Książę wszedł do dość przestronnego pokoju, pełnego kanap, foteli i wygodnych poduszek dla najmłodszych gości. Wszędzie były rozłożone stoliki do kawy, a w jednym z rogów stała wielka szafa z mnóstwem sukienek w każdym rozmiarze. Obok znajdował się rząd toaletek ze światełkami wokół luster. Przy równoległej ścianie stały komody na biżuterię, buty i różne akcesoria. Ściany były pomalowane w przyjemny kremowy kolor z wzorkami w delikatne kwiaty. Na drewnianych panelach nie znajdował się żaden dywan. Jedną ścianę całkowicie zajmowały lustra, a inną- najwęższą- duże okno z wyjściem na taras. Tam znajdowały się wygodne, białe meble ogrodowe. Wszystko harmonicznie ze sobą współgrało, wydawało się idylliczne, a w czasie wojen i konfliktów to miejsce stawało się jedynym bezpiecznym miejscem. W każdym bądź razie dla każdego, kto mógł tam wejść.
Mitis stała na tarasie i machała na pożegnanie Polyli, gdy podszedł do niej syn z rękami założonymi z tyłu, wyglądając przez to jak urzędnik.
-Scarlett!- krzyknęła Polyla, zobaczywszy syna swej kuzynki; zaczęła machać jak opętana, ponieważ książę wciąż był dla niej małym chłopcem.
Mężczyzna skinął kobiecie lekko głową, lecz nawet cień uśmiechu nie pojawił się na jego twarzy.
-Mógłbyś być choć trochę milszy- syknęła Mitis tak, by Polyla tego nie zauważyła.
Gdy tylko natrętna kuzynka zniknęła z pola widzenia, królowa odwróciła się twarzą do syna.
-Jaka pilna sprawa sprowadza cię do mnie?- zapytała oficjalnie.
-Chciałbym porozmawiać z tobą o mej jedynej siostrze- Scarlett przyjął podobny ton, jednakże on mógł spojrzeć na swoją rozmówczynię z góry.
-Zatem wejdźmy do środka- królowa wskazała ręką gabinet.
Gdy matka ruszyła przodem, Scarlett odetchnął głęboko; nie chciał przeprowadzać tej rozmowy, aby w razie wywołania gniewu ojciec, po nitce do kłębka nie doszedł do roli Scarletta w tym spisku. Bo był to spisek- jedyny sposób w jaki księżniczka powinna myśleć o wojnie było wspieranie swojego kraju z jak największego dystansu lub zastanawianie się, czy jej ukochany przeżyje. Sama propozycja wzięcia udziału księżniczki w bitwie była objawem niesubordynacji. Jej zadaniem jest ładnie wyglądać, a nie bić się.
Mitis usiadła na jednej z pąsowych kanap, a Scarlett zasiadł na brzoskwiniowym, tapicerowanym fotelu.
-Po pierwsze- zaczęła królowa, zakładając nogę na nogę- przestańmy używać tego oficjalnego tonu- westchnęła- Przecież jesteśmy matką i synem, a nie urzędnikiem i petentem.
Scarlett wzruszył ramionami.
-Zatem dobrze- odparł bez entuzjazmu.
-Co cię do mnie sprowadza?- zapytała Mitis powtórnie.
-Jak już wspomniałem- sprawa Morifii.
-A co dokładniej?
Scarlett zastanowił się, jak ubrać wskazówki siostry w słowa.
-Widziałem dzisiaj, jak walczy- zaczął książę dość pewnie, wysoko unosząc głowę- Zawsze wiedziałem, że walczy dobrze, ale dziś w południe mi zaimponowała- kłamał- Wydawała się być mistrzynią w tym, co robi, nawet na tle wszystkim walczących wokoło mężczyzn.
-To się chwali- Mitis nie kryła zadowolenia- Jestem z niej dumna, mimo iż walka stereotypowo nie pasuje do młodej dziewczyny, a przede wszystkim do księżniczki. Pomimo tego cieszę się, że znalazła swoją drogę życiową. A przynajmniej tymczasowo.
-No ja właśnie w sprawie tej drogi życiowej- odparł Scarlett szybko i trochę niewyraźnie; odchrząknął- Wierzę, że będzie dobrą zawodniczką, jeżeli jednak nigdy nie dostanie szansy od losu, nie spełni się na tym polu.
Mitis przeanalizowała trochę pokrętną wypowiedź syna, po czym zapytała dość niepewnie:
-Co masz na myśli?
-Bitwa z Thymosanami zbliża się lada dzień- Scarlett starał się zachować spokój i chłód, lecz sam nie wierzył w swoje słowa- Uważam, iż wraz z ojcem powinniście dać jej właśnie tę szansę- spojrzał przelotnie na swoje dłonie- i włączyć Morifię w szeregi naszego wojska.
-Poczekaj, stop- Mitis pomachała dłońmi przed oczami- Nie mówisz tego poważnie, prawda?- zapytała, marszcząc brwi- Nie wierzę, że takie słowa padają z ust mego najmłodszego syna.
-To uwierz- Scarlett znów wzruszył ramionami, starając się ukryć słabnącą pewność siebie- Może i rzadko spostrzegam zdolności mojego rodzeństwa, jednakże Morifia zwróciła moją szczególną uwagę. Po prostu- przełknął ciężko ślinę nie mogąc wymówić tego, co chodziło mu po głowie; w końcu zdecydował się na alternatywę- Po prostu wyróżnia się wśród wszystkich wojowników. Tak matko- wojowników, nie- wojowniczek.
Mitis wstała, wpatrując się w syna jak w ducha. Zamrugała dwa razy oczyma i tylko odwróciła się od niego. Musiała na spokojnie pomyśleć, skupiając swój wzrok na czym innym. Padło na stojące na jednej z komód puzderko, w środku którego znajdował się komplet bransoletek z malachitu. Bawiła się nimi na przemian, choć głównie podświadomie, ponieważ cały czas analizowała w głowie każde wypowiedziane przez Scarletta słowo, każdy jego najdrobniejsze ruch twarzy i tembr głosu. Wniosek dla niej był tylko jeden.
-Zawsze jesteś taki poważny i oficjalny- zaczęła powoli, odkładając bransoletki na miejsce i odwracając się powoli w stronę syna- Zawsze kpisz ze swego rodzeństwa, nie przejmujesz się nimi do póty, do póki nie są ci potrzebni.
-To dość drastyczne słowa- zauważył spokojnie młody mężczyzna.
-Jednak taka jest rzeczywistość- Mitis spojrzała głęboko w oczy księciu- Nie dajesz się poznać z innej strony. W każdym bądź razie- westchnęła- nie łatwo cię zachwycić kimkolwiek, zwłaszcza twoim rodzeństwem. To pierwsza rzecz, która mnie uderzyła w twojej wypowiedzi. Druga to twoja pewność siebie; zawsze jesteś dumny, lecz w rozmowie ze mną zachowujesz trochę zwyczajnego luzu. Teraz wydawałeś się nawet spięty, zmuszony do słów, które padły z twoich ust. Gdy tylko podałam je w wątpliwość twoje zuchwalstwo opadło. Starałeś się utrzymać pozory, ale raz uciekłeś ode mnie wzrokiem. To wystarczyło, by zapaliła mi się wyimaginowana czerwona lampka. Raz zawahałeś się na dłużej, przełknąłeś ciężko ślinę i zastanawiałeś się nad tym. Z czegoś zrezygnowałeś. Domyślam się, że chciałeś powiedzieć, że wyróżnia się wśród waszej czwórki, ale duma ci na to nie pozwoliła. Zamieniłeś to na wojowników- Mitis uśmiechnęła się delikatnie przez sekundę- Znam cię aż za dobrze, synu.
Scarlett przez chwilę wytrzymał wzrok matki, lecz po chwili spuścił oczy. Wstyd mu było, że królowa go tak szybko rozszyfrowała.
-A zatem- Mitis powróciła na swe miejsce i nachyliła się do syna- jaką przysługę wyświadczyłeś dla Mori?- jej głos stał się subtelniejszy, a wzrok złagodniał; chciała dobrocią wyciągnąć od syna prawdę.
-W sumie to nic takiego…- Scarlett zachowywał się, jak gdyby jego sekret był wstydliwy; nie mógł przecież wyjawić matce, że Enaret spotyka się z Ziemianką- Po prostu chciałem, by porozmawiała z jedną ze swych przyjaciółek.
Mitis wyprostowała się. Tylko raz zdarzyło się, że Scarlettowi spodobała się jakaś dziewczyna. Było to już przeszło osiemdziesiąt cztery lata temu, gdy książę był zaledwie podrostkiem, ale było. Od czasu ukończenia przez jej najmłodszego syna dwustu dwudziestu ośmiu lat, Mitis niecierpliwie czekała na pierwszą synową. Na Fortisa i jego miłostki nie było co liczyć, Enaret powinien wybrać sobie żonę spośród kobiet o błękitnej krwi i to najlepiej po koronacji, lecz Scarlett miał tzw. samowolkę. Zwłaszcza że jego dwaj bracia wykazywali zainteresowanie płcią przeciwną, a Scarletta frapowały bardziej kursy na giełdzie. Teraz po usłyszeniu takiej wiadomości z ust najmłodszego syna, królowa nie mogła ukryć uśmiechu. Dość naiwnie dała się nabrać, lecz matczyne serce było ślepe na kłamstwa dziecka, gdy sprawy dotyczyły miłości.
-Scarlett- ujęła jego dłonie- Nawet nie wiesz, jaka jestem rada z tego powodu- odetchnęła głęboko z ulgą.
Mężczyzna uśmiechnął się, nieśmiało spuszczając oczy. Musiał zachowywać się jak zakochany głupiec, choć ta rola była mu daleka.
-Teraz wiesz już wszystko- odparł cicho i spokojnie- Mam nadzieję, że dane mi będzie lepiej poznać mą wybrankę- ,,co za bzdury”- pomyślał- Czy teraz zechcesz się zastanowić nad moją prośbą?
-No…- Mitis puściła dłonie syna- Decyzję i tak podejmie król.
-Czy zatem w takim razie porozmawiasz z ojcem?- zapytał, pochylając się i skupiając wzrok na matce- Morifii bardzo na tym zależy.
-Domyślam się- królowa skinęła głową nad czymś bardzo oczywistym- Chcę jej szczęścia, a jeżeli dla Mori jego źródłem jest walka…- uderzyła dłońmi w uda- Porozmawiam z Izyrosem. W końcu to ja nauczyłam moją córkę niezależności i waleczności. Wiadomo było, jaką drogę wybierze.
Scarlett wstał z niekłamanym uśmiechem.
-Teraz to ja jestem rad- ukłonił się matce.
Królowa znów sięgnęła po dłoń syna, którą ścisnęła delikatnie.
-Jestem z was dumna- oświadczyła lekko rzewnym głosem.
Książę już nic nie odpowiedział, tylko wyszedł. Na korytarzu spotkał Xanthię, trzymającą wartę przy drzwiach.
-Możesz już wejść- skinął głową dwórce, na ustach wciąż mając uśmiech posłany matce.
To zadziałało elektryzująco na dziewczynę, która traktowała Scarletta jak rockmana- kogoś niedostępnego, boskiego i wywołującego szybsze bicie serca. Szybko odwzajemniła się nieśmiałym dygnięciem, po czym uciekła do gabinetu królowej.
Scarlett uszedł kilka kroków, lecz zatrzymał się raptownie; czy on wykazał życzliwość tej małej? A może nawet zalotność? Mężczyzna zmarszczył brwi w zastanowieniu, lecz jedynie pokręcił głową i poszedł do swej komnaty.
CDN...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz