czwartek, 31 grudnia 2015

Scarlett siedział na szezlongu znajdującym się przed pokojem jego matki. Był to jej prywatny ,,gabinet’’, w którym przyjmowała swoje przyjaciółki, kuzynki, ciotki itd.. Ogólnie rzecz biorąc, mogły tam wejść tylko kobiety lub dzieci królowej, a synowie tylko do trzechsetnego roku życia. Fortis już zatem nie mógł, lecz Scarlett- owszem. Dlatego teraz musiał czekać, aż matka odprawi jedną z kuzynek, która wpadła na cotygodniową popołudniową herbatkę. Siedziała tam już drugą godzinę. Polyla, bo tak ma na imię, znana jest z długiego języka i koszmarnego gadulstwa. Zawsze trudno się jej pozbyć. Teraz królowa znów musiała się zmierzyć z tym problemem. W końcu drzwi otworzyły się i jedna z dwórek Mitis- śliczna, krucha blondyneczka Xanthia, która miała słabość do każdego z książąt po kolei, więc teraz pora na Scarletta- wpuściła młodego mężczyznę do środka.
Książę wszedł do dość przestronnego pokoju, pełnego kanap, foteli i wygodnych poduszek dla najmłodszych gości. Wszędzie były rozłożone stoliki do kawy, a w jednym z rogów stała wielka szafa z mnóstwem sukienek w każdym rozmiarze. Obok znajdował się rząd toaletek ze światełkami wokół luster. Przy równoległej ścianie stały komody na biżuterię, buty i różne akcesoria. Ściany były pomalowane w przyjemny kremowy kolor z wzorkami w delikatne kwiaty. Na drewnianych panelach nie znajdował się żaden dywan. Jedną ścianę całkowicie zajmowały lustra, a inną- najwęższą- duże okno z wyjściem na taras. Tam znajdowały się wygodne, białe meble ogrodowe. Wszystko harmonicznie ze sobą współgrało, wydawało się idylliczne, a w czasie wojen i konfliktów to miejsce stawało się jedynym bezpiecznym miejscem. W każdym bądź razie dla każdego, kto mógł tam wejść.
Mitis stała na tarasie i machała na pożegnanie Polyli, gdy podszedł do niej syn z rękami założonymi z tyłu, wyglądając przez to jak urzędnik.
-Scarlett!- krzyknęła Polyla, zobaczywszy syna swej kuzynki; zaczęła machać jak opętana, ponieważ książę wciąż był dla niej małym chłopcem.
Mężczyzna skinął kobiecie lekko głową, lecz nawet cień uśmiechu nie pojawił się na jego twarzy.
-Mógłbyś być choć trochę milszy- syknęła Mitis tak, by Polyla tego nie zauważyła.
Gdy tylko natrętna kuzynka zniknęła z pola widzenia, królowa odwróciła się twarzą do syna.
-Jaka pilna sprawa sprowadza cię do mnie?- zapytała oficjalnie.
-Chciałbym porozmawiać z tobą o mej jedynej siostrze- Scarlett przyjął podobny ton, jednakże on mógł spojrzeć na swoją rozmówczynię z góry.
-Zatem wejdźmy do środka- królowa wskazała ręką gabinet.
Gdy matka ruszyła przodem, Scarlett odetchnął głęboko; nie chciał przeprowadzać tej rozmowy, aby w razie wywołania gniewu ojciec, po nitce do kłębka nie doszedł do roli Scarletta w tym spisku. Bo był to spisek- jedyny sposób w jaki księżniczka powinna myśleć o wojnie było wspieranie swojego kraju z jak największego dystansu lub zastanawianie się, czy jej ukochany przeżyje. Sama propozycja wzięcia udziału księżniczki w bitwie była objawem niesubordynacji. Jej zadaniem jest ładnie wyglądać, a nie bić się.
Mitis usiadła na jednej z pąsowych kanap, a Scarlett zasiadł na brzoskwiniowym, tapicerowanym fotelu.
-Po pierwsze- zaczęła królowa, zakładając nogę na nogę- przestańmy używać tego oficjalnego tonu- westchnęła- Przecież jesteśmy matką i synem, a nie urzędnikiem i petentem.
Scarlett wzruszył ramionami.
-Zatem dobrze- odparł bez entuzjazmu.
-Co cię do mnie sprowadza?- zapytała Mitis powtórnie.
-Jak już wspomniałem- sprawa Morifii.
-A co dokładniej?
Scarlett zastanowił się, jak ubrać wskazówki siostry w słowa.
-Widziałem dzisiaj, jak walczy- zaczął książę dość pewnie, wysoko unosząc głowę- Zawsze wiedziałem, że walczy dobrze, ale dziś w południe mi zaimponowała- kłamał- Wydawała się być mistrzynią w tym, co robi, nawet na tle wszystkim walczących wokoło mężczyzn.
-To się chwali- Mitis nie kryła zadowolenia- Jestem z niej dumna, mimo iż walka stereotypowo nie pasuje do młodej dziewczyny, a przede wszystkim do księżniczki. Pomimo tego cieszę się, że znalazła  swoją drogę życiową. A przynajmniej tymczasowo.
-No ja właśnie w sprawie tej drogi życiowej- odparł Scarlett szybko i trochę niewyraźnie; odchrząknął- Wierzę, że będzie dobrą zawodniczką, jeżeli jednak nigdy nie dostanie szansy od losu, nie spełni się na tym polu.
Mitis przeanalizowała trochę pokrętną wypowiedź syna, po czym zapytała dość niepewnie:
-Co masz na myśli?
-Bitwa z Thymosanami zbliża się lada dzień- Scarlett starał się zachować spokój i chłód, lecz sam nie wierzył w swoje słowa- Uważam, iż wraz z ojcem powinniście dać jej właśnie tę szansę- spojrzał przelotnie na swoje dłonie- i włączyć Morifię w szeregi naszego wojska.
-Poczekaj, stop- Mitis pomachała dłońmi przed oczami- Nie mówisz tego poważnie, prawda?- zapytała, marszcząc brwi- Nie wierzę, że takie słowa padają z ust mego najmłodszego syna.
-To uwierz- Scarlett znów wzruszył ramionami, starając się ukryć słabnącą pewność siebie- Może i rzadko spostrzegam zdolności mojego rodzeństwa, jednakże Morifia zwróciła moją szczególną uwagę. Po prostu- przełknął ciężko ślinę nie mogąc wymówić tego, co chodziło mu po głowie; w końcu zdecydował się na alternatywę- Po prostu wyróżnia się wśród wszystkich wojowników. Tak matko- wojowników, nie- wojowniczek.
Mitis wstała, wpatrując się w syna jak w ducha. Zamrugała dwa razy oczyma i tylko odwróciła się od niego. Musiała na spokojnie pomyśleć, skupiając swój wzrok na czym innym. Padło na stojące na jednej z komód puzderko, w środku którego znajdował się komplet bransoletek z malachitu. Bawiła się nimi na przemian, choć głównie podświadomie, ponieważ cały czas analizowała w głowie każde wypowiedziane przez Scarletta słowo, każdy jego najdrobniejsze ruch twarzy i tembr głosu. Wniosek dla niej był tylko jeden.
-Zawsze jesteś taki poważny i oficjalny- zaczęła powoli, odkładając bransoletki na miejsce i odwracając się powoli w stronę syna- Zawsze kpisz ze swego rodzeństwa, nie przejmujesz się nimi do póty, do póki nie są ci potrzebni.
-To dość drastyczne słowa- zauważył spokojnie młody mężczyzna.
-Jednak taka jest rzeczywistość- Mitis spojrzała głęboko w oczy księciu- Nie dajesz się poznać z innej strony. W każdym bądź razie- westchnęła- nie łatwo cię zachwycić kimkolwiek, zwłaszcza twoim rodzeństwem. To pierwsza rzecz, która mnie uderzyła w twojej wypowiedzi. Druga to twoja pewność siebie; zawsze jesteś dumny, lecz w rozmowie ze mną zachowujesz trochę zwyczajnego luzu. Teraz wydawałeś się nawet spięty, zmuszony do słów, które padły z twoich ust. Gdy tylko podałam je w wątpliwość twoje zuchwalstwo opadło. Starałeś się utrzymać pozory, ale raz uciekłeś ode mnie wzrokiem. To wystarczyło, by zapaliła mi się wyimaginowana czerwona lampka. Raz zawahałeś się na dłużej, przełknąłeś ciężko ślinę i zastanawiałeś się nad tym. Z czegoś zrezygnowałeś. Domyślam się, że chciałeś powiedzieć, że wyróżnia się wśród waszej czwórki, ale duma ci na to nie pozwoliła. Zamieniłeś to na wojowników- Mitis uśmiechnęła się delikatnie przez sekundę- Znam cię aż za dobrze, synu.
Scarlett przez chwilę wytrzymał wzrok matki, lecz po chwili spuścił oczy. Wstyd mu było, że królowa go tak szybko rozszyfrowała.
-A zatem- Mitis powróciła na swe miejsce i nachyliła się do syna- jaką przysługę wyświadczyłeś dla Mori?- jej głos stał się subtelniejszy, a wzrok złagodniał; chciała dobrocią wyciągnąć od syna prawdę.
-W sumie to nic takiego…- Scarlett zachowywał się, jak gdyby jego sekret był wstydliwy; nie mógł przecież wyjawić matce, że Enaret spotyka się z Ziemianką- Po prostu chciałem, by porozmawiała z jedną ze swych przyjaciółek.
Mitis wyprostowała się. Tylko raz zdarzyło się, że Scarlettowi spodobała się jakaś dziewczyna. Było to już przeszło osiemdziesiąt cztery lata temu, gdy książę był zaledwie podrostkiem, ale było. Od czasu ukończenia przez jej najmłodszego syna dwustu dwudziestu ośmiu lat, Mitis niecierpliwie czekała na pierwszą synową. Na Fortisa i jego miłostki nie było co liczyć, Enaret powinien wybrać sobie żonę spośród kobiet o błękitnej krwi i to najlepiej po koronacji, lecz Scarlett miał tzw. samowolkę. Zwłaszcza że jego dwaj bracia wykazywali zainteresowanie płcią przeciwną, a Scarletta frapowały bardziej kursy na giełdzie. Teraz po usłyszeniu takiej wiadomości z ust najmłodszego syna, królowa nie mogła ukryć uśmiechu. Dość naiwnie dała się nabrać, lecz matczyne serce było ślepe na kłamstwa dziecka, gdy sprawy dotyczyły miłości.
-Scarlett- ujęła jego dłonie- Nawet nie wiesz, jaka jestem rada z tego powodu- odetchnęła głęboko z ulgą.
Mężczyzna uśmiechnął się, nieśmiało spuszczając oczy. Musiał zachowywać się jak zakochany głupiec, choć ta rola była mu daleka.
-Teraz wiesz już wszystko- odparł cicho i spokojnie- Mam nadzieję, że dane mi będzie lepiej poznać mą wybrankę- ,,co za bzdury”- pomyślał- Czy teraz zechcesz się zastanowić nad moją prośbą?
-No…- Mitis puściła dłonie syna- Decyzję i tak podejmie król.
-Czy zatem w takim razie porozmawiasz z ojcem?- zapytał, pochylając się i skupiając wzrok na matce- Morifii bardzo na tym zależy.
-Domyślam się- królowa skinęła głową nad czymś bardzo oczywistym- Chcę jej szczęścia, a jeżeli dla Mori jego źródłem jest walka…- uderzyła dłońmi w uda- Porozmawiam z Izyrosem. W końcu to ja nauczyłam moją córkę niezależności i waleczności. Wiadomo było, jaką drogę wybierze.
Scarlett wstał z niekłamanym uśmiechem.
-Teraz to ja jestem rad- ukłonił się matce.
Królowa znów sięgnęła po dłoń syna, którą ścisnęła delikatnie.
-Jestem z was dumna- oświadczyła lekko rzewnym głosem.
Książę już nic nie odpowiedział, tylko wyszedł. Na korytarzu spotkał Xanthię, trzymającą wartę przy drzwiach.
-Możesz już wejść- skinął głową dwórce, na ustach wciąż mając uśmiech posłany matce.
To zadziałało elektryzująco na dziewczynę, która traktowała Scarletta jak rockmana- kogoś niedostępnego, boskiego i wywołującego szybsze bicie serca. Szybko odwzajemniła się nieśmiałym dygnięciem, po czym uciekła do gabinetu królowej.
Scarlett uszedł kilka kroków, lecz zatrzymał się raptownie; czy on wykazał życzliwość tej małej? A może nawet zalotność? Mężczyzna zmarszczył brwi w zastanowieniu, lecz jedynie pokręcił głową i poszedł do swej komnaty.
CDN...

środa, 23 grudnia 2015

                                           SKRYWANE PRAGNIENIA
Morifia jeszcze raz, ze zdwojoną siłą uderzyła w manekin, lecz ten wciąż pozostawał nieugięty. Jego drewniane członki były już mocno pokiereszowane, jednak brzuszysko wypchane słomą stawało trwały opór. Dziewczyna zastanawiała się w nerwach, jak ta szmaciana lalka może jej się nie poddawać. Przecież to ona- władczyni natury, jedyny kobiecy pretendent do tronu w linii prostej, dlaczego zatem to truchło nie ulega takiej potędze? Kobieta uderzyła po raz ostatni, lecz na nic się to zdało; Morifia rzuciła miecz na ziemię i odwróciła się, lecz tylko po to, by uchwycić mocą wystający z ziemi korzeń drzewa i przebić się nim przez sam środek manekina. Dopiero wtedy usiadła zmęczona i zrezygnowana na zbitej z desek skrzynce i schowała twarz w dłoniach.
-Cóż, ma pani, się dzieje?- zapytał aksamitny głos.
Morifia podniosła głowę. Przed nią stał Dudus Vos, jej kolega z wspólnych lekcji.
Dudus, na którego mówi się po prostu Dud, to piękny, opalony, ciemnooki szatyn. Jednak trochę nieśmiały, a ośmielający się dopiero w dobrze znanym sobie towarzystwie. Dudus lubił Morifię, ponieważ nie była ona wyniosła, jak można by się spodziewać po księżniczce. Czuł się przy niej dobrze i skrycie się w niej podkochiwał. Jednak nie uważał siebie za godnego ręki księżniczki. Po za tym zauważył, że Morifia nie jest zainteresowana, przynajmniej na ten moment, zamążpójściem.
Młoda kobieta uśmiechnęła się. W zasadzie nie miała teraz ochoty na ,,pogaduchy”, jednakże Dud zawsze wiedział, czego Morifia potrzebuje.
-Jestem tylko trochę zmęczona- odparła, przysłaniając sobie oczy przed mocno rażącym słońcem.
-Brzmisz, jakbyś się chciała usprawiedliwić- mężczyzna usiadł obok niej- A przecież przede mną nie musisz się tłumaczyć- dodał ciszej.
Morifia westchnęła i rozejrzała się wokoło. Rozmowa z przyjacielem zawsze jej pomagała, lecz mimo to kobieta zastanawiała się, czy wyjawić mu swój problem.
-Przejdziemy się?- zapytała cicho.
Dud jedynie lekko skinął głową. I tak przyjaciele pozostawili boisko i udali się do leżącego nieopodal sadu. Przez chwilę szli w milczeniu wśród dojrzały jabłoni i grusz oraz kwitnących krzewów jagód. Wokół unosiła się wspaniała woń owoców, a najbardziej wyczuwalny wydawał się aromat brzoskwiń, zasadzonych na żyźniejszej glebie. Morifia zerwała jedną i przez chwilę delektowała się jej smakiem. Był to również swego rodzaju pretekst na odwleczenie odpowiadania na pytanie Duda. Lecz nawet po wyrzuceniu pestki brzoskwini Morifia nie mogła zebrać się w sobie. Uważała to za tchórzostwo, jednakże traktowała problem jako jej prywatna sprawa.
-Pięknie tu- odezwał się Dud, chcąc jakoś rozpocząć konwersację.
-Co? A, tak, tak- Morifia machnęła ręką- Przepraszam. Tak, masz rację- dla mnie to jest chyba najpiękniejsze miejsce w całym królestwie. A może i w całej Millenii.
-A może i w całym Mainie, co?- Dud uśmiechnął się przyjaźnie.
Księżniczka odwzajemniła uśmiech, lecz nie podobało jej się to, że zawsze musiała unosić głowę wysoko, by spojrzeć przyjacielowi w oczy.
-Podoba mi się twoja wrażliwość- odparła.
Chłopak zarumienił się.
-Nikt mi jeszcze nie sprawił takiego komplementu- powiedział próbując ukryć zawstydzenie- Uwielbiam obserwować naturę, lecz nie wszystkim się do tego przyznaję; w sumie nikomu- zwiesił głowę- W Millenii uczą młodych chłopców na wojowników- nie na poetów- westchnął.
Przez chwilę przyjaciele szli w milczeniu.
-Zadeklamuj mi jeden ze swoich wierszy- zażądała nagle Morifia.
Dud zatrzymał się i spojrzał dziwnie na księżniczkę.
-Nie chcesz tego słyszeć- pokręcił głową.
Morifia usiadła po turecku w miejscu, w którym stała i spojrzała wyzywająco na młodego mężczyznę.
-Nawet nie wiesz, jak bardzo tego chcę- zadeklarowała.
Dud westchnął i z niechęcią usiadł przy dziewczynie.
-Tylko się nie śmiej- ostrzegł, unosząc palec wskazujący.
-Jestem poważna do bólu- Morifia zacisnęła usta w wąską kreskę i poczęła słuchać.
-A zatem to będzie wiersz o wschodzie słońca w Millenii- odparł chłopak; odchrząknął i przyjąwszy poważny ton zaczął deklamować:
,,Zatrzymaj się na Górze Tchnienia i spójrz w dół głęboko
  Zachowaj od zapomnienia ten widok, cieszący oko.
  Niech czas dla ciebie stanie, niech świat skupi się w jedno
  Bo łączą się krainy w Mainie i ich wielkości bledną
  Przy cudzie stworzenia tego, co rozłączyć musiało się dawno.
  Gdzie co moje było jego, a potem oddzielnie chciało być sławną.
  W istocie jednym jesteśmy rano, choć w nocy się odłączamy
  Cieszyć się tym dłużej nie dano, a wmawia się, że tylko tak przetrwamy
  Czerpać zatem trzeba z cudu, który nas w jedną koronę obleka
  Wyzbądźmy się z życia nienawiści brudu, na który tylko nieprzyjaciel czeka.”
W trakcie słuchania wiersza uśmiech Morifii rozciągał się, a teraz sięgał prawie od ucha do ucha, a oczy rozbłysły dziewczynie jak dwa ogniki. Była zauroczona talentem przyjaciela, którego jak dotąd nie miała okazji poznać.
-To jest piękne- odparła cicho, nie chcąc zmącić resztek aury wiersza.
-Eee tam- Dud machnął ręką- Wszystko jest do rymu, ale ten wiersz nie jest miarowy- wzruszył ramionami- Muszę go dopracować.
-Co ty mówisz?- księżniczka czuła podekscytowanie- Jest świetny i ma drugie dno. Trzeba tylko znać historię Mainu (kiedyś to była jedna kraina, lecz władcy poszczególnych dystryktów, czyli dzisiejszych osobnych państw zbuntowali się przeciwko królowi i utworzyli nowe kraje). Wydaje mi się, że takie wiersze powinny być umieszczane w podręcznikach szkolnych, aby dzieciom łatwiej było uczyć się historii.
-Teraz doskonale wiesz, co się dzieje w tych szkołach- odparł Dud z nieukrywaną złością- System jest zmieniany, aby dzieci czuły się jednolicie, a coraz większy nacisk jest kładziony, co prawda właśnie na historię, ale nie na tę zawartą w liryce, tylko w podręcznikach i zeszytach- mężczyzna westchnął- Szkoda mi tylko tych, którym trudno jest się uczyć nauk humanistycznych.
-W Szkole Wyższej ma obowiązywać w ogóle przez cały cykl nauki- dodała Morifia- Prezes Siły Millenii twierdzi, że jest to podstawowa wiedza każdego Milleńczyka, ale nie wziął pod uwagę trudności z nauczeniem się całego materiału, zwłaszcza jeżeli ktoś ma głowę do nauk ścisłych i prędzej pojmie budowę roślin okrytonasiennych niż powstanie wrześniowe z 1096 roku. Ponadto jest to nauka dodatkowa, która przy sporej ilości innego materiału będzie tylko obciążeniem.
-Byleby tylko zarobić na nowych reformach- westchnął Dud ze smutkiem.
-Taka polityka, ale nie mówmy o tym- Morifia ujęła dłoń przyjaciela- Tacy ludzie jak ty mogą zmienić myślenie dzisiejszej młodzieży.
-Ale oni nawet nie czytają wierszy- uważają to za głupotę- mężczyzna znów zwiesił głowę.
-No tak- kobieta puściła jego dłoń- Trudno jest w dzisiejszych czasach czegokolwiek nauczyć młodych ludzi. Być może dramatyzuję- wzruszyła ramionami- ale dzisiejsza młodzież jest strasznie niepokorna, a nie mają przeciw czemu się buntować. Jest pokój, wszystkim żyje się dobrze- Morifia zrobiła wielkie oczy, jak zawsze, gdy nie mogła czegoś pojąć.
-Z tą wojną to niewiadomo- Dudus pokręcił głową; milczał przez chwilę, póki nie odważył się zadać pytania- To cie trapi, prawda? Wojna z Thymosem?
Morifia przejechała dłońmi po udach, skrywając wzrok przed przyjacielem. Nie odzywała się dłuższą chwilę, bijąc się z myślami. To była jej prywatna sprawa, która jednakże mogła ujrzeć światło dzienne, jeżeli tylko wszystko pójdzie pomyślnie. To zatem było decydującym aspektem tej decyzji.
-Chciałabym wziąć w niej udział- wyszeptała, wciąż wbijając wzrok w dłonie.
Było to dla Duda niezwykłe, aczkolwiek niezbyt zadziwiające; znał doskonale wojowniczą naturę księżniczki.
-Rozumiem twoją naturalną wolę walki i chęć poświęcenia…- zaczął.
-Nie rozumiesz- przerwała mu Morifia nareszcie podnosząc wzrok na młodego mężczyznę- Mogę powiedzieć ty tylko tobie; ja nie robię tego dla poświęcenia, nawet sława nie jest tu pierwszorzędna. Walki są motorem, który napędza mnie do działania. Dają mi niezbędna do życia jak powietrze adrenalinę, a widok przelewanej na polu walki krwi wroga jest jednym z najcudowniejszych. Ja żyję dla walki, nawet jeśli budzi to niesmak- kobieta mówiła z przejęciem- Dla mnie jest to jak sport, a sława, którą przynosi jest dodatkowym trofeum, które każe mi zdobywać więcej. Czasem czuję się jak maszyna, nie mogąca zawieść, a zakazy ojca są dla mnie jak powolne ciosy w plecy- Morifia odetchnęła głęboko- Nikomu o tym nie mówiłam, jesteś pierwszy- wzruszyła ramionami ze zrezygnowaniem- Taka jest moja prawdziwa natura- zwiesiła głowę.
Dud spokojnie wysłuchał dziewczyny, potem spokojnie przemyślał jej słowa, a następnie spokojnie odpowiedział:
-Wszystkie wady są do zaakceptowania. Jeżeli oczywiście nimi są- ujął dłoń przyjaciółki, tak samo, jak ona zrobiła to wcześniej- To ważne, abyś nie udawała kogoś innego, ponieważ konsekwencje tego w przyszłości mogą być znacznie gorsze niż sobie to wyobrażasz; ludzie nabiorą o tobie mylnego przekonania, przez co możesz ich stracić, zwłaszcza jeżeli naprawdę ci na nich należy.
-Ty nie uciekłeś- zauważyła Morifia trochę dziecinnie.
-Bo przyjąłem twoją prawdziwą naturę, która w ogóle mi nie przeszkadza- Dud uśmiechnął się czule, choć nie taki był jego zamysł.
Morifia odwzajemniła uśmiech, co spowodowało szybsze bicie serca młodego mężczyzny.
-Wracamy?- zapytał Dud, chcąc wbrew sobie przerwać tą wymarzoną chwilę, której podświadomie się obawiał.
Para w milczeniu wróciła na boisko obok zamku.
CDN...

piątek, 6 listopada 2015

Scarlett trzasnął drzwiami, ściągnął czarną pelerynę i rzucił ją tak, że rozłożyła się na podłodze jak pawi ogon. Potem usiadł przy biurku i zaczął rozmyślać. Wtem do komnaty weszła matka.
-Nic nie mów!- krzyknął, gdy tylko ją ujrzał.
-Jeszcze nie zdążyłam- Mitis była jak zwykle spokojna i opanowana, gdy rozmawiała z najmłodszym synem.
Przez twarz Scarletta po kolei przeszły uczucia: wzburzenie, duma, spokój, a przynajmniej częściowy. Mężczyzna wstał z fotela, wzdychając ciężko, wsadził ręce do kieszeni i spojrzał spod uniesionej brwi na matkę.
-Jakimi sposobami znów chcesz mnie uspokajać?- zapytał z gniewem.
Mitis bez słowa podeszła do jednego z głębokich foteli i usiadła, zakładając grzecznie nogę na nogę.
-Nie odwracaj się ode mnie- rozkazał Scarlett, pochylając się.
Królowa słusznie odwróciła głowę w stronę syna i spojrzała na niego czule.
-A ty nie popadaj w szaleństwo- oświadczyła spokojnie.
-W szaleństwo?- Scarlett podszedł szybkim krokiem do fotela naprzeciw matki, na którym usiadł- Czy chęć przypodobania się ojcu jest szaleństwem?- zapytał ostro.
-Jeżeli nie umiesz pogodzić się z porażką- kobieta wzruszyła ramionami.
-Jeżeli przegrywam z pomysłami, które są bez sensu…
-,,Bez sensu” nie jest argumentem- wtrąciła Mitis.
Scarlett uderzył w oparcie fotela.
-W takim razie ich pomyły były słabe i mało opłacalne- poprawił się.
-Lecz o tym dopiero zadecyduje ojciec- zauważyła królowa.
-No właśnie- Scarlett znów się wzburzył- A ojciec jak zwykle zignoruje wszystko, co zasugerowałem, bo jakżeby jakikolwiek mój pomysł mógł zostać zrealizowany, nawet jeżeli przedstawia najlepsze wyjście z sytuacji- mówił z sarkazmem.
-Nie przesadzaj- skarciła go matka.
-Nie przesadzam, mówię tylko, jak jest- mężczyzna oparł podbródek na zaciśniętej pięści.
Mitis westchnęła; zrobiło jej się żal syna. Pochyliła się, by położyć delikatnie dłoń na jego kolanie. Chciała mu dodać otuchy i wsparcia.
-Posłuchaj- zaczęła, lecz kontynuowała dopiero wtedy, gdy Scarlett na nią spojrzał- Wiem, że masz wielkie aspiracje do bycia królem; jesteś ambitny i wytrwały, lecz…- pokręcił lekko głową- …nie zawsze dostajemy to, czego pragniemy najmocniej na świecie.
-Wszystko rozumiem- Scarlett wydawał się uspokojony- Ale nie, jeżeli miast mnie będą rządzić jakieś miernoty!- krzyknął.
-Nie mów tak, o swoim rodzeństwie- skarciła go Mitis ponownie, ostrzej niż dotychczas- Jesteście sobie równi i nie masz prawa wywyższać się ponad nich.
-Lecz jeżeli to ojciec ich wywyższa, a mnie poniża?- mężczyzna zaakcentował wszystkie zaimki.
Scarlett wstał, założył ręce za siebie i zaczął się przechadzać po komnacie. Przez dłuższy czas w komnacie słychać było tylko głuchy odgłos kroków. W końcu Mitis odezwała się cichym, słabym głosem:
-Wtedy musisz się z tym pogodzić.
Na te słowa Scarlett raptownie się odwrócił i pochylił.
-Nigdy- wysyczał lodowatym tonem.
-W takim razie- Mitis wstała- będziesz musiał sobie z tym poradzić sam- odeszła ku drzwiom.
-Dam sobie radę- Scarlett wyprostował się dumnie- Jestem Indywiduum.
Mitis ostatni raz odwróciła się, spoglądając z głębokim smutkiem na syna.
-Nie wątpię, Scarlett- westchnęła, otwierając drzwi- Nie wątpię…- po czym wyszła.
Mężczyzna przez chwilę bił się z myślami; nie należał do osób nerwowych, wyżywających się na innych fizycznie- już prędzej psychicznie- lecz czasem miał zwykłą ochotę czymś rzucić. Prawie taka sama sytuacja jak ze świecznikiem, jednak wtedy Scarlett chciał jedynie ogłuszyć brata, a nie wyżyć się na nim, a potem rzucił Fortisem pod postacią świecznika. Jednak teraz rozchodziło się o rzecz martwą. Jednak jego w większej części spokojne usposobienie kazało mu odetchnąć bardzo głęboko, przymknąć oczy i skupić się na czymś innym. Tym czymś okazał się leżący na biurku projekt ustawy o opodatkowaniu czterech wielkich targów. Ojciec dał za zadanie Scarlettowi go przeczytać, skoro chce się czegoś nauczy.
Niedawno w Millenii zostały przeprowadzone wybory do sejmu i senatu. Wygrała partia Siły Millenii, której prezesem jest Apatonas Katis, ale na fotelu premiera zasiadła pani Peftis Sydel. Scarlett w żadnym wypadku nie popierał tej partii, w przeciwieństwie do Izyrosa.
Scarlett powoli przeczytał projekt nie dowierzając, jak naród Milleński mógł wybrać kogoś, kto obiecuje- a i tak wiadomo, że swych obietnic nie spełni- lecz nie wspomina dokładnie i rzeczowo, skąd na to wszystko weźmie pieniądze. Niby mówili, że chcą kombinować jeszcze z opłatami za grunty rolne i fabryki, co miałoby przynieść 26,6 mld arumów- waluty Millenii.
Jednak najbardziej młodego mężczyznę rozśmieszyło to, że partia rządząca chce przeznaczyć na inwestycje ponad bilion arumów, a przez okrągłe cztery lata każda partia mówiła, że jest dług i nie ma pieniędzy. No, chyba że na nowe auta i wczasy.
Przez większość następnego dnia Scarlett robił notatki i wnikliwie dopatrywał się wszystkich niejasności w ustawie. Chciał to przedstawić ojcu, choć ten ma coraz mniej do gadania w tym kraju. Co prawda rząd dał mu kilka praw, nie tylko funkcję reprezentacyjną, ale chytrze mu je od ostatnich lat odbiera. Scarlett nie dowierzał naiwności swego ojca.
Teraz, siedząc spokojnie na jednym z wielkich zamkowych tarasów, również nie dowierzał, jak ludzie mogli wybrać tą partię, znając ich obietnice wyborcze.
-,,Przecież jak opodatkują te targi- myślał- to ceny produktów wzrosną i ludzie na tym ucierpią; będą musieli płacić jeszcze więcej za towary. A jak wiadomo najliczniej właśnie na tych targach robione są zakupy. Ale to nie moja sprawa, że ludzie dali się oszukać i nie zagłosowali na małe partie; najwięcej głosów dostała prawicowa Siła Millenii i konserwatywno-liberalny Wybór Narodu, czyli największe pasożyty kraju. Dobrze, że zostało kilka mniejszych bazarów.”
Nagle przed mężczyzną wyrósł wielki cień.
-Książę Scarlett- odezwał się gwardzista- Król pana wzywa. Jest w swej komnacie.
Scarlett westchnął ciężko i zebrał papiery tak, aby gwardzista nic nie zobaczył. Aby nikt nie zobaczył, bo tego typu notatki zostałyby potraktowane jako zdradę króla i tych spraw, które on popiera. Dlatego Scarlett najpierw zaniósł notatki i projekt do sejfu w swojej komnacie, by dopiero potem spotkać się z ojcem.
Król rzadko wzywał którekolwiek ze swych dzieci do prywatnej komnaty. Tym razem tego zaszczytu dostąpił właśnie Scarlett.
Mężczyzna zapukał ostrożnie, ponieważ nie wiedział, skąd to nagłe wyróżnienie. Obawiał się, że czeka go kolejna kłótnia. Jednak pomylił się.
-Usiądź, synu- Izyros stał przed lustrem, poprawiając mankiety długiej, złotej szaty.
Z boku, na krześle czekał na króla zielony płaszcz. Właśnie te dwa kolory widnieją na fladze Millenii- złote tło z zielonym pasem wzdłuż, symbolizujące dostatek i urodzaj.
-Chciałeś mnie widzieć- odparł Scarlett, siadając powoli.
Zdziwił go ubiór ojca, ponieważ Szatę Reprezentacyjną ubiera się tylko na zebranie Kongresu Mainu, czyli reprezentantów- królów, prezydentów, carów- wszystkich krajów wspólnoty Mainu, składającego się z siedmiu państw: Lamrgii, Invidii, Epitymii, Kupidii, Superbii, Acedanu, Thymosu i Millenii.
-Tak, chciałem- król skinął głową powoli.
-,,Jakaż wartościowa konwersacja”- westchnął w duchu Scarlett.
-Po co?- zapytał, przejeżdżając mocno rękami po udach.
Nim Izyros odpowiedział stanął bokiem do lustra i przyłożył dłonie do brzucha.
-Trochę urósł- odparł niezadowolony
-O tym chciałeś ze mną porozmawiać?- zapytał Scarlett z sarkazmem.
-Oczywiście, że nie- westchnął król, przymierzając szatę- Chciałem powierzyć ci specjalne zadanie.
-Słucham- Scarlett zapadł się w fotelu; przeczuwał, że będzie to coś nieciekawego.
Władca Millenii zapiął klamrę płaszcza, który był zrobiony z kaszmiru, a potem założył bisiorowe rękawiczki.
-W przyszłym tygodniu odbywają się Dni Wolnej Polityki dla Młodzieży- mówił Izyros, nie patrząc na syna- Ty już nie należysz do młodzieży, lecz jesteś naszym najmłodszym potomkiem.
Scarlett nie lubił, gdy ojciec określał siebie i matkę mianem ,,nasze”, gdy jej nie było w pobliżu, bo wydawało mu się, iż mówić ,,nasze”, król ma na myśli siebie i syna. Mógłby miast tego użyć słowa ,,mój”, prawda?
-I co w związku z tym?- mężczyzna coraz bardziej się nudził.
-Chciałbym, abyś to ty wygłosić główną mowę- mówił król, ściągając z ramion pelerynę i odkładając ją z pieczołowitością z powrotem na pozłacane, obijane aksamitem krzesło.
-Tą mowę, wygłaszaną co roku, która ma nastawić wszystkich zgromadzonych na jedno myślenie?- zapytał Scarlett niby obojętnie, ale w środku cały krzyczał.
Izyros spojrzał karcącą na syna, rozpinając guziki szaty.
-Na właściwe myślenie- poprawił go.
Król ukrył się za parawanem, aby już dorosły syn nie oglądał go w negliżu.
-Czyli o czym mam mówić?- Scarlett pochylił się, jednak na tyle, by nie widzieć ojca- O Sile Millenii? O ich reformach?
-,,Które nie znajdą pokrycia w rzeczywistości”- dodał w myślach.
-Dokładnie tak- z parawanu zostały ściągnięte spodnie węższego kroju oraz luźny wams bez kołnierza- Chciałbym, abyś przedstawił wszystkie superlatywy Siły Millenii, jak również innych partii politycznych…
-Ale na tą partię mam poświęcić najwięcej czasu- przerwał mu.
Król nie lubił, gdy mu się przerywa, jednak tylko zacisnął zęby zakładając wams.
-Wiem, że jesteś do niej sceptycznie nastawiony, jednakże jest ona najlepszym wyborem naszych rodaków, którzy zawierzyli swoje zaufanie temu, co było najbardziej obiecujące.
Scarlett przez chwilę milczał; przeczesał włosy ręką, co często mu pomagało myśleć i westchnął cicho.
-Nie uważasz tego za propagandę?- zapytał.
Król wyjrzał zza parawanu, by spojrzeć srogo na syna.
-Uważam, że Milleńczycy powinni się cieszyć, że tak o nich dbam.
-No to faktycznie mają szczęście- mruknął Scarlett z konsternacją.
-Słucham?- na chwilę szelest ubrań zamilkł.
-Nic- młody książę roześmiał się sztucznie- Tak tylko mamroczę do siebie, że…- próbował coś wymyślić na poczekaniu, ale wszystko było wbrew jego przekonaniom.
-Że?- zapytał król.
-No już w sumie to nic- Scarlett zapadł się głębiej w fotelu.
Król westchnął.
-,,Czasem nie jestem w stanie go zrozumieć, a już tym bardziej z nim dogadać; zupełnie jakby to nie był mój syn, aczkolwiek jest zbyt podobny do mnie- myślał król, zakładając wysokie buty- W młodości również byłem przeciwny ówczesnemu systemowi i nie zgadzałem się z decyzjami ojca. Jednak go szanowałem, a on- w ogóle mnie nie szanuje.”
-W takim razie- odrzekł na głos- Przygotuj, synu, na jutrzejszy wieczór swe wystąpienie. Ja je sprawdzę i skoryguję ewentualne błędy. A teraz- król wyszedł zza parawanu- możesz już odejść.
Scarlett wstał z godnością, wyprostował się jak struna i skinieniem głowy pożegnał ojca. Na odchodne jeszcze zmierzył ojca wzrokiem i dodał:
-Twarzowy wams- po czym zamknął cicho drzwi, choć miał ochotę nim
CDN...

sobota, 31 października 2015

Również teraz królowa praktycznie wpłynęła do sali u boku męża, który jak zwykle zachował surowy wyraz twarzy. Para królewska usiadła u szczytu stołu, gdzie natychmiast pojawili się służący z tacami i półmiskami.
Po nałożeniu sobie na talerz owoców morza, królowa Mitis omiotła wzrokiem siedzących przy stole i natychmiast zauważyła, iż brakuje jej najstarszego dziecka.
-Czemuż to znów nie ma z nami Enareta?- zapytała.
Wszyscy milczeli. Rodzeństwo Tomów oraz inni zebrani przy stole jak gdyby bardziej zaciekawili się potrawami, znajdującymi się na ich talerzach i mocniej się nad nimi pochylili.
-Czy zatem mam iść do jego komnaty zaraz po kolacji? Dobrze- wzruszyła ramionami- Tak zrobię.
Scarlett westchnął.
-No właśnie lepiej, żebyś tam nie szła- powiedział niechętnie.
Morifia spojrzała zdziwiona na syna.
-Dlaczego?
-Ponieważ… źle się czuje- Scarlett wymówił każde słowo bardzo powoli.
-Może czegoś potrzebuje?- królowa nie wierzyła w słowa najmłodszego z jej dzieci.
-Nie- uciął krótko Scarlett- Powiedział, iż nikogo nie chce widzieć na oczy, najlepiej jakbyście mu wszyscy dali święty spokój i przestali dręczyć, bo sam da sobie świetnie radę- to zdanie mężczyzna wymówił już bardzo szybko; potem uśmiechnął się, mrugając dwa razy i odparł- Jak dziecko…
-No cóż…- Morifia znała Enareta i nie zdziwiła jej taka odpowiedź- Zatem trudno, niech żałuje- po czym wróciła do konsumpcji.
-,,A może czasem jestem zbyt opiekuńcza?- myślała- Staram się ich wychować na godnych następców ojcowskiego tronu, lecz im są starsi, tym więcej pyskują. Najgorzej to było ze Scarlettem, pamiętam. Doprowadził na do takiego stopnia wzburzenia, że musieliśmy go wysłać do zamkniętej szkoły, by tam nabrał ogłady. Lecz odnoszę wrażenie, iż tam stał się jeszcze bardziej wyrachowany. Co ja mówię- królowa potrząsnęła nieznacznie głową- Jak mogę myśleć, że mój własny syn jest wyrachowany?”
Kolejne pół godziny minęły ucztującym w milczeniu. Każdy zastanawiał się, co powiedzieć, jak rozpocząć kolejną konwersację, jednak każdy temat wydawał im się nieodpowiedni lub bezsensowny. W końcu głos zabrał król Izyros, któremu jedynemu cisza nie przeszkadzała.
-Chciałbym z wami, moje drogie dzieci, porozmawiać- zaczął- Wielce żałuję, że nie ma z nami Enareta, lecz chciałbym poruszyć tą kwestię dzisiaj.
Wszyscy kulturalnie skupili uwagę na przemawiającym, aczkolwiek nie wszyscy chętnie.
Król odłożył sztućce i złożył ręce, jak przed oficjalnym przemówieniem, po czym kontynuował:
-Jak zapewne wszyscy wiecie jesteśmy najbogatszym krajem z całego Mainu, dlatego zgadzamy się dofinansowywać te najuboższe państwa, a one w zamian eksportują do nas część swoich dóbr naturalnych. Jednak sytuacja w Invidii staje się coraz bardziej napięta. Każdego miesiąca wybucha kolejne powstanie, rebelianci próbują obalić rządy króla Aneparkisa. W takim razie odmówiłem kolejnych dotacji dla Invidii. Jednak dziś rano dostałem oficjalne pismo od króla z prośbą o pomoc naszego wojska. Aneparkis wysłał podobne pisma do reszty państw Mainu i z tego, co wiem, zgodę wyraziły: Kupidia, część Acetanu i Thymos. Teraz wraz z doradcami muszę zdecydować, czy odpowiedzieć twierdząco na prośbę króla Invidii, a może wznowić jedynie dotację. Jednak chcę poznać waszą opinię w tej sprawie. Zauważcie, że zgodę wyraził władca Thymosu, naszego odwiecznego wroga, a finansowo wspomagamy również Epitymię i Lamargię.
Na dziesięć minut zapadła głucha cisza, w trakcie której trójka młodych Tomów kreowała swoją odpowiedź. Pierwszy głos zabrał Fortis.
-Musimy zbrojnie pomóc Invidii- odparł zdecydowanie, uderzając pięścią w stół- Naszym obowiązkiem jest wysłać wojsko, by wspomóc inne państwo.
-Lecz czeka nas również walka z Thymosem- zauważył spokojnie król.
-Przecież oni zgodzili się wysłać wojsko. Dlaczego nie mielibyśmy również tego zrobić?
-A zdajesz sobie sprawę z liczebności naszego wojska?- tym razem ton głosu króla był lekko drwiący.
-No… więc…- Fortis zaciął się, tracąc pewność siebie.
-Nasze wojsko liczy sto tysięcy jazdy konnej i dwieście tysięcy piechurów. Do tego pięćdziesiąt tysięcy sił powietrznych i wodnych oraz kilkaset artylerii ciężkiej- wtrącił Scarlett z miną znawcy.
-To dużo!- Fortis prawie się roześmiał.
-Nie, jeżeli armia Thymosu liczy ponad milion i mogą ją podzielić, by starczyło na dwie różne walki- mówił Izyros- Ponadto są lepiej wyszkoleni, a flota, siły powietrzne i artyleria jest o wiele liczebniejsza od naszej.
-Lecz można spróbować- Fortis spoważniał- Wesprzemy Invidię, co pozwoli nam później to wykorzystać, jako kartę przetargową.
-Na przykład w jakiej sytuacji?
Młody książę musiał się przez chwilę zastanowić.
-Moglibyśmy zgodzić się, pod warunkiem, że wcielimy wojsko Invidii w nasze szeregi, co zwiększy liczebność armii.
-Ale nie wydajność- wtrącił Scarlett.
-Dobry pomysł- odrzekł w tym samym momencie Izyros.
Najmłodszy z Tomów spojrzał na swego ojca szeroko otwartymi oczami, lecz ten go zignorował.
-Obiecuję- kontynuował król- że przedyskutuję wraz z doradcami twój pomysł, synu.
-Ale ojcze- Scarlett podniósł się z miejsca.
-Morifio- odparł donośnie władca, ignorując potomka.
Książę powoli opadł na krzesło z niedowierzaniem. Z napięciem spojrzał na swą siostrę, błagając wszystkich bogów, by wszystko co powie spotkało się z dezaprobatą ojca.
-Moim zdaniem nie powinniśmy czynnie angażować się w bitwę- mówiła dziewczyna rzeczowym tonem- Owszem, naszym obowiązkiem jest wspomóc Invidyjczyków, lecz powinno się to ograniczyć jedynie do wysyłania im pewnej części naszych zbiorów, rzeczy, typu odzież, pościel, obuwie oraz niezbędnej, aczkolwiek jedynie brakującej broni. Nie możemy angażować się w bitwę na taką skalę, jeżeli nas samych czekają podobne zmagania. Do tego czasu powinniśmy dalej szkolić naszych żołnierzy oraz udoskonalać sprzęt wojenny- Morifia oprała się, co miało oznaczać, iż już skończyła.
-,,Zabezpiecza się- myślał Scarlett- Chce mieć pewność, że armia będzie przygotowana na starcie, w którym chce wziąć udział, a dodatkowo i zwycięży”.
Izyros w zamyśleniu kiwał głową.
-To faktycznie brzmi bardzo logicznie- rzekł w końcu- Jest to skrajne od tego, co uważa twój brat. Jednakże na ten moment nie mogę się opowiedzieć po żadnej ze stron- oświadczył spokojnie król, po czym zrobił dłuższą pauzę, by zebrać myśli; gdy był gotowy, odrzekł- Teraz chcę usłyszeć, co ty masz do powiedzenia w tej sprawie, Scarlecie.
-,,Nie cierpię, gdy zwraca się do mnie w ten sposób- tak oficjalnie”- pomyślał mężczyzna, po czym wstał.
-Proponuję- zaczął- By odpowiedzieć twierdząco na list króla Aneparkisa, lecz z warunkiem, jaki wcześniej zaproponował mój kochany brat- Scarlett ukłonił się w jego stronę, jednak nie mógł ukryć mocno przebijającego się sarkazmu- To znaczy dołączyć się do bitwy, lecz tylko w tedy, gdy wojska Invidii zostaną pododdziałem naszej armii.
-Ale ja to już powiedziałem- wzburzył się Fortis.
-Moment- uspokoił go brat- Jednak nim wyślemy kogokolwiek na front, król Aneparkis ma wyrazić na to pisemny zgodę i dopiero wtedy zbierzemy oddział składający się z najsłabszych żołnierzy. Wyślemy ich, zdobywając nowych kombatantów, nie tracąc najsilniejszych wojskowych. Jeżeli król Invidii będzie potem robił problemy możemy albo skłamać, że reszta wojska zachorowała na ciężką grypę lub obiecać, iż wyślemy im coś z naszych zapasów żywności. Zdobędziemy wsparcie, nie tracąc być może nikogo z naszego oddziału.
-Lecz król Aneparkis może to uznać za oszustwo i wykorzystanie och trudnej sytuacji- zaoponował Izyros.
-Wtedy pokażemy mu akt z jego podpisem, na którym zgodził się na wszystko. Oczywiście na dokumencie trzeba umieścić kilka druczków i kruczków, których nie będzie się chciało królowi przeczytać- Scarlett rozejrzał się po pozostałych, jak gdyby tylko to ostatnie zdanie również adresował do nich.
Król Izyros skupił wzrok na najmłodszym z dzieci, lecz wzrok ten nie był pobłażliwy.
-Nie podoba mi się twój pomysł- odparł tylko.
-Ale…- zaczął Scarlett, siadając ciężko z niedowierzania.
-Po za tym, to będzie raczej nie zgodne z prawem, nie pomyślałeś o tym?
Młody książę pochylił się i odparł dobitnie:
-Ty jesteś prawem.
Zapadła cisza, ponieważ takie słowa w ustach najmłodszego z Tomów były prawie że odbierane jako szacunek do króla, którego na co dzień młody Milleńczyk nie okazywał. W końcu władca wciągnął powietrze ze świstem.
-Przemyślę naturalnie wszystkie propozycję, lecz zapewne największy spór będzie się toczył pomiędzy pierwszymi dwoma wariantami- oświadczył tonem nie znoszącym sprzeciwu- A teraz wróćcie do kolacji- machnął ręką, kończąc dyskusję.
Scarlett nie tknął już nic do końca posiłku, który biegł swym zwyczajowym tokiem. Potem mężczyzna odprowadził wzrokiem odchodzącego ojca i udał się do swej komnaty.
CDN...

niedziela, 11 października 2015

Poniżej przedstawiam Wam próbkę pewnej książki, która zapewne zostanie ukończona dopiero za kilka lat, lecz już teraz chciałabym się nią z Wami podzielić. Ten fragment został zainspirowany również fragmentem filmu ,,Crimson Peak. Wzgórze krwi", który polecam przy okazji do obejrzenia. :)
Nareszcie odważyłam się wysunąć głowę spod kołdry. W szafie już nikogo nie było, a przynajmniej nie spoglądały na mnie te wielkie, przerażające oczy. Światło wstającego dnia spozierało przez zasłoniętą roletę. Jednak bałam się wstać i odsłonić ją całkowicie, aby twór pod łóżka nie złapał mnie nagle za kostkę. Znów nie zmrużyłam oka. A może przysnęło mi się na chwilę, ale tylko na chwilę. A tak to nie spałam, aż do… wpół do szóstej, kiedy nareszcie odważyłam się postawić jedną stopę na ziemi. Przecież mam dwie stopy, więc jedną mogłam ewentualnie poświęcić, gdyby twór wciąż siedział pod łóżkiem. Tak się jednak nie stało. Mimo wszystko nie byłam w stanie otworzyć szafy, by się ubrać, więc porwałam czym prędzej swój szlafrok i pobiegłam do salonu. Skuliłam się na kanapie i nieśmiało włączyłam telewizję. A tam znowu zamachy. Jak to po Nowym Roku.
O siódmej usłyszałam dzwonek do drzwi.
-,,Pewnie listonosz-” pomyślałam i poszłam sprawdzić.
Udało mi się dojść do drzwi i zabrać spod nich pocztę, lecz dalej już tej pewności siebie mi zabrakło. Oparłam się plecami o chłodne drewno i patrzyłam na podłogę, która jeszcze wczoraj była zalana krwią. A teraz była czysta. Zaczęłam drżeć. Przycisnęłam listy do piersi i sięgnęłam po słuchawkę starego telefonu który na wszelki wypadek powiesiłam przy drzwiach i wykręciłam numer do mamy.
-Halo?- odezwał się zaspany głos w słuchawce.
-Ma-mamo- wyjąkałam, prawie łkając- Oni znowu tu są…
Cisza. Domyśliłam się, że odsunęła słuchawkę od ucha, by westchnąć.
-Musiało ci się przyśnić, kochanie- odparła łagodnie.
-Nie- głos mi drżał; tym razem łzy zaczęły mi ściekać po policzkach- Oni naprawdę tu są…

wtorek, 29 września 2015

Pół godziny przed kolacją Morifia chodziła w te i we wte przed pokojem młodszego brata. Miała nadzieję, że to właśnie rozmowa z nim pomoże jej w rozwiązaniu problemu. Jednak nawiedzały ją również wątpliwości. Co chwilę zmieniała zdanie, i gdy właśnie znów stwierdziła, że to jednak nie ma sensu i chciała odejść, drzwi sypialni otworzyły się.
-O!- zdziwił się Scarlett stając w progu- Cóż się stało, moja siostro, że pomyślne wiatry skierowały cię aż tutaj?- zapytał sarkastycznie.
-Taaak…- Morifii nigdy nie podobał się ten ton głosu brata- Przyszłam, aby cię o coś prosić.
Scarlett wziął się pod boki i westchnął.
-No…- odparł tylko tyle.
-Mogę wejść?- zapytała dziewczyna, wskazując za plecy brata.
-Nie- uciął krótko Scarlett; zamknął drzwi za sobą na klucz- Chodźmy tam- pociągnął siostrę w stronę okna.
Rodzeństwo usiadło na dość szerokim i niskim parapecie.
-Słucham- Scarlett usiadł prosto i zrobił minę, jak gdyby był na rozmowie kwalifikacyjnej.
Morifia westchnęła głęboko.
-Chodzi o to, że chcę, byś porozmawiał z naszą matką- zaczęła.
-W jakim celu?
-W celu… przekonania jej…- dziewczyna zaczęła przeciągać każde słowo- że… nadaję się do… bitwy z Theranami- ostatnie trzy słowa wypowiedziała bardzo szybko.
Scarlett zaśmiał się cicho.
-Dlaczego to ja mam z nią rozmawiać, a nie ty?- zapytał z kpiącym uśmiechem.
-Ponieważ jesteś jej pupilkiem i ona z chęcią cie wysłucha- odparła Morifia milutko, chcąc się zrewanżować bratu za jego wszechobecny sarkazm.
Scarlett zwęził oczy i spojrzał karcąco na siostrę.
-Być może- wycedził przez zaciśnięte zęby- Lecz cóż będę z tego miał?
Morifia westchnęła; tego pytania obawiała się najbardziej.
-Dostaniesz to, co tylko zechcesz, o ile będę w stanie spełnić warunek- odpowiedziała po chwili przerwy.
Scarlett zastanawiał się przez chwilę.
-Zgoda- odparł, powoli kiwając głową- Co dokładnie mam powiedzieć matce?
Morifia uśmiechnęła się- nareszcie osiągnęła swój cel.
-Zacznij taktycznie- dziewczyna mówiła ze skupieniem- Wspomnij, że widziałeś mnie na treningu jak walczę. Pamiętaj powiedzieć, iż idzie mi tak dobrze jak mężczyzną, a nawet lepiej. Na końcu zagaj, czy ja przypadkiem nie chciałam dołączyć do wyprawy na Theran. Daj matce chwilę na zastanowienie, zapewnij ją, że nie rozmawiałeś ze mną, to bardzo ważne. W sumie możesz mówić o tym od niechcenia, jakby cie to w ogóle nie interesowało.
-Z tym nie będzie problemu- odparł Scarlett pół żartem pół serio.
Morifia wykrzywiła usta w grymasie i pokręciła głową.
-Jak zwykle wiem, że mogę na ciebie liczyć- dziewczyna wstała.
-Ale wiesz, że wszystko zależy od ojca?- Scarlett spojrzał na nią krzywo.
-Lecz mnie nie chce wysłuchać, a matkę- zawsze- wyjaśniła Morifia, odwracając się na pięcie.
-A ty gdzie?- zaoponował młody mężczyzna- Co z moim warunkiem?
-No tak- Morifia odwróciła się powoli- Słucham- przybrała znudzony ton głosu.
Scarlett odwrócił się w stronę siostry, złożył ręce i skupił na niej swój wzrok.
-Chcę, droga siostro, byś jeszcze przed kolacją porozmawiała z Enaretem i wyciągnęła od niego, którędy wychodzi, by spotkać się z tą swoją Gianną.
Morifia zdziwiła się.
-Na cóż co to wiedzieć?- zapytała.
Scarlett uśmiechnął się przymilnie.
-Tego nie było w umowie- po czym wstał z godnością i oddalił się z uniesioną głową.
Morifia szybkim krokiem udała się do drugiego skrzydła, gdzie mieściła się sypialnia jej jedynego starszego brata. Zastukała szybko dwa razy i raz wolno, co od dzieciństwa było kodem najstarszego rodzeństwa.
Enaret otworzył drzwi z uśmiechem.
-Witaj, Mori- tak nazywał ją pieszczotliwie- Coś się stało?
-Oczywiście- mężczyzna otworzył szerzej drzwi i wpuścił siostrę do środka.
Sypialnia Enareta należała do największych pojedynczych sypialń. Znajdowała się w zachodnim skrzydle, więc teraz młodzi ludzie mogli podziwiać przepiękny zachód słońca.
Większość zdobień w sypialni była pozłacana, a łóżko znajdowało się na specjalnym podeście. Pokój był podzielony kotarą na część sypialnianą i gościnną, gdzie znajdował się okrągły stół i kilka krzeseł z miękkich obić.
Morifia po wejściu do pokoju brata wpatrywała się przez chwilę w zachód słońca.
-O czym chciałaś rozmawiać, Mori?- zapytał Enaret, siadając na szezlongu.
Dziewczyna nie odpowiedziała.
-Mori?- brat spojrzał na nią z ukosa.
Morifia wzięła ze świstem głęboki wdech, po czym wypuściła wolno powietrze.
-Słyszałam, że dziś wieczorem znów spotykasz się z Gianną- zaczęła dziewczyna, odwracając się w stronę brata.
-Od Scarletta?- Enaret uniósł jedną brew z powątpieniem.
-Nie, nie…- zaparła się Morifia- Taka plotka krąży… Powiedziała mi służąca, która wie to od podkuchennej, która dowiedziała się od stajennego- dodała bardzo szybko- Plotka szybko się roznosi.
-Aha…- Enaret skinął głową z powątpieniem- W takim razie muszę ją potwierdzić.
Morifia uśmiechnęła się promiennie.
-Czy to coś poważnego?- zapytała, zniżając głos.
-Cóż…- Enaret wzruszył ramionami, lecz jego szeroki uśmiech zdradzał wszystko- Mam nadzieję, że tak- roześmiał się.
Morifia mu zawtórowała.
-To dobrze, cieszę się- młoda dziewczyna klasnęła w dłoń, podchodząc do brata- Ja chciałabym jednak wiedzieć jedną rzecz.
-Słucham- Enaret wciąż się uśmiechał i wydawał się skłonny powiedzieć wszystko.
-,,Złapał przynętę”- pomyślała z zadowoleniem Morifia.
-Którędy dostajesz się na Ziemię?- zapytała.
Uśmiech Enareta zbladł.
-A po co ci to wiedzieć?- mężczyzna nie wiedział, czy śmiać się, czy nie.
Morifia wystraszyła się, lecz nie dała tego po sobie poznać.
-No dobrze- westchnęła, opuszczając ramiona- Tak naprawdę przysłał mnie tu Scarlett- odparła.
-A jednak!- Enaret uniósł wysoko brwi i założył ramiona na piersi.
-Powiedział, że ma cię dziś kryć- zaczęła dziewczyna.
-To prawda.
-Lecz słyszał, że podczas naszej kolacji kilku żołnierzy ma zbadać Przejścia Poboczne, w związku z ostatnimi atakami. Któreś z nich mają zamknąć.
Enaret przybrał zmartwioną minę.
-Sądzisz, iż mogliby zamknąć przejście, przez które ja dostaję się do Gianny?- zapytał.
-Niewykluczone.
-To zaiste niedobrze- Enaret zamyślił się na chwilę.
-Jeśli powiesz mi, którędy wychodzisz, postaram się przekonać rodziców, aby nie wysyłali wojska w tamto miejsce- skłamała Morifia.
Enaret przyjrzał się uważnie siostrze. Czy może jej wierzyć? Gdyby nie wspomniała o ich bracie, nie miałby żądnych wątpliwości co do prawdziwości jej słów. Jednak od jakiegoś czasu zaufanie młodego księcia do młodszego brata malało.
Morifia zauważyła wzrok brata. Wiedziała, o jego wątpliwościach, znała go w końcu od tylu lat. Młoda kobieta podeszła do Enareta i odparła cicho:
-Przecież wiesz, że nigdy cię nie oszukałam- to też nie było do końca prawdą.
Enaret skinął głową ze zrozumieniem.
-Przejście znajduje się w jaskini pod Górą Ischys- powiedział, nachylając się ku siostrze.
Morifia zatryumfowała w środku, lecz nie dała po sobie nic poznać; spokojnie podeszła do brata i wyszeptała:
-Możesz być spokojny, bo zrobię wszystko, by nie rozłączono cię z Gianną- uśmiechnęła się delikatnie.
-Dziękuję ci- Enaret skłonił lekko głowę.
Po wyjściu siostry młody mężczyzna z jeszcze większym zadowoleniem zaczął przygotowywać się do spotkania z ukochaną. Ubrał się w codzienny strój książęcy, lecz za pazuchą ukrył mały tobołek z ubraniami Ziemianina. Potem Enaret wymknął się cicho z pałacu, będąc szczególnie ostrożnym na półpiętrach, gdzie nie mógł się schować, gdyby ktoś nakrył go na ucieczce. Inaczej rzecz się miała, jeżeli spotkałby kogoś na zewnątrz- zawsze mógł skłamać, że nie jest głodny i przechadza się po ogrodzie. Kiedyś już zdarzyły mu się obie sytuacje; gwardzista zauważył go na  korytarzu i kazał iść do jadalni, zgodnie z rozporządzeniem króla. Lecz gdy inny strażnik spotkał księcia w ogrodzie, uwierzył w jego historię.
Teraz Enaret był już wystarczająco wprawiony, by przemknąć niezauważonym przez pałacowe korytarze i zakamarki ogrodu. Młodemu mężczyźnie było trochę wstyd, iż mając tyle lat musi się ukrywać, jeżeli chce się sprzeciwić rozporządzeniu ojca. Enaret liczył jednak cicho, że starzejący się król przekaże koronę pierworodnemu.
Jego najmłodszy brat pragnął tego samego, jednak jeszcze mocniej. Dlatego będąc w jadalni usiadł przy Morifii, aby wydobyć z niej zdobyte informacje.
-Wpierw powiedz mi, ku czemu ma ci służyć taka informacja- zapytała dziewczyna z największą powagą, na jaką było ją stać.
-To raczej nie należy do twojego interesu- odparł lekceważąco Scarlett, nie zwracając uwagi na siostrę, tylko na właśnie podane przez służbę bażanty w sosie leśnym- Umowa była taka- przysługa za przysługę. Ty swoją część umowy spełniłaś, ja postaram się jutro rozmówić z matką- mówił, wydawać by się mogło, że z lekka znużonym tonem głosu, nakładając kawałek mięsa i polewając go sosem.
-Ale ty wiesz, w jaki  celu masz porozmawiać z matką, a ja nie wiem, po co ci wiedzieć, którędy Enaret dostaje się na Ziemię.
-I niech tak zostanie- Scarlett w końcu spojrzał na Morifię; lecz było to spojrzenie wyzywające i pełne dumy.
Morifia wytrzymała to świdrujące spojrzenie dopóty, dopóki do sali nie weszła para królewska- Izyros i Mitis Tomowie.
Wraz z wejściem Mitis Tom cała sala i wszyscy zebrani zostali oczarowani jej wdziękiem; miała 692 lata, lecz wciąż piękną twarz, choć naznaczoną zmarszczkami, które wyrzeźbił czas. Na tejże szerokiej, pogodnej twarzy gościł uśmiech dużych ust, prosty, niezbyt mały nos, błyszczące niebieskie oczy i szerokie czoło. Największym atutem królowej były ponętne kobiece kształty i długie blond, z odcieniem rudości włosy. Zawsze poruszała się z wdziękiem i gracją, posyłając każdej napotkanej osobie ujmujący uśmiech. Tak zdobywała serca poddanych, którzy darzyli ją bezgraniczną miłością.
CDN...

niedziela, 13 września 2015

-Szach- odparł Enaret po chwili ciszy.
Scarlett wpatrywał się z napięciem w szachownicę. Wraz z bratem siedział przy jednym ze stolików ustawionych na rozległych polach Milejskich. Delikatny wietrzyk targał włosy chłopaka, o które dziś nie zadbał, nie zaczesał gładko do tyłu, tylko pozwolił im zachowywać się jak chcą, przez co grzywka wchodziła mu do oczu, czego bardzo nie lubił. Nie spodziewał się, aby to akurat dziś zaczęto mu poświęcać należytą uwagę.
Scarlett niepewnie poruszył ręką, by zasłonić koniem króla. Na ten ruch Enaret nie mógł powstrzymać uśmiechu; zbił swym gońcem królówkę brata. Scarlett właśnie stracił najwszechstronniejszego pionka. Westchnął ciężko, skapitulował. Do końca partii starał się bronić króla, lecz z marnym skutkiem. Po kilku minutach Enaret mógł pochwalić się kolejnym zwycięstwem nad bratem.
-Szach mat- oznajmił zwycięsko, po czym naprężył się w fotelu.
Najmłodszy z Tomów delikatnie pchnął swego króla.
-Racja- odparł cicho, po czym oparł brodę na złączonych w pięści dłoniach, nie patrząc na starszego brata.
-Nie martw się- Enaret uśmiechnął się do niego, wracając do poprzedniej pozycji- Na razie jesteś na etapie samodoskonalenia, lecz gdy już zakończysz ten żmudny proces, nikt nie będzie tobie równy, bracie.
-Myślisz?- odparł Scarlett z nutą kpiny w głosie, unosząc lekko jedną brew.
-Oczywiście- Enaret nie chciał lub nie wyczuł tej kpiny; wciąż zachowywał pogodny ton- Mnie ta sztuka zajęła około…- mężczyzna spojrzał w niego, jak gdyby tam miał znaleźć odpowiedź- …trzystu lat, a ty masz dopiero dwieście siedemdziesiąt sześć- jeszcze wiele przed tobą.
-Cudowne perspektywy na przyszłość- Scarlett odchylił się w fotelu i założył ręce na piersi- To jeszcze przez dwadzieścia cztery lata będziemy gnić przy tym stoliku- dodał, przymykając lewe oko na dosłownie kilka milimetrów, co było jedną z jego oznak, niezadowolenia, jeżeli ich oczywiście perfidnie nie uzewnętrzniał.
-Nie marudź- Enaret wstał; już chciał odejść w stronę pałacu, gdy jeszcze na chwilę zatrzymał się przy młodszym bracie- A tak przy okazji…
Scarlett westchnął ciężko.
-Czego znowu chcesz?- spojrzał na brata jak na potencjalną ofiarę.
Enaret przykucnął przy fotelu, oparł brodę na oparciu i patrzył na Scarletta wzrokiem szczeniaczka.
-Wiesz… mam dziś spotkanie z Gianną…- zaczął.
Scarlett prychnął.
-Ta istota ludzka zawróciła ci w głowie, bracie- mężczyzna pokręcił głową.
-Nie nazywaj jej tak- wzburzył się Enaret- To kobieta, taka sama jak nasze. W dodatku Gianna jest Włoszką. Jeśli już musisz, nazywaj ją ,,Włoszką”.
-Mniejsza z tym- Scarlett machnął ręką, po czym nachylił się do brata i ściszył głos- Czy ona wie, kim jesteś?
-Nie- odparł bardzo spokojnie Enaret- Powiem jej w stosownym czasie.
-Jak sądzisz, jak ta Włoszka- zaakcentował rzeczownik- zareaguje na to? Pomyśli, że jesteś chory i odeśle cię do szpitala…- mężczyzna zmarszczył brwi w zamyśleniu- …psychiatrycznego. Chyba tak to się nazywa.
-No chyba tak- Enaret dał się zwieść bratu; szybko jednak oprzytomniał; pomachał rękami przed twarzą, jak gdyby chciał wymazać niepożądane obrazy- Ale jeśli Gianna mnie kocha, zostanie ze mną na zawsze.
-Ha!- Scarlett oparł się o oparcie fotela i spojrzał na brata z góry- Tylko że u ciebie wieczność, bracie, to jakieś dziewięćset lat, a u niej, gdy ktoś przeżyje sto razy mniej lat, jest uznawany za człowieka bardzo starego.
-Och, wiem- westchnął Enaret; przyłożył czoło do oparcia fotela- Ale ona jest taka piękna i cudowna…
-Tu również nie brakuje kobiet pięknych i cudownych, które są, powtarzam, są w stanie dożyć twojego wieku- Scarlett spojrzał z ukosa na Enareta- Na pewno podobasz się niejednej dwórce.
-Ale żadna z nich nie jest Gianną- lamentował wciąż najstarszy z Tomów.
Scarlett ponownie westchnął.
-,,Beznadziejny przypadek”- pomyślał, kręcąc głową.
Po chwili ciszy młodszy z braci znów zabrał głos.
-A właściwie, o co ci od samego początku chodzi?- zapytał niezbyt delikatnie.
To pytanie wyrwało Enareta z zamyślenia.
-Co? A, tak… -mężczyzna odchrząknął- Mógłbyś na kolacji powiedzieć, że znów źle się czuję i trzymać rodziców z dala od mej komnaty?
-O dobra Kalos- Scarlett przewrócił oczami- Znowu?- spojrzał na brata z wyrzutem- Ostatnim razem było to niezwykle trudne.
-Ja wiem- Enaret wyciągnął przed siebie dłonie, jak gdyby chcąc zatrzymać brata, który jednak nie ruszył się ani o milimetr- Wiem, że powinienem powiedzieć rodzicom. Jednak wiesz, że oni chcą mnie wyswatać z Ilithią. To poważna sprawa.
-Jakie ty masz problemy matrymonialne- Scarlett pokręcił głową z udawanym podziwem- Doprawdy, nikt w królestwie nie cierpi większych katuszy z powodu swych problemów jak ty. Nim jeszcze zostaniesz królem wybudują ci pomnik, braciszku.
-Ha, ha, ha- Enaret sposępniał przez docinki brata- Sam sobie poradzę- wstał i zaczął iść w stronę pałacu- A gdy będziesz mnie potrzebował- nie licz na to.
-,,Tak by było najlepiej- myślał Scarlett- I choć znam jego przemiłe serduszko, to znam również jego pamiętliwość. Nie mam wyjścia.”
Mężczyzna westchnął.
-Zgoda- powiedział na tyle głośno, aby Enaret, który za daleko nie odszedł, go usłyszał.
Scarlett nie był w stanie zobaczyć, lecz doskonale wyobraził sobie, jak Enaret uśmiecha się szeroko.
-Jestem twoim dłużnikiem- powiedział przymilnie; Scarlett usłyszał oddalające się po trawniku kroki.
-,,Jak ja mam wytrzymać z kimś, kto zajmuje się takimi trywialnymi rzeczami jak kobiety z Ziemi?- myślał, kręcąc głową- Gdybym był królem, postawiłbym straż przy wszystkich, nawet najmniej znanych przejściach i skończyłyby się te wycieczki na Ziemię. Lecz ojciec, miast pomyśleć, zostawia jednego gwardzistę i to tylko przy czterech głównych portalach. Jak można być takim ignorantem?”.
Wtem podszedł do niego Archigos- główny gwardzista- i oznajmił, iż król Izyros go wzywa.
-,,Już mnie wyczaił”- ubolewał w duchu Scarlett, lecz poszedł.
Trzeba wiedzieć, iż król Tom ma zdolność do widzenia czyjejś duszy, a może bardziej intencji, dlatego zawsze zawierał intratne umowy lub sojusze.
Scarlett szedł niezadowolony przez długą Salę Główną, powłóczając peleryną, której wprost nie cierpiał.
Na Tronie siedział Król Ojciec- Izyros Tom. Prezentował się dumnie w białej szacie; długie, siwe, a kiedyś czarne, włosy spływały mu na ramiona i po klatce piersiowej, wypiętej dumnie jak na króla przystało. W wieku sześciuset dziewięćdziesięciu sześciu lat król wydaje się znacznie młodszy. Choć twarz nosi znamiona lat, mężczyzna wciąż przypomina młodego chłopaka sprzed czterystu lat- ma gładkie rysy, szersze usta i niezbyt szerokie czoło oraz brązowe oczy. Nie odznacza się muskularnością, ponieważ nigdy o nią nie dbał, lecz intelektem, jest uznawany za najmądrzejszego w królestwie, a do tego najwyższego z rodziny- ponad 1,90 m.
Gdy tylko Scarlett podszedł do ojcowskiego tronu, skłonił się nisko, po czym wyprostował się równie dumnie jak król i założył ręce za siebie.
-Słucham, ojcze- odparł spokojnie, choć w głowie Scarletta szalała burza; nie wiedział, czego ojciec może od niego chcieć i wcale nie chciał tego wiedzieć.
Król Izyros nim odpowiedział, przyjrzał się swemu najmłodszemu synowi; mężczyzna odchrząknął, po czym rzekł:
-Obserwuję cię, synu, już od dłuższego czasu- zaczął.
-I?- Scarlett pochylił się lekko do przodu.
-Nie podoba mi się to, co widzę- król wciąż mówił spokojnie, choć widział, iż najmłodszy już się niecierpliwy.
-Aha- Scarlett znów się wyprostował i czekał; zacisnął usta w wąską kreskę.
-Widzę, że twa dusza z dnia na dzień staję się coraz bardziej mroczna- król mówił stanowczo.
Scarlett uśmiechnął się sztucznie i zamrugał dwa razy, co zawsze oznaczało zbliżający się sarkazm.
-Cóż zatem zamierzasz z tym zrobić, Królu Ojcze? Czekam z niecierpliwością na twój kolejny pomysł na okiełznanie krnąbrnego syna- młody mężczyzna mówił pewnie, z nutą rozbawienia w głosie.
Izyros wstał, wysoko unosząc głowę, a jego cień padł na najmłodszego z synów. Scarlett cofnął się.
-Masz słuszność- do tej pory nie udało mi się to- król mówił twardo i ostro.
-Nic takiego nie powiedziałem- przerwał mu bezczelnie Scarlett.
-Milcz!- Izyros podniósł głos; zszedł po schodach prowadzących do Tronu- W ogóle mnie nie szanujesz- wciąż mówił donośnie, przechadzając się po podeście- Bogowie- wyciągnął ręce ku górze- czym sobie zasłużyłem na tak niewdzięcznego potomka?
-Może nim nie jestem?- zasugerował ostrożnie młody Tom.
Król odwrócił się w stronę syna i spojrzał na niego karcąco.
-Kim nie jesteś?- zapytał, raczej po to, by upewnić się, że się nie przesłyszał.
-No potomkiem, dziedzicem, następcą…- Scarlett zaczął spokojnie wymieniać- Może mnie adoptowaliście lub przygarnęliśmy.
-A po co nam by było czwarte dziecko?- Izyros wzruszył lekceważąco ramionami.
-Ocho cho!- Scarlett z uciechy klasnął w dłonie- Ojcu się język wyostrzył!- zaśmiał się.
Izyros podszedł do syna i spoliczkował go. Scarlettowi natychmiast przestało chcieć się śmiać.
-Im jesteś starszy, tym coraz częściej zaczynasz się zapominasz- mówił cicho, grożąc palcem- Na razie nie powiem o niczym matce, lecz jeżeli zauważę, iż twe intencje się nie zmienią…- król odwrócił się na pięcie i podszedł do tronu- A teraz idź i nie pokazuj mi się na oczy do wieczoru.
-Idź do diabła- mruknął Scarlett.
-Słucham?- zapytał Izyros, siadając na tronie.
Scarlett uśmiechnął się jak poprzednio.
-Już idę, panie- skłonił się, po czym odszedł. -,,Jak ja go nienawidzę- myślał- Takich powinno się tępić”.
Scarlett udał się do swej komnaty, gdzie ściągnął tą idiotyczną pelerynę. Chciał zostać sam na sam ze swymi myślami, jednak wtedy ktoś zapukał do jego drzwi.
-Wejść- rozkazał, kładąc się na łóżku, aby pokazać, że ktokolwiek stoi za drzwiami, zostanie zlekceważony.
Do pokoju wszedł Fortis- jak zwykle wesoły i uśmiechnięty.
-Witaj bracie- przywitał się, siadając na łóżku.
-No…- Scarlett odsunął się od starszego brata- Czego chcesz?- zapytał od niechcenia.
-Przyszedłem, by prosić cię o pomoc- Fortis patrzył w podłogę; proszenie o pomoc nie należało do jego ulubionych zajęć.
-O pomoc?- Scarlett zdziwił się- ,,Tu jest już za późno na pomoc”- pomyślał; odchrząknął i zapytał na głos- W czymże ja mógłbym ci pomóc?
-Wiesz- Fortis czuł się skrępowany; wstał zatem i zaczął chodzić po pokoju brata, co pomagało mu myśleć- Za tydzień podchodzę do Wielkiego Testu.
-Tego, co to go ojciec wymaga?- zapytał lekceważąco Scarlett, po czym prychnął- I na co ci ja?
-W sprawności nie będzie problemu, jedynie te pytania na temat ustroju państwa…- pokręcił głową- nigdy nie umiałem na nie odpowiedzieć.
-O…- westchnął młodszy z braci, niby to ze współczuciem- I mam cię ich nauczyć?
Fortis odwrócił się z radością do Scarletta.
-Gdybyś tylko mógł- odparł.
Scarlett przez chwilę wpatrywał się w niego, rozważając ewentualną pomoc.
-Ale tych Zasad Ustrojowych jest ponad dwieście…- zaczął.
Fortisowi zrzedła mina.
-Odmawiasz mi?- mężczyzna podszedł groźnie do braterskiego łoża.
Scarlett wstał, nie bojąc się Fortisa, ponieważ nie musiał unosić głowy, by na niego spojrzeć.
-Nie zapominaj bracie, że nie mam już stu pięćdziesięciu sześciu lat- mężczyzna mówił cicho- I że mam zdolności równie rozwinięte jak twoje- to mówiąc, siłą umysłu podniósł świecznik ze swego biurka i trzymał go nad głową brata, lecz Fortis nie mógł tego dojrzeć, aczkolwiek domyślił się, co knuje brat.
-Nie nabiorę się na te twoje sztuczki, Scarlett- odparł Fortis ze złością, po czym
odwrócił się, chwycił świecznik i rzucił nim o ścianę.
Scarlett otworzył usta, lecz nim przemówił, wpatrywał się przez chwilę w kawałki kruszcu leżącego na ziemi.
-To był mój najlepszy świecznik- mężczyzna odwrócił twarz do brata i uniósł jedną brew.
-To był twój najlepszy świecznik- Fortis poprawił brata, po czym z dumą skierował swe kroki do drzwi- To co- pomożesz mi?- zapytał na odchodne.
-Zastanowię się- odrzekł Scarlett, nie odwracając się, ponieważ wciąż patrzył na podłogę.
Mężczyzna usłyszał trzaśniecie drzwi. Dopiero wtedy odwrócił się i posłał nieobecnemu już bratu ostre spojrzenie.
CDN...

niedziela, 6 września 2015

Pod spodem znajdziecie wstęp do mojej nowej książki, która znacznie różni się od poprzedniej. Mam nadzieję, iż Wam się spodoba. ;)
                                                                SCARLETT
                                                       WSTĘP
Jeżeli w pewien piękny, bezchmurny poranek spojrzysz w niebo i bardzo długo i dokładnie będziesz się w nie wpatrywał, być może dostąpisz zaszczytu ujrzenia świateł latarni Milleni. Nie jest to rzecz spotykana na co dzień, ponieważ my, ludzie nie mamy czasu na zajmowanie się takimi głupotami. A przynajmniej tak mówimy. Jeśli jednak masz czasu pod dostatkiem i uważasz siebie za najbardziej ciekawska osobę na świecie, połóż się w taki wyjątkowy dzień na trawie i wpatruj się w niebo nad Tobą. Być może dzięki temu dołączysz do grona tej garstki osób, która miała okazję ujrzeć choćby jeden blask latarni, oświetlające nocą ulice Milleni.
A czymże jest Millenia? To cudowne miejsce, zamieszkane od setek tysięcy lat przez istoty, nazywane Milleńczykami. Zatem kim oni są? Gdybyś przypadkiem spotkał jednego z nich na ulicy, nie zorientowałbyś się, że oto właśnie obok Ciebie przeszedł Milleńczyk. Wyglądają jak my, zachowują się jak my, nie są żadnymi dziwnymi kreaturami. Jednak coś nas musi różnić. Milleńczycy przez fanatyków mogliby zostać nazwani ,,nadludźmi”. Dlaczego? Otóż Milleńczycy posiadają zdolności, których my, ludzie nigdy nie będziemy w stanie posiąść. Jakie one są? Och, dość prozaiczne; nadludzka siła, super inteligencja, a czasem nawet coś, co ludzie nazywają magią, czyli zdolności do multiplikacji, stwarzania iluzji lub zawładnięciem czyimś umysłem. Co prawda takie rzeczy zdarzają się znacznej mniejszości Milleńczykom. Istoty proste, jak są potocznie nazywane, posiadają po prostu nad wyraz rozwiniętą jedną umiejętność. Z czasem dzięki temu stają się wyjątkowi.
My, ludzie już nie raz próbowaliśmy odnaleźć tzw. istoty pozaziemskie, jednak gdy to się jak do tej pory nie udało, niektórzy z nas postanowili przenieść je na ,,duży ekran”. Stąd wszystkie te filmy science-fiction czy fantasy bijące rekordy popularności- to po prostu próba udowodnienia, iż nie jesteśmy sami we wszechświecie. Gdyby tylko któryś z nas zechciał poświęcić kilka chwil i spojrzeć w górę…
Lecz czymże jest ta Millenia? Otóż jeżeli przypomnisz sobie obrazy z podręczników przedstawiające starożytny Rzym lub Grecję, to tak mniej więcej przedstawia się Millenia. Władcy nią panujący przez setek tysięcy lat nie odważyli się zmieniać zabudowań miasta, jedynie co po niektórym artystom pozwalano na wybudowanie bardziej awangardowych budowli. Dzięki temu na Rynku Głównym po dziś dzień stoi okazała gotycka świątynia, w której oddawana jest cześć różnym bóstwom. Ponieważ, pomimo ich zdolności, Milleńczyków nie można nazwać bogami. Ponadto prócz tradycyjnych domów, często przypominających parodię brył geometrycznych, można by wyróżnić solidniejsze kamienice, w których zamieszkują bogatsi. Jednak sposób poruszania się po mieście nie zmienił się dotychczas; wciąż używa się powozów ciągniętych przez konie, np. wyniszczonych rydwanów, a droga wyłożona jest kocimi łbami, lecz kanalizacja, o dziwo, stoi na wysokim poziomie.
Millenię najbardziej wyróżnia zamek królewski stojący pośrodku miasta. Jest to drugi zamek, w ciągu całej historii monarchii. Został on wzniesiony z rozkazu króla Vasiliasa Toma. Zatem rodzina królewska opuściła mury starożytnego zamku wzniesionego na wzgórzu za miastem i przeprowadziła się do okazałego pałacu.
Pałac Regium ma kształt stożka, tylko z kulistym dachem. Do połowy jest wyłożony złotymi blachami, a od połowy w górę jest szklany. Każde okno w kształcie rombu podzielone jest przez również pozłacane, metolowe obramowanie. Oczywiście od środka można zasłonić okno okiennicą, jeżeli ktoś sobie tego życzy. Pałac mieni się w słońcu, dzięki czemu, jeśli spojrzeć na niebo w nocy, można zobaczyć jego blask wielkiej latarni. Jest najbardziej upragnionym miejscem w Milleni, lecz nie każdy może tam wejść. A już tym bardziej mieszkać. Kto zatem zamieszkuje komnaty zamku królewskiego?
Dynastia Tomów trwa nieprzerwanie od dwustu tysięcy lat. Jest drugą monarchią Milleni, a pierwszą która zmieniła ustrój państwa na monarchię konstytucyjną i automatycznie wprowadziła konstytucję.
Królem Milleni jest Izyros Tom, a u jego boku zawsze można ujrzeć przepiękną Mitis- monarchinię. Dziedziców tronu jest aż czterech. ,,Aż” ponieważ zazwyczaj były to dwie lub trzy osoby. Być może więcej, lecz nawet jeśli, pozbyto się ich. Jednak ta para królewska kochała swoje potomstwo, choć posiadanie czwórki dzieci prawie zawsze doprowadza do konfliktów na tle władzy. Jednak Izyros i Mitis naiwnie sądzili, że ich dzieci będą sprawiedliwe wyrozumiałe, i że nigdy nie dojdzie wśród nich do kłótni o to, kto ma być następcą króla.
Pierworodny pary królewskiej nosi imię Enaret. Jest średniego wzrostu przystojnym mężczyzną. Ma  ciemne blond  włosy, gładko zaczesane do tyłu, brązowe oczy i przyjemną, delikatną twarz z niezbyt wystającymi kośćmi policzkowymi, aczkolwiek rysy dość ostre; prosty nos, szeroki na końcu, wysokie, szerokie czoło, dolną wargę pełniejszą, ładny uśmiech. Ponadto ma szczupłą budowę ciała, szersze ramiona, a dzięki regularnym ćwiczeniom jest dość wysportowany. Ma ponad 1,80 wzrostu. To mądry, rozsądny, sprawiedliwy trzystusześćdziesięciolatek, idealny model na przyszłego króla. Posiada większość cech swego ojca, Izyrosa, a jego zdolnością jest pirokineza.
Jednak jest jeszcze jego siostra- Morifia; ma 324 lata, więc nie wiele mniej niż brat. Została wychowana na odważną, niezależną, waleczną kobietę i te cechy w dorosłym życiu są dla niej priorytetowe. Jest wybitną wojowniczką, jedną z niewielu w królestwie. Posiada zdolność kontroli nad naturą, co najczęściej wykorzystuje w walce. Jednak odznacza się nie tylko charakterem, lecz również urodą; Morifia ma długie, czarne włosy, mocno zaznaczone brwi, surowe rysy twarzy, wysokie czoło, wąskie usta, brązowe oczy i pieprzyk nad wargą.  Jednakże jej uśmiech jest w stanie skruszyć serce każdego potwora. Morifia nie należy do tzw. ,,chucherek”, czy ,,wieszaków”- szczupła, aczkolwiek dobrze zbudowana sylwetka są zasługą wielogodzinnych ćwiczeń. Jest trochę niższa od starszego brata- 175 cm wzrostu.
Trzecim w kolejce do tronu jest Fortis- nazywany ,,super żołnierzem”. Dlaczego? To proste; Fortis należy do tych wysokich (1,90 m), dobrze zbudowanych blondynów, z niebieskimi oczami. Ma szeroką twarz, często lekki zarost i tak jak siostra wąskie usta. Inteligencją dorównuje rodzeństwu, lecz tak bardzo się tym nie chwali. W zamku uchodzi za podrywacza, więc nigdy nie wiadomo, którą dziewczynę zaprosi na kolację lub proszony obiad. Jako super żołnierz ma zdolności fizyczne dwudziestokrotnie większe od przeciętnego Milleńczyka. Jednak z racji tego, iż ma dopiero 300 lat, starsze rodzeństwo nie zawsze traktują go na poważnie. Lecz jest uznawany za najlepszego żołnierza w kraju- trudno się dziwić.
No i ostatni z licznego rodzeństwa- Scarlett. Cóż o nim można powiedzieć? Przynajmniej jest drugi, jeżeli chodzi o wzrost- 187 cm. I to tyle, jeżeli chodzi o przodowanie w czymkolwiek. Choć on uważa, że w kwestii inteligencji pozostała trójka mu nie dorównuje. Jeśli chodzi o wygląd, tu również nie odstępuje rodzeństwu, aczkolwiek ze względu na jego wiek, czyli 276 lat, nikt nie zwraca na to uwagi. Lecz może warto ją opisać; ma pociągłą twarz, również wysokie czoło, wyraźne kości policzkowe, a gdy zaciska usta w wąską kreskę, powstaje wrażenie, iż łączą się one z kośćmi- aż tak są wyraźne. Do tego ma niebieskie oczy i czarne, proste włosy do ramion jak Fortis, jednakże budową ciała znacznie się od siebie różnią, ponieważ Scarlett jest całkowitym przeciwieństwem brata- nie jest szpakowaty, ale można go nazwać ,,połową Fortisa”.
Scarlett jest piąty w kolejce do tronu i, gdyby marzenia się spełniały, jeśli coś by się wydarzyło, stałby się królem. Odkąd tylko ta myśl zaświtała mu w głowie, zaczął robić wszystko, byleby jak najlepiej przygotować się do ewentualnej roli króla.
W efekcie tego począł obserwować swego ojca podczas czynienia obowiązków najważniejszego mężczyzny w kraju, a potem prosił go o przydzielenie mu jakichkolwiek obowiązków związanych z jego stanowiskiem. Jednak ojciec zawsze odmawiał, tłumacząc się tym, że Scarlett jest za młody, nie zna się na tym, zrobi błąd. Tak więc Scarlett zaczął nienawidzić ojca; co kolację przyglądał się mu i z każdym wieczorem znajdywał w nim coraz więcej wad. A sobie z dnia na dzień przypisywał niezliczone zalety, dzięki którym byłby idealnym królem- nie to, co jego ojciec.
CDN...

wtorek, 30 czerwca 2015

Tymczasem Christine bawiła u księżnej Dariowny. Zabawa była przednia dopóty, dopóki do mieszkania kobiety nagle nie zawitał lord LeFlay.
-Przepraszam, że nachodzę o tak późnej porze- powiedział, ściągająć kapelusz i wchodząc do saloniku, lecz gdy ujrzał w nim Christine, przystanął i zaniemówił.
Jackie również nie potrafiła ukryć zdziwienia i zakłopotania, lecz aby choć trochę je zakryć, wstała i dygnęła, chyląc głowę na znak pokory.
-Ależ nie przeszkadza pan- powiedziała radośnie księżna, wyciągając rękę w stronę gościa.
Lord złożył pocałunek na dłoni gospodyni, jednakże nie spuszczając wzroku z panny Jackson.
-Jakaż to sprawa sprowadza pana o tak późnej porze w me progi?- zapytała Dariowna, wskazując Charlesowi LeFlayowi miejsce do siedzenia.
Para zajęła się sprawami finansowymi, które również dotyczyły księżnej- pan LeFlay chciał zakupić ziemię, którą Theresa Dariowna chciała sprzedać. Jednak sprawa nie była łatwa, było mnóstwo kruczków dotyczących sprzedaży ziemi. Lord był potencjalnym kupcem, a teraz przyszedł wkupić się w łaski sprzedającej.
Christine nie słuchała tego, o czym mówili. Myślała nad tym, kiedy wróci jej mąż z wizyty u znajomych. Spojrzała na zdobiony zegar stojący na pianinie w salonie; 22.17- powinna już wracać.
-Przepraszam najmocniej- powiedziała, przerywając wypowiedź lorda w pół zdania; męzczyzna spojrzał na nią gniewnie- lecz muszę się już z państwem pożegnać- wstała.
Księżna Dariowna i LeFlay natychmiast również wstali.
-Cóż za szkoda- odrzekła szczerze kobieta- Ostatnio nie mamy wielu okazji, by się zobaczyć, moya dorogaya, a ja po każdej twej wizycie czuję się kontent ze spotkania z tobą.
-Zywię podobnę uczucia do pani- Christine lekko skinęła głową- aczkolwiek teraz muszę się skuoić na kimś innym, kto domaga się mojej uwagi- kobieta spojrzała na swój brzuch, lekko już zaokrąglony, i pogładziła go.
-No tak!- księzna klasnęła w dłonie- Nie mogę się doczekać stupotu tych małych nóżek- zaśmiała się.
-Ja również- przytaknęła Christine, jednak mniej entuzjastycznie niż przyjaciółka.
-Zatem pozowli pani, iż panią odprowadzę?- zapytał nagle Charles LeFlay.
Jackie spojrzała na niego ze zdziwieniem; w oczach mężczyzny ujrzała ukryte znaczenie tej propozycji. Niestety musiała na nią przystać, jeśli chciała się rozprawić z nim raz na zawsze.
-Ależ oczywiście- podała swe ramię.
Para wyszał, a gdy tylko znaleźli się w bezpiecznej oodległości od salonu, Charles LeFlay natychmiast opuścił swe ramię.
-Nie rozumiem, czemuż jeszcze pani nie wyjechała- zaczął ostrym tonem- Pani, pani- tfu!- udał, że spluwa- narzeczony oraz ten bękart powinniście raz na zawsze opuścić to miejsce- zbliżył się do niej- Jesteście mordercami, zabiliście mi żonę.
-Nawet gdybyśmy tego nie zrobili, długo by już nią nie pozostała- odparła bezczelnie Christine natchnięta nagle pewnością siebie i zuchwałością.
-Jak śmiesz?- wysyczał lord.
-Żegnam pana- rzuciła z dumą kobieta, po czym wyszła, lecz przed drzwiami rzuciał ostatnie spojrzenie na LeFlaya.
Wracając do domu dyliżansem Jackie próbowała sobie przypomnieć wszystkie szczegóły dotyczące Charlesa LeFlaya; okrągła głową, łysiejąca, lecz te włosy, które mu pozostały wciąż posiadały w sobie bląd błyski. Jasne niebieski oczy, duży nos, jakże nie pasujący do twarzy oraz cienki usta. Postawa lekko zgarbiona, lecz pewna, pasująca do urzędnika wyższego stanu. Zastanawiała się, jakim cudem ta delikatn, tajemnicza, żywiołowa Beatrice mogła poślubić kogoś tak trywialnego, zwykłego.
-,,To dziwne- pomyślała- myśleć o swej ofierze w ten sposób”- uśmiechnęła się do siebie z niedowiarzania, lecz niejakiej dumy, iż to ona była w stanie pozbawić życia kogoś o takiej urodzie.
Christine Jackson dojechała do domu. Z powodu zmęczenia z trudem weszła na właściwe piętro, do swego mieszkania. Drzwi były lekko uchylone.
-,,Czyżby Michael zaczął ufać ludziom?”- pomyślała.
Kobieta weszła do środka, zamykając za soba szczelnie drzwi. Cały hall był pogrążony w ciemności, zatem Jckie musiała po omacku znaleźć drogę do salonu. Tam mroki przebijał jedynie słaby blask kominka.
-,,Gdzież on jest?- zapytała samą siebie- Może skoro nie tu, to w sypiali?”
Christine skierowała tam swe kroki, lecz już drzwi tego pokoju były zamknięte na klucz.
-,,Co się dzieje”- zaczęła się niepokoić.
Na szczeście w komodzie ukryła klucz do sypialni, w razie gdyby tam Michael próbował się przed nią ukryć. Teraz pochwaliła siebie za ten pomysł. Miała nadzieję, że klucz z drugiej strony nie znajdował się w zamku. Na szczęście kobieta bez problemu otworzyła drzwi, lecz wtem znów natrafiła na przeszkodę- uderzyła w coś, co leżało na ziemi.
-Co jes..- zaczęła, lecz nagle spostrzegła czym, a raczej, kim była przeszkoda.
Michael leżał na ziemi skulony, a jego narzeczona uderzyła go w nogę.
-O nie…- wyszeptała Jackie, przyklękując natychmiast u boku swego ukochanego- Mick, Mick, obudź się- próbowała go oucić; po chwili udało się.
-Co się stało?- wymamrotał na wpół przytomny mężczyzna.
-Ty mi powiedz- Christine próbowała powiedzieć to jak najdelikatniej.
Michael spojrzał w kierunku, z którego dobiegał głos, ponieważ jeszcze nie był na tyle zorientowany, by go rozpoznał. Jednak gdy ujrzał przed sobą swą narzeczoną zląkł się.
-Nie dotykaj mnie- natychmiast odsunął się od kobiety- Idź ode mnie, diable.
-Co ty wygadujesz?- zapytała Christine, próbując zbliżyć się do narzeczonego, ten jednak jeszcze bardziej się odsunął.
-Nie mów, że nie wiesz- próbował krzyczeć, lecz znów miał ściśnięte gardło.
-Nie wiem, wytłumacz mi- wzruszyła ramionami kobieta, przyjmując swój najłagodniejszy wyraz twarzy.
Michael patrzył na ukochaną i zaczął pojmować, iż wcale nie przypomina potwora, który jeszcze niedawno znajdował się w ich salonie.
-To musiał być zły sen- wyszeptał, opierając głowę o ścianę.
-Tak, tak…- przytaknęła Jackie, bliska płaczu; ujęła dłoń ukochanego- Połóż się spać.
-Chyba masz rację- Michael patrzył w sufit, jakby na nim znajdowała się konstelacja gwiazd, a zarazem odpowiedź na dręczące go w tym momencie pytania.
-Zatem chodź- odparła Christine, gdy jej narzeczony wciąż pozostawał w tej samej pozycji.
Michael westchnął i nareszcie spojrzał trzeźwo na narzeczoną. Wyciągnął rękę w jej stronę, a ona pomogła mu wstać oraz zaprowadzić do łóżka. Michael anwet nie przebrał się w pidżamę; położył się tak, jak przyszedł do domu, z wyjątkiem butów i marynarki.
Dopiero gdy Christine zapaliła lampę ujrzałą, w jakim stanie jest salon- najgorzej nie było, lecz zosta zbity wazon, a wszytsko, co znajdowało się na stole zostało przewrócone. Po zrobieniu z tym porządku, kobieta również położyła się do snu. Jednak nie przyszedł on szybko, mącony niespokojnym oddechem Michaela Tuttiholmesa.
Rano Christine obudziłą panna Laurie- przychodziła ona prawie codziennie. Zależało to od jej drugiej pracy oraz od finansów państwa Jackson-Tuttiholmes, również ze względu na które zostawał tylko do 16.00
Christne cieszyła się, gdy panna Laurie przygotowywała im śniadanie, ponieważ sama nie musiała o tym myśleć. Najbardziej smakowała jej herbata służącej- niby niczym nie różniła się od zwykłej, lecz panna Laurie potrafiła sprawić, iż miała ona wyjątkowy smak. Zapytana kiedyś, jak to robi, odparła, iż dodaje różnych ziół lub kwiatów, lecz nigdy nie powiedziała dokładnie jakich.
Dziś herbata panny Laurie była iście zbawienna, ponieważ Christine obudziła się z wielkim bólem głowy. Gorący napój podziałał na nią kojąco i wręcz znieczulająco. Po pierwszym łyku pani domu uśmiechnęła się jak mała dziewczynka do gosposi, a ta odwdzięczyła jej się skromniejszym uśmiechem i skinieniem głowy. W tym momencie do kuchni wszedł Michael.
-Dzień dobry panu- dygnęła panna Laurie.
-Witam- odparł gospodarz zachrypniętym głosem.
-Kochany, musisz spróbować…- Chrstine odwróciła się do narzeczonego i w tym momencie zamarła.
Pod okiem Michaela widniał wielki siniak po uderzeniu.
-Na litość boską, co ci się stało, Michael?!- krzyknęła.
-Co?- mężczyzna nie rozumiał; dotknął swego policzka- A, to… Chris (dawny znajomy Micka) trochę wypił i się zdenerwował. Próbował uderzyć Lawrence’a (kolejny znajomy), ale trafił mnie- odparł na prędce Michael, co oczywiście było nieprawdą.
-Och!- tylko tyle była w stanie powiedzieć Christine- No… trudno- zawahała się- Siadaj.
Reszta śniadania przebiegła na konwersacji o rzeczach błachych, aż nagle ktoś zapukał do drzwi.
-Otworzę- odparła szybko panna Laurie i czym prędzej udała się w stronę drzwi.
-Kto to był?- zapytała Jackie, gdy tylko służąca wróciła.
-Listonosz- odrzekła panna Laurie, podając list.
Christine otworzyła kopertę i przebiegła wzrokiem po papierze.
-To zaproszenie- wyjaśniła, podając wiadomość narzeczonemu- Na bal sylwestrowy do lorda Phistera.
-Carl Phister nas zaprasza?- zdziwił się Michael- Z jakiej racji.
-To znajomy moich rodziców- wyjaśniła Christine- Zawsze go lubiłam
-To wszystko wyjaśnia- westchnął Mick.
Nie znał tego mężczyzny, z racji czego czuł niepokój na myśl, iż maiłby bawić u niego w domu. Nagle przypomniał sobie o czymć.
-Lecz przecież my mieliśmy wydawać małe przyjęcie- zauważył.
Christine spojrzała na narzeczonego.
-,,No tak”- pomyślała.
-Dajmy sobie z tym spokój- wyszeptała, patrząc podejrzliwie na panne Laurie; służąca natychmiast się odwróciła.
-Mieliśmy się jej pozbyć- wysyczał Michael przez zęby.
-Nie mam na to siły- westchnęła Christine.
Mick położył swą dłoń na dłoni ukochanej.
-Dobrze- powiedział i uśmiechnął się przyjaźnie; wziął znó wlist w swe ręce- Jakiego rodzaju jest to bal?- przebiergł wzrokiem po tekście- Maskowy, ech…- westchnął zirytowany.
-Nie lubisz ubierać maski?- zapytała Christine już weselszym tonem.
-Nie lubię nie wiedzieć, z kim rozmawiam- wyjaśnił Michael.
Narzeczeni wrócili do śniadania, a panna Laurie mogła skończyć udawać, że nic nie słyszy.


James Whittington właśnie wiązał sobie przed lustrem krawat, gdy do drzwi ktoś zapukał. Słyszał, jak gosposia otwiera drzwi, potem mówi coś do Cosette, aż w końcu ta druga zapukała do jego sypialni.
-Proszę- odparł, nie przerywając wykonywanej czynności.
Do sypialni weszła jego narzeczona z listem w ręce.
-Do ciebie- odparła cicho.
-Otwórz i daj mi go- powiedział delikatnie.
Cosette zrobiła, jak jej narzeczony kazał i podała mu list. W przeciwieństwie do Michaela Tuttiholmesa lub Christine Jackson, James Whittington czytał wiadomość powoli i dokładnie.
-Lord Carl Phister zaprasza nas na bal maskowy, który odbędzie się 31 grudnia w jego posiadłości- odpał mężczyzna spokojnym tonem, odkładając list i wracając do krawata.
-Nas, czyli- zawahała się Cosette- mnie też?
James spojrzał na narzeczoną.
-Nas, czyli ciebie też, moja droga- uśmiechnął się lekko przez ułamek sekundy- A teraz możesz już iść.
Cosette dygnęła jak służąca, co niezmierni ją denerwowało, po czym wyszła.


Również i Castor Tuttiholmes przygotowywał się do wyjścia z domu, gdy nagle do drzwi ktoś zapukał. Była to pani Nicecat z listem w ręce.
-Dzień dobry, paniczu Tuttiholmes- przywitała się radośnie.
-Witam, pani Nicecat. Co panią do mnie sprowadza?- zapytał uprzejmie.
-To dla pana- kobieta wręczyła młodemu człowiekowi list- Listonosz musiał się pomylić, ponieważ znalazłam go u siebie.
-Zdaża się- powiedział dziwnie wesoło Castor.
-W takim razie żegnam się z panem- pani Nicecat skłoniła się lekko.
-Do widzenia, pani Nicecat- odparł o dziwo znów uprzejmie detektyw.
Mężczyzna wrócił do salonu, usiadł w swoim fotelu i otworzył list. On również należał do grupy spokojnie i dokładnie czytających listy.
-Coś takiego- zdumiał się- Carl Phister zaprasza mnie do siebie na bal sylwestrowy, w dodatku- bal maskowy- odparł do siebie- Kto by się spodziewał?

                                                                              X
Państwo Jackson- Tuttiholmes szykowali się na bal maskowy u lorda Phistera. Christine na tę okazję zamówiła specjalnie ogromną balową suknię- czarną, bez rękawów, ze szczerbionym, prostym dekoltem, której spódnica była wyszyta wielkimi, sztucznymi piórami, do tego również czarna, bogato zdobiona maska wenecka, również z piórami po bokach. To nic, że została na to wydana niebagatelna suma, jak gdyby miałby to być jej ostatni zakup w życiu.
Michael wybrał skromniejszy strój- czarny ze szkarłatnym smokingiem i maską tego samego koloru, ze złotym odcieniem. Wychodził znacznie taniej niż suknia balowa Christine.
-Panno Laurie, dziękujemy Ci, iż zgodziłaś zaczekać na mojego wujka i ciotkę- mówił Michael do służącej- Przygotuj im posłanie i kolację. Powinniśmy wrócić około pierwszej w nocy.
-Dobrze, panie Tuttiholmes- dygęła panna Laurie.
Michael otaksował dziewczynę wzrokiem; niska, lekko przy kości, niezbyt urodziwa. Długa suknia zasłaniała ją od szyi w dół, a na głowie miała jeszcze znoszony czepek, spod którego wysuwały się przetłuszczone kosmyki włosów o odcieniu jasnego brązu. Czy można jej zaufać? Mężczyzna przyjrzał jej się raz jeszcze- chyba można.
-Liczymy, iż można zostawić mieszkanie pod twoją opieką- powiedziała nagle Christine, jak gdyby odgadując myśli ukochanego.
-Naturalnie- odparła żarliwie służąca, jeszcze raz dygając.
-Mam nadzieję- kobieta otaksowała ją wzrokiem; miała mieszane uczucia, nikomu już nie mogła wierzyć; odwróciła się do narzeczonego- Chodźmy więc- odparła.
Wyszli na ulicę, gdzie podjechała po nich dorożka. Cała droga minęła im w milczeniu. Zapewne, gdyby wiedzieli, kto jeszcze zjawi się na balu, teraz na pewno gorąco by o tym rozprawiali. Ci jednak jechali w błogiej nieświadomości, a kubeł zimnej wody miał się wylać na ich głowy dopiero po wejściu na salę balową.
Tak w ciszy dotarli do posiadłości lorda Carla Phistera. Właściwie trudno to było nazwać posiadłością- okazały mały zamek, za którym znajdowały się jeszcze okazalsze ogrody. Dorożka wjechała na żwirowany plac, wzdłuż którego aż do samego wejścia były ustawione wysokie pochodnie oświetlające drogę, lecz bardziej robiące wrażenie. A przynajmniej zrobiły wrażenie na parze, która właśnie wysiadła z dorożki.
-Jak tu pięknie- wyszeptała Christine.
-Nic dziwnego- jako poseł, Phister śpi na pieniądzach- Michael sprowadził ją na zi Christine spojrzała na narzeczonego ze złością w oczach.
-Wiesz co…- zaczęła, ale przerwała w pół zdania.
Michael pokręcił tylko głową.
-Chodź- skinął głową w stronę wejścia.
Wnętrze pałacyku robiło jeszcze większe wrażenie- marmurowe posadzki, kamienne rzeźby, wielkie obrazy i arrasy na ścianach, ogromne drewniane schody, wszędzie nienaganna służba, ubrana na biało, również w maskach. Dla tej pary było to wszystko zbyt przytłaczające.
-Nie pasujemy tu- wyszeptała Christine.
-Ale z jakiegoś powodu się tu znajdujemy, więc przestań marudzić- Michael miał dośc narzeczonej.
-Proszę, proszę, kogo moje piękne oczy widzą?- odezwał się głos z tyłu.
Narzeczeni raptownie się obrucili i ujrzeli przed sobą Castora Tuttiholmesa.
-Co ty tu do diabła robisz?- wywyczał Michael, gdy tylko brat zbliżył się do niego.
-Nie tylko wy dostaliście zaproszenie- spójrz dokoła- Castor zrobił gest dłonią, jak gdyby opowiadał o obrazie zawieszonym nad tą trójką- aktualnie znajduje się tu prawie jednak czwarta Londynu.
-I ty- westchnął Michael- Dlaczego?- zapytał głupio.
Castor wzruszył ramionami.
-Po Kubie Rozpruwaczu i królowej Wiktorii jestem najbardziej znaną osobą w Londynie. To do czegoś zobowiązuje- wyjaśnił bratu spokojnym, aczkolwiek lekko zirytowanym głosem.
-Jakże mogłem zdziwić się twą obecnością, bracie- Michael próbował naśladować ton głosu starszego.
Przez chwilę bracia Tuttiholmesowi mierzyli się wzrokiem, aż w końcu Christine zdecydowała się zakończyć tą farsę.
-Michaelu, chciałabym z tobą zatańczyć- oznajmiła oficjalnym tonem- Słyszę walca w tle, a dawno już go nie tańczyłam- pociągnęła narzeczonego za ramię- Choćmyż.
-Tak… tak- odpowiadał raz z arazem mężczyzna jak w transie.
-Idź, ukochana woła- odparł kpiącym tonem Castor- Twój najdroższy skarb.
-Proszę cię…- powiedziała dziewczyna błagająco, lecz równocześnie ponagląco.
Dopiero pod wpływem takiego tonu głosu Michael raczył posłuchać. Oddalił się wraz z narzeczoną, jednak już przez cały wieczór miał wspominać wzrok brata, który mówił: ,,Jesteś nikim, w porównaniu ze mną.”


Camii na bal ubrała się skromnie, w kremową, prostą sukienkę ze zwężanymi, krótkimi rękawkami, pąsową wstążeczką pod dekoltem i marszczeniami przy wstążeczce oraz maskę- również pąsową, z malutkimi sztucznymi kamykami po obu stronach w liczbie ośmiu w sumie.
James Whittington także wolał jasne barwy, a dokładniej garnitur koloru kości słoniowej, kapelusz i malutką maskę na patyczku.
Dodatkowo Camii ze sobą przepastną, płócienną torbę, w której schowała strój na bal dla pana Sebastiana Kluskina, również zaproszonego. Akurat Camii wiedziała, kto znajdzie się na raucie sylwestrowego wieczoru. Kilka dni wcześniej udała się z wizytą do pani Eleonory Phister- siostry lorda, słynącej z plotkowania. Kobieta z chęcią opowiedziała młodej pannie, kto został zaproszony na przyjęcie. Lista gości wcale jej nie zdziwiła, wręcz przeciwnie- ucieszyła, ponieważ tego wieczoru mogła doprowadzić swój plan do końca.
Pan Whittington wraz z narzeczoną pojechał na bal dwukółką, choć wieczór był zimny. Jednak z wszystkich wozów doktora, tylko ten pozostawał sprawny. Narzeczeni ubrali grube płaszcze, lecz na miejsce i one, i ich właściciele byli mocno przyprószeni śniegiem, który właśnie zaczął padać.
Byli wcześniej niż panowie Tuttiholmes i panna Jackson. Zdążyli przywitać się z wszystkimi, według Camii, nudnymi osobistościami, po czym nareszcie udali się do sali balowej. Akurat zaczęli tańczyć walca, gdy do sali wkroczyli Michael i Christine. Nie uszli oni uwadze Camii, lecz ona im- tak. Do ostatniego taktu dzieła Straussa nie dostrzegli jej obecności. Dopiero gdy panowie zaczęli zapraszać do mazurka Chopina i Michael podszedł do odwróconej do niego damy, i gdy ta się odwróciła, mimo maski mężczyzna rozpoznał ją. Niestety propozycja tańca została już złożona.
-Ależ z ogromną chęcią zatańczę z tobą, drogi panie- uśmiechnęła się do niego przebiegle.
I tak wesoły taniec nie sprawił mężczyźnie żadnej przyjemności, ze względu na toczącą się w trakcie rozmowę.
-Bardzo dostojnie wygląda dziś pańska żona- zagaiła Camii.
Michael nie odpowiedział.
-W którym miesiącu ciąży jest?- mówiła dalej.
-Trzecim czy czwartym- wzruszył ramionami niechętnie mężczyzna.
-Nie wygląda- cmoknęła kobieta- Na moje oko szósty, siódmy; musiałaby zajść w ciążę w maju- roześmiała się Camii.
-Niemożliwe- wycedził przez zęby Mick.
-Wtedy już tu była, nieprawdaż? Wtedy wpadliście na ten poroniony pomysł i zgłosiliście się do mnie- kobieta patrzyła na mężczyznę.
-Nic o tym nie wiem- wzruszył ramionami Michael.
Christine naprawdę była w siódmym miesiącu ciąży. Zdarza się i tak. Nawet przez te wszystkie miesiące dostawała miesiączki. Zdarza się i tak. Nie wyglądała na siódmy miesiąc, lecz jakimś sposobem Camii to wiedziała. Zdarza się i tak.
-Musieliście być u ginekologa, który na pewno zdradził wam miesiąc, w którym jest Christine- Camii nie dawała za wygraną.
Michael milczał.
-Czyli jednak.
Mężczyzna westchnął.
-Bardzo się zdziwiliśmy, ale lekarz mówił, że zdarza się i tak- Mick dał za wygraną.
-Czyli po naszym pierwszym spotkaniu słodka Christine jednak nie wróciła do Bordeaux? Pewnie nie miała tam już co szukać- teraz Camii zgadywała.
-Wyszucili ją z pracy za rzekomy romans z synem pracodawcy- teraz mężczyzna nie miał już nic do stracenia; zaczął odpowiadać na wszystkie pytania.
-Rzekomy, powiadasz?- Camii udała zadumę- Skroro jesteś taki łatwowierny…
Nagle Michael pociągnął swoją partnerkę mocno za rękę, obrucił ją dokoła właśnej osi, po czym wygiął do tyłu. Wszystkie te czynności robił bardzo niedelikatnie, co sprawiło ogromny ból Camii. Najgorzej wyszła na tym ręka. Jednak, gdy kobieta wróciła do pozycji pionowej i maksymalnie zbliżyła się do twarzy partnera, ujrzała pod grubą warstwą pudru ciemną plamę.
-A to, co?- dotknęła delikatnie miejsca.
Michael natychmiast odepchnął jej dłoń.
-Bójka w barze- skłamał Mick- Już naprawdę nic ci do tego.
Camii nie odpowiedziała; siniak Michaela znajdował się dokładnie w tym samym miejscu, co jej własny. Cóż za szczęście! Jeżeli jakiś świadek zdarzenia w, nazwijmy ją, kawiarnii zobaczył później Michaela Tuttiholmesa, nie zdziwił się niewidząc rany. Camii nie chciałą wiedzieć, kto i dlaczego uderzył jej przyszłego szwagra, najważniejsze, że był siniak.
W tym samym momencie mazurek się skończył. Pary skłoniły się sobie wzajemnie i niektórzy, w tym Michael i Camii, zeszli z parkietu. Ten pierwszy czym prędzej wyszedł z sali, lecz jego narzeczona wciąż w niej pozostawała. Camii zauważyła ją, stojącą wśród kilku dam i dżentelmenów. Rozmawiali o czymś i śmiali się. Młoda kobieta postanowiła to wykorzystać; Przez następne dziesięć minut kręciła się wokół rozmawiających, a gdy jeden z panów zaprosił Christine do tańca, Camii zbliżyła się do nich.
-Och, dziękuję, z chęcią skorzystam z pańskiej propozycji- mówiła akurat wesoło Christine- Czy ktoś z państwa mógłby potrzymać mój kieliszek?
-Ja mogę- zgłosiła się Camii, wyższym głosem niż zazwyczaj.
-Dziękuję- Christine posłała jej ciepły uśmiech i, niepoznawszy siostry, udała się na parkiet.
Camii postanowiła się nie rzucać w oczy; stała wraz z pozostałymi i jedynie potakiwała głową lub śmiała się. Gdy rozgorzała jakaś polityczna dyskusja, a Camii automatycznie została wyeliminowana z rozmowy, kobieta odeszła parę kroków w tył.
Kobieta rozejrzała się wokół siebie- wszyscy byli zajęci albo tańcem, albo rozmową- nikt nie zwracał na nią uwagi. Camii wykorzystała to i sięgnęła do małego woreczka zawieszonego na nadgarstku. Wyciągnęła z niego małą fiolkę z jasnym proszkiem i wsypała jej zawartość do kieliszka z szampanem siostry. Po chwili kobieta wróciła do grupy, z którą wcześniej stała. Po dwóch minutach dołączyła do niej siostra i ów dżentelmen. Christine uśmiechała się od ucha do ucha, była lekko zaczerwieniona, ale choć raz od dłuższego czasu szczęśliwa.
-Dziękuję- powiedziała, zabierając kieliszek od siostry.
-Do usług- Camii skłoniła się lekko i odeszła.
Teraz kobieta musiała przeistoczyć się w Sebastiana Kluskina; przepastną torbę zostawiła w hallu, wraz z płaszczem. Camii po odebrania jej poszłam do jednej z sypialni dla gości, pod pretekstem bólu głowy. Tam w spokoju mogła się przebrać.
Sypialnia znajdowała się na parterze, dlatego Camii mogła spokojnie wyjść oknem i zjawić się przed drzwiami domu, żeby nie tłumaczyć się swym nagłym pojawieniem. Wpierw jednak z poduszek leżących na kanapie ułożyła pod kołdrą kształt przypominający ludzkie ciało, w razie gdyby James jej szukał.
I tak jako mężczyzna Camii powtórnie weszła do posiadłości lorda, lecz ty  razem pewnym krokiem i z uśmiechem na ustach. Natychmiast została zaatakowana przez grupkę młodych mężczyzn, chcących z nią rozmawiać. Camii niechętnie, aczkolwiek przez ponad kwadrans żartowała i śmiała się z panami. Lecz gdy tylko nastała cisza, kobieta oznajmiła, iż chce tańczyć, po czym udała się do salo balowej. Na korytarzu minął ją Michael Tuttiholmes, lecz mężczyzna był tak rozjuszony, że nie poznał Camii w przebraniu Sebastiana.
Kobieta weszła dziarsko do sali i natychmiast napotkała pożądliwe spojrzenia nieświadomych kobiet. Choć w takiej postaci Camii nie grzeszyła urodą, mogła popisać się humorem i zdolnościami tanecznymi. Zatem po przetańczeniu walca angielskiego, poloneza i kadryla z trzema pięknymi paniami, Camii zaczęła wzrokiem szukać siostry. Ta wykorzystała akurat chwilę nieobecności narzeczonego i ostatni taniec przetańczyła z Castorem Tuttiholmesem. Camii wzięła głęboki oddech; teraz czekało ją najtrudniejsze zadanie.


Christine nie odmówiła, gdy Castor poprosił ją do tańca- w końcu miała prawo z nim zatańczyć, a był on w tej dziedzinie prawie mistrzem. Zatem gdy zagrano pierwsze takty kadryla, Christine nie odmówiła.
Tańczyło im się wspaniale- nareszcie mogła zapomnieć o wszystkich przykrościach minionych dni. Nagle w trakcie tańca poczuła, że musi porozmawiać z Castorem.
-Od jakichś dwóch tygodni źle się czuję, a dziś od rana boli mnie głowa i jest mi słabo- zaczęła.
-To niedobrze… co się dzieje?- Castor szczerze się zaniepokoił.
-Mam zawroty głowy, w nocy dręczą mnie koszmary, czasem wydaje mi się…- zawahała się.
-Co?- mężczyzna spojrzał na nią bystro.
-…że widzę coś, czego nie ma- dokończyła niepewnie.
Castor milczał.
-Być może źle przechodzisz ciążę- zasugerował.
-Nie, nie- kobieta pokręciła głową ze smutkiem- Wymioty, bolące kostki, plecy, duszności- to wszystko- zaakcentowała zaimek- są dolegliwości w trakcie ciąży, ale nie zwidy- spojrzała na niego błagalnie.
Mężczyzna pokręcił głową z bezradności.
-Nie wiem, co to może oznaczać- może przemęczenie, stres?- zgadywał.
-Oby…- westchnęła kobieta.
Jej odpowiedź bardzo zdziwiła i zafrapowała detektywa.
-Co to znaczy?- uniósł jej brodę do góry- Obawiasz się czegoś.
Christine przez chwilę milczała, lecz pod wpływem spojrzenia przyjaciela, opowiedziała mu o ostatnich wydarzeniach, związanych z jej narzeczonym.
-Bierze jakieś świństwo i zaczyna mu odbijać- skwitował to chłodno mężczyzna.
-Nie mów tak- kobieta pokręciła głową- Jeśli tak, to ja również powinnam coś zażywać.
-Nie- zaprzeczył Castor kategorycznie- To na pewno przemęczenie i stres.
-Oby…- powtórzyła Christine.


Michael chodził zdenerwowany po jednym z pustych korytarzy. Coraz bardziej obawiał się o swą narzeczoną i dziecko, a w dodatku coraz mniej rozumiał brata. Zęby tego było mało, w nocy dręczyły go koszmary. Nasiliły się po ostatnim zdarzeniu- czy to były zwidy, czy sen wciąż nie wiedział.
Nagle mężczyzna zatrzymał się; uświadomił sobie, że jego życie jest coraz gorsze, mimo zbliżającego się ślubu i terminu porodu. Nie wiedział, co się z nim dzieje, w dodatku dziś- mężczyzna był bardzo słaby, w dodatku naprawdę nasilił się u niego kaszel i na pewno miał gorączkę.
Michael oparł dłonie o ścianę i pochylił się do przodu. Chciał właśnie zapłakać, gdy wtem wydawało mu się, że słyszy szepty. Z ciekawości podszedł do miejsca, z którego one dochodziły, a była to mała wnęka, ukryta za kotarą. Mężczyzna odsunął lekko zasłonę i zamarł.
Za kotarą stali Christine i Castor. Przed chwilą pewnie szeptali, lecz teraz zastygli w miłosnym uścisku; całowali się namiętnie, a dłonie Castora, spoczywające na plecach kobiety, zaczęły błądzić po jej ciele. Wszystko to stawało się coraz śmielsze, aż w końcu Castor uniósł Christine, usadowił ją na stojącej samotnie komodzie i rozłożył nogi kobiety, przenosząc swoje wargi na jej szyję; Michael nie chciał już na to patrzeć- odwrócił wzrok i zakrył usta rękami. Myślał, że zwymiotuje, lecz jedynie cicho zapłakał.


Camii przechadzała się powoli po sali. Kwintet miał przerwę w grze i teraz ludzie tłoczyli się po kieliszki wina, szampana lub innych trunków i po przekąski. Christine wyjątkowo dziś wesoła- czyżby próbowała coś ukryć?- stała wśród tej samej grupy, co przedtem. Nie trudno było Camii zbliżyć się do niej, lecz już trudniej było nie dać się zobaczyć siostrze.
Gdy ludzie już zjedli, co mieli zjeść i wypili, co mieli wypić, wrócili do tańca i rozmów. Nagle Camii wpadła na pomysł, jak zaciągnąć Christine do tańca, by ta nie mogła się wymigać.
Kobieta podeszła do mężczyzn, z którymi rozmawiała tuż po wejściu do pałacyku. Namówiła ich na swój pomysł- mężczyźni mieli chwytać wybrane przez siebie kobiety za ręce i wyciągać je spontanicznie na parkiet. W taki oto sposób Christine nie mogła odmówić, zobaczywszy, kto ją prosi do tańca, ponieważ narobiłaby sobie wstydu.
Młodzi mężczyźni przystali na ten pomysł z ochotą i już po chwili na parkiecie pojawiło się kilka zdziwionych, aczkolwiek zadowolonych par. Camii usłyszała, jak Christine mówi z zazdrością o szczęściu znajdujących się na środku dam. Wtedy jej siostra przystąpiła do ataku. Podeszła szybkim krokiem do Jackie, chwyciła mocno za nadgarstek i zawlokła na parkiet.
-Ojej, kompletnie się tego nie spodziewałam!- zaśmiała się trochę sztucznie Christine, idąc na środek.
-A ja wręcz przeciwnie- powiedziała swoim głosem Camii.
Wtem panna Jackson uświadomiła sobie, z kim za chwilę zatańczy. Gdy tylko kobiety stanęły twarzą w twarz, ze strachem spojrzała na siostrę.
-Zostaw mnie w spokoju- powiedziała zdławionym głosem- Nie dość nacierpieliśmy przez ciebie?
-Nie- odparła ostro Camii; wtedy zaczął się taniec.
Wszystkie pary zgromadzone na parkiecie zaczęły tańczyć walca angielskiego. Zaczęło się dość spokojnie, siostry nie odzywały się do siebie. Christine postanowiła jak najszybciej zatańczyć walca i sobie pójść.
Po chwili muzyka zaczęła śpieszyć, zaczęto robić różne pozy. Wtedy Camii postanowiła wkroczyć do ataku.
-Wyglądasz dziś olśniewająco, moja siostro- zaczęła.
-A jak nigdy nie widziałam cię w gorszym wydaniu- kobieta postanowiła nie być miła.
Camii postanowiła nie dać za wygraną.
-Pięknie wyglądałabyś tak w trumnie- rzuciła, obracając siostrę.
Christine zamarła. Obróciła się i ujrzała usta siostry wygięte w przeraźliwym uśmiechu. A jej oczy, skryte pod maską, wyrażały taką nienawiść, jakiej kobieta nie była w stanie sobie wyobrazić.
-Dlaczego tak mówisz?- zapytała drżącym głosem.
Para przemieściła się żywo w poprzek sali, Camii ledwo, ale uniosła siostrę w górę. Christine oparła ręce o jej ramiona i nagle poczuła ból w brzuchu. Nagły skurcz zelektryzował jej kręgosłup; opadła na ziemię. Zrobiła to wcześniej niż inne pary; rozejrzała się wokół- czy tylko jej się wydawało, czy naprawdę kobiety patrzyły na nią z pogardą? Czuła się tu obco już od samego przekroczenia progu, a teraz to wrażenie się pogłębiło. Christine nawet nie poczuła, jak siostra dalej prowadziła ją w tańcu. Nie skupiała już się na tym tak bardzo, ponieważ jej uwagę przyciągały inne kobiety. I ich wyrazy twarzy. Czy tylko się Christine wydawało, czy właśnie jedna z pań mijając drugą szepnęła jej coś na temat Jackie? Zaczęło jej się kręcić w głowie. A może dlatego, że siostra zaczęła ją obracać?
-Patrzysz na te porządne kobiety, które nie mogą się pogodzić z twoją obecnością tutaj?- zapytała Camii, uważnie obserwując siostrę; zbliżyła się i szepnęła jej na ucho- Nie chcą tu takiej dziwki jak ty. Wstydzą się, że muszą przebywać z taką pokraką- odepchnęła siostrę mocno od siebie i wykręciła jej rękę tak, by najpierw Christine zrobiła obrót, a potem Camii.
-Jesteś okrutna- powiedziała Jackie ze łzami w oczach, może spowodowanymi bólem ręki?
Muzyka zwolniła, zaczętą stawiać większe kroki, co spowodowało wrażenie, jak gdyby czas również zwolnił. Camii położyła swą dłoń na boku siostry, a drugą rozłożyła szeroko, wirując dokoła. Christine powtórzyła ten gest. Siostry cały czas patrzyły na siebie- jedna z nienawiścią, druga z lękiem.
-Jesteś gorsza od swojego narzeczonego- powiedziała Camii, gdy znów znalazły się dostatecznie blisko siebie- Jesteś niewdzięczną, zapatrzoną w siebie małą ladacznicą- w tym momencie kobieta położyła ręce na coraz większym brzuchu siostry i odepchnęła ją mocno.
Christine jęknęła i zgięła się w pół. Rozejrzała się wokoło- dlaczego nikt nie reaguje? No tak, jak mają reagować, skoro to tylko wielkie lalki z porcelany? Z kamiennymi twarzami i sztucznymi uśmiechami przyklejonymi do twarzy, jak przez całe swoje życie. Kobiecie łzy zaczęły spływać po policzkach.
-Nie…- jęknęła i zaczęła łkać.
Kobieta znów poczuła ból w nadgarstkach. To znów siostra wykręciła je, by Christine mogła zrobić obrót. Tym razem ucisk siostry na ramionach, biodrach lub dłoniach stał się silniejszy.
-Nie masz od nich ratunku- powiedziała Camii tonem urzędnika.
Christine rozejrzała się i jej wzrok trafił na stojących po bokach sali ludzi.
-Od nich też.
Kobieta spod swej maski spoglądała na tych wszystkich, których znała. A teraz i oni nie chcieli jej pomóc. Patrzyli na nią jak na chrześcijanina rozrywanego przez lwa na arenie Koloseum.
-Teraz ty jesteś ich przedstawieniem- szepnęła do niej Camii, gdy znów znalazły się blisko siebie.
Teraz ruchy tańczących stały się płynniejsze, jak gdyby statki unoszone przez morze. Kobiety znów zostały uniesione w górę. Tym razem Camii oparła dłonie o brzuch Christine. Łzy znów napłynęły do oczu przyszłej matki, a także trochę śliny popłynęło z jej ust. Kobieta spojrzała na wydzielinę- czy to prawda, czy tylko przez światło wydawała jej się czerwona?
Tym razem wszystkie panie równo opadły na ziemię. Nadszedł czas na finał; wszyscy zbliżyli się do siebie, więc teraz Christine wyraźniej widziała zazdrosne spojrzenia kobiet, a nawet pożądliwy wzrok mężczyzn. Kobieta poczuła na sobie dotyk tysiąca dłoni.
-Proszę, przestańcie- szepnęła, drżąc cała; nic to nie dało- Proszę, przestańcie!- krzyknęła.
Jednak to sprawiło jedynie, iż otaczający ją ludzie, czy może porcelanowe lalki, przestali ukrywać swą ciekawość i zwrócili swe zamaskowane twarze w stronę Christine. Teraz została otoczona przez setki par czarnych jak noc oczu i kolorowych masek. A spojrzenia były szalone, pełne żarliwej nienawiści lub pożądania.
Tłum zaczął się kręcić w takt coraz szybszej muzyki i coraz straszliwszej muzyki.
-Pożrą cię zaraz żywcem- szepnęła znów Camii, tym razem maksymalnie zbliżając wargi do ucha siostry- Nie pozwól im na to; dasz sobie radę sama.
Muzyka spowolniła, tłum się rozstąpił. Christine mogła złapać powietrze, lecz wydawało jej się gęściejsze niż przed chwilą.
Kroki znów się wydłużyły, muzyka zmierzała do końca. Była teraz dostojna, lecz wciąż kryła w sobie żar.
Pot lał się z twarzy Christine, a może to były łzy?
-Pokaż, że sama umiesz to zrobić- powiedziała już głośno Camii- Wierzę w ciebie.
Nagle rozbrzmiało efektowne zakończenie, pełne ognia. I koniec. Zaczęto bić brawo tańczącym.
Christine wpatrywała się z przerażeniem w twarz siostry. Dlaczego ona jej to robi? Nagle Camii podeszła do niej, ujęła jej twarz i pocałowała w policzek.
-To był dla mnie zaszczyt, madame- kobieta skłoniła się głęboko.
-Proszę, odejdź- Christine zaczęła się cofać, a jej twarz była już cała we łzach- Zostaw mnie w spokoju.
Nagle kobieta wpadła na kogoś. Była to Emma Kimberly.
-Proszę uważać!- krzyknęła, lecz gdy ujrzała, kto za nią stoi, uśmiechnęła się diabolicznie- Ach, to ty, młoda damo, dawno się nie widziałyśmy- powiedziała słodkim głosikiem- Choć ja zapewne słyszę o tobie znacznie częściej niżeli ty o mnie. Cały Londyn aż huczy od plotek!
-Bardzo panią przepraszam- Christine zwiesiła głowę i chciała odejść.
-Ależ zostań- pani Kimberly chwyciła młodą kobietę za rękę.
-Proszę mnie puścić- Jackie próbowała się wyrwać.
Lecz Emma Kimberly tylko ścisnęła mocniej, chwyciła swą ofiarę za kark, przyciągnęła i wysyczała jej do ucha:
-Lepiej już zakończ to przedstawienie.
Wtedy ją puściła. Christine patrzyła z niedowierzaniem na kobietę- nie myliła się, była ich przekleństwem.
-Muszę iść- skierowała swe kroki w stronę drzwi.
Lecz niestety Christine znów została zatrzymana. Tym razem przez gospodarza, pana Phistera.
-Gdzież ci śpieszno, moja droga?- spojrzał przyjaźnie na kobietę; chyba jako jedyny- Zaraz zostanie zrobione pamiątkowe zdjęcie, proszę się ustawić.
-Ale ja nie…- zaczęła Christine, lecz mężczyzna jej nie słuchał, tylko popchnął na środek sali.
Nagle kobieta zauważyła, że do sali wkroczył jej narzeczony. Od razu poznała, że jest wściekły; podeszła do niego.
-Co się dzieje?- zapytała szeptem.
Michael spojrzał na nią swymi ciemniejszymi niż dotychczas oczyma, kryjącymi w sobie szaleństwo.
-Jeszcze się pytasz?- syknął, odciągając ją na bok- Raczej ty mi to wytłumacz- oparł ją brutalnie o ścianę- Jak mogłaś mi to zrobić.
-Nie rozumiem- co?- Christine znów zaczęła panikować.
Michael prychnął.
-Nie rozumiesz?- syczał- A może mam zapytać Castora?
-Może, jeżeli on zna odpowiedź?- zaryzykowała Jackie.
-Nie drażnij mnie- Michael przybliżył się do narzeczonej- Za niedługo ślub, a ty dajesz mu się po kątach?.
Mężczyzna wypowiedział ostatnie zdanie trochę głośniej niż zamierzał, na co kilka osób spojrzało na nich z ciekawością, zdziwieniem lub oburzeniem.
-Zwariowałeś?- Christine rozejrzała się po odwróconych w jej stronę twarzach- Jak śmiesz coś takiego insynuować?
-Nic nie insynuuję, mówię tylko to, co widziałem na własne oczy.
Tym razem Christine milczała. Co on mógł takiego zobaczyć? Jak tańczy z jego bratem?
-Co widziałeś?- zapytała zbolałym głosem, prawie płacząc- Powiedz mi, proszę, bo nie wiem, o czym mówisz, naprawdę…
Michael milczał. Kobieta przeanalizowała w głowie całą tą absurdalna kłótnię. Wtedy dopiero zrozumiała.
-Myślisz, że spałam z Castorem?- tym razem w jej głosie górę wzięło oburzenie- I to w tym miejscu?- spojrzała na narzeczonego z niedowierzaniem- Jakim cudem? Przecież od przeszło godziny jestem tutaj, na sali.
Gdy tylko Christine to powiedziała, Michael zamarł.
-Nie wiem, być może widziałeś Castora z inną kobietą, choć nie wydaję mi się, on też ciągle tutaj jest.
Michael spojrzał wokoło- czyżby kolejny omam?
-Mick?- kobieta podeszła do niego- Kochany, co się dzieje?- ujęła jego twarz i zmusiła go, by na nią spojrzał.
-Nie wiem…- wyszeptał mężczyzna.
Nagle Michael poczuł ogromne duszności; chciał wyjść, lecz wtedy na jego nieszczęście złapał go lord Carl Phister.
-Proszę do zdjęcia pamiątkowego- i wypchnął parę na środek sali.
Wszyscy ci, którym nie udało się uciec od gospodarza, stali teraz na środku sali balowej i uśmiechali się sztucznie spod masek do obiektywu.
-Leci ptaszek!- krzyknął fotograf spod czarnej peleryny aparatu.
-Boję się- szepnęła Christine do Michaela, ułamek sekundy przed zrobieniem zdjęcia; dzięki temu na fotografii widać prawdziwe, przerażone oblicze Christine Jackson.


Castor Tuttiholmes, już troszeczkę wstawiony, przyglądał się wesoło zgromadzonym, gdy nagle wśród tłumu rozpoznał inspektora Cullena. Mężczyzna chciał jak najszybciej schronić się przed policjantem, niestety ten jeszcze szybciej podszedł do niego.
-Ach, kogóż ja widzę!- Javier Cullen skłonił się ze zbytnią uprzejmością- Dawno pana nie widziałem, detektywie Tuttiholmes.
Castor nie odpowiedział, jedynie patrzył na znajomego jak na wariata.
-Może się przejdziemy?- Cullen wskazał gestem drzwi.
Detektyw skinął głową, po czym udał się za inspektorem, choć była to ostatnia rzecz na świecie, na jaką miał ochotę.
-Zniknął nam pan- zaczął Javier Cullen, gdy tylko obaj panowie znaleźli się na korytarzu.
-Byłem zajęty nową sprawą- skłamał detektyw.
-Może to i lepiej- wzruszył ramionami policjant- Pańskie wycofanie się w momencie prawie że kulminacyjnym, pobudziło me szare komórki do intensywniejszej pracy.
-I co wypracowały?- zapytał Castor; czuł się trochę zaszczuty.
Javier Cullen roześmiał się krótko.
-Dzięki temu skupiłem się na dwóch potencjalnych sprawcach i tak długo dążyłem do odkrycia prawdy, że w końcu udało mi się dowieść ich winy.
-To chyba dobrze- detektyw wcale tak nie uważał; bał się, że inspektor poda prawdziwe nazwiska; mimo wszystko przełknął ślinę i zapytał- Któż to zatem jest?
Policjant znów się roześmiał.
-Doskonale pan wie- odparł przeciągle; zatrzymał się, by spojrzeć na prawie kolegę po fachu- Pan Tuttiholmes i panna Jackson.
Castor patrzył na policjanta i nie wiedział, czy się cieszyć, czy może raczej smucić.
-Potwierdzi pan, czy nadal. Będzie się pan gapił na mnie jak sroka w gnat?- Cullen wciąż zachowywał pogodny humor.
Detektyw skinął głową, aczkolwiek bardzo niechętnie. Na to inspektor przyłożył sobie do ust zaciśniętą w pięść dłoń i wciągnął głośno powietrze,
-Wiedziałem- odparł cicho z największym uśmiechem, na jaki było go stać; po chwili jednak odzyskał panowanie nad sobą; odchrząknął- Zatem dziękuję i chciałbym jeszcze pana powiadomić, iż zaraz po północy zatrzymamy sprawców, którzy aktualnie się tu znajdują. Jeżeli będzie problem z ich odnalezieniem, pomoże nam pan?- zapytał policjant czysto formalnym tonem.
Castor spojrzał na inspektora; nagle zrozumiał, iż wpędzi ciężarną przyjaciółkę i brata, którym miał się zajmować po śmierci rodziców, do więzienia. Co to o nim świadczy? Że jest fałszywy. Zemsta zaślepiła go, a niemoc z poradzeniem sobie z krnąbrnym bratem doprowadziła go do nikczemnych oskarżeń (które suma suamrum okazały się prawdziwe, ale to już inny problem). Castor spojrzał na inspektora- czy dalej ma być szumowiną?
-Nie…- wyszeptał, po czym jak najprędzej oddalił się; chciał już wrócić do domu.
-Ale jak to?- zawołał za nim Javier Cullen, lecz detektyw już się nie odwrócił.
Castor szybkim krokiem zmierzał przed siebie. Nie wiedział, dokąd idzie, ale chciał znaleźć się jak najdalej od tego przeklętego inspektorzyny, jak nazwał go kiedyś Michael. I właśnie w tym samym momencie, gdy detektyw to pomyślał, wyrósł przed nim jego brat. Castor prawie wpadł na niego.
-Uważaj!- krzyknął Michael, odwracając się w stronę brata- A, to ty, braciszku…- nie dokończył.
-Dobrze, że cię widzę- wydyszał Castor, tchnięty nagłą myślą- Musze cię ostrzec.
-Mnie?- mężczyzna wskazał na siebie i roześmiał się- Chyba zapędzić w pułapkę.
-Właśnie nie- pokręcił głową detektyw- Przed chwilą dowiedziałem się od Javiera Cullena, że natychmiast po północy chce zatrzymać ciebie i Christine, ponieważ ma dowody waszej winy- błagam- Castor spojrzał zdesperowanym wzrokiem na brata- wyjedź stąd, a przede wszystkim zabierz Christine, ukryj ją i dziecko, tylko o tyle cię proszę.
Michael zdziwiony patrzył na starszego. Z jednej strony nie chciał mu wierzyć, lecz znał stopień jego troski o Jackie i wcale prośba tego rodzaju go nie zdziwiła. Musiał się jednak upewnić.
-To prawda?- zapytał, patrząc z ukosa na Castora.
-Tak- detektyw skinął głową z niejaką ulgą- Powiedziałbym, że ty mnie nie obchodzisz, lecz przejmuję się jedynie Christine, lecz…- wzruszył ramionami z bezsilności; prawie uronił łzy- Lecz rozmawiając z Cullenem zrozumiałem, że po części przeze mnie stałeś się tym, kim jesteś obecnie i musze ci to jakoś wynagrodzić… chociaż w ten sposób- Castor spojrzał z czułością na brata, zapewne pierwszy raz od kilku dobrych lat.
I właśnie to spojrzenie wystarczyło, by Michael uwierzył bratu. Poczuł w sercu nikłą wdzięczność, lecz nie chciał jej wyrażać. Skinął jedynie głową, odwrócił się na pięcie i odszedł. Nie uszedł jednak zbyt daleko, gdy nagle spojrzał w tył, gdzie w ciąż stał Castor i powiedział:
-Dziękuję… Casie- i uśmiechnął się.
Starszy jedynie odwzajemnił uśmiech, po czym obaj bracia Tuttiholmes odwrócili się i każdy udał się w swoją stronę.


Zbliżała się północ. Christine błąkała się bez celu po korytarzach pałacyku. Wachlowała się dla uspokojenia czarnym, zdobionym wachlarzem, rozdawanym w hallu. Noc była bez gwiazd na niebie. Kobieta wpatrywała się w tą czarną toń ponad sobą. Jedynie obłoki chmur przesuwały się po tej tafli. Jedna z nich przypominała Christine ją samą- zgrabną, piękną. Może obłok nie przypominał konkretnie ludzkiej postaci, lecz wydawał się tak delikatny i filigranowi, jak ongi wpatrująca się w niego kobieta.
Christine wystawiła twarz na leciutki powiew wiatru. Osnuł on jej oblicze całą, zasłaniając niczym najdelikatniejsza woalka. Wiatr stał się dla kobiety niczym dotyk ukochanego, zanim ten zaczął pogrążać się w zazdrości. Przypomniały jej się wszystkie ich kłótnie, które nie zostały wspomniane w tej książce, ze względu na ważność innych spraw.
Największy upust swej zazdrości Michael dawał, gdy wchodzono na temat jego brata. Za to Christine dawała się ponieść emocjom, gdy tylko ten wracał zbyt późno, pachniał zbyt ładnie lub gdy nakrywała go na kłamstwie. Powoli para niszczyła się nawzajem, lecz starali się skupić na ucieczce przed sprawiedliwością wyroku, gdyby tylko znaleziono morderców.
Nagle Christine przypomniała sobie o tym, jak zabiła własną ciotkę; krewna wpuściła ją do domu, lecz wcale nie była zadowolona z wizyty siostrzenicy. Zbrodnia wcale nie została popełniona w afekcie- przy pierwszej lepszej okazji kobieta udała się do kuchni po najostrzejszy nóż, aby potem przeciąć nim brzuch ciotki. Przeorała go, jak gdyby Nathaira Lloyd była bydłem, zabijanym do rzezi. Okrutna to była zbrodnia, a dla zwiększenia okrucieństwa, Christine wzięła rozgrzany pogrzebacz i umierającej kobiecie wypaliła nim oczy. Ostatnią osobą, którą staruszka Lloyd widziała, był jej morderca.
Teraz Christine stała wpatrując się w nieodgadnioną otchłań nieba, czarnego jak nieprzebyte jezioro i myślała o tym, co zmieniło ją w potwora. Jedyną odpowiedzią była zemsta i chęć zysku. Kobieta odwróciła się i zadrżała, widząc własną twarz w lustrze, wiszącym niedaleko; była blada, zasłonięta maską, kosmyki mokre od potu przykleiły jej się do czoła, a usta, czerwone jak krew, wydobywały z siebie ciężki oddech- oddech śmierci. Christine znów spojrzała na czarną toń; zechciała, aby ją pochłonęła.
-I co, moje dziecko?- odezwał się nagle znajomy głos z tyłu.
Christine odwróciła się bardzo powoli. Za nią stała jej zmarła ciotka. W ręce trzymała świecę, siwe włosy rozwiały jej się we wszystkie strony, koszula nocna- biała jak śnieg, była potargana tu i ówdzie, a cała nierzeczywista postać miała obciągniętą skórę i zapadłą w każde miejsce, najbardziej na twarzy.
-Myślisz, jak to miło było mnie zabić?- zapytała ciotka z przekąsem; wskazała kościstym palcem na siostrzenicę- Spotka cię za to kara.
Nagle zjawa z krzykiem przeleciała przez żywą postać, popychając ją do tyłu. Christine zaparło dech w piersiach- czy to jawa, czy to sen?
-Spotkamy się w piekle- odezwał się znów głos, lecz nim Christine się odwróciła, ciotki już nie było.
-Nie…- szepnęła kobieta do siebie- To nie może być prawda…
-Tak, właśnie tak samo jak ty cierpiałam- usłyszała inny głos.
Christine podniosła głowę; przed nią stała Christine LeFlay, w tej samej postaci, co podczas śmierci. Z jedną różnicą- sukienka na piersi była zbroczona krwią.
-Co?- panna Jackson była w stanie tylko tyle powiedzieć.
-Tak wykańcza moskalina- wzruszyła ramionami zjawa, nawet jeszcze piękniejsza w tej postaci.
Christine pokręciła głową.
-Nie biorę- powiedziała dobite, chyba bardziej żeby przekonać samą siebie.
Beatrice zaśmiała się straszliwie, jak na zjawę przystało. Pokręciła głową ze współczuciem.
-Nigdy nie wierz pokojówką- powiedziała, uspokoiwszy śmiech.
Jackie spojrzała na nią z przerażeniem.
-Niemożliwe…
-A jednak- uśmiechnęła się Beatrice; podeszła bezszelestnie do młodej ofiary- Wszystkich nas wykończy, naszego kochanka także- ujęła, jeśli można to tak nazwać, twarz Christine.
-Mojego, w dodatku narzeczonego- oburzyła się kobieta.
Lady LeFlay znów się roześmiała.
-Mimo taniego pierścionka nic się nie zmieniło- przyłożyła wargi do ucha dziewczyny- wciąż jest kochankiem nas wszystkich- odsunęła głowę- Szkoda, że za niedługo go stracimy- wszystkie- zaakcentowała ostatnie słowo.
-Co masz na myśli?- wyszeptała Christine.
Beatrice LeFlay zaczęła się oddalać.
-Ja? Jak mogę coś mieć, skoro nie mam myśli?- znów roześmiała się złowieszczo i odeszła; nagle.
Christine odwróciła się w stronę nieba, ledwo łapiąc oddech. Nagle straciła siły i upadła na ziemię. Zaczęła płakać. Gdy na chwilę spojrzała na swe ręce, zobaczyła na nich czerwone plamy. Plamy krwi.
-Nie, nie, nie!- zaczęła krzyczeć, wstając z posadzki- To nie może być prawda!
Kobieta kręciła się wokół własnej osi dopóty, dopóki nie uderzyła o lustro, w które wcześniej się wpatrywała. Christine odwróciła się na dźwięk tłuczonego szkła. Ujrzała swą twarz- twarz mordercy, dziwki i ścierwa. Ponownie się obróciła, tym razem szybko i z wściekłością; zauważyła naprzeciw siebie drugie zwierciadło. Podbiegła do niego i z całych sił uderzyła pięściami w jego taflę, wydając przy tym dźwięk rozpaczy. Szkło rozbiło się, raniąc boleśnie dłonie kobiety. Christine pobiegła w dół korytarza, rozbijając kolejno każde napotkane lustro. Ręce były już całe zakrwawione, piekły. W końcu gdy były niezdolne do zadawania sobie bólu, Christine zaczęła uderza w nie własnym ciałem- ramionami, bokiem, krwawiąc przepiękną suknię. Cały czas krzyczała i płakała żałośnie, aż zabrakło luster. Wtedy kobieta oparła się o ścianę, wygięła w łuk i wydała niemy krzyk. Łzy już kompletnie zalały jej twarz, wdzierając się słonym strumykiem w poranione usta Christine. Piekło.
Kobieta zacisnęła dłonie w pięści, by spotęgować ból i wtedy zniknął. Nie ten fizyczny, lecz psychiczny. Christine Jackson poczuła ulgę; spojrzała szeroko otwartymi oczyma wpierw na sufit, a następnie na czarną, nieprzeniknioną taflę nieba.
-Madame, czy coś się stało?- zapytał mężczyzna, który był jednym z zaproszonych na bal Francuzów; nagle pojawił się na korytarzu.
Christine chciała coś powiedzieć, ale zdołał jedynie odwrócić oblicze ku pytającemu. Na ten widok Francuz zląkł się.
-Och, madame krwawi- podbiegł do kobiety, która zaczęła osuwać się na ziemię; ukląkł przy niej, lecz nie śmiał jej dotknąć- Czy zawezwać kogoś.
Christine pokręciła głową; nie umiała na ten moment wydobywać słów ze swych ust. Nagle coś zmusiło ją do tego- poczuła między nogami coś mokrego, śliskiego.
-Ja rodzę- tylko tyle z siebie wydusiła, nim zemdlała.
-Pomocy, pomocy- zaczął krzyczeć przerażony Francuz- Ona chyba rodzi!
Wtem na korytarz wpadło kilku mężczyzn, a niektóre kobiety przypatrywały się zza masek temu przedstawieniu.


Michael stał przy wielkich schodach- nie przy tych, przy których wchodził, były inne; równie wielkie, lecz starsze, ponieważ ta część pałacyku nie została jeszcze odnowiona. Na ścianie półpiętra wisiał wielki, mosiężny zegar, prawie stuletni. Wskazywał za kwadrans północ. Mężczyzna stał u szczytu schodów i wpatrywał się w sekundnik. Wydawał głośne dźwięki, które przeszywały cisze. Nawet nie słychać tu było odgłosów zabawy z salonu, ponieważ ten znajdował się w nowej części, daleko, jak na budynek, stąd. Michael rozmyślał nad tym, co powiedział mu brat- może powinien się oddać w ręce policji, a Christine gdzieś ukryć? Lecz tchórz wiecznie siedzący wewnątrz pisarza zakazywał mu takich działań. Dlaczego ma się oddawać w ręce policji, skoro cała wina leży po stronie Camii?
-Nad czym myślisz, kochany?- odezwał się nagle głos z tyłu; Michael natychmiast go rozpoznał.
-Myślę o tobie- odparł, odwracając się.
Przed sobą ujrzał jedną z najpiękniejszych kobiet na świecie. Wiedział, że to nie Christine, lecz sukienka, łudząco podobna do jej i ta delikatność, zmyliły go. Jednakże głowę kobiety zdobiły czarne pasma. Ułożone w podobny sposób, co włosy jego narzeczonej, aczkolwiek czarne. Postać cała była czarna; jak jej dusza. Jedynym elementem którego dziś Christine nie posiadała, a miała ta dama, były rękawiczki- długie, ponad łokieć. W dodatku o wiele ostrzejszy makijaż- blada cera, czerwono krwiste usta, a spod maski wyzierały niebieskie oczy w czarnej aureoli. Ponadto ta dama wydawała się bardziej krucha od Christine, ponieważ nie była w ciąży i każdy centymetr jej ciała wydawał się, jak gdyby był zrobiony z porcelany.
-A propose de moi?- zapytała Camii, podchodząc- A nie przypadkiem o swej ślicznej narzeczonej?
-Nie- wyszeptał, patrząc spod maski na kobietę.
Camii podeszła do Michaela i natychmiast została przez niego porwana w ramiona. Po dość długim pocałunku Michael niechętnie odsunął od siebie dziewczynę.
-Wyglądasz dziś olśniewająco- powiedział miękko, całując Camii w rękę, na co ta skłoniła się lekko.
-Wieść niesie, że podobno moja kochana siostra puszcza się po kątach? I to z twym bratem?- kobieta obeszła mężczyznę z jednej strony, poruszając się z gracją baleriny.
-Nie wiem…- westchnął Michael- Ona zaprzecza- może znów mi się to przywidziało?
-Ojej- odparła Camii tonem zmartwionej mamusi i ujęła twarz mężczyzny- Gdy tylko stąd wyjedziemy, podreperujesz swoje zdrowie i przestaną śnić ci się koszmary, a halucynacje się skończą. Musisz tylko zmienić tryb życia.
-Wiem- Michael ujął znajdującą się na jego policzku dłoń kobiety i znów ją pocałował, tym razem czulej- Lecz to Christine miała oszaleć- nie ja.
-Spokojnie- uśmiechnęła się złowrogo Camii spod maski- Nawet jeśli, to ci o tym nie mówi. Lecz nie bój się- po dzisiejszym wieczorze na pewno uzna, że zwariowała.
-Słyszałem, że zaczęła rodzić- napomknął Michael, próbując ukryć zdenerwowanie.
-Och, tak- westchnęła z udawanym przejęciem Camii- Jeszcze dziś umrze, a dziecko trafi w dobre ręce- spojrzała na Micka- Chyba spodoba mu się we Francji?- uśmiechnęła się- Pokażę wam najwspanialsze zakątki Bordeaux.
-Na to liczę- Michael podszedł do kobiety i chwycił ją w pasie- A pieniądze? Masz pewność, że są bezpieczne?
-Tak, tak- skinęła głową dziewczyna- Zdefraudowane leżą spokojnie w sejfie, w moim drugim mieszkaniu- spojrzała spod maski na mężczyznę, zakładając mu ręce na szyję- A jesteś pewien, mój kochany, że wyciągnąłeś od Christine wszystkie pieniądze ciotki?
-Tak- skinął głową Michael, pochylając się nad szyją dziewczyny.
-Swoją drogą ty również świetnie grasz- powiedziała Camii, odchylając głowę do tyłu- Myślałam, że rzucisz się na mnie na parkiecie i mnie pobijesz. Byłam pod wrażeniem.
-Dziękuję- Michael na chwilę oderwał się od kredowobiałej skóry dziewczyny.
Para na chwilę znów zatraciła się w pocałunkach, lecz tylko jedno z nich naprawdę się na tym skupiało. Camii rozmyślała nad wszystkimi korzyściami płynącymi z tego, co do tej pory zrobiła i jeszcze ma zamiar zrobić. Myślała również o naiwności Michaela.
-,,Jak dziecko”- pomyślała.
Oczywiście kobieta nic mu nie powiedziała o pobiciu przez szacownego jegomościa, choć takie sprawy jak przebranie się i rozmowa z Castorem zostały wcześniej uzgodnione.
-A gosposia jak? Sprawiła się?- Camii oderwała swoje usta od ust Michaela.
-Bardzo dobrze- Christine nawet zasmakowała ta herbata z ziółkami od twojej babki.
-Babka Starówka- zamyśliła się Camii- poczciwa kobiecina.
Michael chciał wrócić do poprzedniego zajęcia, lecz kobieta wyrwała się z jego objęć.
-Coś się stało?- zapytał zdezorientowany.
-Nic…- odparła Camii, chodząc wokół własnej osi i patrząc zaciekle w posadzkę- Jedna tylko sprawa nie daje mi spokoju- spojrzała na niego spod maski swymi przeszywającymi, teraz nawet ciemniejszymi, oczyma- Dlaczego kazałeś mi wyrzucić dziecko?- popukała się palcem wskazującym w wydęte wargi, udając spokój- Dlaczego? Skoro z Christine spodziewacie się bachora?
-Och, błagam- Michael odwrócił się- Nie zaczynaj znowu…
-Zraniłeś mnie- kobieta podeszła do niego i zmusiła mężczyznę, by patrzył na nią- Powiedziałeś, że nie chcesz mieć dzieci…
-Nie chciałem mieć dzieci z dziwką- odparł nagle Michael.
Camii nie mogła uwierzyć własnym uszom. Mechanicznie wymierzyła mężczyźnie siarczysty policzek.
-Wiedziałeś, że nią nie byłam.
-Ale tak postrzegali cię inni.
Para mierzyła się nawzajem wzrokiem. Camii miała nadzieję, że może jednak wycofa się z pierwotnego planu, lecz te słowa przelały czarę.
-Ty sukinsynu- powiedziała głośno, ciężkim głosem- Jak śmiesz? To ja dałam ci to wszystko, to ja umożliwiłam ci inne życie- zaczęła mówić coraz głośniej, idąc w stronę Michaela, lecz ten ją wyminął, mając zamiar zejść po schodach.
-Sama nie dałabyś sobie rady- powinnaś mi dziękować- Michael wskazał na siebie.
-Tobie?- Camii nie dała za wygraną i wciąż próbowała zbliżyć się do mężczyzny- Ty tylko dawałeś meskalinę kilku pannom, a potem je pieprzyłeś!- kobieta popchnęła Michaela, lecz ten nieugięty trzymał się barierki.
-Ale to mnie teraz wszyscy podejrzewają, a po północy Cullen chce mnie zamknąć.
Właśnie wtedy wybiła północ, a ktoś zaczął strzelać z racy.
-Powinieneś trafić do Tower, ale mam dla ciebie lepsze miejsce- odparła złowrogo Camii; chwyciła Michaela za kołnierz i przyciągnęła do siebie, by jeszcze raz go pocałować; potem zbliżyła swe czerwono krwiste wargi do jego ucha i wyszeptała- Idź do piekła.
Camii z całej siły popchnęła zdezorientowanego od pocałunku Michaela. Mężczyzna zatoczył się po schodach, uderzając sobą o stopnie, a gdy był już na parterze, uderzył dodatkowo o jeden z ostrych kantów. Z jego skroni zaczęła sączyć się krew. Wtedy wystrzelił czwarty fajerwerk.
amii jedynie przyglądała się trupowi w masce, lecz gdy tylko usłyszała czyjeś kroki, natychmiast udała się w drugą stronę korytarza. Choć starała się być spokojna, jej nogi same wyznaczyły bardzo szybkie tempo i już za chwilę kobieta znalazła się na parterze. Tam już rozegrało się piekło; przed chwilą odwieziono pannę Jackson do szpitala, a już ktoś zaalarmował pozostałych o trupie jej narzeczonego.
Camii czym prędzej wmieszała się w tłum, co umożliwiło jej szybkie wyjście na zewnątrz. Tam złapał jednego z dorożkarzy i kazała się wieść za dorożką jadącą do szpitala. W trakcie jazdy kobieta zaczęła kalkulować wszystkie swe poczynania, a głównie to, jak udało jej się zmanipulować Michaela i Christine. Dodatkowo ci dwaj w ogóle się nie zorientowali, że już od dawna dostają od niej meskalinę. Lecz ile osób musiała przekupić? Najpierw pan Cage, potem ten mały boy hotelowy z ,,Binkleya”, a na końcu panna Laurie. Kosztowało to nie mało, lecz efekt był zadowalający. Udało jej się oszukać wszystkich wokół i samej przy tym nie stracić głowy. Ponadto związała się z lekarzem i dostęp do różnych medykamentów stał się dla niej prostszy, zwłaszcza po śmierci Mary Kelly. Teraz gdy Camii zagarnęła tyle pieniędzy i wszystkie były w jej posiadaniu, a sfałszowane dokumenty czekały na nią w mieszkaniu, mogła wyjechać do Bordeaux. Nagle dorożka gwałtownie się zatrzymała.
-Jesteśmy na miejscu, madame- oznajmił dorożkarz.


Podobny bal wydarzył się zaledwie kilka miesięcy temu. Dlaczego podobny? Bo również zakończył się trupem.
Beatrice czuła się coraz gorzej. Próbowała wzrokiem odszukać Michaela, który jeszcze dziś miał dostarczyć jej meskaliny. Nie mogła doczekać się, aż znajdą się tete-a-tete. W końcu taka okazja się nadarzyła; chwilę po rozpoczęciu tańców Michael wyszedł, zatem Beatrice udała się za nim.
Kobieta wyszła na ciemny korytarz, oświetlany jedynie przez światło księżyca wpadające przez okna. Szła powoli, nie wiedząc, czego się spodziewać. Nagle ktoś chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie. Natychmiast rozpoznała pocałunki kochanka i oddała się im. Skąd mogła wiedzieć, że przez całą znajomość Michael tylko ją wykorzystuje? Instynkt przesłoniły kobiecie jej własne potrzeby, których mąż albo nie był w stanie zaspokoić, albo po prostu nie chciał. Gdy chwile później para odkleiła się od siebie, Beatrice była w tak błogim stanie, że dała się poprowadzić Michaelowi, gdzie tylko chciał.
-Mam coś dla ciebie- powiedział, gdy tylko skręcili za róg.
Beatrice uśmiechnęła się, kiedy mężczyzna wyciągnął papierośnicę z jasnym proszkiem. Kobieta westchnęła i spojrzała wdzięcznym wzrokiem na kochanka.
-Dziękuję ci, mój miły- pocałowała go w policzek- Tak bardzo ci dziękuję.
Potem oddała się cała temu, co stanowiło już jej jedyny sens życia, czyli tej sypkiej zawartości papierośnicy. Pięć minut później lek zawładnął całym jej organizmem.
-Kręci mi się w głowie- powiedziała, a chwilę później roześmiała się- Czy wiesz, że jak zamknę oczy widzę psy? Mnóstwo psów- czerwone, niebieskie, różowe… tyle psów!
-A pamiętasz, o czym ostatnio rozmawialiśmy?- Michael stojąc za kochanką objął ją w pasie, położył głowę na jej ramieniu i zaczął się kołysać w rytm dobiegającej z salonu muzyki.
-Nie, nie pamiętam- kobieta wciąż się śmiała.
-O tym, że abyśmy mogli być razem, musisz pozbyć się tej cząstki siebie, która każe ci trwać przy mężu- mężczyzna szeptał jej do ucha miękkim głosem.
-Ach, coś sobie przypominam- odparła wesoło kobieta- Chcesz trochę meskalinki, kochanie?
-Nie, dziękuję, wolę zapalić- i Michael wyciągnął z innej papierośnicy papierosa, po czym ostrożnie go zapalił; zaciągnął się i mówił dalej- Musisz to zrobić dzisiaj, a gdy będzie po wszystkim, uciekniemy stąd- może na Riwierę? Co ty na to?
-Byłoby cudownie- rozmarzyła się Beatrice, wtulając się w kochanka- Ale jak mam to zrobić?
-Och, to nie jest trudne- Tuttiholmes wypuścił dymka- Po prostu bierzesz coś ostrego- na te słowa ujął dłoń Beatrice- po czym uderzasz prosto w miejsce, gdzie znajduje się nasza przeszkoda- przycisnął ich złączone dłonie do piersi kobiety- Tu.
-W serce?- przeraziła się trochę Beatrice- Ale czy to nie będzie boleć? Nic mi się nie stanie?
-Nie…- Michael sięgnął po papierośnicę leżącą na parapecie- Jeżeli zażyjesz jeszcze trochę tego- i podał ją kobiecie pod nos.
Lady LeFlay z radością przyjęła jeszcze jedną dawkę narkotyku, po czym pocałowała kochanka na pożegnanie i odeszła.
Minutę przed północą wszyscy zebrali się w salonie, aby podziwiać fajerwerki na cześć lorda LeFlaya. Wtedy Beatrice poczuła, że to ostatnia okazja, by rozprawić się z przeszkodą stojącą na drodze do jej szczęścia. Poprosiła męża, by ten zaprowadził ją do sypialni. Miała pomysł- po wszystkim chciała mężowi oficjalnie oświadczyć, iż odchodzi z tego przedstawienia, zwanym małżeństwem. Charles zgodził się i zaprowadził żonę do sypialni.
-Co się dzieje?- zapytał niewesołym tonem, gdy tylko zamknął drzwi.
Beatrice nie odpowiedziała mu. Zaczęła błądzić wzrokiem po pokoju, szukając ostrego przedmiotu. Nareszcie znalazła go- na stoliku leżał sobie nóż, który dziś jej mąż dostał w prezencie urodzinowym od jednego takiego jegomościa- Kluskin, czy jakoś tak? Nieważne; kobieta skierowała swe kroki w stronę stolika.
-Od powiesz mi, do cholery, czy nie?- Charles podniósł lekko głos.
Kobieta chwyciła nóż. Odwróciła się w stronę męża.
-Żegnaj- tylko tyle powiedziała, gdy rozległy się wystrzały z rac.
-Co ty…- Charles wyciągnął rękę w stronę małżonki i podszedł do niej, lecz było już za późno.
Beatrice LeFlay z wielką precyzją wymierzyła sobie cios prosto w serce. Poczuła ogromny ból, który oświecił jej umysł; nie zabije przeszkody, tylko siebie. Kobieta krzyknęła i osunęła się na kolana.
-Beatrice!- krzyknął lord i natychmiast znalazł się przy żonie.
-Byłam głupia- odparła resztkami sił lady- Przepraszam…
Charles nie zdążył nic zrobić, gdy wtem do pokoju wpadło kilku mężczyzn. Na widok trupa lady LeFlay przystanęli z osłupienia. Lecz natychmiast ich wzrok padł na stojącego nad nią mężczyznę.
-Jestem niewinny!- krzyknął, robiąc kilka kroków w tył- Niewinny…


Christine w szpitalu cierpiała okropne katusze. Akuszerka wydawała jej się katem, który znęca się nad jej wyniszczonym organizmem. Mimo iż Christine została podana morfina, na niewiele się to zdało. Kobieta wciąż czuła przeszywający ból, nie tylko brzucha, lecz nóg, karku, a przede wszystkim kręgosłupa. Jackie wszędzie widziała swoją krew, co przerażało ją jeszcze bardziej.
-A teraz przemy z całych sił!- krzyknęła akuszerka, próbując przekrzyczeć własną pacjentkę.
Christine robiła, co mogła, a i tak jej się wydawało, że to nic nie daje. Nagle na rękach akuszerki pojawiło się coś małego, czerwonego i brzydkiego, a na jej twarzy- uśmiech.
-To dziewczynka- powiedziała do panny Jackson.
Christine podniosła lekko głowę, bo tylko na tyle mogła i przyjrzała się dziecięciu.
-Ale brzydkie- wydyszała.
Akuszerka zmarszczyła brwi, po czym bez słowa oddała noworodka w ręce pielęgniarki. Potem zawołała jednego z chirurgów.
-Trzeba ją zszyć- odparła, wycierając ręce o jakąś szmatkę- Problem w tym, że rozwarcie jest bardzo szerokie, a pacjentka straciła mnóstwo krwi- pokręciła głową- Nie jestem pewna, czy przeżyje- odparła ze spokojem.
-Zaraz się nią zajmę- skinął głową chirurg.
Para lekarzy oddaliła się. Czy Christine się tylko wydawało, czy akuszerka uśmiechnęła się, gdy mówiła o możliwości zgonu? Kobieta pokręciła głową.
-,,To pewnie ze zmęczenia”- pomyślała.
Do jej łóżka podeszła pielęgniarka z bobasem na ręce.
-Pani córka- odsłoniła główkę dziecka, lecz nie dała go matce.
-Proszę mi ją oddać- wzburzyła się Christine; dziecko było brzydkie, ale było jej.
Pielęgniarka pokręciła głową i odsłoniła maskę, która zakrywała jej usta.
-Nie mogę, siostro- odparła Camii.
Głowa Christine opadła ciężko na twardą poduszkę, a sama kobieta prawie wybuchła płaczem, lecz udało jej się powstrzymać i teraz jedynie samotne łzy spływały po jej policzkach.
-Mogłam się domyślić- łkała.
-Mogłaś- skinęła głową Camii, tuląc dziecię do siebie- Prawda, że śliczne?
-Nie- zaprzeczyła Christine, czując nagle piekący ból między nogami- Gdzie ten chirurg?
-Spokojnie- Camii uśmiechnęła się do niej chytrze- Póki go nie ma, mogę sprawić ci ulgę.
Christine momentalnie odwróciła głowę w stronę siostry.
-Jak?- zapytała, nie słuchając wcale głosu rozsądku, który kazał jej nie pytać.
Camii wyciągnęła z kieszeni fartuszka strzykawkę.
-Mam takie coś- powiedziała, obracając przedmiot pomiędzy palcami- Momentalnie ci ulży, droga siostro.
Christine wspięła się na łokciu, aby lepiej patrzeć na siostrę, co wymagało nie lada wysiłku.
-Daj mi to- rozkazała, wyciągając dłoń po strzykawkę.
-Ale jest lepsze rozwiązanie- Camii odsunęła od siostry przedmiot- Leży obok ciebie- wskazała głową.
Christine spojrzała na stolik przy łóżku. Leżał na nim jedynie nóż. Kobieta spojrzała z przerażeniem na młodszą siostrę.
-Co… co chcesz, bym zrobiła?- zapytała słabym głosem.
Camii zbliżyła się do siostry.
-Pamiętasz, jak mówiłyśmy o przedstawieniu?- mówiła ściszonym głosem- Musisz go zakończyć… sama, tak, jak ci mówiłam- poklepała Christine po ramieniu- To ci w tym pomoże- podała jej tabletkę.
-A to co, do cholery?- Jackie zmarszczyła brwi.
-To, co ty, Michael i świętej pamięci Beatrice braliście od miesięcy- uśmiechnęła się szeroko Camii, co sprawiło, że skóra na jej twarzy naciągnęła się i w nikłym blasku lampy wydawała się trupia.
Christine nie pojęła tego, nawet nie chciała. Po prostu, sama nie wiedziała, dlaczego, wzięła tabletkę z rąk siostry i połknęła ją. Po chwili poczuła, jak gdyby zaczęła się unosić… do gwiazd. Ucieszyło ją to.
-Co mam zrobić?- zapytała, nareszcie czując ulgę.
Camii sięgnęła po nóż, wciąż leżący na stoliku. Nie zdziwiła jej szybka reakcja na narkotyk, ponieważ to nie była tylko meskalina, lecz również heroina, którą pokojówka czasem dodawała narzeczonym do wieczornej herbaty.
-Po prostu… zakończ to przedstawienie- wręczyła siostrze nóż.
Christine ujęła rączkę noża w chudą dłoń i przyglądała mu się przez chwilę. Nie chciała tego robić, przecież była jeszcze taka młoda. Ale z drugiej strony to i tak krótkie życie już bardzo ją zmęczyło. Kobieta spojrzała na niewinne dziecko, trzymane w uścisku jej siostry. Nagle poczuła, że wcale go nie chce. Zaczęła płakać.
-Już, cicho…- Camii położyła rękę na ramieniu siostry; spojrzała na nią przelotnie- Jeśli ci to pomoże, to powiem ci, że Michael nie żyje.
Christine przestała płakać i spojrzała z przerażeniem na Camii.
-O czym ty mówisz?- zapytała cicho, drżącym głosem- Jak to- nie żyje?
Camii odsunęła się trochę od Jackie. Mimo wszystko to ona miała nóż i mogła jej wyrządzić krzywdę.
-Zranił mnie… więc go zabiłam- młoda dziewczyna spojrzała na siostrę przepraszająco- Wybacz mi, musiałam.
Christine pokręciła głową.
-Musiałaś? Co takiego ci zrobił?- kobieta osunęła się na poduszki; coraz bardziej słabła.
-Ja również go kochałam- wzruszyła ramionami Camii- On zapewniał mnie, że również coś do mnie czuje- zrobiła pauzę, w trakcie której siostra wpatrywała się w nią ze strachem- Zawsze był zdrajcą- dokończyła.
Christine nie mogła złapać tchu. Zaczęło jej się kręcić w głowie, słabła coraz bardziej.
-Jak mogłaś…- odparła resztą tchu.
Kobieta uniosła rękę, w której trzymała nóż, lecz niedoszłe narzędzie zbrodni spadło z łoskotem na ziemię. Camii wstała, podtrzymując dziecko na rękach i wycofała się. Zdążyła wyjść, gdy akurat na salę wszedł chirurg. Jednak nic już nie mógł zrobić. Christine Jackson zmarła pierwszego stycznia 1889 roku, o godzinie 01.17.


Camii szła szybko korytarzem, odwracając się co chwilę za siebie, aby sprawdzić, czy nikt jej nie śledzi. Jednak chyba była to tylko paranoja. Na szczęście dziecko na rękach kobiety było spokojne, nie płakało.
Dziewczyna przy najbliższej okazji zdjęła fartuch i wrzuciła go do jednej z sal. Camii szybko zeszła po dużych schodach szpitalnych i wyszła na zewnątrz. Tam czekała na nią dorożka. Kobieta kazała się wieść na stację kolejową, gdzie zostawiła w ukryciu swoje walizki. Gdy pojazd ruszał, dziewczyna rzuciła ostatnie spojrzenie na szpital, a zwłaszcza na okno sali, w której rodziła Christine. Właśnie zgasło w niej światło.
Camii czym prędzej wysiadła z dorożki, rzuciła kilka szylingów woźnicy i udała się na właściwą stację, skąd odjeżdżał pociąg do Dover. Było bardzo późno, więc kobieta musiała spać na jednej z ławek. Nikt jej stamtąd nie wyrzucił, może ze względu na dziecko.
Kobieta okryła siebie i noworodka płaszczem, po czym zasnęła. Śniła bardzo niespokojnie, o krwi, czarnych ptakach i schodach. Te wszystkie elementy łączyła postać czarnego ptaka, tańczącego w rytm dość niepokojącej muzyki, która za kilkanaście lat miała dopiero stać się głównym nurtem muzycznym. Ptaszysko kojarzyło się najbardziej z łabędziem; jego pióra były pokryte krwią, a postać powoli, tańcząc, schodziła po schodach. Nagle potknęła się i upadła. Stoczyła się po stopniach, uderzając głową o wszystkie kanty, rozkrwawiając się jeszcze bardziej. Martwy ptak padł na podeście, omiatając demonicznym spojrzeniem wszystko dokoła. Nagle postać zaczęła przybierać ludzką postać- kobiecą. Camii wydawało się, że podchodzi do niej. Wtedy osoba odwróciła głowę i dziewczyna rozpoznała siebie. Krzyknęła i wtem się obudziła.
Był już wczesny poranek i pierwsi podróżni zaczęli zjawiać się na stacji. Camii wstała, a wtedy dziecko zaczęło płakać. Kobieta uświadomiła sobie, że nie ma mu co dać to jedzenia. Zabrała malca do jednego z opuszczonych pokoi, stacja już się rozpadała. Tam rozebrała się i wyciągnęła pierś. Niestety nie miała w sobie żadnego pokarmu i gdy dziecko chciało ciągnąć mleko, zaczęło znów płakać, bo nie było nic. Camii stanęły łzy w oczach. Ubrała się, zabrała dziecko na ręce i wyszła. Akurat na stacje przybył pociąg i kobieta wraz z dzieckiem mogła przynajmniej ulokować się w ciepłym miejscu.
Po godzinie jazdy Camii zostawiła dziecko w wagonie, pod okiem kilku uprzejmych dam i udała się do bufetu. Kupiła herbatę i jakąś zupę, chyba nie pierwszej świeżości. Jednak ze względów finansowych, a kobieta nie wiedziała, kiedy zmienią się na lepsze, Camii musiała oszczędzać na wszystkim. Chciała kupić trochę mleka, ale było za drogie. Jednakże los znów się do niej uśmiechnął, gdy wracała do swego przedziału; Camii z naprzeciwka zauważyła młodą kobietę pchającą wózek, a w wózku- butelkę pełną mleka. Nagle dziewczyna wpadła na pewien pomysł- przechodząc ciasnym korytarzem obok młodej matki, podłożyła nogę pod wózek, w efekcie czego wywiązała się mała kolizja.
-Och, przepraszam!- wykrzyknęła natychmiast nieznajoma- Mam nadzieję, że nic wielkiego się pani nie stało. Przepraszam.
-Nie, nie…- kręciła głową Camii, opierając rękę o wózek- To ni, zdarza się. Ale widzę, że chyba kółko się pani poluzowało…
-Naprawdę?!- nieznajoma natychmiast schyliła się.
W tym momencie Camii sięgnęła po butelkę, którą schowała za plecami.
-Nie, wszystko jest w porządku- młoda matka wyprostowała się.
-Najwyraźniej musiało mi się coś przywidzieć- uśmiechnęła się Camii, wymijając nieznajomą- Do widzenia- odparła, idąc tyłem.
-Do widzenia- skinęła głową z uśmiechem okradziona przed chwilą kobieta.
Gdy tylko nieznajoma odwróciła się, Camii pomknęła szybko do swojego przedziału. Przeprosiła zgromadzone w nim starsze panie, po czym zabrała dziecko do jednej z toalet pociągu. Tam nakarmiła niemowlę, które nareszcie przestało płakać.
-Widzisz, mówiłam ci, że damy sobie radę- powiedziała Camii do maleństwa- Uda nam się dotrzeć na statek do Dover, a stamtąd do Calais. Tam odbierze mnie mój dawny znajomy i pojedziemy razem do Bordeaux, gdzie będziemy wiodły szczęśliwe życie- kobieta przytknęła swój nos do noska dziecka i poruszyła nim z uśmiechem; nagle kolejny pomysł zaświtał w jej głowie- Ty przecież potrzebujesz imienia!- Camii zaśmiała się- Jak mogłam o tym nie pomyśleć?- zastanawiała się przez chwilę, po czym podjęła decyzję- Nie przez przypadek przybrałam imię Cosette- bardzo mi się podoba, tak samo jak książka Hugo. Nazwę cię więc Cosette- kobieta przytuliła niemowlę do swojej piersi, a gdy odsunęła je od siebie, bobas uśmiechał się- Tak, podoba ci się nowe imię?- znów się zaśmiała- Moja mała Cosette- wyszeptała.
Camii przed swą ucieczką udało się zdobyć fałszywy paszport na nazwisko Camii Holmeson. Stwierdziła, że nie zmieni wizerunku, ponieważ jeżeli ktokolwiek widział zdarzenie w starej części pałacyku, uzna, iż Michael Tuttiholmes przed śmiercią spotkał się z brunetką, a nie z blondynką. Nikt więcej nie mógł nic podejrzewać. Nawet James Whittington, któremu Camii zostawiła kartkę z nakreślonymi zdaniami. W liście zakazała mężczyźnie jej szukać, zmyśliła trudną sytuację związaną z jej przeszłym zawodem i potrzebą ucieczki. Miała nadzieję, że to poskutkuje, a flegmatyczność doktora przeszkodzi mężczyźnie w jakichkolwiek poszukiwaniach.
Stało się tak, jak Camii obiecywała dziecku; w Dover przesiadła się na statek do Calais, gdzie odebrał ją znajomy i razem ruszyli do Bordeaux. Tam kobieta osiedliła się z Cosette na długie lata, a nawet udało jej się wyjść za mąż i zajść w ciążę.
Dwadzieścia pięć lat później przyszedł do Camii anonimowy list z informacją, że Castor Tuttiholmes zaciągnął się do wojska i zginął na froncie Wielkiej Wojny. Po przeczytaniu wiadomości kobieta usiadła, spojrzała na wprost do ogródka, gdzie przebywały jej dwie córki i uśmiechnęła się chytrze do siebie.
Koniec.