? - Odezwała się królowa dopiero, gdy znaleźli się przed jednymi z bocznych drzwi.
- Chyba ja powinienem zadać ci to pytanie – Odpowiedział mężczyzna oschle.
Kobieta zrozumiała, iż nie ma potrzeby pytać ponownie.
- Tam jest Tom, widzisz? - Gatis uchylił drzwi i wskazał na mur, za którym znajdowała się katapulta.
- Nie – Odparła Domina, wytężywszy wzrok.
- No właśnie; książę znajduje się przy machinie, podpala snopki siana.
- Skąd to wiesz?
- Z domysłów – Odrzekł mężczyzna, patrząc szczerze na swą rozmówczynię – Lecz wiem, iż to jest nasza jedyna szansa – Na chwilę zapanowała cisza, po której polityk dodał – Podsadzę cię na mur, po czym ty znikniesz, a ja będę utrzymywał, że ostatni raz, gdy cie widziałem, to nasz moment mijania się w środku dnia na korytarzu, rozumiesz.
- Tak.
- Doskonale – Syner rozejrzał się – Aż dziw, że tak prosto jest uciec z tego pałacu – Westchnął; rozejrzał się ponownie – Teraz – Syknął.
Para ile sił w nogach podbiegła do muru, na który wspięła się Domina, z pomocą Gatisa. Gdy ten poprawnie wykonał swoje zadanie, uciekł do zamku, a królowa zeskoczyła z muru jak najostrożniej potrafiła. Jednak w jej stanie nie obyło się bez boleści, które Domina postanowiła zignorować. Czym prędzej podbiegła do Enareta, którego dojrzała w tłumie. Niestety po drodze zatrzymało ją dwóch mężczyzn.
- Dokąd to? - Zapytał jeden z nich.
- Poproście tu księcia Enareta; jeśli mnie nie pozna, możecie mnie zabić – Odpowiedziała Domina szybko.
- Zostań tu z nią – Rozkazał drugi, po czym podszedł do Toma, który natychmiast zostawił wszystko i podszedł do Dominy.
- Co ty tu robisz? - Zapytał wystraszony, lecz nim usłyszał odpowiedź, królowa wpadła w jego objęcia.
- Ratuj mnie – Wyszeptała, po czym po krótcę nakreśliła umowę między nią a premierem.
- Nie wiem, czy możemy mu zaufać, ale cie nie odtrącę, spokojnie – Obiecał młody książę – Teraz udasz się do Zamku Fragor z jednym z moich wojowników, dobrze? - Gdy kobieta przytaknęła, zwrócił się ostrym tonem do tego, który ją pilnował – Jeżeli coś stanie się królowej, spotka cię najsurowszy wymiar kary, zrozumiano?
- Tak, panie – Mężczyzna zasalutował – proszę za mną – Podał ramię ciężarną kobietę, by zniknąć z nią po chwili z pola widzenia Enareta.
CDN...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz