Bardzo przepraszam, że to tyle trwało, ale mam tysiąc rzeczy na głowie, a ponadto ostatnimi czasy z tego zmęczenia brakuje mi weny; miało być więcej, ale nie mogłam się powstrzymać ;)
NOWA RZECZYWISTOŚĆ
Enaret obudziła się z potwornym bólem głowy; nie pamiętał, co się stało, ani gdzie jest. Około dziesięciu minut zajęło mu, by uświadomić sobie, iż miejsce, w który się aktualnie znajduje nie leży na terenie Millenii.
-,, Przypomina to Ponna Superiore, a ta góra w oddali - Monte Generoso da Ponna - Myślał - Lecz co ja bym robił we Włoszech? Zaraz… - Nagle zaczął sobie przypominać - Scarlett, Fortis, test, aż w końcu - koronacja! I w tym momencie mężczyzna pojął wszystko, całe zachowanie jego młodszego brata w ostatnich dniach przestało być zagadkowe - Jak mogłem być taki naiwny… - Pokręcił głową z zażenowaniem; wtedy olśniła go kolejna prawda - Z pewnością Fortis i Morifia również zostali usunięci oraz… - Przełknął ciężko ślinę i schował twarz w dłoniach - Ojciec…” - Brutalność tej myśli odjęła na chwilę księciu władzę nad własnym ciałem; czuł się niby lekki powiew wiatru. Zdawało mu się, iż unosi się ponad siebie, opuszcza swą głupią, naiwną postać i ulatuje ku niebu, ku domowi, ku ojcu… I wtedy upadł; został powalony przez niesprecyzowaną siłę z powrotem na ziemię, w swe nędzne ciało, a jego nic nie warty rozum został mu okrutnie wciśnięty w głowę. Lecz Enaret nie protestował - przyjął ten ból ze spokojem wiedząc, iż na niego zasługuje. Nagle ujrzał przed sobą niewyraźną postać Scarletta - odzianego w szkarłat, spomiędzy którego dostrzegł kiedyś biały, lecz teraz całkiem brudny i zakrwawiony golf, wyglądającego jak śmierć, wychudzonego, ciężko oddychającego. Z jego ręki wypadła fiolka zawierająca jasnoróżowy proszek. Enaret przyjrzał się jej przez chwilę, po czym ponownie podniósł wzrok na brata, którego oblicze zdążyła się zmienić - zaczął kasłać, a z ust i nosa pociekła krew. Po chwili wzrok Scarletta przybrał martwy wyraz, a on sam padł na wznak. Szkarłatny płaszcz pokrył jego ciało.
- Signore? - Enaret usłyszał damski głos.
- Hę? - Mężczyzna ocknął się.
- Stai bene? - Zapytała starsza Włoszka z koszykiem w ręku.
- Si, Si… - Książę wstał i otrzepał się - Grazie, Signora.
- ,,A jednak Włochy - Pomyślał Enaret - A gdyby tak spotkać się z Gianną? - Naszło go, lecz natychmiast się otrząsnął - Głupcze, przecież z nią zerwałeś, poza tym - trzeba dostać się z powrotem do Mainu, co jest moim priorytetem, a Gianna… To przeszłość” - Westchnął i ruszył przed siebie.
Miasteczko znał dość dobrze, dlatego wiedział, dokąd iść, by nie zostać zauważonym. Nie miał jednak pojęcia, jak wrócić do domu.
- ,,Portal został zamknięty, to jasne, a otworzyć go można jedynie w zamku. Chyba żeby go zniszczyć… Lecz to niemożliwe - mieszkańcy zauważą flarę ognia unoszącą się ku niebu, natychmiast wezwą tych… Strażników, nie - strażów… Nieważne - i ugaszą mój ogień. Ale czy mam inny pomysł? Spróbuję - przecież to nic nie kosztuje, ale na razie schowam się w tej starej chacie na obrzeżach miasteczka - Nagle mężczyzna poczuł ukłucie w sercu - Tam spotykałem się z Gianną, by nikt nas nie widział; czuliśmy się jak sekretni kochankowie, choć nikt nie miał przeciwko naszemu związkowi. Teraz? Koniec…” - Ponownie westchnął.
W domku Enaret właściwie nic nie robił, jedynie obserwował okolicę, czy nikt się nie zbliża, chodził w kółko po domku i rozmyślał o przeszłości z nim związanej. Gdy jednak zrobiło się ciemno, a światła w odległych domach zostały pogaszone, książę skupił swój umysł wyłącznie na misternie utkanym planie wydostania się z Ziemi, który zakończył się zgodnie z oczekiwaniami; ktoś z okna zauważył ogień i wezwał straż pożarną. Gdy tylko Enaret usłyszał syreny, uciekł i na szczęście nie został zauważony. Jednak strażacy po przyjeździe byli całkowicie zdezorientowani; również widzieli ogień, po którym na miejscu nie było śladu. Jednak pozostawiono ten fakt w tajemnicy.
- ,,Głupcze - Myślał Enaret - Dobrze, że nie zostałeś królem, bo doprowadziłbyś ten kraj do autodestrukcji. Nie potrafisz nawet wrócić do domu” - Z tą myślą zasnął.
Nazajutrz postanowił się przejść, by odświeżyć umysł, lecz jedynie myślał o Giannie oraz o błędzie, jaki popełnił i pułapce, w którą wpadł.
- ,,Jestem jak dziecko” - Pokręcił głową.
Wtem mężczyzna zorientował się, iż znajduje się w miejscu, w którym wczoraj się ocknął, a przed nim znajduje się Monte Generoso da Ponna. Wtedy go olśniło.
- ,,Na górę nie wjadą swoimi wozami, a ja oczywiście będę miał bliżej do nieba. Jak mogłem na to nie wpaść? - Książę rozpromienił się - Wędrówka trochę zajmie, Gianna wspominała, iż pół dnia bez przystanku, w takim razie najlepiej wyruszyć o świcie - Zaburczało mu w brzuchu - Wytrzymam, w końcu jestem ponad ludźmi, nie potrzebuję regularnych posiłków. A granica? - Przypomniał sobie - Chyba nikt jej nie pilnuje, nie wiem, jeśli nawet, to przemknę się, albo zabije celników… Co ja plotę?! - Przeraził się - Desperacja rzutuje na mój umysł.”
Ten dzień Enaret jeszcze wytrzymał, minimalizując głód owocami z lasu, a gdy tylko się obudził wczesnym rankiem, wyruszył w stronę nadziei na powrót do domu.
W momencie gdy Enaret położył się spać na Ziemi, Morifia dojechała na granicę milleńsko - invidyjską, lecz nie od strony rolniczej kraju, ale na pustkowiu między Wodospadem Avy a Portalem Północnym. Dziewczyna z zawiązanymi oczami jechała na koniu wraz z Wyklętym, który dojechawszy na miejsce, ściągnął z głowy księżniczki opaskę, zrzucił dziewczynę z grzbietu zwierzęcia i nawet nie uwolniwszy jej rąk z powrozu, odjechał cwałem. Morifia leżała przez chwilę odrętwiała od wyczerpującej jazdy, a łzy ciekły jej po policzkach, czego nie była w stanie zatrzymać. Przez całą drogę próbowała zachować spokój, lecz teraz, gdy brutalna rzeczywistość dotarła do niej, nie potrafiła być tą kreowaną od lat Morifią. Leżała na zimnej ziemi i czuła, że spokój się skończył, a rozpoczyna się walka, do której nie była przygotowana. Chciała Zamienic się w małą dziewczynkę i umrzeć z bezsilności, która jej teraz pozostała. Jednak ona była już dorosłą Morifią - potomkinią rodu Tom, splamionego przez jej brata. Myśl uratowania honoru rodziny zakiełkowała w głowie dziewczyny i pomogła racjonalnie myśleć.
- ,,Nie leż tak, tylko działał, nie ma czasu na płacz - Strofowała się w myślach - Gdyby wszyscy postępowali jak ty, nic by na tym świecie nie było. Nie jesteś Człowiekiem, tak? Weź się w garść i czyń swoją powinność, coś na co czekałaś całe życie - na poświęcenie się, udowodnienie, że nie jesteś delikatną księżniczką, wokół której wszyscy muszą skakać. Ty, Morifio Ipio Tom, jesteś wojowniczką. Udowodnij to wszystkim.”
W tym momencie wróciła dawna Morifia; podniosła się, co było bardzo trudne i poczęła rozglądać się za ostrym kamieniem. Gdy już udało jej się takowy znaleźć i przeciąć więzy, rozejrzała się wokół.
- ,,Dokąd mam iść? - Obśliniła palec i wystawiła go na wiatr - Za sobą mam Wodospad Avy i Exilum, gdzie nie mogę się udać, bo teraz ta wioska jest sprzymierzeńcem Scarletta; przede mną są pola uprawne i wioska rolników; musieliśmy tamtędy jechać, bo Wodospadu Avy nie da się przekroczyć, gdybyśmy jechali od wschodniej strony, a od zachodu jedynym sposobem przekroczenia rzeki jest Most Allaga i przejazd koło wioski. Dlaczego jednak kazano mi zakryć oczy, skoro ja to wszystko wiem? Pewnie Syner wydał taki rozkaz, to półgłówek - Scarlett nie uznałby takich bezużytecznych środków ostrożności. Podsumowując muszę dostać się do farmerów; mój brat chyba uznał, że nie wytrzymam wędrówki, co w istocie może się zdarzyć - jestem osłabiona po całonocnej jeździe, a przede mną pół dnia marszu bez jedzenia i picia. Czy podołam - Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie - Bez problemu.”
Jednak jej pewność siebie zmalała po dwóch godzinach marszu; księżniczka nie mogła zasnąć w trakcie jazdy, co teraz dało się jej we znaki, jednak nie zamierzała się poddać.
- ,,Nie ma czasu do stracenia” - Myślała.
Największe trudności napotkały ją wraz z wejściem na pola uprawne. Już po upływie kilku minut Morifia zdarła połowę sukni, którą musiała przytrzymywać oraz zrzuciła obcasy nie nadające się do chodzenia po takim gruncie. Dodatkowo słońce zaczęło świecić coraz mocniej, co wzmogło pragnienie dziewczyny. W trzy godziny przeszła pola wszerz do połowy, a druga połowa zabrała jej cztery godziny. Pod koniec marszu Morifia była już na skraju wyczerpała, ostatnie kilka kilometrów czołgała się wśród grządek, gniotąc i niszcząc je, na co w ogóle nie baczyła.
- ,,Kiedyś to się skończy, kiedyś to się skończy” - Powtarzała sobie w myślach.
Oczy i usta miała pełne pyłu, z sukienki pozostały strzępy, całe ciało miała brudne i okaleczone, a włosy klejące się od potu i kurzu. Łzy ponownie lały się jej po policzkach, a Morifia znów nie mogła ich zatrzymać. Kręciło jej się w głowie.
- ,,Gdzie ci było gorzej?” - Zapytała samą siebie, lecz nie odpowiedziała.
W pewnym momencie, gdy zawroty głowy zaburzyły jej całkowity obraz widzenia, księżniczka usłyszała wesołe głosy.
- ,,Bogowie się ze mnie śmieją” - Pomyślała i padła.
Obudziły ją kolejne głosy oraz chłód materiału nakładanego na jej czoło. Chciała się odezwać, lecz gardło miała całkowicie wyschnięte i nie mogła wydobyć z siebie głosu. Wtedy podeszła do niej starsza kobieta; pomogła podnieść się dziewczynie powoli i wlała jej do ust wodę.
- Pij, byle ostrożnie - Powiedziała ciepłym głosem.
Morifia nie posłuchała; wyrwała miseczkę z rąk staruszki i piła zachłannie dopóty, dopóki się nie zachłysnęła.
- Mówiłam - ostrożnie - Zganiła ja kobieta - Najłatwiej się jest zachłysnąć, a najtrudniej docenić to, co ma.
- Co ma pani na myśli? - Zapytała Morifia z gniewem.
Kobieta wpierw przyjrzała się dłuższą chwilę dziewczynie, nim odpowiedziała.
- Dotarły już do nas wieści odnośnie nowego króla - Scarletta Telosa Toma.
Morifia pobladła i opadła na poduszki.
- A jednak mu się udało - Wyszeptała.
- Nie przetrzymam cię tu długo; tylko tyle, ile potrzeba ci na zebrani sił.
Księżniczka zrozumiała.
- Muszę się dostać do fabryk - Powiedziała, próbując się podnieść.
- Hola, hola - Kobieta bezceremonialnie pchnęła Morifię na poduszki - Znów mnie nie słuchasz - tyle, ile potrzeba ci na zebranie sił, a tych jeszcze nie jesteś w pełni.
- Ile tu zostanę? Jaką porę dnia właściwie mamy? - Dziewczyna zaczęła się niecierpliwić.
- Prawie wieczór, wypuszczę cię rano, jeśli wszystko będzie unormowane. Jeśli nie, to najpóźniej wczesnym popołudniem.
- Jesteśmy w wiosce rolniczej, prawda?
- Chyba nie odzyskałaś sprawności logicznego myślenia; oczywiście, a gdzieżby indziej?
Księżniczka zignorowała docinkę starszej pani.
- Mam do przejścia szmat drogi… - Powiedziała tylko.
- Chyba nie myślisz, że pozwolę ci przebyć tyle kilometrów na piechotę? Dostaniesz najlepszego konia, jakiego uda mi się znaleźć w wiosce.
- To zbyteczne, poradzę sobie.
- Nie poradzisz. Skąd do nas szłaś?
- Z miejsca, znajdującego się między Portalem Północnym a Wodospadem Avy. Szłam pięć czy sześć godzin, a przynajmniej tak by wypadało.
- Z pewnością więcej - Staruszka pokręciła głową - Byłaś zbyt wycieńczona.
- Całą noc jechałam na koniu, przez co nie udało mi się zasnąć, dodatkowo cały czas byłam skrępowana.
Nieznajoma nie odezwała się od razu.
- W takim razie muszę oddać ci sprawiedliwość - jesteś bardzo wytrzymała.
- W końcu jestem księżniczką - Morifia uniosła dumnie głowę.
- To akurat nie ma znaczenia - Kobieta wstała z krzesła, na którym do tej pory siedziała - Zostawię cię teraz samą. Gdybyś czegoś zapragnęła lub potrzebowała pomocy, zadzwoń - Wyciągnęła z fartucha masywny dzwonek - To dzwon wzywający na posiłek, na pewno ktoś się tu zjawi - Mrugnęła żartobliwie, po czym wyszła.
Morifia westchnęła i ułożyła się wygodniej na poduszkach. Poczuła się senna, lecz nie na tyle, by nie pomyśleć o sytuacji, w jakiej się znalazła; jej brat, którego najchętniej by się wyrzekła, pozbył się swoich kandydatów, zapewne maczał palce w śmierci ojca i przejął władzę w kraju, co doprowadzi Millenię do ruiny. Dziewczyna postanowiła odszukać swoich braci i wraz z nimi przywrócić porządek w pałacu. Nie wiedziała tylko, gdzie szukać Enareta, co się z nim stało? Fortis był w fabrykach i Morifia mogła ręczyć głową za to, iż nie wpadnie na podobny pomysł odszukania rodzeństwa, tylko będzie siedział tam, dokąd go wysłano.
Dziewczyna westchnęła, poczuwszy ból w skroni. Odrzuciła od siebie wszelkie plany, które najwyraźniej ją tylko męczyły, nie przynosząc zbyt wielkiego pożytku. Jednak Morifia nie była jeszcze gotowa na sen, poczęła zatem rozglądać się po pomieszczeniu, w którym się znajdywała; pokój nie był duży, panował w nim półmrok. Przez jedno z dwóch okien wpadał blask księżyca wprost na drewnianą podłogę. Ściany również były drewniane i wisiało na nich kilka obrazków przedstawiające sceny rodzajowe. Łóżko, na którym dane było księżniczce leżeć było zapadnięte, aczkolwiek całkiem wygodne, z powodu koców, którym było pokryte. Obok niego znajdował się niski stolik ze stojącą na nim świeczką, dającą możliwość obserwacji izdebki. W kącie stał duży kufer, zapewne z ubraniami, ponieważ wieko przytrzasnęło prawdopodobnie rękaw. Morifii zdawało się, iż ten rękaw zaczyna do niej machać. Uśmiechnęła się do siebie i pomyślała, że chyba już nadchodzi sen. Lecz ten nie dał jej ukojenia.
Śniła jej się matka, lecz będąca prawdopodobnie w jej wieku lub trochę starsza; leżała na metalowym stole z rozłożonymi nogami, wokół było pełno krwi. Towarzyszyły jej trzy kobiety w fartuchach - dwie trzymały ją za nogi, a jedna stała przed królową i wbijała w nią wściekłe spojrzenie.
- Musi to pani zrobić, bez względu na uprzedzenia - Mówiła podniesionym głosem.
- Nie chcę, nie… - Jęczała Mitis, próbując się wyszarpać akuszerkom - Nie chcę urodzić tego dziecka.
- Ale to następca tronu, ponadto nie ma takiej możliwości, byś nie urodziła, to wbrew naturze!
- Wbrew naturze jest to, że miesiączka trwa jeden dzień, a ciążą dwa miesiące - Odparła królowa przez zaciśnięte zęby, po czym krzyknęła.
- Wychodzi, musisz przeć, królowo - Rozkazała łagodnym tonem jedna z akuszerek.
- Dobrze, ale to dziecko zostanie powite w kałuży krwi i rozleje ją na nasz kraj - Powiedziała Mitis ze złością i zaczęła przeć.
Po pewnym czasie, który we śnie wydawał się okresem kilku sekund, mały królewski potomek zaczął kwilić; dziecko było całe czerwone od krwi, lecz nienaturalnie, jak każde inne, ale jak gdyby stoczył bój. Królowa coś wymamrotała, po czym straciła przytomność.
- Co ona powiedziała? - Zapytała ostro najstarsza akuszerka, obmywając dzieciaka.
- ,,Scarlett” - Odpowiedziała ta młoda dziewczyna, która odezwała się do królowej - Tak chyba ma mieć na imię.
- ,,Skapany we krwi”, pasuje - Starsza kobieta wzruszyła ramionami, nie zdając sobie z niebezpieczeństwa, któremu właśnie zakłada pieluchę.
Morifia ocknęła się zlana zimnym potem.
- ,,Co to miało być?! - Pomyślała zdenerwowana - Czy ta poczwara nie może mi dać spokoju nawet we śnie? Wystarczy już, że skazał mnie na wygnanie, a kraj na destrukcję… Z drugiej strony przecież nie ma zdolności wpływania na moje sny” - Dziewczyna westchnęła zdając sobie sprawy ze swej bezmyślności, po czym opadła na poduszki.
Księżniczka rozejrzała się ponownie po izbie; dniało, mogło być niewiele po piątej rano.
- Pora się zbierać - Powiedziała dziewczyna do siebie.
Morifia wstała. Koszula, w którą została ubrana sięgała jej do połowy łydek, a na nogach miała wełniane skarpety, chroniącej przed zimnem. W takim stroju wyszła z pokoju wprost do przestronnej izby, pełniącej najprawdopodobniej funkcję zarówno kuchni, salonu, jak i sypialni; na środku znajdował się okrągły, niski stół, a wokół niego - kilkanaście starych, zmechaconych poduszek. W jednym rogu stała kuchenka i zlew, w drugim fotel z wgłębieniem, w trzecim łóżko, a w czwartym słoma, pełniąca te same funkcje, co ono. Ponadto w poprzek ścian znajdowały się szafki, kosze, kufry oraz śmieci. W pomieszczeniu krzątała się już poznana kobieta, przygotowująca posiłek, dziewczyna niewiele młodsza od Morifii cerująca skarpety, starszy mężczyzna - wysoki i barczysty, który właśnie usiadł na fotelu. Na łóżku spały dwie dziewczynki, a na słomie - trzech chłopców. Wszyscy byli wychudzeni i brudni, ale w domu unosiła się atmosfera rodzinności i spokoju.
- Dzień dobry - Morifia, z uczuciem zakłopotania, dygnęła.
- Witaj, moja droga - Jedyna znana jej osoba odpowiedziała jej z uśmiechem - Siadaj, zaraz podaję śniadanie.
Dziewczyna usiadła powoli.
- Mam na imię Morifia - Odezwała się po chwili ciszy, która dla niej była kłopotliwa.
- Wiemy, dziewczyno - Mruknął ogromny mężczyzna spod półprzymkniętych powiek - Jesteś jedną z Tomów. Wszyscy wiedzą, jak wyglądacie, więc nawet spotkawszy cię wczoraj ubrudzoną i pół - nagą na polu kukurydzy wiedzieliśmy, kim jesteś.
- To pan mnie znalazł, panie…
- Latis Kidemon; w rzeczy samej.
Księżniczka przyjrzała się mężczyźnie; mógł mieć około pięciuset sześćdziesięciu lat. Twarz miał spieczoną od słońca, włosy siwe, na głowie duże zakole oraz siwy zarost. Ubrany był w białą koszulę i ciemnozieloną marynarkę, brązowe, szerokie spodnie, włożone w czarne gumiaki. Mimo tego wyglądał spokojnie, a biła od niego duma i władczość.
- To mój mąż - Wyjaśniła starsza kobieta, podając Morifii talerz z kanapkami z masłem i szynką oraz kubek gorącej herbaty - Odpoczywa, zaraz pójdzie na role.
- Dziękuję; pani zostaje w domu, pani…
- Westa Kidemon; tak, opiekuję się moim domowym ogniskiem.
- Ja mam na imię Leni, pani - Odezwała się piękna dziewczyna cerująca skarpety - Jestem pierworodna - Posłała księżniczce śliczny, szczery uśmiech.
- Miło mi cię poznać, Leni - Morifia odwzajemniła jej się uśmiechem.
- Moi bracia - Skinęła głową na śpiących chłopców - To Erikius, Apateon i Scurra, a siostry - Spojrzała na dziewczynki - Efthrasta i Omorfi.
- Piękna gromadka - Przyznała Morifia, choć nie do końca chciała poznawać członków rodziny Kidemonów; najchętniej ruszyłaby już w drogę - Za chwilę sobie pójdę - Przyznała, odkładając pusty talerz po kanapkach - Muszę wracać do domu.
- Wiesz, że to nie będzie proste - Powiedziała Latis.
- Zdaje sobie z tego sprawę, dlatego wpierw udam się do mego brata - Fortisa, byśmy razem odnaleźli Enareta.
- Książę Enaret zaginął? - Zapytała Leni z przestrachem w ślicznych, niebieskich oczkach.
- Nie wierzę w wersję Scarletta, mówiącą, iż uciekł na Ziemię do swej włoskiej kochanki, to nie w jego stylu.
- A co byłoby w jego stylu? - Zapytała młoda dziewczyna.
Morifia przyjrzała się jej; drobna, szczupła panienka, o delikatnych dłoniach i długich blond włosach sięgających pasa, z rumianym licem i bardzo przyjemną buzią.
- Pełnienie obowiązków, do których się zobowiązał - Odparła Morifia poważnie.
- Honorowy mężczyzna - Odparła Leni, a zorientowawszy się, co powiedziała, spłonęła rumieńcem i wróciła do cerowania.
- ,,Oj, byłabyś idealną kandydatką na żonę Enareta - Pomyślała chytrze w myślach - Lecz nim was zeswatam, muszę uratować Millenię przed skąpaniem we krwi”.
- Pomogę ci się zebrać do drogi; dostaniesz od nas najszybszego wierzchowca oraz prowiant - Oświadczyła Latis, podchodząc do swego gościa.
- Bardzo dziękuję za pomoc, ale dam sobie rady - Morifia wzruszyła ramionami.
- Posłuchaj, dziewucho - Kobieta wbiła trzymany w rękach nóż w stół - Gdyby nie my, już byś połączyła się ze swym ojcem w raju, a tak to nam zawdzięczasz życie i możliwość uratowania kraju, lecz nie zrobisz tego samodzielnie, więc nie udawaj bohaterki i przyjmij pomoc prostym ,,dziękuję”, bo nie musieliśmy cię ratować, ale wiedzieliśmy, kim jesteś, wiemy również, jaki jest książę Scarlett - przeceniającym swe siły, słabym chłopcem, którego jesteś w stanie powstrzymać, ale z asekuracją; nie robimy tego dla ciebie, ale dla narodu i siebie, pokazujemy swą dobroć, byś po wyzwoleniu kraju miała nas na względzie i pomogła wydostać się z tej biedy. Spójrz na nich - Wskazała na śpiące dzieci - Chude i głodne, nie zasłużyły na taki los, a ty możesz to zmienić; król Izyros się nami nie przejmował, liczyliśmy, iż z księciem Enaretem będzie inaczej, lecz twój najmłodszy brat urządził sobie rebelię i teraz nadzieja pozostaje tylko w tobie, bo na tego zuchwalca Fortisa żadne z nas nie liczy, zrozumiano?
Morifia wystraszona kiwnęła głową.
- A teraz proste ,,dziękuję” - Rozkazała rozwścieczona Latis.
- Dziękuję - Wyszeptała księżniczka - Bardzo - Dodała.
Pół godziny później Morifia, mająca na sobie ubrania Leni, wyruszyła w drogę na jednym z wierzchowców i z płóciennym workiem na plecach. Jednak nim wyruszyła, zwróciła się po raz ostatni do Latis:
- Przepraszam za to, ile razy panią obraziłam, a o nie było w mojej intencji; jeszcze raz z całego serca dziękuję za okazaną mi dobroć.
- Ależ, drogie dziecko - Kobieta uśmiechnęła się po matczynemu do księżniczki - To nic. W ramach podziękowania wybaw nas.
- Zrobię, co w mojej mocy - Oświadczyła dziewczyna, po czym wsiadła na konia i odjechała.
Morifia miała nadzieję, że uda jej się jeszcze tego samego dnia dostać do wioski osób pracujących w fabrykach. Przerażała ją myśl tak dalekiej podróży oraz miejsc, przez które musiała się przedostać. Już sam widok skalistych, pokrytych śniegiem szczytów Góry Torfu napawał ją niepokojem. Jednak to Las Pekatów był dla księżniczki największym zagrożeniem.
Według legend, Pekatowie to zdziczali Milleńczycy, którzy zostali wywiezieni w głąb lasu na obrzeżach kraju, wiele wieków temu. Morifia co prawda nie musiała przejeżdżać przez las, lecz sama myśl o tak ogromnej bliskości z potworami, paraliżowała ją od środka. W dodatku pogoda zaczęła się załamywać.
- ,,To dlatego Góra wydawała się tak przerażająca” - Pomyślała, ostrożnie zbliżając się do lasu.
Morifia miała proste zadanie - Przejechać przez Most Allaga, ten sam, przy którym miały miejsce obrzędy pogrzebowe jej ojca. Jednak nagle piorun przeciął granatowe niebo, a dźwięk grzmotu zaświdrował w uszach. Koń, zwany Alogo, stanął dęba; dziewczyna z ledwością utrzymała się w siodle.
- Alogo, przestań! - Krzyknęła bezmyślnie, wiedząc, że ten jej nie rozumie.
Faktycznie, koń zamiast się uspokoić, popędził wprost do lasu.
- Nie, stop! - Krzyczała Morifia, lecz nim zdążyła zapanować nad zwierzęciem, znajdowali się już w takim miejscu lasu, z którego nie było widać tego, co poza nim.
Księżniczka rozejrzała się powoli, a panika ogarnęła jej umysł i ciało; trwała sparaliżowana przez pewien czas, a z transu wybudziła ją kropla deszczu, która zagrała na jej nosie. Dziewczyna spojrzała w górę, ale zobaczyła jedynie gęstwinę liści i gałęzi. Chroniło ją to przynajmniej przed ulewą, lecz nie pojedynczymi kroplami.
- Alogo, coś ty narobił… - Wyszeptała.
Dziewczyna kolejny raz omiotła spojrzeniem teren wokół siebie.
- Musimy spróbować - Powiedziała, ciężko dysząc ze strachu - Wydaje mi się, że biegłeś cały czas prosto, zatem musimy obrócić się o sto osiemdziesiąt stopni i już - Słaby uśmiech zagościł na jej ustach przez ułamek sekundy.
Koń obrócił się i ruszył przed siebie, lecz nie uszedł daleko. Z ciemności zaczęły wyłaniać się zakapturzone postacie. Morifia kazała zwierzęciu się zatrzymać. Trwała tak w bezruchu, patrząc na obcych. Postanowiła, że jeżeli zaczną ją atakować, ona obroni się swoją mocą. Jednak gdy otoczyli ją na metr, raptownie się zatrzymali, a z szeregu wystąpił jeden z nich; zdjął kaptur i oczom księżniczki ukazał się przystojny, około sto lat starszy od niej mężczyzna. Miał czarno - siwe włosy, miłą twarz, szare oczy i małą bródkę. Był dość wysoki i postawny.
- Kim jesteś? - Zapytał, co wprawiło dziewczynę w osłupienie, ponieważ legendy głosiły, iż Pekatowie nie potrafią normalnie się porozumiewać, jedynie za pomocą warczenia i pomruków.
- Ja… Z daleka - Nie chciała się ujawniać - ,,A nóż wiedzą o tym, co się dzieje w Millenii?” - Pomyślała.
- Zgubiłaś się, prawda?
- Tak i chciałabym się jakoś stąd wydostać.
- Pomóc ci?
Morifia zmarszczyła brwi.
- Pomóc? A nie przypadkiem uwięzić i zjeść?
Na te słowa cała zgraja nieznajomych wybuchła śmiechem.
- Och, mamy tak mało gości, że zapominamy, o legendach - Roześmiał się mężczyzna, zdejmując kaptur - A my jesteśmy tacy sami, jak wy; moje imię brzmi Allod - Wyciągnął rękę ku księżniczce, ta jednak nie uczyniła podobnego gestu w jego stronę - No dalej, Morifio.
Nagle zgromadzeni ucichli.
- To ona? Czy naprawdę? - Szeptali między sobą.
- Skąd wiesz, kim jestem? - Zapytała księżniczka ostrym tonem.
- Taką mam moc; wiem wszystko o wybranej przeze mnie osobie. Zdaję sobie sprawę z mocy, jaką ty posiadasz. Mogłabyś jednym gestem ręki pozabijać nas wszystkich, ja jednak wierzę, że tego nie zrobisz.
- ,,Bardzo pochopnie jest im wierzyć… Jednak wierzę w jego zdolności” - Myślała księżniczka; nagle wpadł jej do głowy pewien pomysł.
- Zatem jaką ja moc posiadam? - Zapytała nieznajomego.
- Ty, panno Tom, władasz naturą, a jak udało mi się zauważyć, znajdujemy się w lesie - miejscu, w którym możesz wszystko, a przede wszystkim - pozbyć się nas, wedle swej woli, skoro tak bardzo się nas boisz.
Morifia wyprostowała się na swym koniu i spojrzała z góry na zgromadzonych.
- Istotnie, mogę zrobić z wami, co mi się żywnie podoba.
- Dlaczego tego nie robisz? - Zapytał Allod spokojnym tonem.
- Ponieważ… - Zaczęła dziewczyna, lecz zawahała się - Nie wiem; wydajecie się całkiem inni od stworów z legend.
- Nie jesteśmy nimi - Mężczyzna wzruszył ramionami - Rozejrzyj się - Wskazał ręką otoczenie - Nawet nie widzimy powodu, by cię zabijać, nie stanowisz dla nas zagrożenia… Jeszcze.
- Czy wy w ogóle wiecie, co dzieje się w kraju? - Zapytała księżniczka trochę ostrym tonem.
- Niby skąd? - Zaśmiał się Allod.
- W takim razie błogosławcie ten stan, a mnie pozwólcie wrócić do cywilizacji - Pociągnęła konia za lejce.
- Nie ma takiej możliwości - Zaoponował przywódca zgrai, uśmiechając się podejrzanie.
- Dlaczego?
- Należysz już do nas, wiesz o naszym istnieniu - prawdziwym - Zaakcentował przymiotnik - Jesteś ważną postacią w tym kraju, pomożesz nam odzyskać wolność.
- Po pierwsze - Zaczęła wzburzona Morifia, zsiadając z konia - Już nie jestem ważna, a po drugie - wczorajsze odzyskiwanie wolności przez Wyklętych zakończyło się klęską dla tego kraju - Zapadła cisza, w trakcie której dziewczyna obserwowała zdezorientowane miny zebranych - Przecież wy nie wiecie, o czym ja mówię… - Westchnęła, po czym opowiedziała nieznajomym o ostatnich dniach w historii Millenii.
- Król Izyros nie żyje? - Zapytał Allod podnieconym tonem.
- Niestety.
Mężczyzna odwrócił się w stronę współbraci.
- Kanalia nie żyje! - Wykrzyknął, unosząc ręce do góry.
Lesisty teren wypełniła wrzawa radosnych okrzyków.
- Co to ma znaczyć?! - Wykrzyknęła księżniczka - Bezcześcicie pamięć mego ojca!
- Raczej insekt, zamiatający pod dywan wszystkie niedogodności - nas, Wyklętych… To wszystko sprawa Izyrosa.
- Tak, lecz zrobił to, by chronić przed wami resztę społeczeństwa…
- A co my takiego uczyniliśmy? Jedynie domagaliśmy się własnych praw, chcieliśmy polepszyć nasze warunki bytu, zacząć zapewniać dzieci, że następnego dnia dostaną coś do jedzenia, żyć w normalnych warunkach socjalnych, móc zmienić pracę na taką, która nas nie wyzyskiwała… Lecz król nie był w stanie tego dokonać, z powodu swej niewiedzy i lenistwa.
- Jak możesz posądzać mego ojca o dyletanctwo?
- Ależ, księżniczko, to prawda - Odezwała się kobieta z tłumu - Trójka moich dzieci zmarła z głosu, mąż z wycieńczenia, pracując w kopalni… Nie wiem, jakim cudem ja przeżyłam.
Morifia nie była w stanie się odezwać, mętlik zapanował w jej głowie.
- O czym wy mówicie? - Zapytała w końcu słabym głosem.
- O tyranii twego ojca, księżniczko - Wyjaśnił czułym głosem Allom - O jego ignorancji w sprawach ludu, a zainteresowaniem jedynie dochodami pałacu; zapewne nigdy nie doznałaś głodu, więc nie potrafisz stawić się w naszej sytuacji, lecz nie idealizuj swego ojca; skoro jego własny syn posunął się do morderstwa, a grupa ludzi do rebelii? Jak zły musiał być, by sobie na to zasłużyć?
- Scarlett to wariat, dlatego zabił ojca.
- Jednakże również i on doznał od niego złego traktowania.
- Tylko dlatego, że wysłał go na obóz dla trudnej młodzieży?
- Zamiast rozwiązać problem, dokładnie.
Morifia zamilkła i poczęła analizować w głowie postać brata.
- On po prostu jest inny od nas wszystkich - Odparła dziewczyna.
- Ponieważ zauważa zło, które rzeszy się w pałacu.
- To on jest złem - Powiedziała Morifia stanowczo.
Allod westchnął cicho.
- Twego stosunku do brata nie zmienimy, ale możemy wyciągnąć cię z tej złotej klatki.
- Scarlett już o to zadbał - Odparła dziewczyna kpiąco.
Nastała cisza, w trakcie której Morifia analizowała rewelacje na temat jej ojca.
- Kim wy właściwie jesteście? - Zapytała w końcu - Co takiego dokładnie zrobił wam nasz ojciec? Może to tylko wina rządu?
- Rząd zawsze działa w spółce z królem. Kim my jesteśmy? - Allod rozejrzał się - Prostym ludem, który doznał ucisku.
- Zapewne gdy wiecie o śmierci ojca, zechcecie wrócić?
- Po co? - Zaśmiał się mężczyzna - Tu nam dobrze, a w Millenii co nas czeka? Był tu rok temu, jeżeli dobrze liczę, pewien starzec. Opowiedział nam co nieco o obietnicach partii startujących w wyborach; kto wygrał?
- Siła Millenii.
Allod prychnął.
- Czym znęcił lud? Pieniędzmi na dzieci? I co teraz z tego jest?
- 700 arumów na drugie dziecko, pod warunkiem że pierwsze jest wciąż niepełnoletnie.
- Widzisz - obietnice były inne, teraz przekształcają je na swoją korzyść.
- Nie ważne, pomoc i tak istnieje.
- Naprawdę wierzysz, księżniczko, że te pieniądze idą na dzieci? - Mężczyzna uśmiechnął się z politowaniem - Proszę, spójrz na niedawny wzrost zakupu artykułów domowych, pojazdów lub, co gorsza, używek.
- Czy ty widziałeś? - Morifia zaczęła się denerwować.
- Nie, ale jestem pewny, iż dzieje się tak, jak mówię; ludzie wydają tę ,,pomoc”, jak ją szlachetnie ujęłaś, na własne, domowe czy nie, potrzeby, pomijając przy tym dzieci. Oczywiście, nie wszyscy zapewne, lecz większość widzi w tym dodatkowy dochód dla swego gospodarstwa. Wiesz, jakie rozwiązanie byłoby najlepsze? Zafundowanie tym dzieciom wyprawek, książek, przyborów szkolnych… Niestety, dla ograniczonych, zachłannych umysłów naszych polityków, realizacja dobrego pomysłu w ten sposób jest zbyt trudna. Obiecali - dali, a co się z tymi pieniędzmi dzieje - to już nie ich sprawa, oni wykonali swoje zadanie.
- Nie dostrzegasz pozytywnych stron - Zaoponowała dziewczyna.
- Są, jak najbardziej, lecz ja nie jestem naiwny.
Morifia otworzyła szeroko oczy ze wzburzenia.
- Sugerujesz, iż jestem naiwna? - Zapytała, ledwo łapiąc oddech; odwróciła się i włożyła stopę w strzemię, jak gdyby chcąc odjechać.
- Nie, księżniczko, absolutnie nie - Ujął ją delikatnie za ramię, powstrzymując jednocześnie - Nie jesteś naiwna, lecz twój sposób postrzegania świata przez pryzmat złotej klatki, w której umieścił cię ojciec, objawia się właśnie takimi poglądami; skoro coś z wierzchu wydaje się być dobre, to takie musi być, więc nie próbujesz nawet zagłębiać się w sprawę. W dodatku to, co mówimy, oczernia wizerunek twego ojca, dlatego tym trudniej jest ci przyjąć prawdę.
Morifia ze spokojem słuchała słów nieznajomego; jego głos był kojący i przekonywujący. Księżniczka westchnęła, po czym znów odwróciła się w stronę zebranych, w tym również Alloda.
- Masz słuszność - Skinęła głową, wbijając wzrok w ziemię - Chcę wam tylko pomóc - Oświadczyła nagle - Jeżeli mówicie prawdę, nadszedł czas na zmiany.
- Już ten starzec przed rokiem proponował nam zmiany - wolność, szacunek, godne życie… Ale miało zostać to okupione krwią i buntem, a tego nie chcieliśmy. Odrzuciliśmy propozycję współpracy i nie żałujemy.
- Czy wiesz, kim był ten mężczyzna?
- Przedstawił się jako Pater.
Dziewczyna wciągnęła głęboko powietrze przez nos.
- Zapewne ojciec lub ktoś z rodziny Dominy.
- Kogo?
- Przyjaciółki Scarletta, mego brata… A zatem ona maczała w tym palce - Kobieta zmarszczyła brwi z gniewu - Zapewne Scarlett działa pod jej wpływem.
- Próbujesz wybronić brata? - Zapytał Allod.
- Ja… Nie wiem - Morifia westchnęła - Tak, wiem co powiesz - ,,patrzenie przez pryzmat złotej klatki”… Nagle w głowie pojawiła mi się myśl, że uda mi się przeciągnąć Scarletta na swoją stronę.
Mężczyzna pokręcił głową.
- Tak myślałam - Księżniczka zwiesiła głowę - Muszę odnaleźć dwóch braci i walczyć przeciwko trzeciemu… - Pokręciła głową - Czy zechcecie się przyłączyć? Być może uda wam się odzyskać wasze prawa; skoro już znam waszą historię, jestem skłonna wam pomóc.
- Cóż za poświęcenie - Prychnęła młoda kobieta z tłumu.
- Rarimo, przestań - Skarcił ją Allod.
- Ja bynajmniej nie chcę wracać - Dziewczyna nie posłuchała.
Morifia przyjrzała się nieznajomej; miała ognistorude włosy, ostre rysy twarzy, szczupłą sylwetkę, wysoki wzrost, duże oczy oraz butną minę.
- A byłaś kiedyś w Millenii? - Zapytała księżniczka z wyższością - Wydajesz się być dosyć młodą, dlatego śmiem wątpić.
- Ja wiele jej opowiedziałam - Z szeregu wysunęła się starsza kobieta - O bezkarności polityków, ich immunitetach, którymi wymachują, pędząc dorożkami, zachłanności i obłudzie; o naszym dziwnym, pełnym luk i kruczków prawie.
- ,,No nie miała jej co przed snem opowiadać” - Pomyślała Morifia szyderczo.
- Rok temu ten mężczyzna - Kontynuowała starowinka - Powiedział, iż posłowie uznali, że ich praca jest bardzo ciężka, więc ich kwota wolna od podatku powinna wzrosnąć do 26 tysięcy arumów!
- To nie moja sprawa - Ton dziewczyny stał się oschły.
- W takim razie może zainteresuje cię fakt - Ciągnęła kobieta - iż kiedyś mojej córce odebrano trójkę dzieci, która żyła w skrajnym ubóstwie i oddano je do rodziny zastępczej. Jednak nie to jest istotne; urzędnicy zamiast dać mojej córce pieniądze, jakąś zapomogę, użyczyli wsparcia finansowego rodzinie zastępczej!
- Wystarczy - Allod przerwał ten babski wywód - Doskonale zdaje sobie pani sprawę z tego, że taki stan rzeczy nie jest winą księżniczki.
- Lecz ona też jest z koryta.
- Co? - Morifia zmarszczyła brwi - Ja jestem gotowa poświęcić życie za ten kraj, iść na wojnę z Thymosem, zrzec się praw księżniczki, a wy oskarżacie mnie o coś, z czym nie mam nic wspólnego!
- Dokładnie, dlatego proszę, Mulio , wróć do wioski - Zwrócił się Allod do starszej pani, która zareagowała na te słowa szokiem, aczkolwiek bez gadania odwróciła się i odeszła w głąb lasu - A co do twej propozycji, księżniczko - Mężczyzna mówił bardzo łagodnym głosem - Jestem skłonny ją przemyśleć, mam nadzieję - Tu zwrócił się do współbraci - że wy również; nie chodzi o organizowanie drugiego zamachu, ale istotą naszej sprawy jest odzyskanie dobrego imienia oraz należytych nam praw. Nie musimy wracać do centrum - nam dobrze się tu mieszka. Jednak mierzą nas te legendy, wywodzące się z kłamliwej propagandy. Sama widzisz, jesteśmy zwykłymi Milleńczykami, w dodatku bardzo pracowitymi. Jeśli chcesz, możemy oprowadzić cię po naszej wiosce, którą przed laty sami zbudowaliśmy.
- Z wielką chęcią - Morifia uśmiechnęła się delikatnie - Jednakże muszę już jechać; mam wrażenie, że burza już przeszła, choć nawet jej nie słyszałam.
- To zasługa mocy moich towarzyszy - Wskazał w kierunku kilku mężczyzn w różnym wieku, którzy skinęli głowami księżniczce - Wytworzyli specjalną barierę ochronną nad wioską oraz miejscem, w którym się znajdujemy, jeśli przekraczamy granicę.
- Jestem pod wrażeniem - Dziewczyna odwzajemniła skinienie nieznajomym - Lecz przez to nie wiem, czy mogę już wyruszyć.
- Możesz - Odezwał się młody chłopak z tłumu - Chmury przemieszczają się na zachód, nad Thymos. Będzie co prawda wiał chłodny wiatr, ale słońce będzie świecić, a już jutro zapowiada się ciepły dzień.
- To Kairi, nasz meteorolog - Wyjaśnił Allod.
- Dziękuję za informację - Zwróciła się Morifia w jego stronę.
- W takim razie wracajcie do wioski - Rozkazał mężczyzna Pekatom - Ja jeszcze chciałbym cię przeprosić, księżniczko - Zwrócił się skruszony w stronę swego gościa - Za to, jak wyraziłem się o twym ojcu; wiem, iż był ci bardzo drogi i jego idealny obraz pozostanie w twoim sercu na zawsze, lecz w stosunku do nas wyrządził wiele krzywd, a moja reakcja była taka, jakiej życzył sobie tłum.
- Rozumiem - Morifia spoważniała - I nie chowam urazy. Fakt, zrobiło mi się co najmniej przykro, lecz dobrze, że prawda wyszła na jaw.
- Chciałbym się do ciebie przyłączyć, pomóc tobie i swemu ludowi. Czy teraz jestem w stanie coś zrobić?
Dziewczyny wsiadła na konia, zastanawiając się równocześnie.
- Dopóki nie dam wam sygnału, zbierajcie siły oraz broń - Widząc skonsternowaną minę mężczyzny, dodała - Niestety jest to niezbędne, chociażby do obrony; mój brat was nie oszczędzi.
- Skoro tak, spróbuję to jakoś wytłumaczyć Pekatom. Jak dasz nam znać?
- Najprawdopodobniej przyślę wam posłańca, który was zbierze i wyruszycie do miejsca, w którym będę się znajdować.
- Dobrze. Dziękujemy za szansę - Allod złożył kobiecie głęboki ukłon.
- To ja dziękuję za waszą pomoc, Allodzie - Morifia uśmiechnęła się serdecznie do nowego znajomego - Do zobaczenia.
- Do zobaczenia - Mężczyzna również się uśmiechnął, dzięki czemu stał się przystojniejszy.
Morifia nakazała Alogo obrócić się, a gdy to zrobił, posłała Allodowi ostatnie spojrzenie, po czym odjechała.
- Jedź wciąż na wprost! - Krzyknął za nią Allod.
Morifia po przejechaniu przez Most Allaga postanowiła jechać od tyłu Ruin Zamku Fragor, by żadna para niepożądanych oczu jej nie ujrzała. Niestety postój wśród Pekatów opóźnił podróż księżniczki, która to musiała zatrzymać się w ruinach na noc. Zastanawiała się nad podjechaniem jeszcze do bloków na przedmieściach, jednak nie wiedziała, jakie nastroje panują wśród ich mieszkańców - jeżeli podobne do nowo poznanych odludków, nie miała co liczyć na podobna litość. Dlatego dość spokojną, gwiaździstą i ciepłą noc spędziła na kamieniu, podobnym do stołu z jadalni. Gdy tylko pierwsze promienie słoneczne ją obudziły, wyjechała w dalszą drogę, by w miarę niezauważoną przejechać koło bloków; udało się. Mniej bała się Domów Ludzi z Fabryk, kolejnej ubogiej klasy społecznej Millenii. Pozostał jej jeszcze Most Imunus, aż w końcu - Fabryki, gdzie miała nadzieję znaleźć Fortisa; gdy tam dotarła, zbliżała się godzina trzynasta trzydzieści.