Kariera Młodego Pisarza
wtorek, 24 kwietnia 2018
Cześć, chciałabym ogłosić, że na ten moment zawieszam publikację postów na tym blogu, ze względu na to, iż przeniosłam się na Wattpad. Tam publikuję moją trzecią książkę: ,,Kraina Marzycieli. Grzesznik" (tak, zmieniłam tytuł), link tutaj: https://www.wattpad.com/story/144939329?utm_source=android&utm_medium=facebook&utm_content=story_info&wp_page=story_details_button&wp_uname=MagdalenaDziedzic4&wp_originator=Fgc5ZG%2FTMd6B1XGCnheESpncCf2wbBhVX0tLWbHWQeIVuxWS8HQUFmutlS%2BRxKJB7ikUouXXefbt7L0f14MwqfJVGff35GS7CiDg2kB3W%2Br3%2FKfqPPlMqY%2Fn%2BV%2BVDWCr Może kiedyś jeszcze wrócę na ten blog, jednakże ze względu na malejącą liczbę wyświetleń i fakt, że Blogger jest już trochę przestarzały, prawdopodobnie nie nastąpi to szybko. Dziękuję zatem za lekturę, wyświetlenia i zainteresowanie. Do zobaczenia na Wattpad!
niedziela, 25 lutego 2018
Muzyka
dobiegła końca, a tancerze, ponownie byli świadkami aplauzu.
-
Widać, że mamy do czynienia z zawodowcami, których talentu my
zwykli śmiertelnicy nie jesteśmy w stanie prześcignąć –
Oświadczył Lucjan, podchodząc do swej żony i składając
pocałunek na jej mocno upudrowanym policzku – A teraz przejdźmy
do najprzyjemniejszej części wieczoru – Odparł, prowadząc
Honoratę do stołu.
Kolacja
była wykwintna, podano wiele dań – zarówno lekkich, jak i
ciężkostrawnych. Aromat potraw zmieszał się z oparami alkoholu,
który zaczęto lać do kieliszków strumieniami. Wąsaci wujkowie
zaczęli opowiadać historie z wojska, na przemian ze sprośnymi
kawałami, co wywołało głos sprzeciwu u ich żon oraz wykwit
rumieńców na policzkach młodszych uczestników kolacji, chyba że
matki w porę zakryły im uszy. Przekleństwom i śmiechom nie było
końca, twarze dorosłych zaczęły robić się coraz bardziej
czerwone z powodu alkoholu. Ktoś zaproponował, aby otworzyć okno.
Sala unosiła się od rozmów pogodnych, wypełnionych anegdotkami
oraz od tych bardziej nerwowych, w których dominowała tematyka
polityczna. W którymś momencie jeden z wujków, jak się później
okazało, dziadek Marceliny i zarazem kuzyn ojca Maurycego, odezwał
się do młodego Zwodzkiego.
-
Ty podobno znasz tę małą, która ma zasiąść na tronie –
Zagadnął go Zbyszek, który siedział po drugiej stronie stołu.
-
Jestem, można tak powiedzieć, jej opiekunem – Wyjaśnił Maurycy,
wytrącony ze słuchania opowieści babci.
-
Już ją wytegowałeś? - Mężczyzna mrugnął okiem i uśmiechnął
się sprośnie.
-
Słucham?
-
Zbysiu, nie przy dzieciach! - Odezwała się natychmiast Halina, jego
żona,, mając najwyraźniej na myśli ich już dorosłą córkę.
-
Wiesz, o czym mówię... - Mąż kuzynki nie przestawał mrugać
porozumiewawczo okiem.
-
Nie... Nie spałem z nią, jeśli o tym mówimy; jest moją
protegowaną, więc to byłoby niestosowne, poza tym nie znamy się
zbyt długo – Odparł Maurycy, opadając na krzesło, jakby to
jedno pytanie go wyczerpało.
Młody
mężczyzna rozluźnił krawat i rozpiął pierwszy guzik białej
koszuli, a w tym czasie Piotr nalał mu wódki do kieliszka, widząc
że bratanek zaczyna się denerwować.
-
Jakie długie i męczące zdanie – Westchnął Zbyszek – Ze
stolicy przyjechał i już myśli, że wielki pan – Mruknął
mężczyzna niezadowolony.
-
Zbysiu, ty już nie pijesz – Zaoponowała Halina, odbierając
mężowi kieliszek sprzed talerza.
-
A jak oceniacie tę dziewczynę, nadaje się? - Zapytał Piotr
głośno, aby uniknąć kłótni; w tym czasie Maurycy wypił
zawartość kieliszka.
-
Z tego, co piszą w gazetach, to jest ona przeznaczona do tej roli –
Odparła któraś z kobiet – Chyba powinniśmy zaufać mądrości
naszej Yuki – Odparła z namaszczeniem.
Maurycy
nie mógł się powstrzymać od śmiechu, mimo że Piotr uderzył go
w ramię, żeby przestał.
-
Ja rozumiem, że jesteś bezbożnikiem i nihilistą, ale okaż choć
trochę szacunku – Odezwała się ponownie kobieta, która była
kuzynką jego babki.
-
Nie będę szanował głupoty – Stwierdził młody mężczyzna,
kładąc łokcie na stole i nachylając się w stronę reszty gości
– Wiara w boginię, zmyśloną przez białych popaprańców zakrawa
na postradanie zmysłów; kapłani przypisują jej rozmaite zjawiska,
które da się wyjaśnić w rozsądny sposób i to jest wasze jedyne
potwierdzenie na istnienie tej bogini – Ostatnie słowo
wypowiedział z sarkazmem.
-
Czy ty nas właśnie obrażasz? - Obruszył się mąż kobiety.
-
W ogóle – Kolejna ironia.
-
A co z Bogiem? - Zapytała nagle Marcelina, uciszając wzmagające
się szepty.
-
Moim zdaniem, nawet jeśli istnieje, to nie jest ani sprawiedliwy,
ani miłosierny – Ciągnął dalej Maurycy, tym samym, pewnym
siebie tonem – Nie chodzi mi tu nawet o wojny, czy nieszczęścia,
za które odpowiadają ludzie – taka konsekwencja posiadania wolnej
woli, ale chodzi mi o to bezsensowne zło, które jest niczym
nieusprawiedliwione. Bóg bawi się ludźmi, jak rozwydrzony dzieciak
swoimi nowymi zabawkami, które i tak zaraz rzuci w kąt, a portfele
rodziców spłodzą mu nowe.
-
Może pójdziemy zapalić? - Zapytał Piotr nerwowym tonem, a ciszej
dodał – Bo za chwilę wywołasz wojnę, co będzie konsekwencją
twojej wolnej woli i niewyparzonej gęby.
Maurycy
przez kilka sekund wpatrywał się w twarz wujka ze skupieniem, po
czym uśmiechnął się niezbyt szczerze.
-
Papierosa nigdy nie odmówię – Odrzekł, a następnie wstał.
-
Gdy będziecie wracać, poproście obsługę, aby zaserwowała tort!
- Krzyknął za nimi Lucjan licząc, że słodka przyjemność
udobrucha zgromadzonych.
Dwaj
mężczyźni zostawili burzę za sobą i wyszli na orzeźwiające,
chłodne powietrze, które owiało ich twarze i cienko ubrane ciała,
na które nie założyli płaszczów, a wieczór był już zimny;
nosem dało się wyczuć zbliżającą się powoli zimę, a
atramentowe niebo, z ciężko zwisającymi z niego chmurami
wyglądało, jakby zaraz miało pokryć cały świat śniegiem.
-
Co ty wyprawiasz? - Zapytał Piotr ostrym tonem.
Maurycy,
odpalając papierosa, patrzył zdziwiony na wujka.
-
O co ci chodzi? - Zapytał, chowając zapalniczkę do kieszeni
czarnej marynarki – O to, że jestem szczery i nie chcę udawać
idealnej rodzinki, jak pozostali?
-
W ten jeden wieczór mógłbyś.
-
Dlaczego? Ponieważ zebraliśmy się tu wszyscy razem, co za naszego
życia zapewne się nie powtórzy i celebrujemy zjazd krypto –
grzeszników? Nie cierpię takiej obłudy.
-
Myślałem, że to właśnie ty jesteś największym kłamcą,
jakiego znam – Stwierdził Piotr, po czym zaciągnął się.
-
Kłamać od czasu do czasu, a żyć w kłamstwie, to dwie różne
rzeczy; ja praktykuję to pierwsze, jak sam zauważyłeś. Ale nie
żyje obłudnie, bo moje niemoralne życie jest wszystkim dobrze
znane, nawet temu Zbyszkowi, którego ni chuja, nie kojarzę –
Maurycy zasępił się i skupił na zaciąganiu.
-
Spokojnie – Odparł jego wuj odruchowo – Więc co chcesz
osiągnąć?
-
Chcę pokazać tym wszystkim ludziom, jacy są obłudni – Maurycy
wskazał na drzwi, za którymi znajdowała się elita potępionych.
-
Po co? Chcesz wynieść swoją osobę ponad innych?
-
Po prostu wkurwia mnie takie zachowanie, nie zamierzam pozować jak
laleczka na wystawie i uśmiechać się do wszystkich sztucznie,
tylko dlatego, że kultura tak nakazuje; kultura jest dobrą
przykrywką dla zła.
-
Dlaczego teraz? - Zapytał Piotr, choć znał odpowiedź; podszedł
do bratanka powoli; Maurycy podniósł zasmucony wzrok na wujka –
Ponieważ nikt ci nie pomógł, a teraz nagle babka wynosi cię na
piedestał, jakbyś był jej trofeum?
Młody
mężczyzna pokiwał głową; Piotr aż nazbyt dokładnie opisał
jego uczucia.
-
Chyba powinniśmy już wracać – Stwierdził młody mężczyzna,
wyrzucając niedopałek do popielniczki – Poprośmy o ten tort;
może jak wszyscy się zamulą, to zrobi się trochę spokojniej –
Uśmiechnął się smutno, po czym wszedł do środka.
Po
chwili Piotr również znalazł się wewnątrz budynku, akurat w
momencie, gdy Maurycy kończył rozmowę z kelnerami. Mężczyźni
bez słowa wrócili do stołu, a chwilę później przyjechał
czteropiętrowy tort z lukrem. Wszyscy goście wstali i wesoło
zaśpiewali 100 lat, co w tamtym momencie wydawało się
nieadekwatne.
Gdy
każdy miał już przed sobą kawałek tortu, wydawać by się mogło,
iż w sali zgromadziła się jedna wielka, szczęśliwa rodzina;
wszyscy uśmiechali się do siebie z gębami pełnymi ciasta. Dzieci
w końcu przestały się nudzić i łapczywie rzuciły się na słodki
przysmak. Ten śliczny obrazek utrzymywał się do momentu, gdy
Zbyszek nie zaczął rozmawiać ze swoim bratem o polityce.
-
Moim zdaniem to jest bezsensu, że nie będziemy mogli zadecydować o
tym, kto będzie nami rządził za niedługo, tylko spada taka mała
kurka znikąd, nic nie umie i uczy ją kilku białych szaleńców –
Mówił szybko, jednym tchem.
-
Albinosi już jej nie uczą; była raz, ale zabrałem ją stamtąd –
Wtrącił Maurycy.
-
I dobrze zrobiłeś – Dodał Wacław, brat Zbyszka – Powinien ją
uczyć ktoś kompetentny, a nie oszuści; kto ją uczy? Nie znam tej
kobiety, ale jeżeli, tak jak mówisz, jest Marzycielem, to na pewno
jest bardziej kompetentna od albinosów.
-
A moim zdaniem królem powinien zostać Bartosz – Stwierdził
Zbyszek surowym tonem.
Maurycy
aż się zakrztusił winem, które akurat pił.
-
Ta lebiega? - Zapytał, gdy udało mu się złapać oddech – Która
dostała się do pałacu tylko dlatego, że sypia z królową?
-
Trzeba sobie radzić w życiu, żeby udowodnić, ile jest się
wartym.
-
Udowodnił tylko tyle, że jest dobrym przydupasem.
-
Dzieci, nie słuchać! - Krzyknęło nagle kilka kobiet.
-
Ma zdolności przywódcze, nie to, co ta jego Berenika – Ciągnął
Zbyszek.
-
Kochanie, chcesz jeszcze ciasta? Ja nie dojem – Zapytała go żona
mając nadzieję, że przestanie gadać.
-
Przodkowie Bereniki co prawda zdobyli tron siłą, ale udowodnili, że
nadają się do rządzenia; ona ma to przynajmniej we krwi –
Odpowiedział Maurycy w miarę spokojnym tonem.
-
Moim zdaniem ona jest tylko panienką, która potrafi się stroić i
puszczać na prawo i lewo, jak jej matka – Odparł Zbyszek, jedząc
równocześnie tort.
Maurycy
wciągnął głęboko powietrze nosem.
-
Moim zdaniem Bartosz ma predyspozycje do rządzenia, znacznie większe
niż ta Berenika czy Antonina; baby nie nadają się do takich
rzeczy.
Dało
się słyszeć pomruki sprzeciwu ze strony siedzących wokół pań.
-
A ciebie nikt nie nauczył, że jak się je, to się nie odzywa? -
Zapytał go Maurycy ze słodkim uśmiechem – Można się zadławić
– Wyjaśnił, wykręcając nadgarstek pod stołem i lekko ściskając
palce.
-
I trudno! - Odburknął Zbyszek.
I
dokładnie w tym momencie mężczyzna poczerwieniał na twarzy i oczy
prawie wyszły mu z orbit; chwycił się za gardło, jakby chcąc
przekazać wszystkim na migi, że się dusi, choć nie trzeba było
tego nikomu tłumaczyć.
Halina
zaczęła krzyczeć, Wacław chwycił brata w pasie i ścisnął,
chcąc go ratować, a Marcelina nie zareagowała. Piotr za to z
przerażaniem spojrzał na Maurycego, który wpatrywał się ze
skupieniem w duszącego się. Potem popatrzył na ręce bratanka –
jego przypuszczenia potwierdziły się.
-
Przestań – Syknął Maurycemu do ucha, na co ten rozluźnił rękę.
Wtedy
Zbyszek zaczerpnął powietrza w płuca.
-
Zabierzcie go na zewnątrz – Rozkazała Honorata zimnym tonem; nie
spodobał jej się przykry incydent w jej radosnym dniu.
-
Przecież nic bym mu nie zrobił – Mówił w tym samym czasie
Maurycy do wujka, uśmiechając się – No nie mów, że mu się nie
należało.
-
Trochę tak – Piotr skinął głową – Ale nie musiałeś od razu
robić przedstawienia.
-
Gdy widownia siedzi, zawsze musi być przedstawienie z ludzkiego
dramatu – Młody Zwodzki wzruszył ramionami, a uśmiech
satysfakcji nie schodził mu z ust – Zastanawia mnie tylko jedna
rzecz – Zmienił nagle temat – Dlaczego żadna z moich sióstr
nie przyjechała?
-
Pytałem o to moją matkę; podobno nie miały czasu.
-
Jasne... - Maurycy przewrócił oczami; znał niechęć części
swych sióstr do dziadków oraz na odwrót – A może nie dostały
zaproszenia? Z tego co wiem, babka uważa, że architekt czy makler
giełdowy, to nie są odpowiednie stanowiska dla kobiet. Tak tłumaczę
nieobecność Dominiki czy Moniki.
-
Bliźniaczki obrywają jak zwykle razem – Skomentował Piotr,
uśmiechając się smutno; dawno nie widział swoich sześciu
bratanic.
W
tym momencie zadzwonił telefon Maurycego. Mężczyzna wyszedł na
korytarz, aby wysłuchać Michała i mu doradzić. Gdy skończył
rozmawiać, jak spod ziemi wyrosła przed nim Marcelina.
-
Cześć – Przywitała się, podając rękę mężczyźnie – Mam
na imię Marcelina – Przedstawiła się aksamitnym głosem.
-
Wiem – Maurycy uścisnął wyciągniętą dłoń i przedstawił
się.
-
Widziałam, co zrobiłeś mojemu ojcu – Mówiła dziewczyna z
podziwem.
-
Nie żal ci go było? - Maurycy oparł się niedbale bokiem o ścianę
i skrzyżował ręce na piersi, mierząc nowo poznaną osobę
wzrokiem.
-
Za tę uwagę o ,,babach”? - Prychnęła z pogardą – Nic a nic.
Poza tym wiedziałam, że go nie udusisz.
-
Miałem przez chwilę na to ochotę, ale po co niszczyć babci
święto; niech się bawi swoimi marionetkami.
Marcelina
zaśmiała się.
-
Dla niej życie to teatr, a my jesteśmy jej kukiełkami; ale nie
jest Bogiem i kiedyś umrze – Dziewczyna wzruszyła ramionami,
jakby mówiła o zabranym jej ostatnim kawałku tortu, którego z
powodu zamulenia i tak nie miała zamiaru jeść – Śpisz tutaj? -
Marcelina nagle zmieniła temat.
-
A czy to ważne? - Zapytał Maurycy, chcąc sprowokować swoją
rozmówczynię.
-
Dla mnie tak, bo ja spędzam tu noc i chcę wiedzieć, czy będę
miała jakieś ciekawe towarzystwo, nie tylko moich starych.
-
Nie zabrałaś ze sobą lalek? - Zażartował mężczyzna.
-
Ha, ha, ha – Marcelina nie była zadowolona; uderzyła Maurycego
pięścią w ramię – Mam już siedemnaście lat, jestem dorosła.
-
Poszukaj sobie zatem towarzystwa w swoim wieku – Droczył się
Maurycy.
-
W takim razie ty powinieneś dołączyć do tej geriatrii przy stole
– Marcelina skinęła głową w stronę sali – Wiem, ile masz
lat, dziadku.
Mężczyzna
zaśmiał się.
-
Widzę, że wyciągamy pazurki – Stwierdził, patrząc w dół –
wprost w oczy dziewczyny, która była od niego znacznie niższa.
-
Wolałabym, żeby co innego zostało wyciągnięte – Odparła,
zagryzając dolną wargę delikatnie.
-
Ktoś tu się naoglądał za dużo filmów – Stwierdził Maurycy,
na co Marcelina spojrzała na niego gniewnie.
-
Nie to nie, po powrocie do domu czeka na mnie tuzin chłopaków,
którzy odwiedzili mój dom pod nieobecność rodziców i z chęcią
zrobią to drugi raz – Dziewczyna chciała odejść, ale Maurycy
chwycił ją za rękę; Marcelina zadrżała i ścisnęła zimne,
chude palce mężczyzny, jakby właśnie dostała swoją nagrodę;
spojrzała na niego z iskrami w oczach.
-
Zostaję na noc w pokoju numer sto trzynaście – Odparł Maurycy.
-
Ja w sto piętnaście, to obok – Wypaliła Marcelina zapominając,
że się przed chwilą obraziła – Zanim tu przyjechaliśmy, tatuś
ostrzegł mnie przed tobą – Dodała słodkim głosem – Mówił,
że miałeś tyle kobiet, ile mieszka w naszej wsi, a moja
miejscowość nie jest wcale taka mała. Przesadził?
-
Tylko trochę – Mężczyzna uśmiechnął się nonszalancko.
Telefon
Maurycego znów zadzwonił.
-
Wybacz – Odparł, po czym pocałował dłoń Marceliny, której
palce wciąż splecione były z jego palcami; mężczyzna przerwał
ten zbyt spoufalony uścisk, aby sięgnąć do kieszeni po telefon.
-
Słucham? - Zapytał, wychodząc na zewnątrz; wykorzystał to, by
zapalić papierosa.
-
Cześć, brat – Odezwał się kobiecy głos po drugiej stronie;
dzwoniła Lidka, jedyna starsza siostra mężczyzny – Powiedz mi,
jesteś u dziadków? - Zapytała trochę niepewnie.
-
Tak, jako jedyny przedstawiciel naszej siódemki. Co z wami?
-
Daria i Karolina pracują, Dominika i Monika nie dostały
zaproszenia, a ja i Justyna nie chciałyśmy przyjeżdżać.
-
No tak... - Westchnął Maurycy; tęsknił za siostrami.
-
Jak jest?
-
Sztucznie i zbyt słodko – Mężczyzna wolał nie wspominać o
zalotach Marceliny, ani o incydencie ze Zbyszkiem – Babka zachowuje
się jak królowa, a dziadek adoruje wszystkich.
-
Jest...?
-
Nie.
Cisza.
-
Mam do ciebie jeszcze jedno pytanie; co robisz w święta? - Zapytała
Lidka.
-
To dopiero za miesiąc, tak daleko w przyszłość nie wybiegam.
-
Zapomniałam, że ty żyjesz z dnia na dzień. Nieważne – Maurycy
wyobraził sobie, jak siostra w tym momencie kręci zmęczoną głową
– Ale nie miałeś planów spędzenia tego czasu z jedną ze swoich
kochanek?
-
Nigdy nie spędzam świąt z kochankami. Zazwyczaj dostaję
zaproszenie od Marysi i Andrzeja.
-
To w tym roku ja i Robert zapraszamy cię do siebie – Odparła
szybko Lidka, jakby zaraz miała się rozmyślić.
-
O... To miło – Maurycy uśmiechnął się pod nosem – Naprawdę
mnie zapraszasz?
-
A jesteś czysty? - W pytaniu dało się wyczuć złość i
zniecierpliwienie.
-
Wiesz, że tak; mniej więcej od pół roku – Mężczyzna nie krył
rozgoryczenia.
-
To przyjedź, proszę – Odparła Lidka łagodnie, wręcz ze
skruchą.
Maurycy
mocno się zaciągnął.
-
Z chęcią przyjadę – Odparł szczerze – Do zobaczenia –
Rozłączył się; przez chwilę patrzył w ekran telefonu, jakby
miało na nim wyskoczyć oblicze siostry.
Maurycy
wszedł do budynku powolnym krokiem. Odechciało mu się być na tej
zabawie; widok szmacianej rodziny przyprawiał go o ból głowy. Nie
rozumiał, jak można wyselekcjonować członków rodziny na tych
godnych uwagi lub nie oraz awansować ich, gdy sami sobie na coś
zapracują. Kochał swoich dziadków, bo chyba musiał, ale ich
ignorancja wydawała mu się bezkresna. Mężczyzna wrócił do
stolika, mijając tańczące pary, które rzuciły się na parkiet
gdy tylko perkusista wybił rytm, i opowiedział Piotrowi o rozmowie
z siostrą.
-
Widzę, że traktuje cię jako swego syna marnotrawnego – Odparł
prawnik z patosem.
-
Najpierw pomagała, potem puściła wolno... A tera prosi mnie, żebym
wrócił z podkulonym ogonem – Stwierdził Maurycy, po czym spełnił
toast, który podniósł jeden z wujków.
-
Może zwyczajnie tęskni? - Zapytał Piotr, odkładając swój
kieliszek.
Maurycy
patrzył smutno na stół i dzióbał palcem w czysty widelec,
przyniesiony niedawno przez obsługę, w razie jakby ktoś jeszcze
ktoś chciałby jeść po obfitym obiedzie.
-
Jak tam rozmowa z mamusią? - Podął w końcu.
-
Wymuszona – Mruknął jego wuj i tym razem to on wzniósł toast –
Zapomnieli o swoich błędach, a gdy ja zacząłem je popełniać,
przypomniałem im o przeszłości, o której nie wspominają, choć
się jej nie wstydzą. Nienawidzą mnie – Dodał smutnym tonem.
-
Aż tak źle chyba nie jest – Maurycy zmarszczył brwi z
niedowierzaniem.
-
Własna matka na pierwszy taniec na swoich zajebanych urodzinach –
Mówił Piotr lekko bełkocząc; najwidoczniej ostatni kieliszek mu
zaszkodził – Wyznaczyła ciebie na swojego partnera... Srał pies
męża, własnego syna zignorowała, traktując go jako niby plamkę
farby na obrazie.
Młody
Zwodzki jeszcze nie był na tyle wstawiony, żeby łączyć poetyckie
porównania z wulgaryzmami, ale było to tylko kwestią czasu.
Ten
stan rzeczy zmienił się, około dwudziestej trzeciej, gdy Piotr i
Maurycy z ochotą dołączyli do szopki i wskoczyli na parkiet.
Młodszy z nich wyciągał do tańca najstarsze uczestniczki zabawy,
które łypały na zebranych najgroźniejsze miny. Wiele egoistycznej
radości sprawiało mu zawstydzanie kobiet, jedną z nich w
przypływie weny ujął za twarz i pocałował. Kobieta uciekła
zdegustowana, a Maurycym w końcu zainteresowała się Marcelina.
Dziewczyna
weszła na parkiet, gdy jej ojciec zajmował się swoją starszą
siostrą, którą Maurycy pocałował i nie mógł skupić całej
uwagi na córce.
Praktycznie
obcy dla Marceliny mężczyzna przywitał ją z tajemniczym, ale
zachęcającym uśmiechem i wyciągniętą w jej stronę dłonią.
Nie powiedzieli sobie nic, tylko dali się ponieść skocznej
melodii.
Maurycy
był oczywiście szarmancki, bezpośredni i pełen uroku, jak dla
każdej kobiety, którą chciał zdobyć. Marcelina zdawała sobie
sprawę z jego taktyki, ale z niekłamaną satysfakcją była jej
uległa.
Godzinę
później dziewczyna stała przed drzwiami swego pokoju i nerwowo
rozglądała się wkoło. Gdy w końcu zauważyła idącą w jej
stronę wysoką postać w czarnych: kamizelce i wąskich spodniach
oraz białej koszuli, udała, że właśnie szukała swoich kluczy w
kopertówce.
-
O! A to niespodzianka! - Wykrzyknęła Marcelina teatralnie.
-
Zwłaszcza, że powiedziałaś mi po tańcu, że posiedzisz na dole
maksymalnie godzinę i pójdziesz spać... Bardzo wyraźnie
akcentując ostatnie słowo – Odparł Maurycy z uśmiechem,
opierając się bokiem o framugę drzwi.
-
Jakim cudem domyśliłeś się, co miałam na myśli? Twoja demencja
jeszcze nie jest tak rozwinięta? - Zapytała dziewczyna z przekąsem,
wyjmując kluczyki z kopertówki.
Maurycy
nie odpowiedział, tylko wszedł za Marceliną do pokoju.
-
Tutaj jest łazienka, tam mały salon i kanapa, na której będę
spała, a za tymi drzwiami – Dziewczyna gestem ręki oprowadzała
swego gościa – Sypialnia rodziców, w której zapewne będzie nam
wygodniej, niż na kanapie; ojciec jeszcze tu nie spał, więc nie
powinniśmy zarazić się jego cebulowatością.
Marcelina
pewnym krokiem weszła do sypialni i zapaliła lampki nocne.
-
Wystarczy? - Zapytała Maurycego, który podszedł blisko do niej.
-
Jeśli aż tak bardzo się wstydzisz – Odpowiedział mężczyzna i
zatkał dziewczynie usta pocałunkiem, aby przestała już gadać.
Mężczyzna
odwrócił kobietę i rozpiął jej czarną sukienkę, a potem uniósł
Marcelinę tak, że dziewczyna oplotła go nogami w pasie. Maurycy
idąc na drugą stronę łóżka, całował równocześnie kobietę
po ramionach i biuście. Następnie rzucił ją na łóżko i zdjął
z Marceliny sukienkę oraz rajstopy – dziewczyna została w
gustownej, koronkowej bieliźnie.
-
Przygotowałaś się, widzę – Stwierdził mężczyzna, taksując
kochankę wzrokiem.
-
Wiedziałam, że będziesz – Odparła Marcelina, klękając i
sięgając do guzików jego marynarki – Nie mogłam przepuścić
takiej okazji – Dodała, po czym chwyciła Maurycego za koszulę i
pociągnęła za sobą na łóżko.
Czterdzieści
minut później, Marcelina opatulona pościelą zapytała sennym
głosem:
-
Spotkamy się jeszcze?
Maurycy,
który siedział na krańcu łóżka i zakładał buty, odparł
obojętnie:
-
Pewnie na kolejnym rodzinnym spotkaniu; teraz czas na pogrzeb –
Uśmiechnął się półgębkiem.
-
A tak poza rodzinnym kręgiem...?
Mężczyzna
odwrócił się w stronę dziewczyny i spojrzał na nią z
ubolewaniem.
-
Jeśli masz na myśli wypad na niezobowiązujący seks – Nachylił
się w stronę Marceliny i spojrzał jej głęboko w oczy – To nie
mam ochoty się z tobą w to bawić; sama i tak mówiłaś, że znasz
wielu chłopaków, którzy z chęcią znów się z tobą prześpią,
więc szukaj zabawy wśród rówieśników – Wrócił do butów,
które w tamtym momencie interesowały go bardziej niż dziewczyna.
-
Czyli nie skusisz się na młode, chętne ciałko? - Marcelina
skrzyżowała ręce pod głową.
Maurycy
pomyślał o innym ciele, już nie tak młodym, na które z ochotą
by się skusił.
-
Przykro mi – Wstał – Jeżeli zbyt często będę ganiał za
małolatami, skończę jak Piotr – Ruchem głowy wskazał drzwi,
jak gdyby wuj za nimi stał – A trzeba uczyć się na błędach
starszych, nieprawdaż? - Zapytał z uśmiechem.
-
Właśnie widać – Kąciki ust dziewczyny uniosły się drwiąco.
Maurycy
zaśmiał się pod nosem.
-
Ja już uciekam – Odparł po chwili ciszy – A tu wskakuj w
piżamkę i udawaj cnotkę.
-
Nie zostawisz mi pamiątki po sobie? - Marcelina zrobiła minę
zbitego psa.
Mężczyzna
westchnął w duchu, ale uległ dziecinnemu czarowi dziewczyny;
usiadł obok niej, sięgnął za jej ucho...
-
Czary mary – Odparł cicho i wyciągnął z nicości różowego
goździka.
Marcelina
pisnęła z radości i pocałowała namiętnie dalekiego kuzyna
matki. Potem mężczyzna wyszedł, zostawiając młodą pannę z
kwiatkiem w ręku i niczym więcej.
Maurycy
zszedł do sali biesiadnej, a tam na parkiecie wujek w średnim wieku
prezentował swój wybitnie rytmiczny taniec, jak gdyby nie miał
nóg. Od czasu do czasu przejeżdżał językiem po ustach w
charakterystyczny, pijacki sposób. Reszta towarzystwa albo tańczyła
z dala od niego, albo prowadziła ożywione rozmowy, powtarzając
wypowiedziane już opinie, lecz z większą emfazą lub zgadzając
się ze swymi rozmówcami, zawiązując niemalże braterskie
przymierza. Mężczyzna znalazł swego krewnego, który płakał na
ramieniu swego ojca i zwierzał się z najskrytszych żalów, które
tylko alkohol potrafi wydobyć na światło dzienne. Maurycy jeszcze
nie był na tyle pijany, aby zacząć płakać na myśl o swoim ojcu,
więc tylko usiadł obok mężczyzn i przysłuchiwał się im z
zasępioną miną.
Dwie
godziny później jednak zarówno wujek, jak i jego bratanek
chwiejnym krokiem pokonywali stopniowe wzniesienia i zdobywali
piętrowe szczyty, aby osiągnąć swój cel na trzecim piętrze
Mount Everest. Po wejściu do pokoju mogli zakończyć swój
triathlon – picie, palenie i spanie - na ostatnim etapie. Piotr
próbował zdjąć buty, ale niebezpieczny manewr zakończył się
utratą równowagi i bezładnym runięciem na łóżko. Rozpostarł
ręce, zajmując całą powierzchnię posłania, co i bez tego gestu
by mu się udało, ze względu na tuszę. Maurycy natomiast zdjął
kulturalnie marynarkę oraz buty i wyciągnął się na kanapie,
obejmując się w pasie, aby zapewnić sobie więcej ciepła.
Rano
goście – jedni w lepszym stanie, inni w gorszym – konsumowali
spokojnie śniadanie; poranne słońce przebijało się przez szyby,
delikatny, chłodny wiatr, przedostający się przez otwarte okna,
drażnił starsze panie, które ze zmarszczonymi, upudrowanymi
noskami kazały pobliskim mężczyznom zamknąć lufty. Zapach kawy,
jajek i świeżych ziół błąkał się od stolika do stolika,
wpychając się do nozdrzy sennych uczestników śniadania i
przywodząc im na myśl ciepłą pościel, z której niedawno
zrezygnowali.
Obrazek
ten zepsuły dwa upiory – jeden z wydatnym brzuchem, który zakryty
był krwistym swetrem, na nogach mając źle dopasowane, granatowe
spodnie; z sarmackim, czarnym wąsem i trupiobladą twarzą mógłby
odgrywać rolę Upiora w ,,Weselu”. Wzrok miał rozbiegany i
zagubiony, usta wygięte w dół, w grymasie bólu. Towarzysząca mu
zjawa trzymała się tylko odrobinę lepiej; wychudła, ubrana cała
na czarno – buty nad kostkę, wąskie spodnie, bluza z kapturem bez
zamka; sunęła powoli, powłóczając nogami, ręce skrzyżowała na
piersi i omiatała spokojnym spojrzeniem zgromadzonych gości.
Mężczyźni
usiedli przy jednym z pustych stolików i jakby nigdy nic nalali
sobie kawy i zaczęli przygotowywać śniadanie. Ignorowali zdziwione
spojrzenia rodziny, którzy nie akceptowali pojawiania się w takim
stanie w towarzystwie; ci, którzy dali w palnik albo starali się
udawać, że mają mocne głowy i zeszli na śniadanie, albo – co
praktykowała większość nocnych niedobitków – siedzieli w
swoich pokojach, żeby nie przynosić wstydu rodzinie. Piotr i
Maurycy jednak nie zamierzali ukrywać stanu, który towarzyszył im
przez większość życia.
W
trakcie ich cichego posiłku, Honorata i Lucjan dosiedli się do
nich. Zapytali kurtuazyjnie, jak im minęła noc, jak podobało się
przyjęcie, czy poznali wszystkich członków rodziny, kiedy mają
zamiar wyjechać... Mężczyźni kulturalnie, acz zwięźle
odpowiadali na pytania. Większości z nich nawet się nie
przysłuchiwali, tylko w odpowiednich momentach potakiwali głowami.
Piotr pamiętał swoje kompromitujące zachowanie, którego dopuścił
się przed swym ojcem, dlatego starał się podążać za słowami
swoich rodziców i zbytnio nie wychylać się z zainicjowaniem nowego
tematu, żeby przypadkiem nie natrafić na tabu. Jednak taka
ostrożna, konwenansowa rozmowa w końcu znudziła się państwu
Zwodzkim, którzy pod byle pretekstem wrócili do swojego stolika.
Nagle
do sali weszła Marcelina. Maurycy i Piotr obrócili za nią głowy i
podziali jej sprężyste ruchy oraz rude włosy, spływające
kaskadami po jej plecach.
-
A tak na marginesie – Odezwał się Piotr, nie odwracając wzroku
od Wenus – Gdzie ty byłeś w nocy, gdy cię nie było? - Zapytał
beznamiętnie.
-
Jak to, gdzie? - Maurycy, trzymając mocno filiżankę w dłoniach,
patrzył na wujka spod uniesionej brwi – Tam, gdzie byłem.
Piotr
spojrzał na bratanka niezadowolony.
-
No co? - Młody mężczyzna roześmiał się – Głupie pytanie,
głupia odpowiedź.
-
Ha, ha, ha – Mruknął prawnik – A tak szczerze? Gdzie wyszedłeś
w nocy? Dodam tylko, że nie ma sensu kłamać, gdyż zniknięcie
Marceliny również zauważyłem.
-
To po co pytasz?
-
Szukam potwierdzenia.
-
Mam ci pokazać zużytą gumkę?
-
Ciszej! - Syknął Piotr, rozglądając się.
-
O! Widzę, że po jednej nocy nasiąknąłeś charakterem swoich
rodziców – Oburzył się Maurycy – Teraz mam mówić tylko to,
co wypada w towarzystwie?
-
Nie, przepraszam – Westchnął wuj – Po prostu nie chcę, żeby
te stare ciotki zanadto się tobą interesowały – Zapadła chwila
ciszy – Ale pozwolę sobie dodać tylko tyle, że nie pochwalam
odbywania stosunków seksualnych z własną rodziną – Odparł
mężczyzna karcącym tonem.
-
Dla mnie to żadna rodzina; gdybym przespał się z siostrą Jasia,
mógłbyś mieć mi to za złe, ale w przypadku Marceliny... -
Maurycy pokręcił głową – Nie masz takiego prawa.
-
Rób, co chcesz – Piotr poddał się; od dawna nie wzbudzał
respektu u nikogo, z wyjątkiem nowych podwładnych oraz kobiet,
którym chciał zaimponować, opowiadając o swoim zawodzie.
Marcelina
usiadła i spojrzała w stronę stolika, zajmowanego przez tych dwóch
mężczyzn. Jednak ten, którego wzrok chciała uchwycić, zignorował
ją. Dziewczyna zrozumiała znak i z bólem serca odwróciła głowę
w stronę nieinteresującego dla niej ojca.
-
Dlaczego? - Zapytał Piotr, patrząc na zawiedzioną minę panny.
-
Aby nie wzbudzać podejrzeń – Wyjaśnił Maurycy twardo –
Zbyszek urwałby mi jaja, gdyby dowiedział się, że przeleciałem
mu córkę – Przyznał mężczyzna spokojnym tonem kogoś, kto
rozmawia o pogodzie – Inna sprawa, gdyby mi na niej zależało, ale
to dziewczyna, jak każda inna; nie ma w niej nic niezwykłego.
-
Dla ciebie tylko jedna kobieta jest niezwykła – Zauważył Piotr
kąśliwie.
-
Nieprawda – Uciął krótko Maurycy.
-
Zapomniałem! - Jego wuj uderzył się w czoło – Jest jeszcze
Tosia.
-
Słucham?
-
Zaprzeczysz, wiem, ale dowiodę tego, że ta mała ci się podoba –
Stwierdził jego wuj z podejrzanym uśmiechem.
-
Ta rozmowa wkracza na niebezpieczne tory – Powiedział Maurycy
powoli – Zjemy i jedziemy do domu? - Zmienił temat.
-
W istocie – Odparł prawnik, po czym dopił kawę, beknął niezbyt
cicho i rzucił serwetkę na stół; zauważył skonsternowany wzrok
bratanka – No co? - Rzucił od niechcenia – Żadnego tabu, chyba
tego chciałeś, prawda?
-
Mimo to kultura byłaby miło widziana – Maurycy wstał.
-
Zapomniałem, że z ciebie taki delikates – Mruknął Piotr z
sarkazmem.
Młody
Zwodzki chciał coś powiedzieć, lecz jego chrzestny oddalił się w
stronę stołu, zajmowanego przez seniorów rodu, z którymi chciał
się pożegnać. Maurycy jedynie pomachał im ręką i wyszedł, aby
zapalić papierosa. Kilka minut później dołączył do niego wujek.
CDN...
piątek, 9 lutego 2018
Przepraszam, że ostatnio się tu nic nie dzieje, ale matura pochłania cały mój czas. Chciałabym jednak podzielić się z Wami moim opowiadaniem, za które otrzymałam wyróżnienie na ogólnopolskim konkursie ,,Lipa" 2017 :)
ŚWIATNIEC
Świtało. Kwartet smyczkowy delikatnymi dźwiękami dogrywał walca
wiedeńskiego. Noc przeradzała się w dzień. Nad horyzontem zaczęło wznosić się
pomarańczowe słońce, opromieniając swym rażącym blaskiem scenerię nocnej
kawiarenki, świadka ludzkich emocji, uzewnętrznianych tylko w słabym świetle
księżyca i lamp ulicznych. W kawiarni nie było już klientów; ostatni wyszli kilka
minut przed wschodem słońca, by nie objęło ich swym blaskiem i nie zdradziło
sekretów nocy. Pozostawili po sobie jedynie ciepłe krzesła, aromat kawy i wypitych
trunków. Te znaki ludzkiej obecności zaczęły mieszać się z intensywnością cyprysów,
mimozy i lawendy. Kelnerzy sprzątali gorączkowo, marząc o śnie. Ziewali, stukali
filiżankami i talerzami, rozpoczęły się krótkie wymiany zdań, którym wtórował szum
fal, a wszystko po to, by, zatuszować noc. Każdy z nich jednak doskonale pamiętał
wydarzenia rozegrane w ciemności. Jeden z kelnerów westchnął i spojrzał w niebo,
wahające się pomiędzy nocą a dniem. Im dłużej się w nie wpatrywał, tym wydawało
mu się ciemniejsze.
Nagle słońce cofnęło się i zaczęło zachodzić, a kawiarenka dopiero się otwierała,
rozbrzmiewając śmiechem pierwszych gości. Była to para nastolatków, ubrana w
kolorowe, zwiewne stroje, jakże podkreślające wigor ich wieku. Po nastrojeniu się,
kwartet rozpoczął grać sambę. Wesoły, lekki rytm porwał młodą parę do tańca.
Chłopak, imieniem Antonio, gwałtownie odstawił sok pomarańczowy i porwał swoją
partnerkę, Laurę, do tańca. Błyskawicznie znaleźli się na parkiecie. Wczucie się w
rytm nie sprawiło im trudności., szybko się dostosowali Nie rozmawiali ze sobą,
jedynie wymieniali spojrzenia pełne młodzieńczej, jeszcze naiwnej miłości. Ruchy ich
były giętkie i gibkie. Laura poruszała krągłymi, dopiero co ukształtowanymi biodrami,
co podobało się Antoniemu. Patrzył z podziwem i pożądaniem, które samego go
zawstydziło. Zarumienił się i wbił wzrok w podłogę. Laura roześmiała się i zaczęła
jeszcze bardziej prowokować nie tylko Antoniego, lecz również kelnerów, ci jednak
ignorowali zaloty dziewczyny. Antonio ze złością puścił jej ręce i przez chwile para
tańczyła osobno, choć próbowała się zbliżyć do chłopaka. W końcu udało jej się tak
zakręcić jego szczupłym ciałem, że zawirował jak baletnica i wylądował w jej
ramionach. Tak ich to rozśmieszyło, że zażegnało niepoważny kryzys. Ostatnie
promienie słoneczne ogrzewały parę, oślepiając ich od czasu do czasu. Słyszeli wtedy
tylko odgłosy swych niepewnych kroków. Czuli gorący oddech partnera na swej
skórze, gdy pozwolił sobie na zbliżenie do siebie. Wywoływał on szybsze bicie serca i
lekką niepewność wzajemnych reakcji. Podniecenie narastało, potęgowane nastrojem
chwili, pełnej intensywnych zapachów cyprysów, szumu fal, przywodzące na myśl
swobodę i gorące powietrze, które za niedługo stało się lżejsze. W tym momencie
kwartet przestał grać. Antonio i Laura spojrzeli na siebie zawstydzeni, ale i
zadowoleni. Skinęli sobie głowami i odeszli, każde w swoją stronę.
Kelner uśmiechał się, sprzątając stolik. Para przypomniała mu o słabym,
znanym mu kiedyś uczuciu. Wystawiając twarz na ostatnie promienie słoneczne, czuł
się znów młody i lekki, lecz wraz z zachodem słońca, po jego ciele przeszedł dreszcz,
a gęstość właśnie zapadniętego zmroku owiała go i kazała oglądać nową scenę.
Tym razem to bladoróżowe światło lamp ulicznych nadawało charakter
kawiarence. Pod tymi lampami zaczęły pojawiać się damy o podejrzanej reputacji.
Wystrojone w długie, zwiewne płaszcze lub futra, które sugestywnie odkrywały ich
ciała. Makijaż miały mocny, lecz staranny. Podkreślonymi oczami wodziły wzrokiem
po mężczyznach z kawiarenki. Ich widok wywoływał w patrzących uderzenia gorąca,
a połączone z aromatem lawendy – wręcz zasłabnięcia. Nagle między nimi przeszła
elegancka kobieta, w czarnej koronkowej sukni, o zwiewnej spódnicy - Isabel. Jej
oczy wyrażały rozpacz; czarne włosy spięła w ciasnego koka. Rozejrzała się po lokalu
i napotkała wzrok Leona. Był taki, jakim go zapamiętała – przystojny, ciemnowłosy,
lecz w jego oczach ujrzała żal. Isabel usiadła przy osobnym stoliku i zamówiła
szampana. Szlachetny smak trunku rozgrzał ją i dodał pewności siebie. Spojrzała na
Leona, który palił papierosa. Doszedł do niej gryzący zapach dymu i wywołał mdłości.
Zamknęła oczy, lecz zapach stawał się intensywniejszy. Nagle ktoś ujął jej dłoń –
Leon, ten sam, jak sprzed lat.
Kwartet energicznie wybił rytm tanga. Isabel pozwoliła, by Leon poprowadził
ją na parkiet. Doskonale znała ten taniec, dlatego nie dostosowała się do nikogo, Leon
również, co pozwoliło im na dopasowanie. Słabe światło lamp było skierowane na
nich, morze uspokoiło się, a jego zapach, przyniesiony z bryzą, owiewał tańczących.
Ci jednak byli rozgrzani alkoholem. Ich ruchy były zdecydowane, pewne, wiedzieli,
co robią. Ich spojrzenia były przesycone nienawiścią, lecz bliskość, na jaką sobie
pozwalali, odkrywało ich miłość. Ciała trzymali wyprostowane, lecz nie były one już
tak gibkie jak kiedyś. Stawiali skomplikowane kroki, z którymi ich partner musiał
sobie poradzić. Wydawali się sztywni, ale targały nimi emocje; gdy muzyka stawała
się spokojniejsza, pozwalali sobie na przytulenie. Dawne silne uczucia odżyły i
wyciskały z ich oczu łzy. W pewnym momencie melodia rozweseliła się i
przypomniała kochankom o ich utraconym szczęściu, o którym niełatwo było im
zapomnieć. Isabel uśmiechnęła się, pełna radości, czuła się dziesięć lat młodsza. Leon
odwzajemnił uczucia; uniósł partnerkę do góry i okręcił dokoła. Wtedy muzyka znów
spoważniała; para coraz mocniej trzymała się za ręce. Choć nie było nienawiści,
narastały pretensje. Isabel co rusz puszczała ręce Leona, a on próbował je odzyskać z
coraz to bardziej nieszczęśliwą miną. Na przemian przytulali się i odpychali. W
pewnym momencie muzycy zwolnili. Isabel odeszła, a Leon zaczął przyglądać się
kobietom spod latarni, zwłaszcza jednej, która podeszła do niego i pocałowała go
Wtedy Isabel podbiegła do męża i odciągnęła go od kochanki, porywając w szybki,
skomplikowany taniec, pełen nienawiści i brutalności. Na koniec Leon odepchnął
Isabel, która uderzyła o wysoki, ceglany mur. Patrzyła, jak jej mężczyzna odchodzi.
Dyszała ze złości i bezsilności, spuściła oczy. Niemalże rzuciła się na krzesło, na
którym uprzednio siedziała. Noc stała się dla niej czarniejsza, zapach lawendy
nieznośny, a smak szampana wyrazistszy. Szum morza i rozmów zlał się dla niej w
jedno. Było jej gorąco od powietrza, alkoholu, gości kawiarenki, dam spod latarni,
kwiatów i utraconej miłości. Po chwili odeszła.
Kelner oparł się o ścianę kawiarni, bliski omdlenia. Było mu gorąco od
rozpalonej w nim utraconej miłości. Myślał, że zwariuje od ciemności, lecz wtedy
niebo rozjaśniło się, powietrze stało się lżejsze, a zapach mimozy stawał się
wyraźniejszy. Posprzątał popielniczkę i lampkę, które umył razem, w pośpiechu.
Latarnie już dawno zgasły, damy zniknęły, księżyc począł się chować, a słońce
wystawać znad horyzontu. Wciąż jednak to nie był dzień, a w kawiarni pojawiła się
jeszcze jedna para, z około trzydziestoletnim stażem małżeńskim – Julia i Fabian.
Usiedli spokojnie, zamówili kawę, której aromat owiewał pozostałych gości.
Wpatrywali się w ostatnie, błyszczące na niebie gwiazdy. Przytuleni do siebie,
rozkoszowali się swoim ciepłem w tych ostatnich, chłodnych chwilach nocy.
Kwartet zaczął grać rumbę, do której Fabian elegancko zaprosił Julię. Poruszali
się w wolnym rytmie muzyki bardzo wprawnie, chwaląc się swym doświadczeniem.
Julia ruszała już ukształtowanymi, pełnymi biodrami. Jej czarne włosy spływały
swobodnie na plecy. Wzrokiem kusiła Fabiana, ruchami – innych mężczyzn. Mąż nie
pozostawał jej dłużny, wypatrując młodych kobiet przy stolikach. Jednak była to tylko
z ich strony gra, głównie mająca na celu skupienie uwagi partnera. Julia skupiona na
przystojnym, ciemnowłosym Fabianie przytulała się do niego i odchylała, prezentując
swe wdzięki, zarezerwowane tylko dla męża. Ich ruchy przypominały ruchy fal
morskich, których odgłosy były coraz bardziej słyszalne. Para była pewna swych
ruchów i uczuć. Patrzyli na siebie ze spokojem i w końcu z miłością. Na zakończenie
melodii wtuleni w siebie zapragnęli wieczności i zapomnienia o przeszłości. Potem
Fabian delikatnie ujął dłoń Julii i pocałował ją.
Para odeszła w jedną stronę. Wtedy słońce wyszło nad horyzont, oczyszczając
swym blaskiem scenę kawiarenki. Kelner zabrał filiżanki po kawie, oddychając już
równo, pełen nadziei. Wraz z ostatnimi dźwiękami walca wyszedł z kawiarni już
spokojnie i poszedł do domu, przyzwyczajony, że ta noc powtarza się bez końca.
ŚWIATNIEC
Świtało. Kwartet smyczkowy delikatnymi dźwiękami dogrywał walca
wiedeńskiego. Noc przeradzała się w dzień. Nad horyzontem zaczęło wznosić się
pomarańczowe słońce, opromieniając swym rażącym blaskiem scenerię nocnej
kawiarenki, świadka ludzkich emocji, uzewnętrznianych tylko w słabym świetle
księżyca i lamp ulicznych. W kawiarni nie było już klientów; ostatni wyszli kilka
minut przed wschodem słońca, by nie objęło ich swym blaskiem i nie zdradziło
sekretów nocy. Pozostawili po sobie jedynie ciepłe krzesła, aromat kawy i wypitych
trunków. Te znaki ludzkiej obecności zaczęły mieszać się z intensywnością cyprysów,
mimozy i lawendy. Kelnerzy sprzątali gorączkowo, marząc o śnie. Ziewali, stukali
filiżankami i talerzami, rozpoczęły się krótkie wymiany zdań, którym wtórował szum
fal, a wszystko po to, by, zatuszować noc. Każdy z nich jednak doskonale pamiętał
wydarzenia rozegrane w ciemności. Jeden z kelnerów westchnął i spojrzał w niebo,
wahające się pomiędzy nocą a dniem. Im dłużej się w nie wpatrywał, tym wydawało
mu się ciemniejsze.
Nagle słońce cofnęło się i zaczęło zachodzić, a kawiarenka dopiero się otwierała,
rozbrzmiewając śmiechem pierwszych gości. Była to para nastolatków, ubrana w
kolorowe, zwiewne stroje, jakże podkreślające wigor ich wieku. Po nastrojeniu się,
kwartet rozpoczął grać sambę. Wesoły, lekki rytm porwał młodą parę do tańca.
Chłopak, imieniem Antonio, gwałtownie odstawił sok pomarańczowy i porwał swoją
partnerkę, Laurę, do tańca. Błyskawicznie znaleźli się na parkiecie. Wczucie się w
rytm nie sprawiło im trudności., szybko się dostosowali Nie rozmawiali ze sobą,
jedynie wymieniali spojrzenia pełne młodzieńczej, jeszcze naiwnej miłości. Ruchy ich
były giętkie i gibkie. Laura poruszała krągłymi, dopiero co ukształtowanymi biodrami,
co podobało się Antoniemu. Patrzył z podziwem i pożądaniem, które samego go
zawstydziło. Zarumienił się i wbił wzrok w podłogę. Laura roześmiała się i zaczęła
jeszcze bardziej prowokować nie tylko Antoniego, lecz również kelnerów, ci jednak
ignorowali zaloty dziewczyny. Antonio ze złością puścił jej ręce i przez chwile para
tańczyła osobno, choć próbowała się zbliżyć do chłopaka. W końcu udało jej się tak
zakręcić jego szczupłym ciałem, że zawirował jak baletnica i wylądował w jej
ramionach. Tak ich to rozśmieszyło, że zażegnało niepoważny kryzys. Ostatnie
promienie słoneczne ogrzewały parę, oślepiając ich od czasu do czasu. Słyszeli wtedy
tylko odgłosy swych niepewnych kroków. Czuli gorący oddech partnera na swej
skórze, gdy pozwolił sobie na zbliżenie do siebie. Wywoływał on szybsze bicie serca i
lekką niepewność wzajemnych reakcji. Podniecenie narastało, potęgowane nastrojem
chwili, pełnej intensywnych zapachów cyprysów, szumu fal, przywodzące na myśl
swobodę i gorące powietrze, które za niedługo stało się lżejsze. W tym momencie
kwartet przestał grać. Antonio i Laura spojrzeli na siebie zawstydzeni, ale i
zadowoleni. Skinęli sobie głowami i odeszli, każde w swoją stronę.
Kelner uśmiechał się, sprzątając stolik. Para przypomniała mu o słabym,
znanym mu kiedyś uczuciu. Wystawiając twarz na ostatnie promienie słoneczne, czuł
się znów młody i lekki, lecz wraz z zachodem słońca, po jego ciele przeszedł dreszcz,
a gęstość właśnie zapadniętego zmroku owiała go i kazała oglądać nową scenę.
Tym razem to bladoróżowe światło lamp ulicznych nadawało charakter
kawiarence. Pod tymi lampami zaczęły pojawiać się damy o podejrzanej reputacji.
Wystrojone w długie, zwiewne płaszcze lub futra, które sugestywnie odkrywały ich
ciała. Makijaż miały mocny, lecz staranny. Podkreślonymi oczami wodziły wzrokiem
po mężczyznach z kawiarenki. Ich widok wywoływał w patrzących uderzenia gorąca,
a połączone z aromatem lawendy – wręcz zasłabnięcia. Nagle między nimi przeszła
elegancka kobieta, w czarnej koronkowej sukni, o zwiewnej spódnicy - Isabel. Jej
oczy wyrażały rozpacz; czarne włosy spięła w ciasnego koka. Rozejrzała się po lokalu
i napotkała wzrok Leona. Był taki, jakim go zapamiętała – przystojny, ciemnowłosy,
lecz w jego oczach ujrzała żal. Isabel usiadła przy osobnym stoliku i zamówiła
szampana. Szlachetny smak trunku rozgrzał ją i dodał pewności siebie. Spojrzała na
Leona, który palił papierosa. Doszedł do niej gryzący zapach dymu i wywołał mdłości.
Zamknęła oczy, lecz zapach stawał się intensywniejszy. Nagle ktoś ujął jej dłoń –
Leon, ten sam, jak sprzed lat.
Kwartet energicznie wybił rytm tanga. Isabel pozwoliła, by Leon poprowadził
ją na parkiet. Doskonale znała ten taniec, dlatego nie dostosowała się do nikogo, Leon
również, co pozwoliło im na dopasowanie. Słabe światło lamp było skierowane na
nich, morze uspokoiło się, a jego zapach, przyniesiony z bryzą, owiewał tańczących.
Ci jednak byli rozgrzani alkoholem. Ich ruchy były zdecydowane, pewne, wiedzieli,
co robią. Ich spojrzenia były przesycone nienawiścią, lecz bliskość, na jaką sobie
pozwalali, odkrywało ich miłość. Ciała trzymali wyprostowane, lecz nie były one już
tak gibkie jak kiedyś. Stawiali skomplikowane kroki, z którymi ich partner musiał
sobie poradzić. Wydawali się sztywni, ale targały nimi emocje; gdy muzyka stawała
się spokojniejsza, pozwalali sobie na przytulenie. Dawne silne uczucia odżyły i
wyciskały z ich oczu łzy. W pewnym momencie melodia rozweseliła się i
przypomniała kochankom o ich utraconym szczęściu, o którym niełatwo było im
zapomnieć. Isabel uśmiechnęła się, pełna radości, czuła się dziesięć lat młodsza. Leon
odwzajemnił uczucia; uniósł partnerkę do góry i okręcił dokoła. Wtedy muzyka znów
spoważniała; para coraz mocniej trzymała się za ręce. Choć nie było nienawiści,
narastały pretensje. Isabel co rusz puszczała ręce Leona, a on próbował je odzyskać z
coraz to bardziej nieszczęśliwą miną. Na przemian przytulali się i odpychali. W
pewnym momencie muzycy zwolnili. Isabel odeszła, a Leon zaczął przyglądać się
kobietom spod latarni, zwłaszcza jednej, która podeszła do niego i pocałowała go
Wtedy Isabel podbiegła do męża i odciągnęła go od kochanki, porywając w szybki,
skomplikowany taniec, pełen nienawiści i brutalności. Na koniec Leon odepchnął
Isabel, która uderzyła o wysoki, ceglany mur. Patrzyła, jak jej mężczyzna odchodzi.
Dyszała ze złości i bezsilności, spuściła oczy. Niemalże rzuciła się na krzesło, na
którym uprzednio siedziała. Noc stała się dla niej czarniejsza, zapach lawendy
nieznośny, a smak szampana wyrazistszy. Szum morza i rozmów zlał się dla niej w
jedno. Było jej gorąco od powietrza, alkoholu, gości kawiarenki, dam spod latarni,
kwiatów i utraconej miłości. Po chwili odeszła.
Kelner oparł się o ścianę kawiarni, bliski omdlenia. Było mu gorąco od
rozpalonej w nim utraconej miłości. Myślał, że zwariuje od ciemności, lecz wtedy
niebo rozjaśniło się, powietrze stało się lżejsze, a zapach mimozy stawał się
wyraźniejszy. Posprzątał popielniczkę i lampkę, które umył razem, w pośpiechu.
Latarnie już dawno zgasły, damy zniknęły, księżyc począł się chować, a słońce
wystawać znad horyzontu. Wciąż jednak to nie był dzień, a w kawiarni pojawiła się
jeszcze jedna para, z około trzydziestoletnim stażem małżeńskim – Julia i Fabian.
Usiedli spokojnie, zamówili kawę, której aromat owiewał pozostałych gości.
Wpatrywali się w ostatnie, błyszczące na niebie gwiazdy. Przytuleni do siebie,
rozkoszowali się swoim ciepłem w tych ostatnich, chłodnych chwilach nocy.
Kwartet zaczął grać rumbę, do której Fabian elegancko zaprosił Julię. Poruszali
się w wolnym rytmie muzyki bardzo wprawnie, chwaląc się swym doświadczeniem.
Julia ruszała już ukształtowanymi, pełnymi biodrami. Jej czarne włosy spływały
swobodnie na plecy. Wzrokiem kusiła Fabiana, ruchami – innych mężczyzn. Mąż nie
pozostawał jej dłużny, wypatrując młodych kobiet przy stolikach. Jednak była to tylko
z ich strony gra, głównie mająca na celu skupienie uwagi partnera. Julia skupiona na
przystojnym, ciemnowłosym Fabianie przytulała się do niego i odchylała, prezentując
swe wdzięki, zarezerwowane tylko dla męża. Ich ruchy przypominały ruchy fal
morskich, których odgłosy były coraz bardziej słyszalne. Para była pewna swych
ruchów i uczuć. Patrzyli na siebie ze spokojem i w końcu z miłością. Na zakończenie
melodii wtuleni w siebie zapragnęli wieczności i zapomnienia o przeszłości. Potem
Fabian delikatnie ujął dłoń Julii i pocałował ją.
Para odeszła w jedną stronę. Wtedy słońce wyszło nad horyzont, oczyszczając
swym blaskiem scenę kawiarenki. Kelner zabrał filiżanki po kawie, oddychając już
równo, pełen nadziei. Wraz z ostatnimi dźwiękami walca wyszedł z kawiarni już
spokojnie i poszedł do domu, przyzwyczajony, że ta noc powtarza się bez końca.
czwartek, 14 grudnia 2017
-
Nic wielkiego nie zrobiłem – Powiedział Zwodzki, wpatrując się
w usta Marysi, czekając, aż kobieta znów go pocałuje, lecz tak
się nie stało.
-
Lepiej pójdę sprawdzić, co u gości – Stwierdziła gospodyni
hotelu, po chwili ciszy.
Marysia
spojrzała w oczy przyjaciela, pełne nadziei i pożądania, po czym
odeszła szybko po schodach. Maurycy stał przez chwilę, lekko
otumaniony, ale szybko pozbierał myśli i wrócił do pokoju Tosi i
Michała.
-
Zbierajcie się jak najszybciej, przez was zaraz spóźnię się do
pracy – Rozkazał czwórce studentów, którzy stali na środku
salonu – Przyjdźcie pod mój dom – Odwrócił się na pięcie.
-
A gdzie mieszkasz? - Zapytała Tosia, otoczona przyjaciółmi; miała
na sobie czerwony sweter i dżinsy.
-
W tym niewielkim, drewnianym domu, niedaleko hotelu, z pewnością
zauważycie – Wyjaśnił mężczyzna cierpkim tonem, odwracając
głowę, po czym odszedł.
Chwile
później młodzi ludzie stali przed jednopiętrowym domkiem i
czekali, aż wyjdzie z niego ich opiekun. Nagle jednak zza węgła
wyjechał czarny Mercedes, wyprodukowany ponad dwadzieścia lat temu.
Przyjaciele popatrzyli na siebie nawzajem zdziwieni, ale wsiedli do
samochodu.
-
Nie sądziłam, że ludzie tutaj jeżdżą samochodami – Odezwała
się Tosia, która usiadła obok kierowcy – Nie ma tu zbyt
dogodnych dróg.
-
Nie myśl, że jesteśmy tak zacofani, jak w książę – Stwierdził
Maurycy ponuro; wciąż był zły – Zaraz wjedziemy na normalną
jezdnię – Odparł, zakładając na nos pilotki.
I
faktycznie – studenci mieli okazję przejechać się wygodną,
całkiem niedawno wybudowaną autostradą, otoczoną polami
uprawnymi, a potem wjechali do Muenety. Tam z każdej strony otaczały
ich wieżowce, które po kilkunastu minutach znikły na rzecz lasu i
wyboistej drogi. Wtedy Maurycy zadzwonił do szefa, aby poinformować
go o przyczynach swojego spóźnienia. Niestety musiał przekazać
Tosi słuchawkę, aby usprawiedliwiła go przed szefem, jak uczniaka.
Po zakończonej rozmowie mężczyzna oschłym tonem kazał
dziewczynie wyszukać w spisie kontaktów numer do Andrzeja, który
miał odtransportować podróżnych do hotelu. Przez całą drogę
nikt nie powiedział nic więcej.
Dopiero
gdy Maurycy zaparkował przed ceglanym domem, odwrócił się i
poinformował podopiecznych, iż wróci następnego dnia wieczorem i
do tej pory mają na siebie uważać. Ponadto po wyjściu przyjaciół
z samochodu, Tosia spontanicznie przeprosiła opiekuna.
-
Nie chodzi o mnie, tylko o Marysię – Wyjaśnił Maurycy, nie
patrząc na Antoninę – Na mój temat krąży mnóstwo plotek i
jedna w te czy we wte nie robi mi różnicy, ale Marysia jest wdową
i powiedz mi, w jakim świetle stawia ją taka sytuacja? - W końcu
spojrzał na dziewczynę, choć oczy wciąż miał zasłonięte
okularami – Jesteś w stanie mi obiecać, że twoi przyjaciele nie
zaczną plotkować na ten temat?
-
Nie – Wyszeptała Tosia, patrząc na swoje stopy – Ale postaram
się ich pilnować, o ile ty nikomu nie powiesz o mojej słabości w
klubie – Dodała nagle głośniej.
-
Nie mam zamiaru chwalić się pocałunkiem z zołzą – Odparł
powoli mężczyzna i spojrzał przed siebie, co miało oznaczać, iż
już zakończył rozmowę.
Tosia
wyszła z samochodu niezadowolona; okazała skruchę, więc czego on
jeszcze od niej chce? Zwłaszcza, jeśli jest obojętny wobec plotek.
A jeżeli reputacja Marysi tak bardzo leży mu na sercu, to trzeba
było okiełznać popęd seksualny, albo wyszaleć się gdzieś
indziej. W pewnym momencie dziewczyna była nawet zadowolona, że
sprawa ujrzała światło dzienne, może dzięki temu ta para
zakończy swój toksyczny związek? Dziewczyna podeszła do Michała
i spojrzała mu w oczy – jej ukochany był wierny, szczery i
opiekuńczy i dlatego pójdzie z nim kiedyś do łóżka, a nie
dlatego, że natura jej rozkaże tak zrobić.
-
Coś się stało? - Zapytał młody chłopak, gdy ujrzał wpatrzone w
siebie zakochane oczy.
-
Kocham cię – Odparła Tosia z rozmarzonym uśmiechem, który
złożyła na ustach Michała.
-
Jakie to słodkie – Zamruczała Asia na ten widok.
-
Zazdroszczę – Westchnęła Kaśka – Każda dziewczyna chciałaby
mieć takiego Michała, a tobie jednej się poszczęściło –
Mrugnęła okiem do przyjaciółki, gdy ta na nią spojrzała –
Szanuj go sobie – Odparła, po czym skierowała kroki w stronę
ogródka.
Drzwi
ponownie otworzyła Krystyna – pielęgniarka. Od razu poznała
studentów, ale nie była zadowolona z ich wizyty. Uważała, że jej
pacjentka musi się bardzo oszczędzać – zero stresu i emocji.
Innego zdania była oczywiście pani Józefina, która z radością
powitała swych gości.
-
Nareszcie jesteście, już opracowałam plan działania – Klasnęła
w dłonie, siadając prosto na łóżku – Wyspałaś się, moja
droga? Siadaj tu – Poklepała miejsce obok siebie, które Tosia,
chcąc nie chcąc, musiała zająć – Gotowi do pracy?
-
My to chyba nie mamy nad czym pracować – Zdziwiła się Kasia.
-
Właśnie nie; wiesz, dlaczego wizyta u albinosa nic ci nie dała? -
Spojrzała na Tosię rozgorączkowanym wzrokiem – Bo twoi
przyjaciele, mówiąc waszym językiem, całkowicie cię olali.
-
No bez przesady – Zaoponował Michał.
-
Teraz wspólnie postaramy się stworzyć dogodną, relaksującą
atmosferę – Staruszka była wyraźnie podniecona nowym wyzwaniem.
I
tak przez kolejne cztery godziny czwórka przyjaciół oraz pani
Józefina grali w różne gry, albo opowiadali sobie historie ze
swojego życia. Asia opowiedziała o swoim tragicznie zmarłym psie,
Kasia o pierwszym chłopaku, który ją zostawił, a Michał o tym,
jak zakochał się w Tosi. Józefinie zależało na tym, aby młoda
Marzycielka odczuła różne emocje, płynące ze strony jej
rówieśników.
-
Pamiętam, jak dwadzieścia dwa lata temu moja córka uciekła z domu
– Wyznała pani Józefina, po chwili ciszy – To był dla mnie
cios; trwała wtedy wojna, która zabrała mojego pierworodnego –
Kobieta spojrzała gdzieś w dal, ponad głowami młodych ludzi –
To ją załamało. Brzydziła się tym miejscem, a zwłaszcza domem,
którego każdy kąt przypominał jej o bracie. Pewnej nocy uciekła,
wraz z mężem zorientowaliśmy się rano – Zrobiła pauzę na
odpoczynek, po czym kontynuowała – Zachowała się bardzo
samolubnie, wydawało jej się, że tylko ona cierpi po stracie
Igora. Nie pomyślała, jak bardzo z Tadeuszem jej wtedy
potrzebowaliśmy i jej ucieczka była dla nas kolejnym ciosem. Ale
nie poddawaliśmy się, mieliśmy jeszcze jedno dziecko – Klemensa.
Żyliśmy dla niego i dla siebie – Kolejna pauza tym razem, aby
powstrzymać zły nabiegłe do oczu – Nawet nie wiem, co się z nią
stało, czy jest w Krainie czy uciekła do Polski, czy w ogóle
jeszcze żyje... - Spojrzała na swoje dłonie – Prawie dziesięć
lat później, gdy było coraz bezpieczniej, i Klemens nas opuścił,
ale odwiedza mnie, jak tylko może, ma przyjechać z rodziną na
święta. Myśleliśmy z Tadeuszem, że będziemy musieli teraz żyć
sami ze sobą, ale na szczęście wtedy pojawił się Maurycy –
Przyjaciele popatrzyli po sobie – Przyjechał z Międzymorza –
młody, silny i po przejściach, takie zrobił na mnie wrażenie.
Ktoś powiedział mu, że mam kawałek ziemi do odsprzedania.
Negocjacje trwały długo – on nie miał żądanej kwoty, a my z
Tadeuszem byliśmy zachłanni. Wtedy mój mąż zachorował, a
Maurycy się nim zajął. W trakcie leczenia skradł moje serce i
zgodziłam się na niższą cenę. Obserwowałam, jak buduje ten swój
drewniany domek.
-
Sam? - Zapytała Kasia.
-
W większości, czasem pomógł mu jakiś chłop z okolicy. Ja
nadzorowałam pracę – Zaśmiała się – Po wybudowaniu domu nie
zamieszkał w nim. Podobno dostał dobrą ofertę pracy, tak wtedy
się wyraził. Obiecałam, że dom będzie czekać na niego. I tak
się stało. Tadeusz wyzdrowiał, żyliśmy sobie razem, potem
Tadeusz zmarł, ja zachorowałam i musiałam wynająć tę kwokę –
Wskazała gestem drzwi – A cztery lata temu Maurycy wrócił i tym
razem zajął się mną. I mieszka w tym swoim drewnianym domku –
Kobieta zamilkła i nagle uśmiechnęła się do siebie lekko –
Pamiętam, jak wrócił i zapytałam się go, po co mu piętrowy dom,
skoro ma ponad czterdzieści lat i dalej jest sam. Odparł wtedy, że
by już trzy razy żonaty i liczy na to, że czwarty będzie
szczęśliwszy – Zaśmiała się, ale zobaczywszy zdziwione miny
słuchaczy, przestała – A może nie powinnam wam była o tym
mówić? - Odparła bardziej do siebie – No nic – Machnęła ręką
– Chcecie wiedzieć więcej, to pytajcie jego, mnie możecie pytać
o moją córkę. Krystyna! - Krzyknęła nagle – Ciastka się
skończyły, przynieś więcej!
-
Magiczne słowo! - Odkrzyknęła pielęgniarka.
-
Proszę, do cholery!
Studenci
położyli uszy po sobie; nie wiedzieli, czy to nienawiść, czy
zwyczajowe zaczepki obu kobiet.
-
I co, kochanieńka? - Józefina zwróciła się do Tosi, która
podniosła na nią wystraszone oczy królika – Czujesz przypływ
mocy? Jak to głupio brzmi – Mruknęła do siebie.
-
A co się wtedy odczuwa? - Dziewczyna zmarszczyła brwi.
-
To tak jak z miłością – Westchnęła staruszka – Czujesz i
wiesz, że to to.
Antonina
machinalnie spojrzała na Michała i uśmiechnęła się do niego.
-
Czy oba uczucia są podobne? - Zapytała Tosia, nie odrywając wzroku
od chłopaka.
-
Mniej więcej, ale moc napełnia również złość, nienawiść...
-
Miłość nierzadko również – Odezwała się nagle Kaśka,
zwieszając głowę – Możesz jednocześnie i kochać, i
nienawidzić danej osoby. Tak więc przypuszczam, że oba uczucia
niewiele się od siebie różnią. Mam rację? - Popatrzyła odważnie
na Józefinę.
-
W rzeczy samej – Kobieta skinęła głową – Miłość to nie
tylko sielanka i wieczna ekstaza; troski, problemy, nieporozumienia
oraz odmienne charaktery sprawiają, że zaczynamy się złościć na
ukochaną osobę, ale wciąż nie potrafimy przestać jej kochać na
tyle, aby nienawiść przesłoniła nam oczy.
-
Świat jest szaro – bury – Skwitowała Asia, na co Tosia
zachichotała .
– No
to mój świat jest wyjątkowo biały – Stwierdziła dziewczyna, po
czym dała całusa Michałowi.
-
,,Jeszcze zobaczymy” - Pomyślała Józefina – Najgorzej jest
chyba cierpieć z powodu miłości – Dodała na głos.
Antonina
popatrzyła na kobietę myśląc, iż mówi o sobie.
-
To co z tą mocą? - Zapytała staruszka po chwili ciszy.
Tosia
pokręciła smutno głową, dlatego następna godzina upłynęła
dziewczynie na skoncentrowaniu się na szklance i próba
przeniesienia jej umysłem. Jednak na nic się to zdało.
-
Siedzenie tu nie ma sensu – Zaczęła narzekać Kaśka.
-
Robię, co mogę, ale nigdy nie uczyłam kogoś, jak odnaleźć w
sobie moc, bo nigdy nie było takiej potrzeby, jesteś pierwszym
takim przypadkiem – Spojrzała na Tosię – Moc objawia się już
od najmłodszych lat i z nią się po prostu żyje, nieświadomie my,
marzyciele, nieświadomie nabywamy umiejętności opanowania jej,
więc nie dziw się, że nie wiem, jak mam cię uczyć.
-
To może wróćmy do domu i dajmy sobie spokój z tą Krainą? -
Ciągnęła dalej Katarzyna.
-
Chcesz, to wracaj – Odparła Antonina ze złością – Ale ja mam
obowiązek do spełnienia – Westchnęła – Gdyby tylko to
wszystko mogło trwać trochę szybciej.
-
Maurycy zrzucił na mnie obowiązek uczenia cię, podczas gdy... -
Zaczęła Józefina wzburzonym głosem, ale w porę ugryzła się w
język – Mógłby poprosić o pomoc kogoś młodszego –
Dokończyła już mniej emfatycznie.
Zapadła
cisza; Tosia siedziała zmęczona pod ścianą, Michał obejmował ją
ramieniem, Kasia i Asia patrzyły na siebie, jakby porozumiewały się
jedynie za pomocą spojrzeń, a pani Józefina opadła na poduszki,
chcąc zażyć odrobinę relaksu.
-
Drogie panny – Odezwała się Józefina zmęczonym głosem –
Idźcie po więcej herbaty.
-
Wszystkie trzy? - Zapytała Tosia, wstając.
-
A czy ja niewyraźnie mówię? - Kobieta otworzyła jedno oko –
Idźcie rzesz – Machnęła ręką.
Józefina
została sama z Michałem.
-
Młody, kochasz ty tę kobietę? - Zapytała staruszka, leżąc z
zamkniętymi oczami.
-
No... Chyba... - Mężczyzna czuł się zmieszany.
-
Ty się zdecyduj, bo bez tego nasza nauka pójdzie na marne; jak
długo jesteście razem?
-
Oficjalnie od prawie tygodnia, ale spotykamy się od miesiąca.
Józefina
prychnęła.
-
No to trochę nam to zajmie, ona potrzebuje prawdziwych uczuć, bo
jak na razie cały czas pozuje, a jakbyś czytał Gombrowicza to byś
wiedział, że pozowanie nie jest dobre - Odparła
Mężczyzna
zaczął się bać, że kobiecina zwariowała.
-
Musimy jej zagwarantować mocne wrażenia; weź ty ją dziś na
kolację, bądź romantyczny i czarujący. Czy wy już odbyliście
jakieś stosunki płciowe?
To,
jak pytanie zostało skonstruowane zawstydziło Michała; poczuł się
jak u lekarza.
-
Coś tam było, ale... Wie pani... - Jego policzki zaczerwieniły
się.
-
Seksu jeszcze nie było? Z jednej strony dobrze, z drugiej... To
byłoby mocne przeżycie, ale do niczego jej nie zmusimy.
-
Absolutnie! - Oburzył się mężczyzna, na myśl o zrobieniu krzywdy
ukochanej.
-
A może powinniśmy spróbować ją zaatakować? - Staruszka mówiła
bardziej do siebie.
-
Słucham? - Michał miał wrażenie, że się przesłyszał.
-
Nic, to nie było do ciebie... Ty wraz z tymi dwiema musicie zadbać
o mocne wrażenia dla Tosi, kłóćcie się z nią, róbcie wesołe
rzeczy... Niech odkryje w sobie uczucia.
Michał
już nic nie rozumiał.
-
Ale i wy musicie pozbyć się tych osłonek... Tak... Ciężko teraz
o autentyczność. Niech cały czas ćwiczy – Spojrzała na młodego
człowieka – Niech się skupia na tej cholernej szklance, aż
poczuje z nią interakcję – Westchnęła – Tyle na mojej
głowie...
-
Może powinniśmy już sobie iść? - Zasugerował Michał z nadzieją
w głosie; coraz bardziej bał się tej kobiety.
-
Tak, tak – Józefina machnęła ręką.
Młody
student wychodząc z sypialni natknął się na Kasię, Asię i
Tosię.
-
Spadamy stąd – Oświadczył, zabierając z rąk Kaśki imbryk na
herbatę i odstawiając go z trzaskiem na pobliski stolik.
Michał
przeglądał się w sypialnianym lustrze; poprawiał kołnierz oraz
mankiety niebieskiej koszuli w kratę. Denerwował się, ponieważ
chciał, aby wieczór należał do udanych, pod względem pomocy w
odkryciu mocy jego dziewczyny; dzięki temu szybciej wróciłby do
domu. Nie chciał zostawiać Tosi, ale słowa pani Józefiny o tym,
że jego ukochana potrzebuje prawdziwych uczuć, a dotychczas
pozowała, dały mu do myślenia. Nie wiedział nawet, czy kochał
Tosię, pewny był jednak tego, że bardzo mu na niej zależało,
skoro tak długo się o nią starał, ale czy po takim czasie można
mówić o miłości? Dopiero w tym momencie chłopak zdał sobie
sprawę z tego, jak głupio postąpił tak szybko wyznając Tosi
miłość, która być może nawet nie istniała. Przypomniał sobie
swoje kolejne związki – najdłuższy z nich trwał prawie pół
roku i nie zakończył się przyjemnie – jak można mówić komuś,
że się go kocha, a potem przestać się do niego odzywać na
tydzień i nagle zerwać? Michała wciąż to bolało.
Nagle
młody chłopak postanowił nie wyznawać miłości Tosi, dopóki nie
będzie jej pewny. W takim razie musiał zapewnić jej inne wrażenia,
niż romantyczne. Nie chciał się kłócić ze swoją dziewczyną,
więc pozostawało mu tylko ją przestraszyć, ale jak? Wtedy wpadł
mu do głowy genialny pomysł, który jednakże musiał zostać
skonsultowany. Michał chwycił za telefon i wykręcił numer do
Maurycego.
-
Słucham? - Odezwał się głos w słuchawce.
-
Tu Michał, słuchaj, mam taką sprawę... - Chłopak mówił szybko
i w podnieceniu.
-
Skąd ty masz mój numer? - Maurycego nie interesowało, co student
ma mu do powiedzenia.
-
Od Andrzeja – Odparł Michał powoli, wybity z rytmu – Nieważne,
słuchaj – Chłopak streścił opiekunowi po krótcę wizytę u
pani Józefiny – W tej sytuacji postanowiłem przestraszyć Tosię,
żeby zaczęła ruszać wszystkimi rzeczami w pokoju, a jak to
zrobię?
-
Umieram z ciekawości – Odezwał się znudzony głos w słuchawce,
który Michał zignorował.
-
Zrobimy sobie maraton horrorów – Chłopak był dumny ze swego
pomysłu – Ekstra pomysł, no nie?
-
Jeżeli chcesz, żeby nie spała, to owszem – Odparł sarkastycznie
Maurycy – Nie możesz być tak ograniczony, pójście na łatwiznę
w tym przypadku cię zawiedzie - Wytłumaczył mężczyzna z
zadziwiającą wyrozumiałością w głosie – Nie realizuj żadnego
ze swych genialnych pomysłów, dopóki nie wrócę, ok? Weź ją
tylko na randkę.
-
Dobrze, szefie – Mruknął Michał niezadowolony.
Choć
opiekun był dla niego wyjątkowo uprzejmy, młody mężczyzna nie
potrafił wierzyć w jego dobre intencje, ale musiał go słuchać.
Ostatni raz Michał przejrzał się w lustrze, uśmiechnął
zadziornie do swego odbicia i ruszył do restauracji, gdzie czekała
na niego Tosia - ubrana w małą czarną z białym kołnierzykiem.
Na nogach miała trzewiki, a w ręku trzymała cienki, beżowy
płaszcz.
-
Ślicznie wyglądasz – Skomplementował ją Michał, całując
ukochaną w policzek i wdychając równocześnie słodki zapach jej
perfum – Gotowa?
-
Oczywiście – Antonina uśmiechnęła się promiennie;wydawała się
być taka szczęśliwa.
W
tym momencie Marysia wyszła z kuchni, co przypomniało Tosi o czymś.
-
Marysia powiedziała, że jeśli się zgubimy w mieście, to możemy
zadzwonić do Andrzeja; on tam studiuje, więc to nie byłby dla
niego problem, gdyby miał nas szukać po nocy i odwieźć z powrotem
– Tosia zachichotała, jakby właśnie opowiedziała świetny
dowcip.
-
To bardzo miło – Odparł Michał, odwracając się w stronę
gospodyni, która parzyła herbatę – Pani Marysiu – Chłopak
podszedł do kobiety z zawstydzoną miną – Przepraszam za to, co
było rano, nie wiem, co we mnie wstąpiło – Odparł spontanicznie
– Jest pani dla nas taka dobra, a ja panią najzwyczajniej w
świecie niesprawiedliwie oceniłem i zrobiłem pani ogromną
przykrość. Chciałbym panią z całego serca przeprosić i
zapewnić, że nie myślę tak o pani.
-
Szybko zmieniasz zdanie – Mruknęła Marysia, odkładając z
trzaskiem filiżankę z herbatą na tackę.
-
Słucham? - Michał naprawdę nie usłyszał.
-
Cieszę się, że jesteś szczery – Odparła kobieta, ubierając
usta w nieszczery uśmiech – Bawcie się dobrze – Poklepała
młodzieńca po ramieniu – I nie hałasujcie po powrocie.
Para
ze śmiechem obiecała, że będzie cicho, po czym wyszła dziarskim
krokiem z restauracji, zostawiając Marysię z ukłuciem w sercu.
Tosia
i Michał spędzili razem cudowny wieczór; nie zgubili się w
Muenecie, zjedli pyszną kolację, tańczyli chwilę, a po powrocie
zajęli się sobą nawzajem. Wypite wino, które wciąż buzowało im
w głowach, aksamitny smak sosu do królika, który został im na
podniebieniach, muzyka latynoska hucząca im w uszach – to wszystko
w połączeniu ze spokojem i ciszą nocy, przerywaną cykaniem
świerszczy sprawiło, że para była wyjątkowo zrelaksowana. Po
wejściu do pokoju od razu zaczęli ściągać ubrania, całując się
równocześnie, jakby rozdzielenie ust miało oznaczać rozdzielenie
tej dwójki osób na zawsze. Jak jednak mieli się rozłączyć,
skoro jeszcze nawet się nie złączyli, nawet tej nocy? Tosia wciąż
uważała, że musi upłynąć trochę czasu, nim odda swój skarb
Michałowi.
Tej
nocy jednak nagość nie krępowała dziewczyny, wręcz przeciwnie –
podziwiała ciało swego ukochanego, jakby miała obok siebie posąg
greckiego bożka. Ta błogość trwała jednak do momentu, gdy Tosia
postanowiła przywołać do siebie szklankę; była pewna, że jej
się to uda, dlatego z uśmiechem na ustach wyciągnęła rękę
przed siebie, szklanka jednak ani drgnęła. Po szóstej nieudanej
próbie panna Kruczyńska otuliła się szczelnie kołdrą, czując
ponownie na policzkach płomień wstydu nagości. Na nic zdały się
pocieszne słowa Michała; Tosia czuła, że ten incydent zakrył na
zawsze przyjemne wspomnienia minionego wieczoru.
ROZDZIAŁ
ÓSMY
Goście
byli już w restauracji i składali życzenia Honoracie Zwodzkiej.
Starsza pani była bardzo zadowolona, że na jej urodziny przyjechało
tyle osób, jednak kogoś jej brakowało. Czas mijał, a kobieta z
coraz większą nadzieją patrzyła na drzwi.
W
tym czasie Piotr i Maurycy szli w pośpiechu w stronę knajpy.
Samochód musieli zostawić daleko, ponieważ parking obok
restauracji był cały zapchany. Mężczyźni nie rozmawiali ze sobą,
ponieważ Piotr był wyjątkowo zdenerwowany.
-
Czekaj – Chwycił bratanka za ramię, gdy ten chciał otworzyć
drzwi.
Mężczyzna
spojrzał na Maurycego lekko spanikowany.
-
Easy – Odparł młody Zwodzki tak, jak to miał w zwyczaju –
Wszystko będzie dobrze – I nacisnął klamkę.
Honorata
z radością ujrzała swego wnuka, który przecinał salę w poprzek
po to, aby się z nią przywitać. Uśmiechnął się szeroko, gdy
ujrzał babcię. Pocałował seniorkę w oba policzki, po czym dał
jej ładnie zapakowany prezent i złożył najserdeczniejsze
życzenia. Honorata uśmiechnęła się chytrze, gdy rozpakowała
podarunek.
-
Ty wiesz, co najbardziej lubię – Odparła ochrypłym głosem,
dzierżąc w dłoni nową papierośnicę z jej wygrawerowanymi
inicjałami.
-
Tak myślałem, że ci się spodoba – Mężczyzna zaśmiał się –
Tak w ogóle wyglądasz jak królowa – Stwierdził otaksowawszy
babcię wzrokiem.
Honorata
Zwodzka siedziała dumnie na krześle, ustawionym na środku sali, w
swojej najlepszej, szmaragdowej sukni, w biżuterii z pereł oraz
długimi, siwymi włosami spływającymi po plecach.
-
A tam pałęta się mój król – Wskazała głową męża.
Lucjan
zabawiał gości rozmową; prezentował się elegancko w dobrze
skrojonym garniturze, który zakrywał jego już wydatny brzuch.
Zarost miał dobrze wystylizowany, a siwe włosy, z kilkoma rudymi
pasmami, zaczesane gładko do tyłu.
-
Chyba podnóżek – Stwierdził Maurycy uszczypliwie.
-
Masz rację, dziadek nie pasuje do tej roli; ty powinieneś być moim
królem – Uścisnęła dłoń swojego ulubionego wnuka.
-
Dokładnie – Mężczyzna zaśmiał się – Ale zostanę nim, jeśli
spełnisz jedną moją prośbę – Rozejrzał się po sali, a
milczenie ze strony babci odebrał jako przyzwolenie – Porozmawiasz
z kimś.
Honorata
skrzywiła się, wiedząc, o kim mówią.
-
Gdzie ta niedorajda? - Mruknęła niezadowolona.
W
tym momencie kobieta dostrzegła Piotra, który szedł w jej stronę
jak pies z podkulonym ogonem. Mężczyzna był zgarbiony i wyraźnie
wystraszony; czuł się, jakby miał rozmawiać z katem na temat
swojej egzekucji.
-
Witaj, mamo – Pocałował gorącą matczyną dłoń, kłaniając
się nisko.
Maurycy
dyskretnie oddalił się w stronę pozostałych gości; musiał odbyć
rutynową i męczącą procedurę przywitania się z pozostałymi
członkami swojej rodziny.
-
Maurycy! - Krzyknął Lucjan za jego plecami w samą porę; młody
Zwodzki właśnie miał podejść do ciotki, której imienia nie
pamiętał, więc dziadek uratował go od krępującej rozmowy –
Lata się nie widzieliśmy, dlaczego? - Zapytał staruszek, ściskając
mocno dłoń wnuka – Nie mów, wiem – obowiązki i obowiązki,
świat tak pędzi, że nie masz dla nas czasu.
-
Może za wszystkim stoi wstyd ? - Odparł mężczyzna z przekąsem.
-
Za co, mój drogi? - Lucjan objął wnuka ramieniem i poprowadził po
sali; Maurycemu zawsze imponował luźny sposób bycia dziadka –
Każdy z nas ma jakieś grzeszki, ważne, żeby mieć co wspominać
na starość, siedząc wygodnie przy kominku.
-
Czyli nie macie mi nic za złe? - Maurycy spojrzał na Lucjana spod
uniesionych brwi.
-
Ależ skąd, bylebyś skończył szczęśliwie.
-
To dlaczego jesteście tacy surowi wobec Piotra?
Staruszek
westchnął i zatrzymał się, stając na przeciw swego wnuka.
-
Razem z babcią podziwiamy twoją wytrwałość i upór oraz sukces,
jaki udało ci się mimo wszystko osiągnąć – Położył ręce na
ramionach młodego człowieka – A Piotr prócz dobrego
wykształcenia i kilku sukcesów zawodowych nie ma nic.
-
Mówić ,,nic" masz na myśli żonę i gromadkę dzieci? Ja też
tego nie mam – Maurycy pozostawał sceptyczny.
-
Ale ty nie jesteś naszym synem – Westchnął Lucjan, lekko
zmęczony ta konwersacją – A Piotr jest i nie zachowuje się tak,
jakbyśmy sobie tego życzyli.
-
Słabe argumenty podtrzymują waszą wrogość w stosunku do syna.
Słuchaj – nie chcę cię męczyć – Stwierdził Maurycy trochę
na przekór samemu sobie – Obiecałem Piotrowi, że z wami
porozmawiam i wstawię się za niego u was.
-
Masz dobre serce – Odparł zmęczony Lucjan, przekonany kłamstwem
wnuka – Zaprowadzisz mnie do stołu? - Wziął Maurycego pod ramię.
Gdy
staruszek został usadzony na drugim z honorowych miejsc, Maurycy
zauważył przy oknie młodą, śliczną, rudowłosą dziewczynę.
-
Kto to? - Zapytał, patrząc na nią ukradkiem.
-
To Marcelina – córka twojej kuzynki, a wnuczka kuzynki twojego
ojca, czyli praktycznie żadna rodzina – Odezwała się Honorata,
która właśnie podeszła do stołu, prowadzona przez Piotra.
W
tym momencie Marcelina spojrzała w stronę seniorów rodu i
napotkała wzrok Maurycego, który uśmiechnął się do niej
szelmowsko; odwzajemniła uśmiech.
-
Proszę siadać – Zaskrzypiała Honorata, lecz gdy nie zauważyła
żadnej reakcji ze strony zebranych, zaczęła z całej siły uderzać
nożem o szklankę – Siadać... Proszę – Odparła, gdy sala
ucichła.
Mężowie
zaczęli odsuwać krzesła dla swych żon, dzieci siadały obok nich
i swojego kuzynostwa, które siedziało obok swoich rodziców, i tak
dalej... Skończyło się na tym, że rodzina ze strony dziadka
siedziała po jednej stronie podłużnego stołu, ze strony babci –
po drugiej, a wspólni członkowie rodziny musieli powciskać się
między porozsadzane wygodnie familie, będąc jakby nowymi członkami
w klasie, szukając w klasie swojego miejsca, którego nigdy nie będą
mieć.
-
Jako seniorka rodu – Chrypiała dalej Honorata – Odmówię teraz
modlitwę dziękczynną za to, żeśmy się tu wszyscy zgromadzili, w
tak cudowną rocznicę moich sto pięćdziesiątych urodzin...
-
Których nie dane będzie przeżyć mojemu synowi, który tak
wyniszczającą się prowadzi – Wyszeptał Piotr do ucha Maurycego,
wywołując uśmiech na jego twarzy.
-
Proszę powstać – Kontynuowała seniorka - Dziękujmy Bogu, że
dał mnie oraz mojemu ukochanemu, nieznacznie młodszemu – Tu
Honorata puściła oko do Lucjana, co wywołało przyjemny pomruk na
sali – Doczekać wspólnie tak wzniosłego wydarzenia. Niech
błogosławi naszej rodzinie, oszczędzi jej nieszczęść oraz
pozwoli dziś długo i z należytą czcią celebrować dzisiejszą
uroczystość. Amen.
-
Amen – Odparli razem Piotr i Maurycy; dawno nie wypowiadali tego
słowa.
-
A teraz toast! - Wykrzyknął Lucjan z radością.
Lampki
z szampanem zostały uprzednio przygotowane przez służbę, która
nie wiedziała, jak goście zapragną usiąść, dlatego jedni z
rodziców nie zauważyli, jak ich niepełnoletnie pociechy wychylają
duszkiem zawartość lampek. Pozostałym udało się w porę zapobiec
deprawacji młodocianych. Przynajmniej w tamtym momencie.
-
Po posiłku będzie można wejść na parkiet, jak tylko orkiestra
zacznie grać – Wyjaśniła Honorata - Teraz jednak życzyłabym
sobie, aby pewien młody mężczyzna, o doskonałych talentach
tanecznych...
-
Chyba mowa o tobie – Wyszeptał Piotr ponownie do bratanka, tym
razem jednak nie rozbawiając go.
-
Poprosił mnie do pierwszego tańca – Kobieta spojrzała na
Maurycego, który wciąż trzymał pustą lampkę w dłoniach, jakby
bez zamiaru odłożenia jej.
-
Czyż to nie z mężem powinnaś zatańczyć tak ważny taniec? -
Mężczyzna próbował się wymigać – Albo ze swym synem? -
Wskazał na Piotra.
-
Żaden z nich nie umie tak dobrze tańczyć – Stwierdziła
seniorka, rozbawiając wszystkich dokoła – Orkiestra! -
Zaskrzypiała, gdy wnuk w końcu do niej podszedł i zaprosił
szarmancko do tańca.
Muzycy
zaczęli grać ,,Luck be a lady” Franka Sinatry. Honorata nie
wypadła z rytmu, gdy przyspieszył, zbierając za to gromkie brawa
od widowni. Jej suknia szeleszczała, lecz jej tren ani razu nie
został przydeptany. Para stawiała kroki precyzyjnie, lecz razem
wyglądali komicznie – młody, elegancki mężczyzna i kobieta w
podeszłym wieku, która z figury przypominała beczkę.
CDN...
środa, 22 listopada 2017
Zszedł
szybko po schodach, lecz gdy znalazł się przy bocznym wejściu do
restauracji, zatrzymał się.
Maurycy
oparł się o ścianę, odchylił głowę i westchnął głęboko.
Był spięty, a każdy szelest dochodzący od strony schodów
sprawiał, że patrzył w tamtą stronę. Mężczyzna skrzyżował
ręce na piersi, a dłońmi mocno ścisnął swe chude ramiona, co
nie było spowodowane chłodem panującym w korytarzu, lecz stresem.
Zawsze tak reagował – jak gdyby chciał ścisnąć się tak mocno,
że zniknie, albo obronić się przed światem. Maurycy przełknął
ciężko ślinę i oparł głowę o ścianę. Wdychał woń potraw
dochodzącą z restauracji oraz wsłuchiwał się w szelest
codzienności. Nagle mężczyzna poczuł się samotny, opuszczony
nawet przez lampy wiszące w korytarzu, które nie dawały wielkiego
światła na wnętrze. Maurycy pragnął wrócić teraz do domu i
wtulić się w ramiona ukochanej oraz unieść wysoko w górę swoje
dziecko, jednak to było niemożliwe, ponieważ żadnej z tych
wartości nie posiadał, a przynajmniej na własność. Przez
dłuższy czas nie wchodził do restauracji, nie chcąc zmącić
miłej atmosfery rutyny, tak męczącej dla znajdujących się
wewnątrz gości. Czuł się jak intruz, który swoją biografią i
doświadczeniami zburzy harmonię miejsca, jednak nieprzemożna chęć
dotyku i słów życzliwej osoby zwyciężyła nad niechęcią do
narzucania się. Mężczyzna odetchnął pełną piersią, co mogłoby
być oznaką ulgi, a dla niego było przygotowaniem się do założenia
jednej z wielu masek, które nosił.
Po
wejściu na salę pierwszym, co ujrzał Maurycy był uśmiech Marysi,
który wzmógł poczucie samotności i chęci zbliżenia się.
-
Cześć – Kobieta przywitała się wesoło, gdy tylko ujrzała
przyjaciela; jej głos był dźwięczny i przyjemny.
Mężczyzna
poczuł w środku ciepło spokoju.
-
Cześć – Podszedł do Marysi, by złożyć pocałunek na jej
policzku.
Niechcący
Marysia nachyliła się w taki sposób, że Maurycy pocałował ją w
kącik ust. Mężczyzna poczuł chwilowe uderzenie gorąca. Jednak na
kobietę spojrzał przepraszająco, próbując powstrzymać
napływającą falę podniecenia.
-
,,Nic się nie stało” - Mówił uśmiech Marysi, lecz i dla niej
ten delikatny dotyk nie pozostawał obojętny; zawsze miała słabość
do Maurycego.
Scena
między tą dwójką trwała zaledwie kilka sekund, lecz dla nich
rozciągnęła się w czasie; ich zmysły wyostrzyły się –
zapachy ostrych i kwiatowych perfum zmieszały się, głosy w
restauracji zaczęły się rozmywać w oddali, usta, którymi się
dotknęli, paliły. Oddychali szybciej i bardziej płytko, siebie
nawzajem widzieli wyraźnie, natomiast otoczenie zlało się w burą,
nieciekawą barwę. Ich oczy rozjaśniły się, jak gdyby dotknęli
na chwilę szczęścia, którego od tak dawna nie zaznali. W końcu
Marysia, która czuła w sercu coraz większy niepokój, przerwała
to.
-
Przepraszam – Powiedziała, oddalając się z tacą, na której
znajdowały się zamówione przez gości dania.
I
nagle Maurycy usłyszał wyraźnie rozmowę ze stolika nieopodal,
przy którym siedzieli goście z Krakowa; obraz wyostrzył się,
każdy z gości na powrót odzyskał swoją osobowość, do nozdrzy
wdarł się zapach grillowanego w kuchni mięsa, a tylko usta wciąż
paliły. Mężczyzna westchnął i obrócił się na pięcie.
-
I co z Tosią? - Zapytał Michał, gdy spostrzegł, że Maurycy się
im przypatruje.
-
Chyba wszystko w porządku – Mężczyzna wzruszył ramionami, po
czym dosiadł się do studentów.
-
Nie mogę patrzeć, jak bardzo za nimi tęskni – Stwierdziła
smutno Asia.
-
Ja tam nigdy nie przepadałam za moimi starymi – Stwierdziła Kaśka
lekceważąco – Ale nie mogę powiedzieć, że ich nie lubię.
-
Ja zawsze szanowałem mojego tatę – Odparł Michał z dumą –
Jest dla mnie wzorem.
-
A twoi rodzice? - Asia zwróciła się do Maurycego.
-
Nie żyją – Odparł krótko Zwodzki, wpatrując się uparcie w
stół.
-
Bywa – Skwitowała Kasia, która nie chciała wprowadzać ponurej
atmosfery do towarzystwa – Jakie plany na jutro? - Zapytała.
-
Wy idziecie do pani Józefiny, pewnie was tam zaprowadzę, potem
pojadę do pracy, wy dalej będziecie tam siedzieć, aż Andrzej po
was przyjedzie.
-
Dlaczego Andrzej? - Michał zmarszczył brwi.
-
Po pracy mam imprezę rodzinną, wracam w niedzielę; dacie sobie
beze mnie radę – Maurycy w końcu spojrzał na swych towarzyszy.
-
W to nie wątpię – Odparł Michał stanowczo – Chcecie jeszcze
po szklance soku? Dobra, to dla mnie i dla dziewczyn sok, a dla
ciebie? Herbata. W porządku.
Studenci
nie zauważyli, że włączenie się Maurycego w pewnym momencie do
rozmowy było spowodowane wódką, którą mężczyzna dolał sobie
do napoju.
Marysia
poprosiła Maurycego, aby pomógł jej posprzątać, na co mężczyzna
chętnie się zgodził; para kończyła swoją pracę po dwudziestej
trzeciej. Radio cały czas grało sobie cicho w kącie i przyjaciele
nie zwracało na nie zbytniej uwagi, dopóki nie usłyszeli znanych
dźwięków ,,The way you make me feel". Maurycy uśmiechnął
się i zaczął ruszać się w rytm muzyki, spoglądając ukradkiem
na Marysię, która akurat przecierała ostatnie szklanki. Widząc
swojego przyjaciela w dobrym humorze, sama zaczęła lekko
podrygiwać. Uśmiechnęła się szerzej, gdy zaczął śpiewać swym
mocnym, lekko ochrypłym głosem; Michael Jackson był jej ulubionym
piosenkarzem, dlatego Maurycy z racji spędzania długiego czasu z
Marysią musiał znać teksty jego piosenek na pamięć.
Gdy
mężczyzna dał się porwać muzyce, oglądało się go z jeszcze
większą przyjemnością; Marysia lubiła jego ruchy – Maurycy był
bardzo rytmiczny i poruszał się z dużą lekkością, sprawiał
wrażenie człowieka uwolnionego od jarzma codziennego spięcia.
Jednak gdy zaczął łapać Marysię za ręce, kobieta ze śmiechem
sprzeciwiła się – nie uważała się za mistrzynię tańca. W
końcu jednak uległa i dała ponieść się melodii oraz swemu
partnerowi, wsłuchując się w jego czysto brzmiący głos, który
odbijał się echem w jej głowie, gdy tylko zamknęła oczy
Wiedziała, że Maurycy próbuje ją nie tylko rozśmieszyć, lecz
również uwieść; nie wstydził się stanąć za nią bardzo blisko
tak, że kobieta czuła każdy centymetr jego ciała, co powodowało,
iż oddychała szybciej, a rumieniec wystąpił jej na policzki.
Marysia domyślała się, jak zakończy się ta noc i choć czuła
narastające podniecenie, to równocześnie ogarniał ją strach, że
nie powinna tego robić.
Piosenka
skończyła się, spiker w radiu rozentuzjazmowanym głosem
zapowiadał kolejne, ale Marysia jakby tego nie słyszała; całą
jej uwagę pochłonęły usta Maurycego, wytyczające ścieżkę po
jej szyi. Kobieta cicho westchnęła, ogarnięta nagłym dreszczem,
choć w restauracji było ciepło, żeby nie powiedzieć – duszno.
-
Maurycy – Szepnęła, po czym przełknęła ślinę – To chyba
nie jest dla nas dobre – Odwróciła się i napotkała pełny
pożądania wzrok przyjaciela; nogi się pod nią ugięły.
-
Potrzebuję cię – Wyszeptał mężczyzna, przykładając swoje
czoło do czoła Marysi; oddychał ciężko – Mam dość podejrzeń,
kłamstw, udawania i tych kretynów, z którymi spędzam całe dnie –
Mówił szybko, obejmując dłońmi twarz kobiety – Proszę... -
Szepnął, zamykając oczy i zbliżając usta do ust przyjaciółki.
Kobieta
nie potrafiła zaprotestować; znali się z Maurycym od lat i tak
samo długo mężczyzna jej się podobał. Marysię podniecał jego
zniżony głos i przyciemnione spojrzenie, gdy zwracał się do niej
w ten sposób i lubiła, gdy jej się oddawał, sama też czuła się
dzięki temu zaspokojona i atrakcyjna. Wiedziała jednak, że taki
układ nie mógł trwać całe życie. W miarę jednak, jak dłonie
mężczyzny coraz żarliwiej ją dotykały, a jego usta całowały ją
coraz niżej i goręcej, jej chęć przeciwstawienia się malała, a
potrzeby fizjologiczne brały górę.
-
Dobrze – Szepnęła, odsuwając od siebie Maurycego; podeszła do
radia i wyłączyła je – Chodź – Wyciągnęła rękę w stronę
przyjaciela, na co szeroki uśmiech rozświetlił jego twarz.
Para
zgasiła światło i zamknęła restaurację, po czym trzymając się
za ręce, udała się na drugie piętro do strefy dla pracowników,
gdzie mieściło się niewielkie mieszkanie kobiety.
Marysia
weszła do pierwszego pokoju, który był połączeniem sypialni,
jadalni oraz kuchni i zaświeciła małą lampkę przy łóżku,
która rzuciła blade światło na skrawek pokoju. Zaraz po tym
poczuła za sobą Maurycego – jego ciało, oddech, pocałunki i
dotyk. W końcu odwróciwszy się sama zaczęła go dotykać i
rozbierać równocześnie. Ucieszyła się, gdy zdjęła z niego
koszulę i mogła znów pocałować jego tatuaże, które zawsze
robiły na niej wrażenie. Wracała wtedy myślami do przeszłości,
gdzie wszystko było dla nich dozwolone.
Maurycy
położył Marysię na łóżku, ściągnął z niej jedwabną białą
bluzkę i zaczął całować brzuch, którego kobieta zawsze się
wstydziła. Mężczyźnie on nie przeszkadzał, zwłaszcza że nad
nim znajdował się obfity biust, uwolniony uprzednio ze stanika.
Maurycy
po chwili dołączył do swej przyjaciółki na łóżku. Marysia
przewróciła mężczyznę na plecy i zaczęła całować go po szyi
i torsie, wdychając zapach jego ostrych perfum i ciała. Maurycemu
bardzo się to podobało, ponieważ bardzo odprężały go pocałunki
w szyję, jeśli robiła to odpowiednia osoba, przed którą nie
wstydził się otworzyć. Marysia należała do tych osób, więc gdy
czuł jej usta na swoim ciele, odetchnął z ulgą i podnieceniem. W
pokoju zrobiło się goręcej, w powietrzu zaczął unosić się
zapach zmieszanych perfum i potu, przyspieszone oddechy obojga
wypełniły sypialnię, a za chwilę dołączyło do nich ciche
skrzypienie łóżka.
Marysi
bardzo podobały się szczere reakcje Maurycego – rozkoszowała się
jego westchnieniami, jękami – niegłośnymi, ponieważ nie
chcieli, aby goście domyślili się, że właścicielka lokalu nie
jest sama w pokoju – i niecierpliwymi wzdychaniami, a gdy widziała,
że się uśmiechał, nie mogła powstrzymać się od tego, by go
pocałować. Maurycy nie pozostawał jej dłużny. Rozkoszowali się
sobą nawzajem, wiedząc, że to co robią jest już zakazane.
Tempo
przyspieszyło, oddechy stały się częstsze, jęki wyraźniejsze,
zapach w pokoju bardziej duszny, a łóżko skrzypiało coraz
szybciej...
Około
drugiej w nocy para padła spocona i zdyszana na materac, ale
zadowolona. Marysia przeciągnęła się z rozkoszą i wtuliła się
w Maurycego, który objął ją ramieniem.
-
Zostaniesz na noc? - Zapytała kobieta dziecinnym głosem, gdy
odzyskała kontrolę nad oddechem.
-
Oczywiście – Maurycy pocałował kochankę w czoło.
-
Tylko uważaj rano – Marysia uśmiechnęła się i mocniej wtuliła
w klatkę piersiową kochanka.
Maurycy
jeszcze przez chwilę leżał najpierw zadowolony, lecz potem znów
zaczął myśleć o Tosi, a jego ciało znowu się spięło.
Mężczyzna westchnął i spojrzał na spokojnie śpiącą Marysię;
mimowolnie uśmiechnął się i wtulił w kobietę, przypominając
sobie, jak bardzo była to udana noc. Ogarnął go nagły chłód,
dlatego otulił siebie i kobietę mocniej kołdrą, a po chwili
zasnął.
Rano
Maurycy obudził się z błogim uczuciem odprężenia; odwrócił się
na drugi bok, aby objąć Marysię, lecz kobiety nie było obok
niego. Mężczyzna otworzył oczy i wsparłszy się na łokciu,
rozejrzał się po pokoju; zobaczył resztki śniadania na stole i
wyciągniętą deskę do prasowania. Spojrzał na zegar wiszący na
ścianie – siódma dwadzieścia, i zgadł, że Marysia już od
ponad pół godziny jest w restauracji. Maurycy westchnął – jedną
z najmilszych rzeczy po upojnej nocy było dla niego budzenie się
rano obok partnerki, o ile mu na niej zależało.
Mężczyzna
wstał i pospiesznie się ubierając, zauważył na stoliku jeszcze
drugie śniadanie – nietknięte, czekające na niego. Zjadł w
pośpiechu, ponieważ nie przywiązywał zbytniej uwagi do posiłków
i po cichu wyszedł z mieszkania. Maurycy miał nadzieję przemknąć
niezauważonym po korytarzu, lecz gdy tylko wyszedł zza węgła,
napotkał Tosię; zdezorientowany nie wiedział, co powiedzieć.
-
Cześć – Przywitała się dziewczyna całkiem pogodnie jak na to,
że opiekun bardzo ją poprzedniego dnia zdenerwował – Co ty tu
robisz? - Zmarszczyła brwi i spojrzała na jego wymiętą koszulę.
-
Marysia poprosiła mnie, bym coś odniósł do jej pokoju, który
jest tam – Mężczyzna gestem wskazał właściwy kierunek.
Antonina
nie odpowiedziała, tylko taksowała Maurycego wnikliwym spojrzeniem.
-
Czy ty tu spałeś? - Zapytała oburzona.
-
Tu, znaczy...? - Mężczyzna próbował wywinąć się od odpowiedzi.
-
U Marysi, a może raczej z Marysią? - Warknęła dziewczyna.
-
Cicho – Syknął Maurycy; rozejrzał się wkoło – I co z tego? -
Spojrzał na dziewczynę.
-
Czyli tak wygląda wasza przyjaźń tak? - Prychnęła Antonina –
Myślałam, że chociaż Marysia jest porządna, a tu...
-
Słuchaj – Mężczyzna chwycił mocno swoją rozmówczynię za
ramię – Wydaje ci się, że pozjadałaś wszystkie rozumy, ale
główną przyczyną twojego zachowania jest zapewne wpływ
celebrytek...
-
Nie nazywaj ich tak.
-
Ale weź pod uwagę to, że jesteśmy tylko ludźmi i mamy swoje
potrzeby – Maurycy zignorował słowa Tosi – Nie wiem, co
zamierzasz zrobić z tą informacją, ale proszę cię o jedno –
nie podejmuj pochopnej decyzji; ja mam tu wyrobioną opinię, ale nie
psuj życia Marysi taką głupotą. Polubiłaś ją, prawda? -
Maurycy zwolnił uścisk.
-
No... Tak... - Odparła Tosia niepewnie.
-
I myślisz, że fakt, iż czasem sypiamy ze sobą zmieni jej
nastawienie i życzliwość w stosunku do ciebie?
-
Pewnie nie – Dziewczyna westchnęła – Ale to świadczy o niej.
-
Czemu ty jesteś taką suką? - Maurycy skonsternowany zmarszczył
brwi – Myślałaś, że ta Kraina jest idealna, a tu proszę –
szara rzeczywistość, taka jak każda inna.
-
Może masz rację – Tosia wzruszyła ramionami – Ale pozwól mi
chociaż z nią porozmawiać; miałam poznać mieszkańców i właśnie
to chcę robić. Może jej czegoś brakuje i jako królowa będę
mogła to naprawić.
-
Dobrze, że zaczynasz odkładać na bok swój egoizm – Stwierdził
mężczyzna spokojnie – Lecz jedynego, czego Marysi brakuje, to
mężczyzna, który ją w końcu pokocha.
-
Ty jej nie kochasz? - Zapytała podchwytliwie Antonina, krzyżując
ręce na piersi.
Maurycy
spojrzał smutno na dziewczynę.
-
Darze ją głęboką przyjaźnią i szacunkiem, ale ona też mnie nie
kocha – Odparł.
-
To po co to wszystko? - Tosia nie umiała nazwać seksu po imieniu,
pomimo czasów, w jakich się wychowywała.
-
Zapewne z samotności – Maurycy oparł się plecami o ścianę –
Ale nie uważam, abyśmy byli ze sobą na tyle zżyci, abyśmy mogli
rozmawiać na tak dość prywatne sprawy.
-
Rozumiem – Panna Kruczyńska nie chciała już go drażnić –
Idziesz do niej?
-
Tak, ale tylko na chwilę.
-
W takim razie idź, a ja jeszcze pójdę do łazienki – Tosia
ruszyła w stronę schodów, lecz jeszcze zapytała przez ramię –
O której mamy być gotowi?
-
Za dwie godziny.
-
Dobrze – Odwróciła się.
-
Tosia – Odezwał się Zwodzki na koniec; dziewczyna spojrzała na
niego – Nie mów nikomu o tej rozmowie, nawet twoim przyjaciołom i
przede wszystkim Andrzejowi.
Antonina
skinęła w milczeniu głową i odeszła. Gdy po dziesięciu minutach
weszła do restauracji, Maurycego już w niej nie było. Sala
wydawała się być spokojna, delikatne promienie słoneczne wpływały
przez okna, roztaczając blask na niektórych stolikach i twarzach,
resztę pozostawiając w cieniu. Zapach kawy i bułeczek z masłem
roztaczał się po całej sali, a zza drzwi kuchennych dobiegał
dźwięk skwierczącej cebuli na jajecznicę. Goście leniwym,
zaspanym spojrzeniem ogarniali salę, współtowarzyszy i gazety.
Czasem ktoś ziewnął lub przeciągnął się jak kot, by po chwili
wyjść po cichu, uregulowawszy rachunek za czas spokoju i
melancholii. Marysia stanowiła punkt centralny tego obrazka,
roztaczając aurę matrony, w zbroi z fartucha, dzierżącej długopis
w dłoni. Tosia zawahała się, nim podeszła do kobiety; nie chciała
psuć tej arkadyjskiej atmosfery, której często w Krainie
brakowało, a jeśli już można było ją spotkać, była pozorna.
Wziąwszy porządny oddech, powoli ruszyła w stronę gospodyni.
-
Witaj, Marysiu – Przywitała się nieśmiało.
Kobieta
odwróciła się, szeleszcząc spódnicą z deseniem w wielkie
kwiaty.
-
Witaj, ranny ptaszku – Maria roześmiała się serdecznie –
Miałaś się wyspać – Stwierdziła to, czego dowiedziała się od
przyjaciół dziewczyny.
-
Odkąd tu przyjechałam, źle sypiam – Westchnęła Tosia zmęczona,
opierając się o ladę – Jak zjem, pójdę się jeszcze położyć,
często zasypiałam rano.
-
Często miewasz problemy ze snem?
-
Tylko wtedy, gdy kładę się w nocy sama – Wzruszyła ramionami z
usprawiedliwieniem.
-
Teraz śpisz z Michałem, prawda?
-
I tak nie pomaga.
-
Skądś to znam, też długo byłam sama – Marysia zabrała się za
przecieranie szklanek, marginalizując swoją samotność do pozycji
smugi na szkle, której właśnie się pozbyła.
-
No właśnie... Chciałam z tobą porozmawiać – Tosia spuściła
wzrok.
Marysia
momentalnie spięła się i z brzdękiem odłożyła szklankę.
-
Kawy? - Zapytała z pozornym uśmiechem – Ach, zapewne nie,
przecież chcesz się zaraz położyć. To może jajecznicę? Boguś,
kucharz, właśnie kończy. Nie chcesz? Nie wygłupiaj się, siadaj.
Antonina
została wręcz zmuszona do zajęcia miejsca przy stoliku koło lady.
Po kilku minutach świeża i pachnąca jajecznica została jej
postawiona przed nosem, a aromat dania zmieszał się z zapachem
kakaa, które extra przygotowała Marysia. Dziewczyna odetchnęła,
przyduszona rozkoszną wonią normalności, jakby znalazła się na
powrót w domu. Tylko otoczenie się zmieniło, ale nie odbierało
wspomnieniom ich sielankowości.
-
Jesteś czarodziejką – Odezwała się do Marysi, nakładając
jajecznicę na widelec – Potrafisz stworzyć tutaj kawałek nieba –
Włożyła porcję do ust i zagryzła ją ciepłym chlebem.
-
Cieszę się, że ci się tutaj podoba – Odparła kobieta
kulturalnie, jednak jej twarzy wciąż była napięta.
Tosia
widząc minę kobiety, z trudem połknęła posiłek.
-
,,Nie psuj życia Marysi taką głupotą” - Usłyszała w głowie
słowa opiekuna.
Jednak
spojrzawszy ponownie na utworzone w kącikach ust kobiety zmarszczki
i spojrzenie omiatające w popłochu całą salę, wiedziała, że
klamka już zapadła.
-
Marysiu... - Zaczęła, wstając od stołu i podchodząc powoli do
kobiety – Nie myśl o mnie źle, ja tylko chcę zbliżyć się do
mieszkańców Krainy i poznać ich problemy, dlatego muszę
zapytać... Co jest między tobą a Maurycym?
-
Nie pytaj, proszę – Odparła w tym samym czasie Marysia.
Panie
spojrzały na siebie nawzajem – Maria błagalnie, Tosia z
przeprosinami. Pierwsza z nich westchnęła, wbijając spojrzenie w
podłogę.
-
Pewnie myślisz teraz o mnie źle – Odparła, siadając przy stole,
na którym leżała świeża, ale napoczęta jajecznica.
-
Nie mam prawa cię oceniać, nie znając twojej przeszłości –
Odparła dziewczyna, by zjednać sobie rozmówczynię; usiadła przy
niedokończonym posiłku.
-
Słusznie – Maria skinęła powoli głową, myśląc nad czymś
intensywnie – Mimo wszystko zapewne w twojej głowie pojawiła się
taka myśl, że nasza przyjaźń na tym polega, lecz muszę cię
wyprowadzić z błędu – znajmy się z Maurycym już szmat czasu,
poznaliśmy się w gimnazjum, to jest jakieś trzydzieści sześć
lat temu, ale po liceum nasze drogi się rozeszły i właściwie
dopiero od czterech lat – od kiedy Maurycy się tu wprowadził –
mamy ze sobą regularny kontakt.
-
I regularnie... - Zaczęła Tosia, ale ugryzła się przysłowiowo w
język; niestety Marysia odgadła resztę zdania.
-
Rok przed jego przyjazdem pochowałam męża – Odparła kobieta
szorstko – Miałam na wychowaniu nastoletniego syna i nie w głowie
byli mi obcy mężczyźni, których nie widziałam od lat.
-
Nie wiem, co powiedzieć – Wyznała Antonina po chwili ciszy; jej
wzrok skupiony był na stygnącym jedzeniu, które zdawało się być
mniej apetyczne, niż poprzednio.
-
Najlepiej nic nie mów – Warknęła Marysia, lecz skruszona mina
dziewczyny roztopiła lód w jej sercu – No, drogie dziecko –
Odparła matczynym tonem, sięgając po dłoń studentki – Nie
martw się, nie mogłaś wiedzieć, a właściwie to normalne, że
tak to odebrałaś. Powinnam ci podziękować za to, że starałaś
się zachować pozoru taktu i chciałaś wysłuchać mojej wersji
wydarzeń.
-
Yhm – Mruknęła dziewczyna, płonąc ze wstydu – Przepraszam –
Wstała gwałtownie i wyszła z restauracji.
Udała
się wprost do swego pokoju, a dokładniej – do łazienki, gdzie
wypełniła prawie całą wannę wodą, dodała dużo truskawkowego
płynu do kąpieli i założywszy słuchawki, położyła się w
wannie i skupiła na surowym brzmieniu Nirvany.
Słońce
oślepiało Tosię, nie mogła nic zobaczyć, ale szła przed siebie,
czując, że nie może się zatrzymać. Dziewczyna słyszała, jak
dyszy, jak gdyby przebyła bardzo długą drogę. Wokół niej
śpiewały ptaki, szczekały psy i wszystko wydawało się idealne,
jednak Antonina czuła w sercu niepokój. Zaczęła mrugać, by
zobaczyć w końcu, dokąd zmierza. Nagle ujrzała przed sobą dom i
poczuła, jak usta wyginają jej się w uśmiechu od ucha do ucha.
Dosłownie – dziewczyna sprawdziła, czy kąciki ust znajdują się
koło uszu i uradowana, iż rzeczywiście tak jest, weszła do
ogrodu, który pachniał różami i bzami, a wokół latały
pszczoły. Życie kwitło, jak te kwiaty i drzewa; Tosia wciągnęła
mocno woń życia i pędem ruszyła przez ścieżkę prowadzącą do
domu. Przed drzwiami stał Flipper – maltańczyk – i merdał
ogonem tak mocno, że panna Kruczyńska poczuła na twarzy wiatr oraz
przyniesioną przez niego woń psiej sierści.
-
Co, kochanie? - Zapytała psa, głaszcząc jego białą, włochatą
główkę.
-
Czekają na ciebie, hau! - Szczeknął Flipper, co na dziewczynie nie
zrobiło żadnego wrażenia.
Tosia
dziarskim krokiem pchnęła drzwi i znalazła się w podłużnej sali
tronowej. Wzdłuż kamiennych ścian stała jej rodzina i
przyjaciele, którzy ujrzawszy ją zaczęli klaskać z radością.
Panna Kruczyńska szła między nimi, czując ciągnący się za nią
długi, biały tren. Rodzice, przy których przystanęła, uśmiechali
się, jednocześnie ocierając łzy i mówili, jak pięknie wygląda.
Mama uścisnęła ją mocno za rękę. Antonina nie zaszczyciła ich
ani słowem, tylko odwzajemniła uśmiech i poszła dalej, puszczając
matczyną rękę, która chciała jeszcze trwać w mocnym uścisku.
Tosia
skłoniła się w stronę Joanny i Katarzyny, które ubrane w różowe
sukienki, stały obok podium i dzierżyły w rękach chryzantemy.
Obok nich stał Michał; podał swej ukochanej różową różę, po
czym pocałował ją w policzek, lecz gdy Antonina oddaliła się w
stronę podestu, chłopak nie poszedł za nią, tylko patrzył smutno
ponad jej ramię. Dziewczyna odwróciła się i ujrzała schodzącego
po stopniach Maurycego. Mężczyzna podał jej dłoń, a Tosia
niewiele myśląc ujęła ją i pozwoliła poprowadzić się do
tronu, na którym leżała koron – piękna, wysadzana kamieniami,
duża – taka, jakiej dziewczyna pragnęła. Maurycy nałożył ją
na głowę królowej, uśmiechając się serdecznie, po czym ujął
twarz kobiety i złożył na jej ustach pocałunek, na co zgromadzeni
zaczęli klaskać jeszcze głośniej niż poprzednio.
Coś
jednak niepokoiło Antoninę, a gdy spojrzała na swoją klatkę
piersiową, już wiedziała – to krew spływająca po jej białej
sukni i sztylet wbity w serce. Panna Kruczyńska spojrzała na swe
dłonie, zbroczone krwią. Zachwiała się i cofnęła po stopniach
podium, a zgromadzeni wciąż klaskali.
Gdy
Tosia upadła, korona spadła z jej głowy. Podniósł ją Maurycy,
ubrał na swoją głowę i ruszył wzdłuż sali, wśród oklasków i
wybuchów radości, a dziewczyna patrzyła, jak cała posadzka robi
się czerwona od jej krwi. Zamknęła powieki.
Nagle
hałas stał się nie do wytrzymania i Tosia otworzyła oczy.
-
Dziewczyno – Syknął Zwodzki, wyrywając słuchawki z jej uszu –
Następnym razem wyjmij klucz z zamka, gdy zamierzasz spędzić tu
dwie godziny.
-
Co jest? - Zapytała Tosia rozespana.
-
Zabarykadowałaś się tu rano, waliliśmy w drzwi, ale nie
odpowiadałaś – Zaczęła tłumaczyć rozgorączkowana Asia –
Poszliśmy do Marysi – Antonina dopiero na dźwięk imienia
gospodyni zauważyła, że ta stoi w przejściu – Żeby dała nam
zapasowy klucz do łazienki, ale nie mogliśmy go przekręcić i
wtedy...
-
Marysia przyszła po mnie – Dokończył mężczyzna szorstkim
tonem.
-
Przepraszam – Panna Kruczyńska ziewnęła – Zasnęłam, nawet
nie wiem, kiedy. Cóż mogę więcej powiedzieć?
-
Kochanie, bałem się - Odparł Michał, marszcząc brwi na
zatroskanej twarzy.
-
Myślałeś, że się utopię? Nie bądź śmieszny – Prychnęła
dziewczyna – Co niby miałoby mi się stać?
Chłopak
otworzył szerzej oczy ze zdumienia; jak Tosia mogła odzywać się
do niego takim tonem, gdy on umierał ze strachu.
-
Cokolwiek, zwykła suszarka mogła ci wpaść do wody – Michał
próbował opanować gniew.
-
Ile ja mam lat? Pięć? - Ofuknęła go ukochana – Wiem dobrze, że
nie wolno suszyć włosów w trakcie kąpieli, nie jestem głupia.
-
Ale za to strasznie nieprzyjemna – Stwierdził chłopak ostrym
tonem, mierząc Tosię zabójczym spojrzeniem; odwrócił się na
pięcie i wyszedł do pokoju, gdzie usiadł obrażony na kanapie.
-
Skarbie! - Krzyknęła Antonina, uzmysłowiwszy sobie, w jaki sposób
się zachowała; wstała raptownie, nie pamiętając, że jest ubrana
w strój Ewy.
Pozostałe
cztery osoby wytrzeszczyły na nią oczy.
-
Łooo... - Odezwał się Maurycy, lekko zszokowany; chwycił za
ręcznik i zasłonił nim nagie ciało dziewczyny – Co ty robisz? -
Syknął, gdy Tosia okręciła ręcznik wokół siebie.
-
Przepraszam, nie wiem, co we mnie wstąpiło, chyba jestem trochę
zamulona – Odparła dziewczyna słabym głosem.
-
To albo idź wcześniej spać, albo śpij do oporu – Poradził jej
Maurycy tonem nauczyciela, odsuwając się dla dziewczyny, która
właśnie wychodziła z wanny.
-
A co? Boisz się, że znowu przyłapię cię rano, jak wychodzisz z
sypialni Marysi po przyjacielskim seksie? - Zapytała Tosia ze
złością, nie myśląc.
Maria,
która do tej pory opierała się o framugę, wyprostowała się, a
Asia co rusz spoglądały to na kobietę, to na Zwodzkiego, który
spojrzał na Antoninę spod uniesionej prawej brwi. Zaciskał mocno
zęby i patrzył w osłupieniu na dziewczynę, która znów
uświadomiła sobie swój błąd i poczuła ogromny wstyd. Chciała
przeprosić, ale wtedy głos zabrał Michał.
-
To ja myślałem, że ty Zwodzki posuwasz facetów, z tak naprawdę
ty gustujesz w baleronach – Zaśmiał się chłopak szyderczo,
wciąż zdenerwowany po słowach ukochanej.
Oczy
Marysi wypełniły się łzami; kobieta szybkim krokiem opuściła
pokój hotelowy. Maurycy za to podszedł do Michał, chwycił go
mocno za podbródek i odchylił jego głowę.
-
Jeszcze raz ją tak nazwiesz – Syknął wściekły – A osobiście
cię wykastruję – Gwałtownym ruchem odrzucił głowę Michała;
chłopak chwycił się za obolałą szczękę, ale nie żałował
swoich słów.
Maurycy
pobiegł za Marysią, którą dogonił na schodach; kobieta opierała
się o ścianę i płakała.
-
Marysiu... - Odezwał się mężczyzna, podchodząc do przyjaciółki
– Nie martw się tymi szczeniakami – Objął czule Marię,
przytulając jej głowę do swojej piersi – Poza tym to moja wina,
że tak gadają, gdybym wczoraj nie naciskał...
Nagle
kobieta gwałtownie przyciągnęła mężczyznę do siebie i
obdarowała go namiętnym pocałunkiem, który niewątpliwie bardzo
się Maurycemu spodobał i szkoda mu było, gdy Marysia przerwała,
by wyszeptać:
-
Nigdy tak nie mów; to dzięki tobie nie zwariowałam po tym
wszystkim, co się stało.
CDN...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)