wtorek, 24 kwietnia 2018

Cześć, chciałabym ogłosić, że na ten moment zawieszam publikację postów na tym blogu, ze względu na to, iż przeniosłam się na Wattpad. Tam publikuję moją trzecią książkę: ,,Kraina Marzycieli. Grzesznik" (tak, zmieniłam tytuł), link tutaj: https://www.wattpad.com/story/144939329?utm_source=android&utm_medium=facebook&utm_content=story_info&wp_page=story_details_button&wp_uname=MagdalenaDziedzic4&wp_originator=Fgc5ZG%2FTMd6B1XGCnheESpncCf2wbBhVX0tLWbHWQeIVuxWS8HQUFmutlS%2BRxKJB7ikUouXXefbt7L0f14MwqfJVGff35GS7CiDg2kB3W%2Br3%2FKfqPPlMqY%2Fn%2BV%2BVDWCr  Może kiedyś jeszcze wrócę na ten blog, jednakże ze względu na malejącą liczbę wyświetleń i fakt, że Blogger jest już trochę przestarzały, prawdopodobnie nie nastąpi to szybko. Dziękuję zatem za lekturę, wyświetlenia i zainteresowanie. Do zobaczenia na Wattpad!

niedziela, 25 lutego 2018


Muzyka dobiegła końca, a tancerze, ponownie byli świadkami aplauzu.
- Widać, że mamy do czynienia z zawodowcami, których talentu my zwykli śmiertelnicy nie jesteśmy w stanie prześcignąć – Oświadczył Lucjan, podchodząc do swej żony i składając pocałunek na jej mocno upudrowanym policzku – A teraz przejdźmy do najprzyjemniejszej części wieczoru – Odparł, prowadząc Honoratę do stołu.
Kolacja była wykwintna, podano wiele dań – zarówno lekkich, jak i ciężkostrawnych. Aromat potraw zmieszał się z oparami alkoholu, który zaczęto lać do kieliszków strumieniami. Wąsaci wujkowie zaczęli opowiadać historie z wojska, na przemian ze sprośnymi kawałami, co wywołało głos sprzeciwu u ich żon oraz wykwit rumieńców na policzkach młodszych uczestników kolacji, chyba że matki w porę zakryły im uszy. Przekleństwom i śmiechom nie było końca, twarze dorosłych zaczęły robić się coraz bardziej czerwone z powodu alkoholu. Ktoś zaproponował, aby otworzyć okno. Sala unosiła się od rozmów pogodnych, wypełnionych anegdotkami oraz od tych bardziej nerwowych, w których dominowała tematyka polityczna. W którymś momencie jeden z wujków, jak się później okazało, dziadek Marceliny i zarazem kuzyn ojca Maurycego, odezwał się do młodego Zwodzkiego.
- Ty podobno znasz tę małą, która ma zasiąść na tronie – Zagadnął go Zbyszek, który siedział po drugiej stronie stołu.
- Jestem, można tak powiedzieć, jej opiekunem – Wyjaśnił Maurycy, wytrącony ze słuchania opowieści babci.
- Już ją wytegowałeś? - Mężczyzna mrugnął okiem i uśmiechnął się sprośnie.
- Słucham?
- Zbysiu, nie przy dzieciach! - Odezwała się natychmiast Halina, jego żona,, mając najwyraźniej na myśli ich już dorosłą córkę.
- Wiesz, o czym mówię... - Mąż kuzynki nie przestawał mrugać porozumiewawczo okiem.
- Nie... Nie spałem z nią, jeśli o tym mówimy; jest moją protegowaną, więc to byłoby niestosowne, poza tym nie znamy się zbyt długo – Odparł Maurycy, opadając na krzesło, jakby to jedno pytanie go wyczerpało.
Młody mężczyzna rozluźnił krawat i rozpiął pierwszy guzik białej koszuli, a w tym czasie Piotr nalał mu wódki do kieliszka, widząc że bratanek zaczyna się denerwować.
- Jakie długie i męczące zdanie – Westchnął Zbyszek – Ze stolicy przyjechał i już myśli, że wielki pan – Mruknął mężczyzna niezadowolony.
- Zbysiu, ty już nie pijesz – Zaoponowała Halina, odbierając mężowi kieliszek sprzed talerza.
- A jak oceniacie tę dziewczynę, nadaje się? - Zapytał Piotr głośno, aby uniknąć kłótni; w tym czasie Maurycy wypił zawartość kieliszka.
- Z tego, co piszą w gazetach, to jest ona przeznaczona do tej roli – Odparła któraś z kobiet – Chyba powinniśmy zaufać mądrości naszej Yuki – Odparła z namaszczeniem.
Maurycy nie mógł się powstrzymać od śmiechu, mimo że Piotr uderzył go w ramię, żeby przestał.
- Ja rozumiem, że jesteś bezbożnikiem i nihilistą, ale okaż choć trochę szacunku – Odezwała się ponownie kobieta, która była kuzynką jego babki.
- Nie będę szanował głupoty – Stwierdził młody mężczyzna, kładąc łokcie na stole i nachylając się w stronę reszty gości – Wiara w boginię, zmyśloną przez białych popaprańców zakrawa na postradanie zmysłów; kapłani przypisują jej rozmaite zjawiska, które da się wyjaśnić w rozsądny sposób i to jest wasze jedyne potwierdzenie na istnienie tej bogini – Ostatnie słowo wypowiedział z sarkazmem.
- Czy ty nas właśnie obrażasz? - Obruszył się mąż kobiety.
- W ogóle – Kolejna ironia.
- A co z Bogiem? - Zapytała nagle Marcelina, uciszając wzmagające się szepty.
- Moim zdaniem, nawet jeśli istnieje, to nie jest ani sprawiedliwy, ani miłosierny – Ciągnął dalej Maurycy, tym samym, pewnym siebie tonem – Nie chodzi mi tu nawet o wojny, czy nieszczęścia, za które odpowiadają ludzie – taka konsekwencja posiadania wolnej woli, ale chodzi mi o to bezsensowne zło, które jest niczym nieusprawiedliwione. Bóg bawi się ludźmi, jak rozwydrzony dzieciak swoimi nowymi zabawkami, które i tak zaraz rzuci w kąt, a portfele rodziców spłodzą mu nowe.
- Może pójdziemy zapalić? - Zapytał Piotr nerwowym tonem, a ciszej dodał – Bo za chwilę wywołasz wojnę, co będzie konsekwencją twojej wolnej woli i niewyparzonej gęby.
Maurycy przez kilka sekund wpatrywał się w twarz wujka ze skupieniem, po czym uśmiechnął się niezbyt szczerze.
- Papierosa nigdy nie odmówię – Odrzekł, a następnie wstał.
- Gdy będziecie wracać, poproście obsługę, aby zaserwowała tort! - Krzyknął za nimi Lucjan licząc, że słodka przyjemność udobrucha zgromadzonych.
Dwaj mężczyźni zostawili burzę za sobą i wyszli na orzeźwiające, chłodne powietrze, które owiało ich twarze i cienko ubrane ciała, na które nie założyli płaszczów, a wieczór był już zimny; nosem dało się wyczuć zbliżającą się powoli zimę, a atramentowe niebo, z ciężko zwisającymi z niego chmurami wyglądało, jakby zaraz miało pokryć cały świat śniegiem.
- Co ty wyprawiasz? - Zapytał Piotr ostrym tonem.
Maurycy, odpalając papierosa, patrzył zdziwiony na wujka.
- O co ci chodzi? - Zapytał, chowając zapalniczkę do kieszeni czarnej marynarki – O to, że jestem szczery i nie chcę udawać idealnej rodzinki, jak pozostali?
- W ten jeden wieczór mógłbyś.
- Dlaczego? Ponieważ zebraliśmy się tu wszyscy razem, co za naszego życia zapewne się nie powtórzy i celebrujemy zjazd krypto – grzeszników? Nie cierpię takiej obłudy.
- Myślałem, że to właśnie ty jesteś największym kłamcą, jakiego znam – Stwierdził Piotr, po czym zaciągnął się.
- Kłamać od czasu do czasu, a żyć w kłamstwie, to dwie różne rzeczy; ja praktykuję to pierwsze, jak sam zauważyłeś. Ale nie żyje obłudnie, bo moje niemoralne życie jest wszystkim dobrze znane, nawet temu Zbyszkowi, którego ni chuja, nie kojarzę – Maurycy zasępił się i skupił na zaciąganiu.
- Spokojnie – Odparł jego wuj odruchowo – Więc co chcesz osiągnąć?
- Chcę pokazać tym wszystkim ludziom, jacy są obłudni – Maurycy wskazał na drzwi, za którymi znajdowała się elita potępionych.
- Po co? Chcesz wynieść swoją osobę ponad innych?
- Po prostu wkurwia mnie takie zachowanie, nie zamierzam pozować jak laleczka na wystawie i uśmiechać się do wszystkich sztucznie, tylko dlatego, że kultura tak nakazuje; kultura jest dobrą przykrywką dla zła.
- Dlaczego teraz? - Zapytał Piotr, choć znał odpowiedź; podszedł do bratanka powoli; Maurycy podniósł zasmucony wzrok na wujka – Ponieważ nikt ci nie pomógł, a teraz nagle babka wynosi cię na piedestał, jakbyś był jej trofeum?
Młody mężczyzna pokiwał głową; Piotr aż nazbyt dokładnie opisał jego uczucia.
- Chyba powinniśmy już wracać – Stwierdził młody mężczyzna, wyrzucając niedopałek do popielniczki – Poprośmy o ten tort; może jak wszyscy się zamulą, to zrobi się trochę spokojniej – Uśmiechnął się smutno, po czym wszedł do środka.
Po chwili Piotr również znalazł się wewnątrz budynku, akurat w momencie, gdy Maurycy kończył rozmowę z kelnerami. Mężczyźni bez słowa wrócili do stołu, a chwilę później przyjechał czteropiętrowy tort z lukrem. Wszyscy goście wstali i wesoło zaśpiewali 100 lat, co w tamtym momencie wydawało się nieadekwatne.
Gdy każdy miał już przed sobą kawałek tortu, wydawać by się mogło, iż w sali zgromadziła się jedna wielka, szczęśliwa rodzina; wszyscy uśmiechali się do siebie z gębami pełnymi ciasta. Dzieci w końcu przestały się nudzić i łapczywie rzuciły się na słodki przysmak. Ten śliczny obrazek utrzymywał się do momentu, gdy Zbyszek nie zaczął rozmawiać ze swoim bratem o polityce.
- Moim zdaniem to jest bezsensu, że nie będziemy mogli zadecydować o tym, kto będzie nami rządził za niedługo, tylko spada taka mała kurka znikąd, nic nie umie i uczy ją kilku białych szaleńców – Mówił szybko, jednym tchem.
- Albinosi już jej nie uczą; była raz, ale zabrałem ją stamtąd – Wtrącił Maurycy.
- I dobrze zrobiłeś – Dodał Wacław, brat Zbyszka – Powinien ją uczyć ktoś kompetentny, a nie oszuści; kto ją uczy? Nie znam tej kobiety, ale jeżeli, tak jak mówisz, jest Marzycielem, to na pewno jest bardziej kompetentna od albinosów.
- A moim zdaniem królem powinien zostać Bartosz – Stwierdził Zbyszek surowym tonem.
Maurycy aż się zakrztusił winem, które akurat pił.
- Ta lebiega? - Zapytał, gdy udało mu się złapać oddech – Która dostała się do pałacu tylko dlatego, że sypia z królową?
- Trzeba sobie radzić w życiu, żeby udowodnić, ile jest się wartym.
- Udowodnił tylko tyle, że jest dobrym przydupasem.
- Dzieci, nie słuchać! - Krzyknęło nagle kilka kobiet.
- Ma zdolności przywódcze, nie to, co ta jego Berenika – Ciągnął Zbyszek.
- Kochanie, chcesz jeszcze ciasta? Ja nie dojem – Zapytała go żona mając nadzieję, że przestanie gadać.
- Przodkowie Bereniki co prawda zdobyli tron siłą, ale udowodnili, że nadają się do rządzenia; ona ma to przynajmniej we krwi – Odpowiedział Maurycy w miarę spokojnym tonem.
- Moim zdaniem ona jest tylko panienką, która potrafi się stroić i puszczać na prawo i lewo, jak jej matka – Odparł Zbyszek, jedząc równocześnie tort.
Maurycy wciągnął głęboko powietrze nosem.
- Moim zdaniem Bartosz ma predyspozycje do rządzenia, znacznie większe niż ta Berenika czy Antonina; baby nie nadają się do takich rzeczy.
Dało się słyszeć pomruki sprzeciwu ze strony siedzących wokół pań.
- A ciebie nikt nie nauczył, że jak się je, to się nie odzywa? - Zapytał go Maurycy ze słodkim uśmiechem – Można się zadławić – Wyjaśnił, wykręcając nadgarstek pod stołem i lekko ściskając palce.
- I trudno! - Odburknął Zbyszek.
I dokładnie w tym momencie mężczyzna poczerwieniał na twarzy i oczy prawie wyszły mu z orbit; chwycił się za gardło, jakby chcąc przekazać wszystkim na migi, że się dusi, choć nie trzeba było tego nikomu tłumaczyć.
Halina zaczęła krzyczeć, Wacław chwycił brata w pasie i ścisnął, chcąc go ratować, a Marcelina nie zareagowała. Piotr za to z przerażaniem spojrzał na Maurycego, który wpatrywał się ze skupieniem w duszącego się. Potem popatrzył na ręce bratanka – jego przypuszczenia potwierdziły się.
- Przestań – Syknął Maurycemu do ucha, na co ten rozluźnił rękę.
Wtedy Zbyszek zaczerpnął powietrza w płuca.
- Zabierzcie go na zewnątrz – Rozkazała Honorata zimnym tonem; nie spodobał jej się przykry incydent w jej radosnym dniu.
- Przecież nic bym mu nie zrobił – Mówił w tym samym czasie Maurycy do wujka, uśmiechając się – No nie mów, że mu się nie należało.
- Trochę tak – Piotr skinął głową – Ale nie musiałeś od razu robić przedstawienia.
- Gdy widownia siedzi, zawsze musi być przedstawienie z ludzkiego dramatu – Młody Zwodzki wzruszył ramionami, a uśmiech satysfakcji nie schodził mu z ust – Zastanawia mnie tylko jedna rzecz – Zmienił nagle temat – Dlaczego żadna z moich sióstr nie przyjechała?
- Pytałem o to moją matkę; podobno nie miały czasu.
- Jasne... - Maurycy przewrócił oczami; znał niechęć części swych sióstr do dziadków oraz na odwrót – A może nie dostały zaproszenia? Z tego co wiem, babka uważa, że architekt czy makler giełdowy, to nie są odpowiednie stanowiska dla kobiet. Tak tłumaczę nieobecność Dominiki czy Moniki.
- Bliźniaczki obrywają jak zwykle razem – Skomentował Piotr, uśmiechając się smutno; dawno nie widział swoich sześciu bratanic.
W tym momencie zadzwonił telefon Maurycego. Mężczyzna wyszedł na korytarz, aby wysłuchać Michała i mu doradzić. Gdy skończył rozmawiać, jak spod ziemi wyrosła przed nim Marcelina.
- Cześć – Przywitała się, podając rękę mężczyźnie – Mam na imię Marcelina – Przedstawiła się aksamitnym głosem.
- Wiem – Maurycy uścisnął wyciągniętą dłoń i przedstawił się.
- Widziałam, co zrobiłeś mojemu ojcu – Mówiła dziewczyna z podziwem.
- Nie żal ci go było? - Maurycy oparł się niedbale bokiem o ścianę i skrzyżował ręce na piersi, mierząc nowo poznaną osobę wzrokiem.
- Za tę uwagę o ,,babach”? - Prychnęła z pogardą – Nic a nic. Poza tym wiedziałam, że go nie udusisz.
- Miałem przez chwilę na to ochotę, ale po co niszczyć babci święto; niech się bawi swoimi marionetkami.
Marcelina zaśmiała się.
- Dla niej życie to teatr, a my jesteśmy jej kukiełkami; ale nie jest Bogiem i kiedyś umrze – Dziewczyna wzruszyła ramionami, jakby mówiła o zabranym jej ostatnim kawałku tortu, którego z powodu zamulenia i tak nie miała zamiaru jeść – Śpisz tutaj? - Marcelina nagle zmieniła temat.
- A czy to ważne? - Zapytał Maurycy, chcąc sprowokować swoją rozmówczynię.
- Dla mnie tak, bo ja spędzam tu noc i chcę wiedzieć, czy będę miała jakieś ciekawe towarzystwo, nie tylko moich starych.
- Nie zabrałaś ze sobą lalek? - Zażartował mężczyzna.
- Ha, ha, ha – Marcelina nie była zadowolona; uderzyła Maurycego pięścią w ramię – Mam już siedemnaście lat, jestem dorosła.
- Poszukaj sobie zatem towarzystwa w swoim wieku – Droczył się Maurycy.
- W takim razie ty powinieneś dołączyć do tej geriatrii przy stole – Marcelina skinęła głową w stronę sali – Wiem, ile masz lat, dziadku.
Mężczyzna zaśmiał się.
- Widzę, że wyciągamy pazurki – Stwierdził, patrząc w dół – wprost w oczy dziewczyny, która była od niego znacznie niższa.
- Wolałabym, żeby co innego zostało wyciągnięte – Odparła, zagryzając dolną wargę delikatnie.
- Ktoś tu się naoglądał za dużo filmów – Stwierdził Maurycy, na co Marcelina spojrzała na niego gniewnie.
- Nie to nie, po powrocie do domu czeka na mnie tuzin chłopaków, którzy odwiedzili mój dom pod nieobecność rodziców i z chęcią zrobią to drugi raz – Dziewczyna chciała odejść, ale Maurycy chwycił ją za rękę; Marcelina zadrżała i ścisnęła zimne, chude palce mężczyzny, jakby właśnie dostała swoją nagrodę; spojrzała na niego z iskrami w oczach.
- Zostaję na noc w pokoju numer sto trzynaście – Odparł Maurycy.
- Ja w sto piętnaście, to obok – Wypaliła Marcelina zapominając, że się przed chwilą obraziła – Zanim tu przyjechaliśmy, tatuś ostrzegł mnie przed tobą – Dodała słodkim głosem – Mówił, że miałeś tyle kobiet, ile mieszka w naszej wsi, a moja miejscowość nie jest wcale taka mała. Przesadził?
- Tylko trochę – Mężczyzna uśmiechnął się nonszalancko.
Telefon Maurycego znów zadzwonił.
- Wybacz – Odparł, po czym pocałował dłoń Marceliny, której palce wciąż splecione były z jego palcami; mężczyzna przerwał ten zbyt spoufalony uścisk, aby sięgnąć do kieszeni po telefon.
- Słucham? - Zapytał, wychodząc na zewnątrz; wykorzystał to, by zapalić papierosa.
- Cześć, brat – Odezwał się kobiecy głos po drugiej stronie; dzwoniła Lidka, jedyna starsza siostra mężczyzny – Powiedz mi, jesteś u dziadków? - Zapytała trochę niepewnie.
- Tak, jako jedyny przedstawiciel naszej siódemki. Co z wami?
- Daria i Karolina pracują, Dominika i Monika nie dostały zaproszenia, a ja i Justyna nie chciałyśmy przyjeżdżać.
- No tak... - Westchnął Maurycy; tęsknił za siostrami.
- Jak jest?
- Sztucznie i zbyt słodko – Mężczyzna wolał nie wspominać o zalotach Marceliny, ani o incydencie ze Zbyszkiem – Babka zachowuje się jak królowa, a dziadek adoruje wszystkich.
- Jest...?
- Nie.
Cisza.
- Mam do ciebie jeszcze jedno pytanie; co robisz w święta? - Zapytała Lidka.
- To dopiero za miesiąc, tak daleko w przyszłość nie wybiegam.
- Zapomniałam, że ty żyjesz z dnia na dzień. Nieważne – Maurycy wyobraził sobie, jak siostra w tym momencie kręci zmęczoną głową – Ale nie miałeś planów spędzenia tego czasu z jedną ze swoich kochanek?
- Nigdy nie spędzam świąt z kochankami. Zazwyczaj dostaję zaproszenie od Marysi i Andrzeja.
- To w tym roku ja i Robert zapraszamy cię do siebie – Odparła szybko Lidka, jakby zaraz miała się rozmyślić.
- O... To miło – Maurycy uśmiechnął się pod nosem – Naprawdę mnie zapraszasz?
- A jesteś czysty? - W pytaniu dało się wyczuć złość i zniecierpliwienie.
- Wiesz, że tak; mniej więcej od pół roku – Mężczyzna nie krył rozgoryczenia.
- To przyjedź, proszę – Odparła Lidka łagodnie, wręcz ze skruchą.
Maurycy mocno się zaciągnął.
- Z chęcią przyjadę – Odparł szczerze – Do zobaczenia – Rozłączył się; przez chwilę patrzył w ekran telefonu, jakby miało na nim wyskoczyć oblicze siostry.
Maurycy wszedł do budynku powolnym krokiem. Odechciało mu się być na tej zabawie; widok szmacianej rodziny przyprawiał go o ból głowy. Nie rozumiał, jak można wyselekcjonować członków rodziny na tych godnych uwagi lub nie oraz awansować ich, gdy sami sobie na coś zapracują. Kochał swoich dziadków, bo chyba musiał, ale ich ignorancja wydawała mu się bezkresna. Mężczyzna wrócił do stolika, mijając tańczące pary, które rzuciły się na parkiet gdy tylko perkusista wybił rytm, i opowiedział Piotrowi o rozmowie z siostrą.
- Widzę, że traktuje cię jako swego syna marnotrawnego – Odparł prawnik z patosem.
- Najpierw pomagała, potem puściła wolno... A tera prosi mnie, żebym wrócił z podkulonym ogonem – Stwierdził Maurycy, po czym spełnił toast, który podniósł jeden z wujków.
- Może zwyczajnie tęskni? - Zapytał Piotr, odkładając swój kieliszek.
Maurycy patrzył smutno na stół i dzióbał palcem w czysty widelec, przyniesiony niedawno przez obsługę, w razie jakby ktoś jeszcze ktoś chciałby jeść po obfitym obiedzie.
- Jak tam rozmowa z mamusią? - Podął w końcu.
- Wymuszona – Mruknął jego wuj i tym razem to on wzniósł toast – Zapomnieli o swoich błędach, a gdy ja zacząłem je popełniać, przypomniałem im o przeszłości, o której nie wspominają, choć się jej nie wstydzą. Nienawidzą mnie – Dodał smutnym tonem.
- Aż tak źle chyba nie jest – Maurycy zmarszczył brwi z niedowierzaniem.
- Własna matka na pierwszy taniec na swoich zajebanych urodzinach – Mówił Piotr lekko bełkocząc; najwidoczniej ostatni kieliszek mu zaszkodził – Wyznaczyła ciebie na swojego partnera... Srał pies męża, własnego syna zignorowała, traktując go jako niby plamkę farby na obrazie.
Młody Zwodzki jeszcze nie był na tyle wstawiony, żeby łączyć poetyckie porównania z wulgaryzmami, ale było to tylko kwestią czasu.
Ten stan rzeczy zmienił się, około dwudziestej trzeciej, gdy Piotr i Maurycy z ochotą dołączyli do szopki i wskoczyli na parkiet. Młodszy z nich wyciągał do tańca najstarsze uczestniczki zabawy, które łypały na zebranych najgroźniejsze miny. Wiele egoistycznej radości sprawiało mu zawstydzanie kobiet, jedną z nich w przypływie weny ujął za twarz i pocałował. Kobieta uciekła zdegustowana, a Maurycym w końcu zainteresowała się Marcelina.
Dziewczyna weszła na parkiet, gdy jej ojciec zajmował się swoją starszą siostrą, którą Maurycy pocałował i nie mógł skupić całej uwagi na córce.
Praktycznie obcy dla Marceliny mężczyzna przywitał ją z tajemniczym, ale zachęcającym uśmiechem i wyciągniętą w jej stronę dłonią. Nie powiedzieli sobie nic, tylko dali się ponieść skocznej melodii.
Maurycy był oczywiście szarmancki, bezpośredni i pełen uroku, jak dla każdej kobiety, którą chciał zdobyć. Marcelina zdawała sobie sprawę z jego taktyki, ale z niekłamaną satysfakcją była jej uległa.
Godzinę później dziewczyna stała przed drzwiami swego pokoju i nerwowo rozglądała się wkoło. Gdy w końcu zauważyła idącą w jej stronę wysoką postać w czarnych: kamizelce i wąskich spodniach oraz białej koszuli, udała, że właśnie szukała swoich kluczy w kopertówce.
- O! A to niespodzianka! - Wykrzyknęła Marcelina teatralnie.
- Zwłaszcza, że powiedziałaś mi po tańcu, że posiedzisz na dole maksymalnie godzinę i pójdziesz spać... Bardzo wyraźnie akcentując ostatnie słowo – Odparł Maurycy z uśmiechem, opierając się bokiem o framugę drzwi.
- Jakim cudem domyśliłeś się, co miałam na myśli? Twoja demencja jeszcze nie jest tak rozwinięta? - Zapytała dziewczyna z przekąsem, wyjmując kluczyki z kopertówki.
Maurycy nie odpowiedział, tylko wszedł za Marceliną do pokoju.
- Tutaj jest łazienka, tam mały salon i kanapa, na której będę spała, a za tymi drzwiami – Dziewczyna gestem ręki oprowadzała swego gościa – Sypialnia rodziców, w której zapewne będzie nam wygodniej, niż na kanapie; ojciec jeszcze tu nie spał, więc nie powinniśmy zarazić się jego cebulowatością.
Marcelina pewnym krokiem weszła do sypialni i zapaliła lampki nocne.
- Wystarczy? - Zapytała Maurycego, który podszedł blisko do niej.
- Jeśli aż tak bardzo się wstydzisz – Odpowiedział mężczyzna i zatkał dziewczynie usta pocałunkiem, aby przestała już gadać.
Mężczyzna odwrócił kobietę i rozpiął jej czarną sukienkę, a potem uniósł Marcelinę tak, że dziewczyna oplotła go nogami w pasie. Maurycy idąc na drugą stronę łóżka, całował równocześnie kobietę po ramionach i biuście. Następnie rzucił ją na łóżko i zdjął z Marceliny sukienkę oraz rajstopy – dziewczyna została w gustownej, koronkowej bieliźnie.
- Przygotowałaś się, widzę – Stwierdził mężczyzna, taksując kochankę wzrokiem.
- Wiedziałam, że będziesz – Odparła Marcelina, klękając i sięgając do guzików jego marynarki – Nie mogłam przepuścić takiej okazji – Dodała, po czym chwyciła Maurycego za koszulę i pociągnęła za sobą na łóżko.


Czterdzieści minut później, Marcelina opatulona pościelą zapytała sennym głosem:
- Spotkamy się jeszcze?
Maurycy, który siedział na krańcu łóżka i zakładał buty, odparł obojętnie:
- Pewnie na kolejnym rodzinnym spotkaniu; teraz czas na pogrzeb – Uśmiechnął się półgębkiem.
- A tak poza rodzinnym kręgiem...?
Mężczyzna odwrócił się w stronę dziewczyny i spojrzał na nią z ubolewaniem.
- Jeśli masz na myśli wypad na niezobowiązujący seks – Nachylił się w stronę Marceliny i spojrzał jej głęboko w oczy – To nie mam ochoty się z tobą w to bawić; sama i tak mówiłaś, że znasz wielu chłopaków, którzy z chęcią znów się z tobą prześpią, więc szukaj zabawy wśród rówieśników – Wrócił do butów, które w tamtym momencie interesowały go bardziej niż dziewczyna.
- Czyli nie skusisz się na młode, chętne ciałko? - Marcelina skrzyżowała ręce pod głową.
Maurycy pomyślał o innym ciele, już nie tak młodym, na które z ochotą by się skusił.
- Przykro mi – Wstał – Jeżeli zbyt często będę ganiał za małolatami, skończę jak Piotr – Ruchem głowy wskazał drzwi, jak gdyby wuj za nimi stał – A trzeba uczyć się na błędach starszych, nieprawdaż? - Zapytał z uśmiechem.
- Właśnie widać – Kąciki ust dziewczyny uniosły się drwiąco.
Maurycy zaśmiał się pod nosem.
- Ja już uciekam – Odparł po chwili ciszy – A tu wskakuj w piżamkę i udawaj cnotkę.
- Nie zostawisz mi pamiątki po sobie? - Marcelina zrobiła minę zbitego psa.
Mężczyzna westchnął w duchu, ale uległ dziecinnemu czarowi dziewczyny; usiadł obok niej, sięgnął za jej ucho...
- Czary mary – Odparł cicho i wyciągnął z nicości różowego goździka.
Marcelina pisnęła z radości i pocałowała namiętnie dalekiego kuzyna matki. Potem mężczyzna wyszedł, zostawiając młodą pannę z kwiatkiem w ręku i niczym więcej.
Maurycy zszedł do sali biesiadnej, a tam na parkiecie wujek w średnim wieku prezentował swój wybitnie rytmiczny taniec, jak gdyby nie miał nóg. Od czasu do czasu przejeżdżał językiem po ustach w charakterystyczny, pijacki sposób. Reszta towarzystwa albo tańczyła z dala od niego, albo prowadziła ożywione rozmowy, powtarzając wypowiedziane już opinie, lecz z większą emfazą lub zgadzając się ze swymi rozmówcami, zawiązując niemalże braterskie przymierza. Mężczyzna znalazł swego krewnego, który płakał na ramieniu swego ojca i zwierzał się z najskrytszych żalów, które tylko alkohol potrafi wydobyć na światło dzienne. Maurycy jeszcze nie był na tyle pijany, aby zacząć płakać na myśl o swoim ojcu, więc tylko usiadł obok mężczyzn i przysłuchiwał się im z zasępioną miną.
Dwie godziny później jednak zarówno wujek, jak i jego bratanek chwiejnym krokiem pokonywali stopniowe wzniesienia i zdobywali piętrowe szczyty, aby osiągnąć swój cel na trzecim piętrze Mount Everest. Po wejściu do pokoju mogli zakończyć swój triathlon – picie, palenie i spanie - na ostatnim etapie. Piotr próbował zdjąć buty, ale niebezpieczny manewr zakończył się utratą równowagi i bezładnym runięciem na łóżko. Rozpostarł ręce, zajmując całą powierzchnię posłania, co i bez tego gestu by mu się udało, ze względu na tuszę. Maurycy natomiast zdjął kulturalnie marynarkę oraz buty i wyciągnął się na kanapie, obejmując się w pasie, aby zapewnić sobie więcej ciepła.
Rano goście – jedni w lepszym stanie, inni w gorszym – konsumowali spokojnie śniadanie; poranne słońce przebijało się przez szyby, delikatny, chłodny wiatr, przedostający się przez otwarte okna, drażnił starsze panie, które ze zmarszczonymi, upudrowanymi noskami kazały pobliskim mężczyznom zamknąć lufty. Zapach kawy, jajek i świeżych ziół błąkał się od stolika do stolika, wpychając się do nozdrzy sennych uczestników śniadania i przywodząc im na myśl ciepłą pościel, z której niedawno zrezygnowali.
Obrazek ten zepsuły dwa upiory – jeden z wydatnym brzuchem, który zakryty był krwistym swetrem, na nogach mając źle dopasowane, granatowe spodnie; z sarmackim, czarnym wąsem i trupiobladą twarzą mógłby odgrywać rolę Upiora w ,,Weselu”. Wzrok miał rozbiegany i zagubiony, usta wygięte w dół, w grymasie bólu. Towarzysząca mu zjawa trzymała się tylko odrobinę lepiej; wychudła, ubrana cała na czarno – buty nad kostkę, wąskie spodnie, bluza z kapturem bez zamka; sunęła powoli, powłóczając nogami, ręce skrzyżowała na piersi i omiatała spokojnym spojrzeniem zgromadzonych gości.
Mężczyźni usiedli przy jednym z pustych stolików i jakby nigdy nic nalali sobie kawy i zaczęli przygotowywać śniadanie. Ignorowali zdziwione spojrzenia rodziny, którzy nie akceptowali pojawiania się w takim stanie w towarzystwie; ci, którzy dali w palnik albo starali się udawać, że mają mocne głowy i zeszli na śniadanie, albo – co praktykowała większość nocnych niedobitków – siedzieli w swoich pokojach, żeby nie przynosić wstydu rodzinie. Piotr i Maurycy jednak nie zamierzali ukrywać stanu, który towarzyszył im przez większość życia.
W trakcie ich cichego posiłku, Honorata i Lucjan dosiedli się do nich. Zapytali kurtuazyjnie, jak im minęła noc, jak podobało się przyjęcie, czy poznali wszystkich członków rodziny, kiedy mają zamiar wyjechać... Mężczyźni kulturalnie, acz zwięźle odpowiadali na pytania. Większości z nich nawet się nie przysłuchiwali, tylko w odpowiednich momentach potakiwali głowami. Piotr pamiętał swoje kompromitujące zachowanie, którego dopuścił się przed swym ojcem, dlatego starał się podążać za słowami swoich rodziców i zbytnio nie wychylać się z zainicjowaniem nowego tematu, żeby przypadkiem nie natrafić na tabu. Jednak taka ostrożna, konwenansowa rozmowa w końcu znudziła się państwu Zwodzkim, którzy pod byle pretekstem wrócili do swojego stolika.
Nagle do sali weszła Marcelina. Maurycy i Piotr obrócili za nią głowy i podziali jej sprężyste ruchy oraz rude włosy, spływające kaskadami po jej plecach.
- A tak na marginesie – Odezwał się Piotr, nie odwracając wzroku od Wenus – Gdzie ty byłeś w nocy, gdy cię nie było? - Zapytał beznamiętnie.
- Jak to, gdzie? - Maurycy, trzymając mocno filiżankę w dłoniach, patrzył na wujka spod uniesionej brwi – Tam, gdzie byłem.
Piotr spojrzał na bratanka niezadowolony.
- No co? - Młody mężczyzna roześmiał się – Głupie pytanie, głupia odpowiedź.
- Ha, ha, ha – Mruknął prawnik – A tak szczerze? Gdzie wyszedłeś w nocy? Dodam tylko, że nie ma sensu kłamać, gdyż zniknięcie Marceliny również zauważyłem.
- To po co pytasz?
- Szukam potwierdzenia.
- Mam ci pokazać zużytą gumkę?
- Ciszej! - Syknął Piotr, rozglądając się.
- O! Widzę, że po jednej nocy nasiąknąłeś charakterem swoich rodziców – Oburzył się Maurycy – Teraz mam mówić tylko to, co wypada w towarzystwie?
- Nie, przepraszam – Westchnął wuj – Po prostu nie chcę, żeby te stare ciotki zanadto się tobą interesowały – Zapadła chwila ciszy – Ale pozwolę sobie dodać tylko tyle, że nie pochwalam odbywania stosunków seksualnych z własną rodziną – Odparł mężczyzna karcącym tonem.
- Dla mnie to żadna rodzina; gdybym przespał się z siostrą Jasia, mógłbyś mieć mi to za złe, ale w przypadku Marceliny... - Maurycy pokręcił głową – Nie masz takiego prawa.
- Rób, co chcesz – Piotr poddał się; od dawna nie wzbudzał respektu u nikogo, z wyjątkiem nowych podwładnych oraz kobiet, którym chciał zaimponować, opowiadając o swoim zawodzie.
Marcelina usiadła i spojrzała w stronę stolika, zajmowanego przez tych dwóch mężczyzn. Jednak ten, którego wzrok chciała uchwycić, zignorował ją. Dziewczyna zrozumiała znak i z bólem serca odwróciła głowę w stronę nieinteresującego dla niej ojca.
- Dlaczego? - Zapytał Piotr, patrząc na zawiedzioną minę panny.
- Aby nie wzbudzać podejrzeń – Wyjaśnił Maurycy twardo – Zbyszek urwałby mi jaja, gdyby dowiedział się, że przeleciałem mu córkę – Przyznał mężczyzna spokojnym tonem kogoś, kto rozmawia o pogodzie – Inna sprawa, gdyby mi na niej zależało, ale to dziewczyna, jak każda inna; nie ma w niej nic niezwykłego.
- Dla ciebie tylko jedna kobieta jest niezwykła – Zauważył Piotr kąśliwie.
- Nieprawda – Uciął krótko Maurycy.
- Zapomniałem! - Jego wuj uderzył się w czoło – Jest jeszcze Tosia.
- Słucham?
- Zaprzeczysz, wiem, ale dowiodę tego, że ta mała ci się podoba – Stwierdził jego wuj z podejrzanym uśmiechem.
- Ta rozmowa wkracza na niebezpieczne tory – Powiedział Maurycy powoli – Zjemy i jedziemy do domu? - Zmienił temat.
- W istocie – Odparł prawnik, po czym dopił kawę, beknął niezbyt cicho i rzucił serwetkę na stół; zauważył skonsternowany wzrok bratanka – No co? - Rzucił od niechcenia – Żadnego tabu, chyba tego chciałeś, prawda?
- Mimo to kultura byłaby miło widziana – Maurycy wstał.
- Zapomniałem, że z ciebie taki delikates – Mruknął Piotr z sarkazmem.
Młody Zwodzki chciał coś powiedzieć, lecz jego chrzestny oddalił się w stronę stołu, zajmowanego przez seniorów rodu, z którymi chciał się pożegnać. Maurycy jedynie pomachał im ręką i wyszedł, aby zapalić papierosa. Kilka minut później dołączył do niego wujek.
CDN...

piątek, 9 lutego 2018

Przepraszam, że ostatnio się tu nic nie dzieje, ale matura pochłania cały mój czas. Chciałabym jednak podzielić się z Wami moim opowiadaniem, za które otrzymałam wyróżnienie na ogólnopolskim konkursie ,,Lipa" 2017 :)

ŚWIATNIEC 
  Świtało. Kwartet smyczkowy delikatnymi dźwiękami dogrywał walca
wiedeńskiego. Noc przeradzała się w dzień. Nad horyzontem zaczęło wznosić się
pomarańczowe słońce, opromieniając swym rażącym blaskiem scenerię nocnej
kawiarenki, świadka ludzkich emocji, uzewnętrznianych tylko w słabym świetle
księżyca i lamp ulicznych. W kawiarni nie było już klientów; ostatni wyszli kilka
minut przed wschodem słońca, by nie objęło ich swym blaskiem i nie zdradziło
sekretów nocy. Pozostawili po sobie jedynie ciepłe krzesła, aromat kawy i wypitych
trunków. Te znaki ludzkiej obecności zaczęły mieszać się z intensywnością cyprysów,
mimozy i lawendy. Kelnerzy sprzątali gorączkowo, marząc o śnie. Ziewali, stukali
filiżankami i talerzami, rozpoczęły się krótkie wymiany zdań, którym wtórował szum
fal, a wszystko po to, by,  zatuszować noc. Każdy z nich jednak doskonale pamiętał
wydarzenia rozegrane w ciemności. Jeden z kelnerów westchnął i spojrzał w niebo,
wahające się pomiędzy nocą a dniem. Im dłużej się w nie wpatrywał, tym wydawało
mu się ciemniejsze.
        Nagle słońce cofnęło się i zaczęło zachodzić, a kawiarenka dopiero się otwierała,
rozbrzmiewając śmiechem pierwszych gości. Była to para nastolatków, ubrana w
kolorowe, zwiewne stroje, jakże podkreślające wigor ich wieku. Po nastrojeniu się,
kwartet rozpoczął grać sambę. Wesoły, lekki rytm porwał młodą parę do tańca.
Chłopak, imieniem  Antonio, gwałtownie odstawił sok pomarańczowy i porwał swoją
partnerkę, Laurę, do tańca. Błyskawicznie znaleźli się na parkiecie. Wczucie się w
rytm nie sprawiło im trudności., szybko się dostosowali Nie rozmawiali ze sobą,
jedynie wymieniali spojrzenia pełne młodzieńczej, jeszcze naiwnej miłości. Ruchy ich
były giętkie i gibkie. Laura poruszała krągłymi, dopiero co ukształtowanymi biodrami,
co podobało się Antoniemu. Patrzył z podziwem i pożądaniem, które samego go
zawstydziło. Zarumienił się i wbił wzrok w podłogę. Laura roześmiała się i zaczęła
jeszcze bardziej prowokować nie tylko Antoniego, lecz również kelnerów, ci jednak
ignorowali zaloty dziewczyny. Antonio ze złością puścił jej ręce i przez chwile para
tańczyła osobno, choć próbowała się zbliżyć do chłopaka. W końcu udało jej się tak
zakręcić jego szczupłym ciałem, że zawirował jak baletnica i wylądował w jej
ramionach. Tak ich to rozśmieszyło, że zażegnało niepoważny kryzys. Ostatnie
promienie słoneczne ogrzewały parę, oślepiając ich od czasu do czasu. Słyszeli wtedy
tylko odgłosy swych niepewnych kroków. Czuli gorący oddech partnera na swej
skórze, gdy pozwolił sobie na zbliżenie do siebie. Wywoływał on szybsze bicie serca i
lekką niepewność wzajemnych reakcji. Podniecenie narastało, potęgowane nastrojem
chwili, pełnej intensywnych zapachów cyprysów, szumu fal, przywodzące na myśl
swobodę i gorące powietrze, które za niedługo stało się lżejsze. W tym momencie
kwartet przestał grać. Antonio i Laura spojrzeli na siebie zawstydzeni, ale i
zadowoleni. Skinęli sobie głowami i odeszli, każde w swoją stronę.
Kelner uśmiechał się, sprzątając stolik. Para przypomniała mu o słabym,
znanym mu kiedyś uczuciu. Wystawiając twarz na ostatnie promienie słoneczne, czuł
się znów młody i lekki, lecz wraz z zachodem słońca, po jego ciele przeszedł dreszcz,
a gęstość właśnie zapadniętego zmroku owiała go i kazała oglądać nową scenę.
Tym razem to bladoróżowe światło lamp ulicznych nadawało charakter
kawiarence. Pod tymi lampami zaczęły pojawiać się damy o podejrzanej reputacji.
Wystrojone w długie, zwiewne płaszcze lub futra, które sugestywnie odkrywały ich
ciała. Makijaż miały mocny, lecz staranny. Podkreślonymi oczami wodziły wzrokiem
po mężczyznach z kawiarenki. Ich widok wywoływał w patrzących uderzenia gorąca,
a połączone z aromatem lawendy – wręcz zasłabnięcia. Nagle między nimi przeszła
elegancka kobieta, w czarnej koronkowej sukni, o zwiewnej spódnicy - Isabel. Jej
oczy wyrażały rozpacz; czarne włosy spięła w ciasnego koka. Rozejrzała się po lokalu
i napotkała wzrok Leona. Był taki, jakim go zapamiętała – przystojny, ciemnowłosy,
lecz w jego oczach ujrzała żal. Isabel usiadła przy osobnym stoliku i zamówiła
szampana. Szlachetny smak trunku rozgrzał ją i dodał pewności siebie. Spojrzała na
Leona, który palił papierosa. Doszedł do niej gryzący zapach dymu i wywołał mdłości.
Zamknęła oczy, lecz zapach stawał się intensywniejszy. Nagle ktoś ujął jej dłoń –
Leon, ten sam, jak sprzed lat.
Kwartet energicznie wybił rytm tanga. Isabel pozwoliła, by Leon poprowadził
ją na parkiet. Doskonale znała ten taniec, dlatego nie dostosowała się do nikogo, Leon
również, co pozwoliło im na dopasowanie. Słabe światło lamp było skierowane na
nich, morze uspokoiło się, a jego zapach, przyniesiony z bryzą, owiewał tańczących.
Ci jednak byli rozgrzani alkoholem. Ich ruchy były zdecydowane, pewne, wiedzieli,
co robią. Ich spojrzenia były przesycone nienawiścią, lecz bliskość, na jaką sobie
pozwalali, odkrywało ich miłość. Ciała trzymali wyprostowane, lecz nie były one już
tak gibkie jak kiedyś. Stawiali skomplikowane kroki, z którymi ich partner musiał
sobie poradzić. Wydawali się sztywni, ale targały nimi emocje; gdy muzyka stawała
się spokojniejsza, pozwalali sobie na przytulenie. Dawne silne uczucia odżyły i
wyciskały z ich oczu łzy. W pewnym momencie melodia rozweseliła się i
przypomniała kochankom o ich utraconym szczęściu, o którym niełatwo było im
zapomnieć. Isabel uśmiechnęła się, pełna radości, czuła się dziesięć lat młodsza. Leon
odwzajemnił uczucia; uniósł partnerkę do góry i okręcił dokoła. Wtedy muzyka znów
spoważniała; para coraz mocniej trzymała się za ręce. Choć nie było nienawiści,
narastały pretensje. Isabel co rusz puszczała ręce Leona, a on próbował je odzyskać z
coraz to bardziej nieszczęśliwą miną. Na przemian przytulali się i odpychali. W
pewnym momencie muzycy zwolnili. Isabel odeszła, a Leon zaczął przyglądać się
kobietom spod latarni, zwłaszcza jednej, która podeszła do niego i pocałowała go
Wtedy Isabel podbiegła do męża i odciągnęła go od kochanki, porywając w szybki,
skomplikowany taniec, pełen nienawiści i brutalności. Na koniec Leon odepchnął
Isabel, która uderzyła o wysoki, ceglany mur. Patrzyła, jak jej mężczyzna odchodzi.
Dyszała ze złości i bezsilności, spuściła oczy. Niemalże rzuciła się na krzesło, na
którym uprzednio siedziała. Noc stała się dla niej czarniejsza, zapach lawendy
nieznośny, a smak szampana wyrazistszy. Szum morza i rozmów zlał się dla niej w
jedno. Było jej gorąco od powietrza, alkoholu, gości kawiarenki, dam spod latarni,
kwiatów i utraconej miłości. Po chwili odeszła.
Kelner oparł się o ścianę kawiarni, bliski omdlenia. Było mu gorąco od
rozpalonej w nim utraconej miłości. Myślał, że zwariuje od ciemności, lecz wtedy
niebo rozjaśniło się, powietrze stało się lżejsze, a zapach mimozy stawał się
wyraźniejszy. Posprzątał popielniczkę i lampkę, które umył razem, w pośpiechu.
Latarnie już dawno zgasły, damy zniknęły, księżyc począł się chować, a słońce
wystawać znad horyzontu. Wciąż jednak to nie był dzień, a w kawiarni pojawiła się
jeszcze jedna para, z około trzydziestoletnim stażem małżeńskim – Julia i Fabian.
Usiedli spokojnie, zamówili kawę, której aromat owiewał pozostałych gości.
Wpatrywali się w ostatnie, błyszczące na niebie gwiazdy. Przytuleni do siebie,
rozkoszowali się swoim ciepłem w tych ostatnich, chłodnych chwilach nocy.
Kwartet zaczął grać rumbę, do której Fabian elegancko zaprosił Julię. Poruszali
się w wolnym rytmie muzyki bardzo wprawnie, chwaląc się swym doświadczeniem.
Julia ruszała już ukształtowanymi, pełnymi biodrami. Jej czarne włosy spływały
swobodnie na plecy. Wzrokiem kusiła Fabiana, ruchami – innych mężczyzn. Mąż nie
pozostawał jej dłużny, wypatrując młodych kobiet przy stolikach. Jednak była to tylko
z ich strony gra, głównie mająca na celu skupienie uwagi partnera. Julia skupiona na
przystojnym, ciemnowłosym Fabianie przytulała się do niego i odchylała, prezentując
swe wdzięki, zarezerwowane tylko dla męża. Ich ruchy przypominały ruchy fal
morskich, których odgłosy były coraz bardziej słyszalne. Para była pewna swych
ruchów i uczuć. Patrzyli na siebie ze spokojem i w końcu z miłością. Na zakończenie
melodii wtuleni w siebie zapragnęli wieczności i zapomnienia o przeszłości. Potem
Fabian delikatnie ujął dłoń Julii i pocałował ją.
Para odeszła w jedną stronę. Wtedy słońce wyszło nad horyzont, oczyszczając
swym blaskiem scenę kawiarenki. Kelner zabrał filiżanki po kawie, oddychając już
równo, pełen nadziei. Wraz z ostatnimi dźwiękami walca wyszedł  z kawiarni już
spokojnie i poszedł do domu, przyzwyczajony, że ta noc powtarza się bez końca.