czwartek, 31 grudnia 2015

Scarlett siedział na szezlongu znajdującym się przed pokojem jego matki. Był to jej prywatny ,,gabinet’’, w którym przyjmowała swoje przyjaciółki, kuzynki, ciotki itd.. Ogólnie rzecz biorąc, mogły tam wejść tylko kobiety lub dzieci królowej, a synowie tylko do trzechsetnego roku życia. Fortis już zatem nie mógł, lecz Scarlett- owszem. Dlatego teraz musiał czekać, aż matka odprawi jedną z kuzynek, która wpadła na cotygodniową popołudniową herbatkę. Siedziała tam już drugą godzinę. Polyla, bo tak ma na imię, znana jest z długiego języka i koszmarnego gadulstwa. Zawsze trudno się jej pozbyć. Teraz królowa znów musiała się zmierzyć z tym problemem. W końcu drzwi otworzyły się i jedna z dwórek Mitis- śliczna, krucha blondyneczka Xanthia, która miała słabość do każdego z książąt po kolei, więc teraz pora na Scarletta- wpuściła młodego mężczyznę do środka.
Książę wszedł do dość przestronnego pokoju, pełnego kanap, foteli i wygodnych poduszek dla najmłodszych gości. Wszędzie były rozłożone stoliki do kawy, a w jednym z rogów stała wielka szafa z mnóstwem sukienek w każdym rozmiarze. Obok znajdował się rząd toaletek ze światełkami wokół luster. Przy równoległej ścianie stały komody na biżuterię, buty i różne akcesoria. Ściany były pomalowane w przyjemny kremowy kolor z wzorkami w delikatne kwiaty. Na drewnianych panelach nie znajdował się żaden dywan. Jedną ścianę całkowicie zajmowały lustra, a inną- najwęższą- duże okno z wyjściem na taras. Tam znajdowały się wygodne, białe meble ogrodowe. Wszystko harmonicznie ze sobą współgrało, wydawało się idylliczne, a w czasie wojen i konfliktów to miejsce stawało się jedynym bezpiecznym miejscem. W każdym bądź razie dla każdego, kto mógł tam wejść.
Mitis stała na tarasie i machała na pożegnanie Polyli, gdy podszedł do niej syn z rękami założonymi z tyłu, wyglądając przez to jak urzędnik.
-Scarlett!- krzyknęła Polyla, zobaczywszy syna swej kuzynki; zaczęła machać jak opętana, ponieważ książę wciąż był dla niej małym chłopcem.
Mężczyzna skinął kobiecie lekko głową, lecz nawet cień uśmiechu nie pojawił się na jego twarzy.
-Mógłbyś być choć trochę milszy- syknęła Mitis tak, by Polyla tego nie zauważyła.
Gdy tylko natrętna kuzynka zniknęła z pola widzenia, królowa odwróciła się twarzą do syna.
-Jaka pilna sprawa sprowadza cię do mnie?- zapytała oficjalnie.
-Chciałbym porozmawiać z tobą o mej jedynej siostrze- Scarlett przyjął podobny ton, jednakże on mógł spojrzeć na swoją rozmówczynię z góry.
-Zatem wejdźmy do środka- królowa wskazała ręką gabinet.
Gdy matka ruszyła przodem, Scarlett odetchnął głęboko; nie chciał przeprowadzać tej rozmowy, aby w razie wywołania gniewu ojciec, po nitce do kłębka nie doszedł do roli Scarletta w tym spisku. Bo był to spisek- jedyny sposób w jaki księżniczka powinna myśleć o wojnie było wspieranie swojego kraju z jak największego dystansu lub zastanawianie się, czy jej ukochany przeżyje. Sama propozycja wzięcia udziału księżniczki w bitwie była objawem niesubordynacji. Jej zadaniem jest ładnie wyglądać, a nie bić się.
Mitis usiadła na jednej z pąsowych kanap, a Scarlett zasiadł na brzoskwiniowym, tapicerowanym fotelu.
-Po pierwsze- zaczęła królowa, zakładając nogę na nogę- przestańmy używać tego oficjalnego tonu- westchnęła- Przecież jesteśmy matką i synem, a nie urzędnikiem i petentem.
Scarlett wzruszył ramionami.
-Zatem dobrze- odparł bez entuzjazmu.
-Co cię do mnie sprowadza?- zapytała Mitis powtórnie.
-Jak już wspomniałem- sprawa Morifii.
-A co dokładniej?
Scarlett zastanowił się, jak ubrać wskazówki siostry w słowa.
-Widziałem dzisiaj, jak walczy- zaczął książę dość pewnie, wysoko unosząc głowę- Zawsze wiedziałem, że walczy dobrze, ale dziś w południe mi zaimponowała- kłamał- Wydawała się być mistrzynią w tym, co robi, nawet na tle wszystkim walczących wokoło mężczyzn.
-To się chwali- Mitis nie kryła zadowolenia- Jestem z niej dumna, mimo iż walka stereotypowo nie pasuje do młodej dziewczyny, a przede wszystkim do księżniczki. Pomimo tego cieszę się, że znalazła  swoją drogę życiową. A przynajmniej tymczasowo.
-No ja właśnie w sprawie tej drogi życiowej- odparł Scarlett szybko i trochę niewyraźnie; odchrząknął- Wierzę, że będzie dobrą zawodniczką, jeżeli jednak nigdy nie dostanie szansy od losu, nie spełni się na tym polu.
Mitis przeanalizowała trochę pokrętną wypowiedź syna, po czym zapytała dość niepewnie:
-Co masz na myśli?
-Bitwa z Thymosanami zbliża się lada dzień- Scarlett starał się zachować spokój i chłód, lecz sam nie wierzył w swoje słowa- Uważam, iż wraz z ojcem powinniście dać jej właśnie tę szansę- spojrzał przelotnie na swoje dłonie- i włączyć Morifię w szeregi naszego wojska.
-Poczekaj, stop- Mitis pomachała dłońmi przed oczami- Nie mówisz tego poważnie, prawda?- zapytała, marszcząc brwi- Nie wierzę, że takie słowa padają z ust mego najmłodszego syna.
-To uwierz- Scarlett znów wzruszył ramionami, starając się ukryć słabnącą pewność siebie- Może i rzadko spostrzegam zdolności mojego rodzeństwa, jednakże Morifia zwróciła moją szczególną uwagę. Po prostu- przełknął ciężko ślinę nie mogąc wymówić tego, co chodziło mu po głowie; w końcu zdecydował się na alternatywę- Po prostu wyróżnia się wśród wszystkich wojowników. Tak matko- wojowników, nie- wojowniczek.
Mitis wstała, wpatrując się w syna jak w ducha. Zamrugała dwa razy oczyma i tylko odwróciła się od niego. Musiała na spokojnie pomyśleć, skupiając swój wzrok na czym innym. Padło na stojące na jednej z komód puzderko, w środku którego znajdował się komplet bransoletek z malachitu. Bawiła się nimi na przemian, choć głównie podświadomie, ponieważ cały czas analizowała w głowie każde wypowiedziane przez Scarletta słowo, każdy jego najdrobniejsze ruch twarzy i tembr głosu. Wniosek dla niej był tylko jeden.
-Zawsze jesteś taki poważny i oficjalny- zaczęła powoli, odkładając bransoletki na miejsce i odwracając się powoli w stronę syna- Zawsze kpisz ze swego rodzeństwa, nie przejmujesz się nimi do póty, do póki nie są ci potrzebni.
-To dość drastyczne słowa- zauważył spokojnie młody mężczyzna.
-Jednak taka jest rzeczywistość- Mitis spojrzała głęboko w oczy księciu- Nie dajesz się poznać z innej strony. W każdym bądź razie- westchnęła- nie łatwo cię zachwycić kimkolwiek, zwłaszcza twoim rodzeństwem. To pierwsza rzecz, która mnie uderzyła w twojej wypowiedzi. Druga to twoja pewność siebie; zawsze jesteś dumny, lecz w rozmowie ze mną zachowujesz trochę zwyczajnego luzu. Teraz wydawałeś się nawet spięty, zmuszony do słów, które padły z twoich ust. Gdy tylko podałam je w wątpliwość twoje zuchwalstwo opadło. Starałeś się utrzymać pozory, ale raz uciekłeś ode mnie wzrokiem. To wystarczyło, by zapaliła mi się wyimaginowana czerwona lampka. Raz zawahałeś się na dłużej, przełknąłeś ciężko ślinę i zastanawiałeś się nad tym. Z czegoś zrezygnowałeś. Domyślam się, że chciałeś powiedzieć, że wyróżnia się wśród waszej czwórki, ale duma ci na to nie pozwoliła. Zamieniłeś to na wojowników- Mitis uśmiechnęła się delikatnie przez sekundę- Znam cię aż za dobrze, synu.
Scarlett przez chwilę wytrzymał wzrok matki, lecz po chwili spuścił oczy. Wstyd mu było, że królowa go tak szybko rozszyfrowała.
-A zatem- Mitis powróciła na swe miejsce i nachyliła się do syna- jaką przysługę wyświadczyłeś dla Mori?- jej głos stał się subtelniejszy, a wzrok złagodniał; chciała dobrocią wyciągnąć od syna prawdę.
-W sumie to nic takiego…- Scarlett zachowywał się, jak gdyby jego sekret był wstydliwy; nie mógł przecież wyjawić matce, że Enaret spotyka się z Ziemianką- Po prostu chciałem, by porozmawiała z jedną ze swych przyjaciółek.
Mitis wyprostowała się. Tylko raz zdarzyło się, że Scarlettowi spodobała się jakaś dziewczyna. Było to już przeszło osiemdziesiąt cztery lata temu, gdy książę był zaledwie podrostkiem, ale było. Od czasu ukończenia przez jej najmłodszego syna dwustu dwudziestu ośmiu lat, Mitis niecierpliwie czekała na pierwszą synową. Na Fortisa i jego miłostki nie było co liczyć, Enaret powinien wybrać sobie żonę spośród kobiet o błękitnej krwi i to najlepiej po koronacji, lecz Scarlett miał tzw. samowolkę. Zwłaszcza że jego dwaj bracia wykazywali zainteresowanie płcią przeciwną, a Scarletta frapowały bardziej kursy na giełdzie. Teraz po usłyszeniu takiej wiadomości z ust najmłodszego syna, królowa nie mogła ukryć uśmiechu. Dość naiwnie dała się nabrać, lecz matczyne serce było ślepe na kłamstwa dziecka, gdy sprawy dotyczyły miłości.
-Scarlett- ujęła jego dłonie- Nawet nie wiesz, jaka jestem rada z tego powodu- odetchnęła głęboko z ulgą.
Mężczyzna uśmiechnął się, nieśmiało spuszczając oczy. Musiał zachowywać się jak zakochany głupiec, choć ta rola była mu daleka.
-Teraz wiesz już wszystko- odparł cicho i spokojnie- Mam nadzieję, że dane mi będzie lepiej poznać mą wybrankę- ,,co za bzdury”- pomyślał- Czy teraz zechcesz się zastanowić nad moją prośbą?
-No…- Mitis puściła dłonie syna- Decyzję i tak podejmie król.
-Czy zatem w takim razie porozmawiasz z ojcem?- zapytał, pochylając się i skupiając wzrok na matce- Morifii bardzo na tym zależy.
-Domyślam się- królowa skinęła głową nad czymś bardzo oczywistym- Chcę jej szczęścia, a jeżeli dla Mori jego źródłem jest walka…- uderzyła dłońmi w uda- Porozmawiam z Izyrosem. W końcu to ja nauczyłam moją córkę niezależności i waleczności. Wiadomo było, jaką drogę wybierze.
Scarlett wstał z niekłamanym uśmiechem.
-Teraz to ja jestem rad- ukłonił się matce.
Królowa znów sięgnęła po dłoń syna, którą ścisnęła delikatnie.
-Jestem z was dumna- oświadczyła lekko rzewnym głosem.
Książę już nic nie odpowiedział, tylko wyszedł. Na korytarzu spotkał Xanthię, trzymającą wartę przy drzwiach.
-Możesz już wejść- skinął głową dwórce, na ustach wciąż mając uśmiech posłany matce.
To zadziałało elektryzująco na dziewczynę, która traktowała Scarletta jak rockmana- kogoś niedostępnego, boskiego i wywołującego szybsze bicie serca. Szybko odwzajemniła się nieśmiałym dygnięciem, po czym uciekła do gabinetu królowej.
Scarlett uszedł kilka kroków, lecz zatrzymał się raptownie; czy on wykazał życzliwość tej małej? A może nawet zalotność? Mężczyzna zmarszczył brwi w zastanowieniu, lecz jedynie pokręcił głową i poszedł do swej komnaty.
CDN...

środa, 23 grudnia 2015

                                           SKRYWANE PRAGNIENIA
Morifia jeszcze raz, ze zdwojoną siłą uderzyła w manekin, lecz ten wciąż pozostawał nieugięty. Jego drewniane członki były już mocno pokiereszowane, jednak brzuszysko wypchane słomą stawało trwały opór. Dziewczyna zastanawiała się w nerwach, jak ta szmaciana lalka może jej się nie poddawać. Przecież to ona- władczyni natury, jedyny kobiecy pretendent do tronu w linii prostej, dlaczego zatem to truchło nie ulega takiej potędze? Kobieta uderzyła po raz ostatni, lecz na nic się to zdało; Morifia rzuciła miecz na ziemię i odwróciła się, lecz tylko po to, by uchwycić mocą wystający z ziemi korzeń drzewa i przebić się nim przez sam środek manekina. Dopiero wtedy usiadła zmęczona i zrezygnowana na zbitej z desek skrzynce i schowała twarz w dłoniach.
-Cóż, ma pani, się dzieje?- zapytał aksamitny głos.
Morifia podniosła głowę. Przed nią stał Dudus Vos, jej kolega z wspólnych lekcji.
Dudus, na którego mówi się po prostu Dud, to piękny, opalony, ciemnooki szatyn. Jednak trochę nieśmiały, a ośmielający się dopiero w dobrze znanym sobie towarzystwie. Dudus lubił Morifię, ponieważ nie była ona wyniosła, jak można by się spodziewać po księżniczce. Czuł się przy niej dobrze i skrycie się w niej podkochiwał. Jednak nie uważał siebie za godnego ręki księżniczki. Po za tym zauważył, że Morifia nie jest zainteresowana, przynajmniej na ten moment, zamążpójściem.
Młoda kobieta uśmiechnęła się. W zasadzie nie miała teraz ochoty na ,,pogaduchy”, jednakże Dud zawsze wiedział, czego Morifia potrzebuje.
-Jestem tylko trochę zmęczona- odparła, przysłaniając sobie oczy przed mocno rażącym słońcem.
-Brzmisz, jakbyś się chciała usprawiedliwić- mężczyzna usiadł obok niej- A przecież przede mną nie musisz się tłumaczyć- dodał ciszej.
Morifia westchnęła i rozejrzała się wokoło. Rozmowa z przyjacielem zawsze jej pomagała, lecz mimo to kobieta zastanawiała się, czy wyjawić mu swój problem.
-Przejdziemy się?- zapytała cicho.
Dud jedynie lekko skinął głową. I tak przyjaciele pozostawili boisko i udali się do leżącego nieopodal sadu. Przez chwilę szli w milczeniu wśród dojrzały jabłoni i grusz oraz kwitnących krzewów jagód. Wokół unosiła się wspaniała woń owoców, a najbardziej wyczuwalny wydawał się aromat brzoskwiń, zasadzonych na żyźniejszej glebie. Morifia zerwała jedną i przez chwilę delektowała się jej smakiem. Był to również swego rodzaju pretekst na odwleczenie odpowiadania na pytanie Duda. Lecz nawet po wyrzuceniu pestki brzoskwini Morifia nie mogła zebrać się w sobie. Uważała to za tchórzostwo, jednakże traktowała problem jako jej prywatna sprawa.
-Pięknie tu- odezwał się Dud, chcąc jakoś rozpocząć konwersację.
-Co? A, tak, tak- Morifia machnęła ręką- Przepraszam. Tak, masz rację- dla mnie to jest chyba najpiękniejsze miejsce w całym królestwie. A może i w całej Millenii.
-A może i w całym Mainie, co?- Dud uśmiechnął się przyjaźnie.
Księżniczka odwzajemniła uśmiech, lecz nie podobało jej się to, że zawsze musiała unosić głowę wysoko, by spojrzeć przyjacielowi w oczy.
-Podoba mi się twoja wrażliwość- odparła.
Chłopak zarumienił się.
-Nikt mi jeszcze nie sprawił takiego komplementu- powiedział próbując ukryć zawstydzenie- Uwielbiam obserwować naturę, lecz nie wszystkim się do tego przyznaję; w sumie nikomu- zwiesił głowę- W Millenii uczą młodych chłopców na wojowników- nie na poetów- westchnął.
Przez chwilę przyjaciele szli w milczeniu.
-Zadeklamuj mi jeden ze swoich wierszy- zażądała nagle Morifia.
Dud zatrzymał się i spojrzał dziwnie na księżniczkę.
-Nie chcesz tego słyszeć- pokręcił głową.
Morifia usiadła po turecku w miejscu, w którym stała i spojrzała wyzywająco na młodego mężczyznę.
-Nawet nie wiesz, jak bardzo tego chcę- zadeklarowała.
Dud westchnął i z niechęcią usiadł przy dziewczynie.
-Tylko się nie śmiej- ostrzegł, unosząc palec wskazujący.
-Jestem poważna do bólu- Morifia zacisnęła usta w wąską kreskę i poczęła słuchać.
-A zatem to będzie wiersz o wschodzie słońca w Millenii- odparł chłopak; odchrząknął i przyjąwszy poważny ton zaczął deklamować:
,,Zatrzymaj się na Górze Tchnienia i spójrz w dół głęboko
  Zachowaj od zapomnienia ten widok, cieszący oko.
  Niech czas dla ciebie stanie, niech świat skupi się w jedno
  Bo łączą się krainy w Mainie i ich wielkości bledną
  Przy cudzie stworzenia tego, co rozłączyć musiało się dawno.
  Gdzie co moje było jego, a potem oddzielnie chciało być sławną.
  W istocie jednym jesteśmy rano, choć w nocy się odłączamy
  Cieszyć się tym dłużej nie dano, a wmawia się, że tylko tak przetrwamy
  Czerpać zatem trzeba z cudu, który nas w jedną koronę obleka
  Wyzbądźmy się z życia nienawiści brudu, na który tylko nieprzyjaciel czeka.”
W trakcie słuchania wiersza uśmiech Morifii rozciągał się, a teraz sięgał prawie od ucha do ucha, a oczy rozbłysły dziewczynie jak dwa ogniki. Była zauroczona talentem przyjaciela, którego jak dotąd nie miała okazji poznać.
-To jest piękne- odparła cicho, nie chcąc zmącić resztek aury wiersza.
-Eee tam- Dud machnął ręką- Wszystko jest do rymu, ale ten wiersz nie jest miarowy- wzruszył ramionami- Muszę go dopracować.
-Co ty mówisz?- księżniczka czuła podekscytowanie- Jest świetny i ma drugie dno. Trzeba tylko znać historię Mainu (kiedyś to była jedna kraina, lecz władcy poszczególnych dystryktów, czyli dzisiejszych osobnych państw zbuntowali się przeciwko królowi i utworzyli nowe kraje). Wydaje mi się, że takie wiersze powinny być umieszczane w podręcznikach szkolnych, aby dzieciom łatwiej było uczyć się historii.
-Teraz doskonale wiesz, co się dzieje w tych szkołach- odparł Dud z nieukrywaną złością- System jest zmieniany, aby dzieci czuły się jednolicie, a coraz większy nacisk jest kładziony, co prawda właśnie na historię, ale nie na tę zawartą w liryce, tylko w podręcznikach i zeszytach- mężczyzna westchnął- Szkoda mi tylko tych, którym trudno jest się uczyć nauk humanistycznych.
-W Szkole Wyższej ma obowiązywać w ogóle przez cały cykl nauki- dodała Morifia- Prezes Siły Millenii twierdzi, że jest to podstawowa wiedza każdego Milleńczyka, ale nie wziął pod uwagę trudności z nauczeniem się całego materiału, zwłaszcza jeżeli ktoś ma głowę do nauk ścisłych i prędzej pojmie budowę roślin okrytonasiennych niż powstanie wrześniowe z 1096 roku. Ponadto jest to nauka dodatkowa, która przy sporej ilości innego materiału będzie tylko obciążeniem.
-Byleby tylko zarobić na nowych reformach- westchnął Dud ze smutkiem.
-Taka polityka, ale nie mówmy o tym- Morifia ujęła dłoń przyjaciela- Tacy ludzie jak ty mogą zmienić myślenie dzisiejszej młodzieży.
-Ale oni nawet nie czytają wierszy- uważają to za głupotę- mężczyzna znów zwiesił głowę.
-No tak- kobieta puściła jego dłoń- Trudno jest w dzisiejszych czasach czegokolwiek nauczyć młodych ludzi. Być może dramatyzuję- wzruszyła ramionami- ale dzisiejsza młodzież jest strasznie niepokorna, a nie mają przeciw czemu się buntować. Jest pokój, wszystkim żyje się dobrze- Morifia zrobiła wielkie oczy, jak zawsze, gdy nie mogła czegoś pojąć.
-Z tą wojną to niewiadomo- Dudus pokręcił głową; milczał przez chwilę, póki nie odważył się zadać pytania- To cie trapi, prawda? Wojna z Thymosem?
Morifia przejechała dłońmi po udach, skrywając wzrok przed przyjacielem. Nie odzywała się dłuższą chwilę, bijąc się z myślami. To była jej prywatna sprawa, która jednakże mogła ujrzeć światło dzienne, jeżeli tylko wszystko pójdzie pomyślnie. To zatem było decydującym aspektem tej decyzji.
-Chciałabym wziąć w niej udział- wyszeptała, wciąż wbijając wzrok w dłonie.
Było to dla Duda niezwykłe, aczkolwiek niezbyt zadziwiające; znał doskonale wojowniczą naturę księżniczki.
-Rozumiem twoją naturalną wolę walki i chęć poświęcenia…- zaczął.
-Nie rozumiesz- przerwała mu Morifia nareszcie podnosząc wzrok na młodego mężczyznę- Mogę powiedzieć ty tylko tobie; ja nie robię tego dla poświęcenia, nawet sława nie jest tu pierwszorzędna. Walki są motorem, który napędza mnie do działania. Dają mi niezbędna do życia jak powietrze adrenalinę, a widok przelewanej na polu walki krwi wroga jest jednym z najcudowniejszych. Ja żyję dla walki, nawet jeśli budzi to niesmak- kobieta mówiła z przejęciem- Dla mnie jest to jak sport, a sława, którą przynosi jest dodatkowym trofeum, które każe mi zdobywać więcej. Czasem czuję się jak maszyna, nie mogąca zawieść, a zakazy ojca są dla mnie jak powolne ciosy w plecy- Morifia odetchnęła głęboko- Nikomu o tym nie mówiłam, jesteś pierwszy- wzruszyła ramionami ze zrezygnowaniem- Taka jest moja prawdziwa natura- zwiesiła głowę.
Dud spokojnie wysłuchał dziewczyny, potem spokojnie przemyślał jej słowa, a następnie spokojnie odpowiedział:
-Wszystkie wady są do zaakceptowania. Jeżeli oczywiście nimi są- ujął dłoń przyjaciółki, tak samo, jak ona zrobiła to wcześniej- To ważne, abyś nie udawała kogoś innego, ponieważ konsekwencje tego w przyszłości mogą być znacznie gorsze niż sobie to wyobrażasz; ludzie nabiorą o tobie mylnego przekonania, przez co możesz ich stracić, zwłaszcza jeżeli naprawdę ci na nich należy.
-Ty nie uciekłeś- zauważyła Morifia trochę dziecinnie.
-Bo przyjąłem twoją prawdziwą naturę, która w ogóle mi nie przeszkadza- Dud uśmiechnął się czule, choć nie taki był jego zamysł.
Morifia odwzajemniła uśmiech, co spowodowało szybsze bicie serca młodego mężczyzny.
-Wracamy?- zapytał Dud, chcąc wbrew sobie przerwać tą wymarzoną chwilę, której podświadomie się obawiał.
Para w milczeniu wróciła na boisko obok zamku.
CDN...