Tymczasem Christine bawiła u księżnej Dariowny. Zabawa była przednia dopóty, dopóki do mieszkania kobiety nagle nie zawitał lord LeFlay.
-Przepraszam, że nachodzę o tak późnej porze- powiedział, ściągająć kapelusz i wchodząc do saloniku, lecz gdy ujrzał w nim Christine, przystanął i zaniemówił.
Jackie również nie potrafiła ukryć zdziwienia i zakłopotania, lecz aby choć trochę je zakryć, wstała i dygnęła, chyląc głowę na znak pokory.
-Ależ nie przeszkadza pan- powiedziała radośnie księżna, wyciągając rękę w stronę gościa.
Lord złożył pocałunek na dłoni gospodyni, jednakże nie spuszczając wzroku z panny Jackson.
-Jakaż to sprawa sprowadza pana o tak późnej porze w me progi?- zapytała Dariowna, wskazując Charlesowi LeFlayowi miejsce do siedzenia.
Para zajęła się sprawami finansowymi, które również dotyczyły księżnej- pan LeFlay chciał zakupić ziemię, którą Theresa Dariowna chciała sprzedać. Jednak sprawa nie była łatwa, było mnóstwo kruczków dotyczących sprzedaży ziemi. Lord był potencjalnym kupcem, a teraz przyszedł wkupić się w łaski sprzedającej.
Christine nie słuchała tego, o czym mówili. Myślała nad tym, kiedy wróci jej mąż z wizyty u znajomych. Spojrzała na zdobiony zegar stojący na pianinie w salonie; 22.17- powinna już wracać.
-Przepraszam najmocniej- powiedziała, przerywając wypowiedź lorda w pół zdania; męzczyzna spojrzał na nią gniewnie- lecz muszę się już z państwem pożegnać- wstała.
Księżna Dariowna i LeFlay natychmiast również wstali.
-Cóż za szkoda- odrzekła szczerze kobieta- Ostatnio nie mamy wielu okazji, by się zobaczyć, moya dorogaya, a ja po każdej twej wizycie czuję się kontent ze spotkania z tobą.
-Zywię podobnę uczucia do pani- Christine lekko skinęła głową- aczkolwiek teraz muszę się skuoić na kimś innym, kto domaga się mojej uwagi- kobieta spojrzała na swój brzuch, lekko już zaokrąglony, i pogładziła go.
-No tak!- księzna klasnęła w dłonie- Nie mogę się doczekać stupotu tych małych nóżek- zaśmiała się.
-Ja również- przytaknęła Christine, jednak mniej entuzjastycznie niż przyjaciółka.
-Zatem pozowli pani, iż panią odprowadzę?- zapytał nagle Charles LeFlay.
Jackie spojrzała na niego ze zdziwieniem; w oczach mężczyzny ujrzała ukryte znaczenie tej propozycji. Niestety musiała na nią przystać, jeśli chciała się rozprawić z nim raz na zawsze.
-Ależ oczywiście- podała swe ramię.
Para wyszał, a gdy tylko znaleźli się w bezpiecznej oodległości od salonu, Charles LeFlay natychmiast opuścił swe ramię.
-Nie rozumiem, czemuż jeszcze pani nie wyjechała- zaczął ostrym tonem- Pani, pani- tfu!- udał, że spluwa- narzeczony oraz ten bękart powinniście raz na zawsze opuścić to miejsce- zbliżył się do niej- Jesteście mordercami, zabiliście mi żonę.
-Nawet gdybyśmy tego nie zrobili, długo by już nią nie pozostała- odparła bezczelnie Christine natchnięta nagle pewnością siebie i zuchwałością.
-Jak śmiesz?- wysyczał lord.
-Żegnam pana- rzuciła z dumą kobieta, po czym wyszła, lecz przed drzwiami rzuciał ostatnie spojrzenie na LeFlaya.
Wracając do domu dyliżansem Jackie próbowała sobie przypomnieć wszystkie szczegóły dotyczące Charlesa LeFlaya; okrągła głową, łysiejąca, lecz te włosy, które mu pozostały wciąż posiadały w sobie bląd błyski. Jasne niebieski oczy, duży nos, jakże nie pasujący do twarzy oraz cienki usta. Postawa lekko zgarbiona, lecz pewna, pasująca do urzędnika wyższego stanu. Zastanawiała się, jakim cudem ta delikatn, tajemnicza, żywiołowa Beatrice mogła poślubić kogoś tak trywialnego, zwykłego.
-,,To dziwne- pomyślała- myśleć o swej ofierze w ten sposób”- uśmiechnęła się do siebie z niedowiarzania, lecz niejakiej dumy, iż to ona była w stanie pozbawić życia kogoś o takiej urodzie.
Christine Jackson dojechała do domu. Z powodu zmęczenia z trudem weszła na właściwe piętro, do swego mieszkania. Drzwi były lekko uchylone.
-,,Czyżby Michael zaczął ufać ludziom?”- pomyślała.
Kobieta weszła do środka, zamykając za soba szczelnie drzwi. Cały hall był pogrążony w ciemności, zatem Jckie musiała po omacku znaleźć drogę do salonu. Tam mroki przebijał jedynie słaby blask kominka.
-,,Gdzież on jest?- zapytała samą siebie- Może skoro nie tu, to w sypiali?”
Christine skierowała tam swe kroki, lecz już drzwi tego pokoju były zamknięte na klucz.
-,,Co się dzieje”- zaczęła się niepokoić.
Na szczeście w komodzie ukryła klucz do sypialni, w razie gdyby tam Michael próbował się przed nią ukryć. Teraz pochwaliła siebie za ten pomysł. Miała nadzieję, że klucz z drugiej strony nie znajdował się w zamku. Na szczęście kobieta bez problemu otworzyła drzwi, lecz wtem znów natrafiła na przeszkodę- uderzyła w coś, co leżało na ziemi.
-Co jes..- zaczęła, lecz nagle spostrzegła czym, a raczej, kim była przeszkoda.
Michael leżał na ziemi skulony, a jego narzeczona uderzyła go w nogę.
-O nie…- wyszeptała Jackie, przyklękując natychmiast u boku swego ukochanego- Mick, Mick, obudź się- próbowała go oucić; po chwili udało się.
-Co się stało?- wymamrotał na wpół przytomny mężczyzna.
-Ty mi powiedz- Christine próbowała powiedzieć to jak najdelikatniej.
Michael spojrzał w kierunku, z którego dobiegał głos, ponieważ jeszcze nie był na tyle zorientowany, by go rozpoznał. Jednak gdy ujrzał przed sobą swą narzeczoną zląkł się.
-Nie dotykaj mnie- natychmiast odsunął się od kobiety- Idź ode mnie, diable.
-Co ty wygadujesz?- zapytała Christine, próbując zbliżyć się do narzeczonego, ten jednak jeszcze bardziej się odsunął.
-Nie mów, że nie wiesz- próbował krzyczeć, lecz znów miał ściśnięte gardło.
-Nie wiem, wytłumacz mi- wzruszyła ramionami kobieta, przyjmując swój najłagodniejszy wyraz twarzy.
Michael patrzył na ukochaną i zaczął pojmować, iż wcale nie przypomina potwora, który jeszcze niedawno znajdował się w ich salonie.
-To musiał być zły sen- wyszeptał, opierając głowę o ścianę.
-Tak, tak…- przytaknęła Jackie, bliska płaczu; ujęła dłoń ukochanego- Połóż się spać.
-Chyba masz rację- Michael patrzył w sufit, jakby na nim znajdowała się konstelacja gwiazd, a zarazem odpowiedź na dręczące go w tym momencie pytania.
-Zatem chodź- odparła Christine, gdy jej narzeczony wciąż pozostawał w tej samej pozycji.
Michael westchnął i nareszcie spojrzał trzeźwo na narzeczoną. Wyciągnął rękę w jej stronę, a ona pomogła mu wstać oraz zaprowadzić do łóżka. Michael anwet nie przebrał się w pidżamę; położył się tak, jak przyszedł do domu, z wyjątkiem butów i marynarki.
Dopiero gdy Christine zapaliła lampę ujrzałą, w jakim stanie jest salon- najgorzej nie było, lecz zosta zbity wazon, a wszytsko, co znajdowało się na stole zostało przewrócone. Po zrobieniu z tym porządku, kobieta również położyła się do snu. Jednak nie przyszedł on szybko, mącony niespokojnym oddechem Michaela Tuttiholmesa.
Rano Christine obudziłą panna Laurie- przychodziła ona prawie codziennie. Zależało to od jej drugiej pracy oraz od finansów państwa Jackson-Tuttiholmes, również ze względu na które zostawał tylko do 16.00
Christne cieszyła się, gdy panna Laurie przygotowywała im śniadanie, ponieważ sama nie musiała o tym myśleć. Najbardziej smakowała jej herbata służącej- niby niczym nie różniła się od zwykłej, lecz panna Laurie potrafiła sprawić, iż miała ona wyjątkowy smak. Zapytana kiedyś, jak to robi, odparła, iż dodaje różnych ziół lub kwiatów, lecz nigdy nie powiedziała dokładnie jakich.
Dziś herbata panny Laurie była iście zbawienna, ponieważ Christine obudziła się z wielkim bólem głowy. Gorący napój podziałał na nią kojąco i wręcz znieczulająco. Po pierwszym łyku pani domu uśmiechnęła się jak mała dziewczynka do gosposi, a ta odwdzięczyła jej się skromniejszym uśmiechem i skinieniem głowy. W tym momencie do kuchni wszedł Michael.
-Dzień dobry panu- dygnęła panna Laurie.
-Witam- odparł gospodarz zachrypniętym głosem.
-Kochany, musisz spróbować…- Chrstine odwróciła się do narzeczonego i w tym momencie zamarła.
Pod okiem Michaela widniał wielki siniak po uderzeniu.
-Na litość boską, co ci się stało, Michael?!- krzyknęła.
-Co?- mężczyzna nie rozumiał; dotknął swego policzka- A, to… Chris (dawny znajomy Micka) trochę wypił i się zdenerwował. Próbował uderzyć Lawrence’a (kolejny znajomy), ale trafił mnie- odparł na prędce Michael, co oczywiście było nieprawdą.
-Och!- tylko tyle była w stanie powiedzieć Christine- No… trudno- zawahała się- Siadaj.
Reszta śniadania przebiegła na konwersacji o rzeczach błachych, aż nagle ktoś zapukał do drzwi.
-Otworzę- odparła szybko panna Laurie i czym prędzej udała się w stronę drzwi.
-Kto to był?- zapytała Jackie, gdy tylko służąca wróciła.
-Listonosz- odrzekła panna Laurie, podając list.
Christine otworzyła kopertę i przebiegła wzrokiem po papierze.
-To zaproszenie- wyjaśniła, podając wiadomość narzeczonemu- Na bal sylwestrowy do lorda Phistera.
-Carl Phister nas zaprasza?- zdziwił się Michael- Z jakiej racji.
-To znajomy moich rodziców- wyjaśniła Christine- Zawsze go lubiłam
-To wszystko wyjaśnia- westchnął Mick.
Nie znał tego mężczyzny, z racji czego czuł niepokój na myśl, iż maiłby bawić u niego w domu. Nagle przypomniał sobie o czymć.
-Lecz przecież my mieliśmy wydawać małe przyjęcie- zauważył.
Christine spojrzała na narzeczonego.
-,,No tak”- pomyślała.
-Dajmy sobie z tym spokój- wyszeptała, patrząc podejrzliwie na panne Laurie; służąca natychmiast się odwróciła.
-Mieliśmy się jej pozbyć- wysyczał Michael przez zęby.
-Nie mam na to siły- westchnęła Christine.
Mick położył swą dłoń na dłoni ukochanej.
-Dobrze- powiedział i uśmiechnął się przyjaźnie; wziął znó wlist w swe ręce- Jakiego rodzaju jest to bal?- przebiergł wzrokiem po tekście- Maskowy, ech…- westchnął zirytowany.
-Nie lubisz ubierać maski?- zapytała Christine już weselszym tonem.
-Nie lubię nie wiedzieć, z kim rozmawiam- wyjaśnił Michael.
Narzeczeni wrócili do śniadania, a panna Laurie mogła skończyć udawać, że nic nie słyszy.
James Whittington właśnie wiązał sobie przed lustrem krawat, gdy do drzwi ktoś zapukał. Słyszał, jak gosposia otwiera drzwi, potem mówi coś do Cosette, aż w końcu ta druga zapukała do jego sypialni.
-Proszę- odparł, nie przerywając wykonywanej czynności.
Do sypialni weszła jego narzeczona z listem w ręce.
-Do ciebie- odparła cicho.
-Otwórz i daj mi go- powiedział delikatnie.
Cosette zrobiła, jak jej narzeczony kazał i podała mu list. W przeciwieństwie do Michaela Tuttiholmesa lub Christine Jackson, James Whittington czytał wiadomość powoli i dokładnie.
-Lord Carl Phister zaprasza nas na bal maskowy, który odbędzie się 31 grudnia w jego posiadłości- odpał mężczyzna spokojnym tonem, odkładając list i wracając do krawata.
-Nas, czyli- zawahała się Cosette- mnie też?
James spojrzał na narzeczoną.
-Nas, czyli ciebie też, moja droga- uśmiechnął się lekko przez ułamek sekundy- A teraz możesz już iść.
Cosette dygnęła jak służąca, co niezmierni ją denerwowało, po czym wyszła.
Również i Castor Tuttiholmes przygotowywał się do wyjścia z domu, gdy nagle do drzwi ktoś zapukał. Była to pani Nicecat z listem w ręce.
-Dzień dobry, paniczu Tuttiholmes- przywitała się radośnie.
-Witam, pani Nicecat. Co panią do mnie sprowadza?- zapytał uprzejmie.
-To dla pana- kobieta wręczyła młodemu człowiekowi list- Listonosz musiał się pomylić, ponieważ znalazłam go u siebie.
-Zdaża się- powiedział dziwnie wesoło Castor.
-W takim razie żegnam się z panem- pani Nicecat skłoniła się lekko.
-Do widzenia, pani Nicecat- odparł o dziwo znów uprzejmie detektyw.
Mężczyzna wrócił do salonu, usiadł w swoim fotelu i otworzył list. On również należał do grupy spokojnie i dokładnie czytających listy.
-Coś takiego- zdumiał się- Carl Phister zaprasza mnie do siebie na bal sylwestrowy, w dodatku- bal maskowy- odparł do siebie- Kto by się spodziewał?
X
Państwo Jackson- Tuttiholmes szykowali się na bal maskowy u lorda Phistera. Christine na tę okazję zamówiła specjalnie ogromną balową suknię- czarną, bez rękawów, ze szczerbionym, prostym dekoltem, której spódnica była wyszyta wielkimi, sztucznymi piórami, do tego również czarna, bogato zdobiona maska wenecka, również z piórami po bokach. To nic, że została na to wydana niebagatelna suma, jak gdyby miałby to być jej ostatni zakup w życiu.
Michael wybrał skromniejszy strój- czarny ze szkarłatnym smokingiem i maską tego samego koloru, ze złotym odcieniem. Wychodził znacznie taniej niż suknia balowa Christine.
-Panno Laurie, dziękujemy Ci, iż zgodziłaś zaczekać na mojego wujka i ciotkę- mówił Michael do służącej- Przygotuj im posłanie i kolację. Powinniśmy wrócić około pierwszej w nocy.
-Dobrze, panie Tuttiholmes- dygęła panna Laurie.
Michael otaksował dziewczynę wzrokiem; niska, lekko przy kości, niezbyt urodziwa. Długa suknia zasłaniała ją od szyi w dół, a na głowie miała jeszcze znoszony czepek, spod którego wysuwały się przetłuszczone kosmyki włosów o odcieniu jasnego brązu. Czy można jej zaufać? Mężczyzna przyjrzał jej się raz jeszcze- chyba można.
-Liczymy, iż można zostawić mieszkanie pod twoją opieką- powiedziała nagle Christine, jak gdyby odgadując myśli ukochanego.
-Naturalnie- odparła żarliwie służąca, jeszcze raz dygając.
-Mam nadzieję- kobieta otaksowała ją wzrokiem; miała mieszane uczucia, nikomu już nie mogła wierzyć; odwróciła się do narzeczonego- Chodźmy więc- odparła.
Wyszli na ulicę, gdzie podjechała po nich dorożka. Cała droga minęła im w milczeniu. Zapewne, gdyby wiedzieli, kto jeszcze zjawi się na balu, teraz na pewno gorąco by o tym rozprawiali. Ci jednak jechali w błogiej nieświadomości, a kubeł zimnej wody miał się wylać na ich głowy dopiero po wejściu na salę balową.
Tak w ciszy dotarli do posiadłości lorda Carla Phistera. Właściwie trudno to było nazwać posiadłością- okazały mały zamek, za którym znajdowały się jeszcze okazalsze ogrody. Dorożka wjechała na żwirowany plac, wzdłuż którego aż do samego wejścia były ustawione wysokie pochodnie oświetlające drogę, lecz bardziej robiące wrażenie. A przynajmniej zrobiły wrażenie na parze, która właśnie wysiadła z dorożki.
-Jak tu pięknie- wyszeptała Christine.
-Nic dziwnego- jako poseł, Phister śpi na pieniądzach- Michael sprowadził ją na zi
Christine spojrzała na narzeczonego ze złością w oczach.
-Wiesz co…- zaczęła, ale przerwała w pół zdania.
Michael pokręcił tylko głową.
-Chodź- skinął głową w stronę wejścia.
Wnętrze pałacyku robiło jeszcze większe wrażenie- marmurowe posadzki, kamienne rzeźby, wielkie obrazy i arrasy na ścianach, ogromne drewniane schody, wszędzie nienaganna służba, ubrana na biało, również w maskach. Dla tej pary było to wszystko zbyt przytłaczające.
-Nie pasujemy tu- wyszeptała Christine.
-Ale z jakiegoś powodu się tu znajdujemy, więc przestań marudzić- Michael miał dośc narzeczonej.
-Proszę, proszę, kogo moje piękne oczy widzą?- odezwał się głos z tyłu.
Narzeczeni raptownie się obrucili i ujrzeli przed sobą Castora Tuttiholmesa.
-Co ty tu do diabła robisz?- wywyczał Michael, gdy tylko brat zbliżył się do niego.
-Nie tylko wy dostaliście zaproszenie- spójrz dokoła- Castor zrobił gest dłonią, jak gdyby opowiadał o obrazie zawieszonym nad tą trójką- aktualnie znajduje się tu prawie jednak czwarta Londynu.
-I ty- westchnął Michael- Dlaczego?- zapytał głupio.
Castor wzruszył ramionami.
-Po Kubie Rozpruwaczu i królowej Wiktorii jestem najbardziej znaną osobą w Londynie. To do czegoś zobowiązuje- wyjaśnił bratu spokojnym, aczkolwiek lekko zirytowanym głosem.
-Jakże mogłem zdziwić się twą obecnością, bracie- Michael próbował naśladować ton głosu starszego.
Przez chwilę bracia Tuttiholmesowi mierzyli się wzrokiem, aż w końcu Christine zdecydowała się zakończyć tą farsę.
-Michaelu, chciałabym z tobą zatańczyć- oznajmiła oficjalnym tonem- Słyszę walca w tle, a dawno już go nie tańczyłam- pociągnęła narzeczonego za ramię- Choćmyż.
-Tak… tak- odpowiadał raz z arazem mężczyzna jak w transie.
-Idź, ukochana woła- odparł kpiącym tonem Castor- Twój najdroższy skarb.
-Proszę cię…- powiedziała dziewczyna błagająco, lecz równocześnie ponagląco.
Dopiero pod wpływem takiego tonu głosu Michael raczył posłuchać. Oddalił się wraz z narzeczoną, jednak już przez cały wieczór miał wspominać wzrok brata, który mówił: ,,Jesteś nikim, w porównaniu ze mną.”
Camii na bal ubrała się skromnie, w kremową, prostą sukienkę ze zwężanymi, krótkimi rękawkami, pąsową wstążeczką pod dekoltem i marszczeniami przy wstążeczce oraz maskę- również pąsową, z malutkimi sztucznymi kamykami po obu stronach w liczbie ośmiu w sumie.
James Whittington także wolał jasne barwy, a dokładniej garnitur koloru kości słoniowej, kapelusz i malutką maskę na patyczku.
Dodatkowo Camii ze sobą przepastną, płócienną torbę, w której schowała strój na bal dla pana Sebastiana Kluskina, również zaproszonego. Akurat Camii wiedziała, kto znajdzie się na raucie sylwestrowego wieczoru. Kilka dni wcześniej udała się z wizytą do pani Eleonory Phister- siostry lorda, słynącej z plotkowania. Kobieta z chęcią opowiedziała młodej pannie, kto został zaproszony na przyjęcie. Lista gości wcale jej nie zdziwiła, wręcz przeciwnie- ucieszyła, ponieważ tego wieczoru mogła doprowadzić swój plan do końca.
Pan Whittington wraz z narzeczoną pojechał na bal dwukółką, choć wieczór był zimny. Jednak z wszystkich wozów doktora, tylko ten pozostawał sprawny. Narzeczeni ubrali grube płaszcze, lecz na miejsce i one, i ich właściciele byli mocno przyprószeni śniegiem, który właśnie zaczął padać.
Byli wcześniej niż panowie Tuttiholmes i panna Jackson. Zdążyli przywitać się z wszystkimi, według Camii, nudnymi osobistościami, po czym nareszcie udali się do sali balowej. Akurat zaczęli tańczyć walca, gdy do sali wkroczyli Michael i Christine. Nie uszli oni uwadze Camii, lecz ona im- tak. Do ostatniego taktu dzieła Straussa nie dostrzegli jej obecności. Dopiero gdy panowie zaczęli zapraszać do mazurka Chopina i Michael podszedł do odwróconej do niego damy, i gdy ta się odwróciła, mimo maski mężczyzna rozpoznał ją. Niestety propozycja tańca została już złożona.
-Ależ z ogromną chęcią zatańczę z tobą, drogi panie- uśmiechnęła się do niego przebiegle.
I tak wesoły taniec nie sprawił mężczyźnie żadnej przyjemności, ze względu na toczącą się w trakcie rozmowę.
-Bardzo dostojnie wygląda dziś pańska żona- zagaiła Camii.
Michael nie odpowiedział.
-W którym miesiącu ciąży jest?- mówiła dalej.
-Trzecim czy czwartym- wzruszył ramionami niechętnie mężczyzna.
-Nie wygląda- cmoknęła kobieta- Na moje oko szósty, siódmy; musiałaby zajść w ciążę w maju- roześmiała się Camii.
-Niemożliwe- wycedził przez zęby Mick.
-Wtedy już tu była, nieprawdaż? Wtedy wpadliście na ten poroniony pomysł i zgłosiliście się do mnie- kobieta patrzyła na mężczyznę.
-Nic o tym nie wiem- wzruszył ramionami Michael.
Christine naprawdę była w siódmym miesiącu ciąży. Zdarza się i tak. Nawet przez te wszystkie miesiące dostawała miesiączki. Zdarza się i tak. Nie wyglądała na siódmy miesiąc, lecz jakimś sposobem Camii to wiedziała. Zdarza się i tak.
-Musieliście być u ginekologa, który na pewno zdradził wam miesiąc, w którym jest Christine- Camii nie dawała za wygraną.
Michael milczał.
-Czyli jednak.
Mężczyzna westchnął.
-Bardzo się zdziwiliśmy, ale lekarz mówił, że zdarza się i tak- Mick dał za wygraną.
-Czyli po naszym pierwszym spotkaniu słodka Christine jednak nie wróciła do Bordeaux? Pewnie nie miała tam już co szukać- teraz Camii zgadywała.
-Wyszucili ją z pracy za rzekomy romans z synem pracodawcy- teraz mężczyzna nie miał już nic do stracenia; zaczął odpowiadać na wszystkie pytania.
-Rzekomy, powiadasz?- Camii udała zadumę- Skroro jesteś taki łatwowierny…
Nagle Michael pociągnął swoją partnerkę mocno za rękę, obrucił ją dokoła właśnej osi, po czym wygiął do tyłu. Wszystkie te czynności robił bardzo niedelikatnie, co sprawiło ogromny ból Camii. Najgorzej wyszła na tym ręka. Jednak, gdy kobieta wróciła do pozycji pionowej i maksymalnie zbliżyła się do twarzy partnera, ujrzała pod grubą warstwą pudru ciemną plamę.
-A to, co?- dotknęła delikatnie miejsca.
Michael natychmiast odepchnął jej dłoń.
-Bójka w barze- skłamał Mick- Już naprawdę nic ci do tego.
Camii nie odpowiedziała; siniak Michaela znajdował się dokładnie w tym samym miejscu, co jej własny. Cóż za szczęście! Jeżeli jakiś świadek zdarzenia w, nazwijmy ją, kawiarnii zobaczył później Michaela Tuttiholmesa, nie zdziwił się niewidząc rany. Camii nie chciałą wiedzieć, kto i dlaczego uderzył jej przyszłego szwagra, najważniejsze, że był siniak.
W tym samym momencie mazurek się skończył. Pary skłoniły się sobie wzajemnie i niektórzy, w tym Michael i Camii, zeszli z parkietu. Ten pierwszy czym prędzej wyszedł z sali, lecz jego narzeczona wciąż w niej pozostawała. Camii zauważyła ją, stojącą wśród kilku dam i dżentelmenów. Rozmawiali o czymś i śmiali się. Młoda kobieta postanowiła to wykorzystać; Przez następne dziesięć minut kręciła się wokół rozmawiających, a gdy jeden z panów zaprosił Christine do tańca, Camii zbliżyła się do nich.
-Och, dziękuję, z chęcią skorzystam z pańskiej propozycji- mówiła akurat wesoło Christine- Czy ktoś z państwa mógłby potrzymać mój kieliszek?
-Ja mogę- zgłosiła się Camii, wyższym głosem niż zazwyczaj.
-Dziękuję- Christine posłała jej ciepły uśmiech i, niepoznawszy siostry, udała się na parkiet.
Camii postanowiła się nie rzucać w oczy; stała wraz z pozostałymi i jedynie potakiwała głową lub śmiała się. Gdy rozgorzała jakaś polityczna dyskusja, a Camii automatycznie została wyeliminowana z rozmowy, kobieta odeszła parę kroków w tył.
Kobieta rozejrzała się wokół siebie- wszyscy byli zajęci albo tańcem, albo rozmową- nikt nie zwracał na nią uwagi. Camii wykorzystała to i sięgnęła do małego woreczka zawieszonego na nadgarstku. Wyciągnęła z niego małą fiolkę z jasnym proszkiem i wsypała jej zawartość do kieliszka z szampanem siostry. Po chwili kobieta wróciła do grupy, z którą wcześniej stała. Po dwóch minutach dołączyła do niej siostra i ów dżentelmen. Christine uśmiechała się od ucha do ucha, była lekko zaczerwieniona, ale choć raz od dłuższego czasu szczęśliwa.
-Dziękuję- powiedziała, zabierając kieliszek od siostry.
-Do usług- Camii skłoniła się lekko i odeszła.
Teraz kobieta musiała przeistoczyć się w Sebastiana Kluskina; przepastną torbę zostawiła w hallu, wraz z płaszczem. Camii po odebrania jej poszłam do jednej z sypialni dla gości, pod pretekstem bólu głowy. Tam w spokoju mogła się przebrać.
Sypialnia znajdowała się na parterze, dlatego Camii mogła spokojnie wyjść oknem i zjawić się przed drzwiami domu, żeby nie tłumaczyć się swym nagłym pojawieniem. Wpierw jednak z poduszek leżących na kanapie ułożyła pod kołdrą kształt przypominający ludzkie ciało, w razie gdyby James jej szukał.
I tak jako mężczyzna Camii powtórnie weszła do posiadłości lorda, lecz ty razem pewnym krokiem i z uśmiechem na ustach. Natychmiast została zaatakowana przez grupkę młodych mężczyzn, chcących z nią rozmawiać. Camii niechętnie, aczkolwiek przez ponad kwadrans żartowała i śmiała się z panami. Lecz gdy tylko nastała cisza, kobieta oznajmiła, iż chce tańczyć, po czym udała się do salo balowej. Na korytarzu minął ją Michael Tuttiholmes, lecz mężczyzna był tak rozjuszony, że nie poznał Camii w przebraniu Sebastiana.
Kobieta weszła dziarsko do sali i natychmiast napotkała pożądliwe spojrzenia nieświadomych kobiet. Choć w takiej postaci Camii nie grzeszyła urodą, mogła popisać się humorem i zdolnościami tanecznymi. Zatem po przetańczeniu walca angielskiego, poloneza i kadryla z trzema pięknymi paniami, Camii zaczęła wzrokiem szukać siostry. Ta wykorzystała akurat chwilę nieobecności narzeczonego i ostatni taniec przetańczyła z Castorem Tuttiholmesem. Camii wzięła głęboki oddech; teraz czekało ją najtrudniejsze zadanie.
Christine nie odmówiła, gdy Castor poprosił ją do tańca- w końcu miała prawo z nim zatańczyć, a był on w tej dziedzinie prawie mistrzem. Zatem gdy zagrano pierwsze takty kadryla, Christine nie odmówiła.
Tańczyło im się wspaniale- nareszcie mogła zapomnieć o wszystkich przykrościach minionych dni. Nagle w trakcie tańca poczuła, że musi porozmawiać z Castorem.
-Od jakichś dwóch tygodni źle się czuję, a dziś od rana boli mnie głowa i jest mi słabo- zaczęła.
-To niedobrze… co się dzieje?- Castor szczerze się zaniepokoił.
-Mam zawroty głowy, w nocy dręczą mnie koszmary, czasem wydaje mi się…- zawahała się.
-Co?- mężczyzna spojrzał na nią bystro.
-…że widzę coś, czego nie ma- dokończyła niepewnie.
Castor milczał.
-Być może źle przechodzisz ciążę- zasugerował.
-Nie, nie- kobieta pokręciła głową ze smutkiem- Wymioty, bolące kostki, plecy, duszności- to wszystko- zaakcentowała zaimek- są dolegliwości w trakcie ciąży, ale nie zwidy- spojrzała na niego błagalnie.
Mężczyzna pokręcił głową z bezradności.
-Nie wiem, co to może oznaczać- może przemęczenie, stres?- zgadywał.
-Oby…- westchnęła kobieta.
Jej odpowiedź bardzo zdziwiła i zafrapowała detektywa.
-Co to znaczy?- uniósł jej brodę do góry- Obawiasz się czegoś.
Christine przez chwilę milczała, lecz pod wpływem spojrzenia przyjaciela, opowiedziała mu o ostatnich wydarzeniach, związanych z jej narzeczonym.
-Bierze jakieś świństwo i zaczyna mu odbijać- skwitował to chłodno mężczyzna.
-Nie mów tak- kobieta pokręciła głową- Jeśli tak, to ja również powinnam coś zażywać.
-Nie- zaprzeczył Castor kategorycznie- To na pewno przemęczenie i stres.
-Oby…- powtórzyła Christine.
Michael chodził zdenerwowany po jednym z pustych korytarzy. Coraz bardziej obawiał się o swą narzeczoną i dziecko, a w dodatku coraz mniej rozumiał brata. Zęby tego było mało, w nocy dręczyły go koszmary. Nasiliły się po ostatnim zdarzeniu- czy to były zwidy, czy sen wciąż nie wiedział.
Nagle mężczyzna zatrzymał się; uświadomił sobie, że jego życie jest coraz gorsze, mimo zbliżającego się ślubu i terminu porodu. Nie wiedział, co się z nim dzieje, w dodatku dziś- mężczyzna był bardzo słaby, w dodatku naprawdę nasilił się u niego kaszel i na pewno miał gorączkę.
Michael oparł dłonie o ścianę i pochylił się do przodu. Chciał właśnie zapłakać, gdy wtem wydawało mu się, że słyszy szepty. Z ciekawości podszedł do miejsca, z którego one dochodziły, a była to mała wnęka, ukryta za kotarą. Mężczyzna odsunął lekko zasłonę i zamarł.
Za kotarą stali Christine i Castor. Przed chwilą pewnie szeptali, lecz teraz zastygli w miłosnym uścisku; całowali się namiętnie, a dłonie Castora, spoczywające na plecach kobiety, zaczęły błądzić po jej ciele. Wszystko to stawało się coraz śmielsze, aż w końcu Castor uniósł Christine, usadowił ją na stojącej samotnie komodzie i rozłożył nogi kobiety, przenosząc swoje wargi na jej szyję; Michael nie chciał już na to patrzeć- odwrócił wzrok i zakrył usta rękami. Myślał, że zwymiotuje, lecz jedynie cicho zapłakał.
Camii przechadzała się powoli po sali. Kwintet miał przerwę w grze i teraz ludzie tłoczyli się po kieliszki wina, szampana lub innych trunków i po przekąski. Christine wyjątkowo dziś wesoła- czyżby próbowała coś ukryć?- stała wśród tej samej grupy, co przedtem. Nie trudno było Camii zbliżyć się do niej, lecz już trudniej było nie dać się zobaczyć siostrze.
Gdy ludzie już zjedli, co mieli zjeść i wypili, co mieli wypić, wrócili do tańca i rozmów. Nagle Camii wpadła na pomysł, jak zaciągnąć Christine do tańca, by ta nie mogła się wymigać.
Kobieta podeszła do mężczyzn, z którymi rozmawiała tuż po wejściu do pałacyku. Namówiła ich na swój pomysł- mężczyźni mieli chwytać wybrane przez siebie kobiety za ręce i wyciągać je spontanicznie na parkiet. W taki oto sposób Christine nie mogła odmówić, zobaczywszy, kto ją prosi do tańca, ponieważ narobiłaby sobie wstydu.
Młodzi mężczyźni przystali na ten pomysł z ochotą i już po chwili na parkiecie pojawiło się kilka zdziwionych, aczkolwiek zadowolonych par. Camii usłyszała, jak Christine mówi z zazdrością o szczęściu znajdujących się na środku dam. Wtedy jej siostra przystąpiła do ataku. Podeszła szybkim krokiem do Jackie, chwyciła mocno za nadgarstek i zawlokła na parkiet.
-Ojej, kompletnie się tego nie spodziewałam!- zaśmiała się trochę sztucznie Christine, idąc na środek.
-A ja wręcz przeciwnie- powiedziała swoim głosem Camii.
Wtem panna Jackson uświadomiła sobie, z kim za chwilę zatańczy. Gdy tylko kobiety stanęły twarzą w twarz, ze strachem spojrzała na siostrę.
-Zostaw mnie w spokoju- powiedziała zdławionym głosem- Nie dość nacierpieliśmy przez ciebie?
-Nie- odparła ostro Camii; wtedy zaczął się taniec.
Wszystkie pary zgromadzone na parkiecie zaczęły tańczyć walca angielskiego. Zaczęło się dość spokojnie, siostry nie odzywały się do siebie. Christine postanowiła jak najszybciej zatańczyć walca i sobie pójść.
Po chwili muzyka zaczęła śpieszyć, zaczęto robić różne pozy. Wtedy Camii postanowiła wkroczyć do ataku.
-Wyglądasz dziś olśniewająco, moja siostro- zaczęła.
-A jak nigdy nie widziałam cię w gorszym wydaniu- kobieta postanowiła nie być miła.
Camii postanowiła nie dać za wygraną.
-Pięknie wyglądałabyś tak w trumnie- rzuciła, obracając siostrę.
Christine zamarła. Obróciła się i ujrzała usta siostry wygięte w przeraźliwym uśmiechu. A jej oczy, skryte pod maską, wyrażały taką nienawiść, jakiej kobieta nie była w stanie sobie wyobrazić.
-Dlaczego tak mówisz?- zapytała drżącym głosem.
Para przemieściła się żywo w poprzek sali, Camii ledwo, ale uniosła siostrę w górę. Christine oparła ręce o jej ramiona i nagle poczuła ból w brzuchu. Nagły skurcz zelektryzował jej kręgosłup; opadła na ziemię. Zrobiła to wcześniej niż inne pary; rozejrzała się wokół- czy tylko jej się wydawało, czy naprawdę kobiety patrzyły na nią z pogardą? Czuła się tu obco już od samego przekroczenia progu, a teraz to wrażenie się pogłębiło. Christine nawet nie poczuła, jak siostra dalej prowadziła ją w tańcu. Nie skupiała już się na tym tak bardzo, ponieważ jej uwagę przyciągały inne kobiety. I ich wyrazy twarzy. Czy tylko się Christine wydawało, czy właśnie jedna z pań mijając drugą szepnęła jej coś na temat Jackie? Zaczęło jej się kręcić w głowie. A może dlatego, że siostra zaczęła ją obracać?
-Patrzysz na te porządne kobiety, które nie mogą się pogodzić z twoją obecnością tutaj?- zapytała Camii, uważnie obserwując siostrę; zbliżyła się i szepnęła jej na ucho- Nie chcą tu takiej dziwki jak ty. Wstydzą się, że muszą przebywać z taką pokraką- odepchnęła siostrę mocno od siebie i wykręciła jej rękę tak, by najpierw Christine zrobiła obrót, a potem Camii.
-Jesteś okrutna- powiedziała Jackie ze łzami w oczach, może spowodowanymi bólem ręki?
Muzyka zwolniła, zaczętą stawiać większe kroki, co spowodowało wrażenie, jak gdyby czas również zwolnił. Camii położyła swą dłoń na boku siostry, a drugą rozłożyła szeroko, wirując dokoła. Christine powtórzyła ten gest. Siostry cały czas patrzyły na siebie- jedna z nienawiścią, druga z lękiem.
-Jesteś gorsza od swojego narzeczonego- powiedziała Camii, gdy znów znalazły się dostatecznie blisko siebie- Jesteś niewdzięczną, zapatrzoną w siebie małą ladacznicą- w tym momencie kobieta położyła ręce na coraz większym brzuchu siostry i odepchnęła ją mocno.
Christine jęknęła i zgięła się w pół. Rozejrzała się wokoło- dlaczego nikt nie reaguje? No tak, jak mają reagować, skoro to tylko wielkie lalki z porcelany? Z kamiennymi twarzami i sztucznymi uśmiechami przyklejonymi do twarzy, jak przez całe swoje życie. Kobiecie łzy zaczęły spływać po policzkach.
-Nie…- jęknęła i zaczęła łkać.
Kobieta znów poczuła ból w nadgarstkach. To znów siostra wykręciła je, by Christine mogła zrobić obrót. Tym razem ucisk siostry na ramionach, biodrach lub dłoniach stał się silniejszy.
-Nie masz od nich ratunku- powiedziała Camii tonem urzędnika.
Christine rozejrzała się i jej wzrok trafił na stojących po bokach sali ludzi.
-Od nich też.
Kobieta spod swej maski spoglądała na tych wszystkich, których znała. A teraz i oni nie chcieli jej pomóc. Patrzyli na nią jak na chrześcijanina rozrywanego przez lwa na arenie Koloseum.
-Teraz ty jesteś ich przedstawieniem- szepnęła do niej Camii, gdy znów znalazły się blisko siebie.
Teraz ruchy tańczących stały się płynniejsze, jak gdyby statki unoszone przez morze. Kobiety znów zostały uniesione w górę. Tym razem Camii oparła dłonie o brzuch Christine. Łzy znów napłynęły do oczu przyszłej matki, a także trochę śliny popłynęło z jej ust. Kobieta spojrzała na wydzielinę- czy to prawda, czy tylko przez światło wydawała jej się czerwona?
Tym razem wszystkie panie równo opadły na ziemię. Nadszedł czas na finał; wszyscy zbliżyli się do siebie, więc teraz Christine wyraźniej widziała zazdrosne spojrzenia kobiet, a nawet pożądliwy wzrok mężczyzn. Kobieta poczuła na sobie dotyk tysiąca dłoni.
-Proszę, przestańcie- szepnęła, drżąc cała; nic to nie dało- Proszę, przestańcie!- krzyknęła.
Jednak to sprawiło jedynie, iż otaczający ją ludzie, czy może porcelanowe lalki, przestali ukrywać swą ciekawość i zwrócili swe zamaskowane twarze w stronę Christine. Teraz została otoczona przez setki par czarnych jak noc oczu i kolorowych masek. A spojrzenia były szalone, pełne żarliwej nienawiści lub pożądania.
Tłum zaczął się kręcić w takt coraz szybszej muzyki i coraz straszliwszej muzyki.
-Pożrą cię zaraz żywcem- szepnęła znów Camii, tym razem maksymalnie zbliżając wargi do ucha siostry- Nie pozwól im na to; dasz sobie radę sama.
Muzyka spowolniła, tłum się rozstąpił. Christine mogła złapać powietrze, lecz wydawało jej się gęściejsze niż przed chwilą.
Kroki znów się wydłużyły, muzyka zmierzała do końca. Była teraz dostojna, lecz wciąż kryła w sobie żar.
Pot lał się z twarzy Christine, a może to były łzy?
-Pokaż, że sama umiesz to zrobić- powiedziała już głośno Camii- Wierzę w ciebie.
Nagle rozbrzmiało efektowne zakończenie, pełne ognia. I koniec. Zaczęto bić brawo tańczącym.
Christine wpatrywała się z przerażeniem w twarz siostry. Dlaczego ona jej to robi? Nagle Camii podeszła do niej, ujęła jej twarz i pocałowała w policzek.
-To był dla mnie zaszczyt, madame- kobieta skłoniła się głęboko.
-Proszę, odejdź- Christine zaczęła się cofać, a jej twarz była już cała we łzach- Zostaw mnie w spokoju.
Nagle kobieta wpadła na kogoś. Była to Emma Kimberly.
-Proszę uważać!- krzyknęła, lecz gdy ujrzała, kto za nią stoi, uśmiechnęła się diabolicznie- Ach, to ty, młoda damo, dawno się nie widziałyśmy- powiedziała słodkim głosikiem- Choć ja zapewne słyszę o tobie znacznie częściej niżeli ty o mnie. Cały Londyn aż huczy od plotek!
-Bardzo panią przepraszam- Christine zwiesiła głowę i chciała odejść.
-Ależ zostań- pani Kimberly chwyciła młodą kobietę za rękę.
-Proszę mnie puścić- Jackie próbowała się wyrwać.
Lecz Emma Kimberly tylko ścisnęła mocniej, chwyciła swą ofiarę za kark, przyciągnęła i wysyczała jej do ucha:
-Lepiej już zakończ to przedstawienie.
Wtedy ją puściła. Christine patrzyła z niedowierzaniem na kobietę- nie myliła się, była ich przekleństwem.
-Muszę iść- skierowała swe kroki w stronę drzwi.
Lecz niestety Christine znów została zatrzymana. Tym razem przez gospodarza, pana Phistera.
-Gdzież ci śpieszno, moja droga?- spojrzał przyjaźnie na kobietę; chyba jako jedyny- Zaraz zostanie zrobione pamiątkowe zdjęcie, proszę się ustawić.
-Ale ja nie…- zaczęła Christine, lecz mężczyzna jej nie słuchał, tylko popchnął na środek sali.
Nagle kobieta zauważyła, że do sali wkroczył jej narzeczony. Od razu poznała, że jest wściekły; podeszła do niego.
-Co się dzieje?- zapytała szeptem.
Michael spojrzał na nią swymi ciemniejszymi niż dotychczas oczyma, kryjącymi w sobie szaleństwo.
-Jeszcze się pytasz?- syknął, odciągając ją na bok- Raczej ty mi to wytłumacz- oparł ją brutalnie o ścianę- Jak mogłaś mi to zrobić.
-Nie rozumiem- co?- Christine znów zaczęła panikować.
Michael prychnął.
-Nie rozumiesz?- syczał- A może mam zapytać Castora?
-Może, jeżeli on zna odpowiedź?- zaryzykowała Jackie.
-Nie drażnij mnie- Michael przybliżył się do narzeczonej- Za niedługo ślub, a ty dajesz mu się po kątach?.
Mężczyzna wypowiedział ostatnie zdanie trochę głośniej niż zamierzał, na co kilka osób spojrzało na nich z ciekawością, zdziwieniem lub oburzeniem.
-Zwariowałeś?- Christine rozejrzała się po odwróconych w jej stronę twarzach- Jak śmiesz coś takiego insynuować?
-Nic nie insynuuję, mówię tylko to, co widziałem na własne oczy.
Tym razem Christine milczała. Co on mógł takiego zobaczyć? Jak tańczy z jego bratem?
-Co widziałeś?- zapytała zbolałym głosem, prawie płacząc- Powiedz mi, proszę, bo nie wiem, o czym mówisz, naprawdę…
Michael milczał. Kobieta przeanalizowała w głowie całą tą absurdalna kłótnię. Wtedy dopiero zrozumiała.
-Myślisz, że spałam z Castorem?- tym razem w jej głosie górę wzięło oburzenie- I to w tym miejscu?- spojrzała na narzeczonego z niedowierzaniem- Jakim cudem? Przecież od przeszło godziny jestem tutaj, na sali.
Gdy tylko Christine to powiedziała, Michael zamarł.
-Nie wiem, być może widziałeś Castora z inną kobietą, choć nie wydaję mi się, on też ciągle tutaj jest.
Michael spojrzał wokoło- czyżby kolejny omam?
-Mick?- kobieta podeszła do niego- Kochany, co się dzieje?- ujęła jego twarz i zmusiła go, by na nią spojrzał.
-Nie wiem…- wyszeptał mężczyzna.
Nagle Michael poczuł ogromne duszności; chciał wyjść, lecz wtedy na jego nieszczęście złapał go lord Carl Phister.
-Proszę do zdjęcia pamiątkowego- i wypchnął parę na środek sali.
Wszyscy ci, którym nie udało się uciec od gospodarza, stali teraz na środku sali balowej i uśmiechali się sztucznie spod masek do obiektywu.
-Leci ptaszek!- krzyknął fotograf spod czarnej peleryny aparatu.
-Boję się- szepnęła Christine do Michaela, ułamek sekundy przed zrobieniem zdjęcia; dzięki temu na fotografii widać prawdziwe, przerażone oblicze Christine Jackson.
Castor Tuttiholmes, już troszeczkę wstawiony, przyglądał się wesoło zgromadzonym, gdy nagle wśród tłumu rozpoznał inspektora Cullena. Mężczyzna chciał jak najszybciej schronić się przed policjantem, niestety ten jeszcze szybciej podszedł do niego.
-Ach, kogóż ja widzę!- Javier Cullen skłonił się ze zbytnią uprzejmością- Dawno pana nie widziałem, detektywie Tuttiholmes.
Castor nie odpowiedział, jedynie patrzył na znajomego jak na wariata.
-Może się przejdziemy?- Cullen wskazał gestem drzwi.
Detektyw skinął głową, po czym udał się za inspektorem, choć była to ostatnia rzecz na świecie, na jaką miał ochotę.
-Zniknął nam pan- zaczął Javier Cullen, gdy tylko obaj panowie znaleźli się na korytarzu.
-Byłem zajęty nową sprawą- skłamał detektyw.
-Może to i lepiej- wzruszył ramionami policjant- Pańskie wycofanie się w momencie prawie że kulminacyjnym, pobudziło me szare komórki do intensywniejszej pracy.
-I co wypracowały?- zapytał Castor; czuł się trochę zaszczuty.
Javier Cullen roześmiał się krótko.
-Dzięki temu skupiłem się na dwóch potencjalnych sprawcach i tak długo dążyłem do odkrycia prawdy, że w końcu udało mi się dowieść ich winy.
-To chyba dobrze- detektyw wcale tak nie uważał; bał się, że inspektor poda prawdziwe nazwiska; mimo wszystko przełknął ślinę i zapytał- Któż to zatem jest?
Policjant znów się roześmiał.
-Doskonale pan wie- odparł przeciągle; zatrzymał się, by spojrzeć na prawie kolegę po fachu- Pan Tuttiholmes i panna Jackson.
Castor patrzył na policjanta i nie wiedział, czy się cieszyć, czy może raczej smucić.
-Potwierdzi pan, czy nadal. Będzie się pan gapił na mnie jak sroka w gnat?- Cullen wciąż zachowywał pogodny humor.
Detektyw skinął głową, aczkolwiek bardzo niechętnie. Na to inspektor przyłożył sobie do ust zaciśniętą w pięść dłoń i wciągnął głośno powietrze,
-Wiedziałem- odparł cicho z największym uśmiechem, na jaki było go stać; po chwili jednak odzyskał panowanie nad sobą; odchrząknął- Zatem dziękuję i chciałbym jeszcze pana powiadomić, iż zaraz po północy zatrzymamy sprawców, którzy aktualnie się tu znajdują. Jeżeli będzie problem z ich odnalezieniem, pomoże nam pan?- zapytał policjant czysto formalnym tonem.
Castor spojrzał na inspektora; nagle zrozumiał, iż wpędzi ciężarną przyjaciółkę i brata, którym miał się zajmować po śmierci rodziców, do więzienia. Co to o nim świadczy? Że jest fałszywy. Zemsta zaślepiła go, a niemoc z poradzeniem sobie z krnąbrnym bratem doprowadziła go do nikczemnych oskarżeń (które suma suamrum okazały się prawdziwe, ale to już inny problem). Castor spojrzał na inspektora- czy dalej ma być szumowiną?
-Nie…- wyszeptał, po czym jak najprędzej oddalił się; chciał już wrócić do domu.
-Ale jak to?- zawołał za nim Javier Cullen, lecz detektyw już się nie odwrócił.
Castor szybkim krokiem zmierzał przed siebie. Nie wiedział, dokąd idzie, ale chciał znaleźć się jak najdalej od tego przeklętego inspektorzyny, jak nazwał go kiedyś Michael. I właśnie w tym samym momencie, gdy detektyw to pomyślał, wyrósł przed nim jego brat. Castor prawie wpadł na niego.
-Uważaj!- krzyknął Michael, odwracając się w stronę brata- A, to ty, braciszku…- nie dokończył.
-Dobrze, że cię widzę- wydyszał Castor, tchnięty nagłą myślą- Musze cię ostrzec.
-Mnie?- mężczyzna wskazał na siebie i roześmiał się- Chyba zapędzić w pułapkę.
-Właśnie nie- pokręcił głową detektyw- Przed chwilą dowiedziałem się od Javiera Cullena, że natychmiast po północy chce zatrzymać ciebie i Christine, ponieważ ma dowody waszej winy- błagam- Castor spojrzał zdesperowanym wzrokiem na brata- wyjedź stąd, a przede wszystkim zabierz Christine, ukryj ją i dziecko, tylko o tyle cię proszę.
Michael zdziwiony patrzył na starszego. Z jednej strony nie chciał mu wierzyć, lecz znał stopień jego troski o Jackie i wcale prośba tego rodzaju go nie zdziwiła. Musiał się jednak upewnić.
-To prawda?- zapytał, patrząc z ukosa na Castora.
-Tak- detektyw skinął głową z niejaką ulgą- Powiedziałbym, że ty mnie nie obchodzisz, lecz przejmuję się jedynie Christine, lecz…- wzruszył ramionami z bezsilności; prawie uronił łzy- Lecz rozmawiając z Cullenem zrozumiałem, że po części przeze mnie stałeś się tym, kim jesteś obecnie i musze ci to jakoś wynagrodzić… chociaż w ten sposób- Castor spojrzał z czułością na brata, zapewne pierwszy raz od kilku dobrych lat.
I właśnie to spojrzenie wystarczyło, by Michael uwierzył bratu. Poczuł w sercu nikłą wdzięczność, lecz nie chciał jej wyrażać. Skinął jedynie głową, odwrócił się na pięcie i odszedł. Nie uszedł jednak zbyt daleko, gdy nagle spojrzał w tył, gdzie w ciąż stał Castor i powiedział:
-Dziękuję… Casie- i uśmiechnął się.
Starszy jedynie odwzajemnił uśmiech, po czym obaj bracia Tuttiholmes odwrócili się i każdy udał się w swoją stronę.
Zbliżała się północ. Christine błąkała się bez celu po korytarzach pałacyku. Wachlowała się dla uspokojenia czarnym, zdobionym wachlarzem, rozdawanym w hallu. Noc była bez gwiazd na niebie. Kobieta wpatrywała się w tą czarną toń ponad sobą. Jedynie obłoki chmur przesuwały się po tej tafli. Jedna z nich przypominała Christine ją samą- zgrabną, piękną. Może obłok nie przypominał konkretnie ludzkiej postaci, lecz wydawał się tak delikatny i filigranowi, jak ongi wpatrująca się w niego kobieta.
Christine wystawiła twarz na leciutki powiew wiatru. Osnuł on jej oblicze całą, zasłaniając niczym najdelikatniejsza woalka. Wiatr stał się dla kobiety niczym dotyk ukochanego, zanim ten zaczął pogrążać się w zazdrości. Przypomniały jej się wszystkie ich kłótnie, które nie zostały wspomniane w tej książce, ze względu na ważność innych spraw.
Największy upust swej zazdrości Michael dawał, gdy wchodzono na temat jego brata. Za to Christine dawała się ponieść emocjom, gdy tylko ten wracał zbyt późno, pachniał zbyt ładnie lub gdy nakrywała go na kłamstwie. Powoli para niszczyła się nawzajem, lecz starali się skupić na ucieczce przed sprawiedliwością wyroku, gdyby tylko znaleziono morderców.
Nagle Christine przypomniała sobie o tym, jak zabiła własną ciotkę; krewna wpuściła ją do domu, lecz wcale nie była zadowolona z wizyty siostrzenicy. Zbrodnia wcale nie została popełniona w afekcie- przy pierwszej lepszej okazji kobieta udała się do kuchni po najostrzejszy nóż, aby potem przeciąć nim brzuch ciotki. Przeorała go, jak gdyby Nathaira Lloyd była bydłem, zabijanym do rzezi. Okrutna to była zbrodnia, a dla zwiększenia okrucieństwa, Christine wzięła rozgrzany pogrzebacz i umierającej kobiecie wypaliła nim oczy. Ostatnią osobą, którą staruszka Lloyd widziała, był jej morderca.
Teraz Christine stała wpatrując się w nieodgadnioną otchłań nieba, czarnego jak nieprzebyte jezioro i myślała o tym, co zmieniło ją w potwora. Jedyną odpowiedzią była zemsta i chęć zysku. Kobieta odwróciła się i zadrżała, widząc własną twarz w lustrze, wiszącym niedaleko; była blada, zasłonięta maską, kosmyki mokre od potu przykleiły jej się do czoła, a usta, czerwone jak krew, wydobywały z siebie ciężki oddech- oddech śmierci. Christine znów spojrzała na czarną toń; zechciała, aby ją pochłonęła.
-I co, moje dziecko?- odezwał się nagle znajomy głos z tyłu.
Christine odwróciła się bardzo powoli. Za nią stała jej zmarła ciotka. W ręce trzymała świecę, siwe włosy rozwiały jej się we wszystkie strony, koszula nocna- biała jak śnieg, była potargana tu i ówdzie, a cała nierzeczywista postać miała obciągniętą skórę i zapadłą w każde miejsce, najbardziej na twarzy.
-Myślisz, jak to miło było mnie zabić?- zapytała ciotka z przekąsem; wskazała kościstym palcem na siostrzenicę- Spotka cię za to kara.
Nagle zjawa z krzykiem przeleciała przez żywą postać, popychając ją do tyłu. Christine zaparło dech w piersiach- czy to jawa, czy to sen?
-Spotkamy się w piekle- odezwał się znów głos, lecz nim Christine się odwróciła, ciotki już nie było.
-Nie…- szepnęła kobieta do siebie- To nie może być prawda…
-Tak, właśnie tak samo jak ty cierpiałam- usłyszała inny głos.
Christine podniosła głowę; przed nią stała Christine LeFlay, w tej samej postaci, co podczas śmierci. Z jedną różnicą- sukienka na piersi była zbroczona krwią.
-Co?- panna Jackson była w stanie tylko tyle powiedzieć.
-Tak wykańcza moskalina- wzruszyła ramionami zjawa, nawet jeszcze piękniejsza w tej postaci.
Christine pokręciła głową.
-Nie biorę- powiedziała dobite, chyba bardziej żeby przekonać samą siebie.
Beatrice zaśmiała się straszliwie, jak na zjawę przystało. Pokręciła głową ze współczuciem.
-Nigdy nie wierz pokojówką- powiedziała, uspokoiwszy śmiech.
Jackie spojrzała na nią z przerażeniem.
-Niemożliwe…
-A jednak- uśmiechnęła się Beatrice; podeszła bezszelestnie do młodej ofiary- Wszystkich nas wykończy, naszego kochanka także- ujęła, jeśli można to tak nazwać, twarz Christine.
-Mojego, w dodatku narzeczonego- oburzyła się kobieta.
Lady LeFlay znów się roześmiała.
-Mimo taniego pierścionka nic się nie zmieniło- przyłożyła wargi do ucha dziewczyny- wciąż jest kochankiem nas wszystkich- odsunęła głowę- Szkoda, że za niedługo go stracimy- wszystkie- zaakcentowała ostatnie słowo.
-Co masz na myśli?- wyszeptała Christine.
Beatrice LeFlay zaczęła się oddalać.
-Ja? Jak mogę coś mieć, skoro nie mam myśli?- znów roześmiała się złowieszczo i odeszła; nagle.
Christine odwróciła się w stronę nieba, ledwo łapiąc oddech. Nagle straciła siły i upadła na ziemię. Zaczęła płakać. Gdy na chwilę spojrzała na swe ręce, zobaczyła na nich czerwone plamy. Plamy krwi.
-Nie, nie, nie!- zaczęła krzyczeć, wstając z posadzki- To nie może być prawda!
Kobieta kręciła się wokół własnej osi dopóty, dopóki nie uderzyła o lustro, w które wcześniej się wpatrywała. Christine odwróciła się na dźwięk tłuczonego szkła. Ujrzała swą twarz- twarz mordercy, dziwki i ścierwa. Ponownie się obróciła, tym razem szybko i z wściekłością; zauważyła naprzeciw siebie drugie zwierciadło. Podbiegła do niego i z całych sił uderzyła pięściami w jego taflę, wydając przy tym dźwięk rozpaczy. Szkło rozbiło się, raniąc boleśnie dłonie kobiety. Christine pobiegła w dół korytarza, rozbijając kolejno każde napotkane lustro. Ręce były już całe zakrwawione, piekły. W końcu gdy były niezdolne do zadawania sobie bólu, Christine zaczęła uderza w nie własnym ciałem- ramionami, bokiem, krwawiąc przepiękną suknię. Cały czas krzyczała i płakała żałośnie, aż zabrakło luster. Wtedy kobieta oparła się o ścianę, wygięła w łuk i wydała niemy krzyk. Łzy już kompletnie zalały jej twarz, wdzierając się słonym strumykiem w poranione usta Christine. Piekło.
Kobieta zacisnęła dłonie w pięści, by spotęgować ból i wtedy zniknął. Nie ten fizyczny, lecz psychiczny. Christine Jackson poczuła ulgę; spojrzała szeroko otwartymi oczyma wpierw na sufit, a następnie na czarną, nieprzeniknioną taflę nieba.
-Madame, czy coś się stało?- zapytał mężczyzna, który był jednym z zaproszonych na bal Francuzów; nagle pojawił się na korytarzu.
Christine chciała coś powiedzieć, ale zdołał jedynie odwrócić oblicze ku pytającemu. Na ten widok Francuz zląkł się.
-Och, madame krwawi- podbiegł do kobiety, która zaczęła osuwać się na ziemię; ukląkł przy niej, lecz nie śmiał jej dotknąć- Czy zawezwać kogoś.
Christine pokręciła głową; nie umiała na ten moment wydobywać słów ze swych ust. Nagle coś zmusiło ją do tego- poczuła między nogami coś mokrego, śliskiego.
-Ja rodzę- tylko tyle z siebie wydusiła, nim zemdlała.
-Pomocy, pomocy- zaczął krzyczeć przerażony Francuz- Ona chyba rodzi!
Wtem na korytarz wpadło kilku mężczyzn, a niektóre kobiety przypatrywały się zza masek temu przedstawieniu.
Michael stał przy wielkich schodach- nie przy tych, przy których wchodził, były inne; równie wielkie, lecz starsze, ponieważ ta część pałacyku nie została jeszcze odnowiona. Na ścianie półpiętra wisiał wielki, mosiężny zegar, prawie stuletni. Wskazywał za kwadrans północ. Mężczyzna stał u szczytu schodów i wpatrywał się w sekundnik. Wydawał głośne dźwięki, które przeszywały cisze. Nawet nie słychać tu było odgłosów zabawy z salonu, ponieważ ten znajdował się w nowej części, daleko, jak na budynek, stąd. Michael rozmyślał nad tym, co powiedział mu brat- może powinien się oddać w ręce policji, a Christine gdzieś ukryć? Lecz tchórz wiecznie siedzący wewnątrz pisarza zakazywał mu takich działań. Dlaczego ma się oddawać w ręce policji, skoro cała wina leży po stronie Camii?
-Nad czym myślisz, kochany?- odezwał się nagle głos z tyłu; Michael natychmiast go rozpoznał.
-Myślę o tobie- odparł, odwracając się.
Przed sobą ujrzał jedną z najpiękniejszych kobiet na świecie. Wiedział, że to nie Christine, lecz sukienka, łudząco podobna do jej i ta delikatność, zmyliły go. Jednakże głowę kobiety zdobiły czarne pasma. Ułożone w podobny sposób, co włosy jego narzeczonej, aczkolwiek czarne. Postać cała była czarna; jak jej dusza. Jedynym elementem którego dziś Christine nie posiadała, a miała ta dama, były rękawiczki- długie, ponad łokieć. W dodatku o wiele ostrzejszy makijaż- blada cera, czerwono krwiste usta, a spod maski wyzierały niebieskie oczy w czarnej aureoli. Ponadto ta dama wydawała się bardziej krucha od Christine, ponieważ nie była w ciąży i każdy centymetr jej ciała wydawał się, jak gdyby był zrobiony z porcelany.
-A propose de moi?- zapytała Camii, podchodząc- A nie przypadkiem o swej ślicznej narzeczonej?
-Nie- wyszeptał, patrząc spod maski na kobietę.
Camii podeszła do Michaela i natychmiast została przez niego porwana w ramiona. Po dość długim pocałunku Michael niechętnie odsunął od siebie dziewczynę.
-Wyglądasz dziś olśniewająco- powiedział miękko, całując Camii w rękę, na co ta skłoniła się lekko.
-Wieść niesie, że podobno moja kochana siostra puszcza się po kątach? I to z twym bratem?- kobieta obeszła mężczyznę z jednej strony, poruszając się z gracją baleriny.
-Nie wiem…- westchnął Michael- Ona zaprzecza- może znów mi się to przywidziało?
-Ojej- odparła Camii tonem zmartwionej mamusi i ujęła twarz mężczyzny- Gdy tylko stąd wyjedziemy, podreperujesz swoje zdrowie i przestaną śnić ci się koszmary, a halucynacje się skończą. Musisz tylko zmienić tryb życia.
-Wiem- Michael ujął znajdującą się na jego policzku dłoń kobiety i znów ją pocałował, tym razem czulej- Lecz to Christine miała oszaleć- nie ja.
-Spokojnie- uśmiechnęła się złowrogo Camii spod maski- Nawet jeśli, to ci o tym nie mówi. Lecz nie bój się- po dzisiejszym wieczorze na pewno uzna, że zwariowała.
-Słyszałem, że zaczęła rodzić- napomknął Michael, próbując ukryć zdenerwowanie.
-Och, tak- westchnęła z udawanym przejęciem Camii- Jeszcze dziś umrze, a dziecko trafi w dobre ręce- spojrzała na Micka- Chyba spodoba mu się we Francji?- uśmiechnęła się- Pokażę wam najwspanialsze zakątki Bordeaux.
-Na to liczę- Michael podszedł do kobiety i chwycił ją w pasie- A pieniądze? Masz pewność, że są bezpieczne?
-Tak, tak- skinęła głową dziewczyna- Zdefraudowane leżą spokojnie w sejfie, w moim drugim mieszkaniu- spojrzała spod maski na mężczyznę, zakładając mu ręce na szyję- A jesteś pewien, mój kochany, że wyciągnąłeś od Christine wszystkie pieniądze ciotki?
-Tak- skinął głową Michael, pochylając się nad szyją dziewczyny.
-Swoją drogą ty również świetnie grasz- powiedziała Camii, odchylając głowę do tyłu- Myślałam, że rzucisz się na mnie na parkiecie i mnie pobijesz. Byłam pod wrażeniem.
-Dziękuję- Michael na chwilę oderwał się od kredowobiałej skóry dziewczyny.
Para na chwilę znów zatraciła się w pocałunkach, lecz tylko jedno z nich naprawdę się na tym skupiało. Camii rozmyślała nad wszystkimi korzyściami płynącymi z tego, co do tej pory zrobiła i jeszcze ma zamiar zrobić. Myślała również o naiwności Michaela.
-,,Jak dziecko”- pomyślała.
Oczywiście kobieta nic mu nie powiedziała o pobiciu przez szacownego jegomościa, choć takie sprawy jak przebranie się i rozmowa z Castorem zostały wcześniej uzgodnione.
-A gosposia jak? Sprawiła się?- Camii oderwała swoje usta od ust Michaela.
-Bardzo dobrze- Christine nawet zasmakowała ta herbata z ziółkami od twojej babki.
-Babka Starówka- zamyśliła się Camii- poczciwa kobiecina.
Michael chciał wrócić do poprzedniego zajęcia, lecz kobieta wyrwała się z jego objęć.
-Coś się stało?- zapytał zdezorientowany.
-Nic…- odparła Camii, chodząc wokół własnej osi i patrząc zaciekle w posadzkę- Jedna tylko sprawa nie daje mi spokoju- spojrzała na niego spod maski swymi przeszywającymi, teraz nawet ciemniejszymi, oczyma- Dlaczego kazałeś mi wyrzucić dziecko?- popukała się palcem wskazującym w wydęte wargi, udając spokój- Dlaczego? Skoro z Christine spodziewacie się bachora?
-Och, błagam- Michael odwrócił się- Nie zaczynaj znowu…
-Zraniłeś mnie- kobieta podeszła do niego i zmusiła mężczyznę, by patrzył na nią- Powiedziałeś, że nie chcesz mieć dzieci…
-Nie chciałem mieć dzieci z dziwką- odparł nagle Michael.
Camii nie mogła uwierzyć własnym uszom. Mechanicznie wymierzyła mężczyźnie siarczysty policzek.
-Wiedziałeś, że nią nie byłam.
-Ale tak postrzegali cię inni.
Para mierzyła się nawzajem wzrokiem. Camii miała nadzieję, że może jednak wycofa się z pierwotnego planu, lecz te słowa przelały czarę.
-Ty sukinsynu- powiedziała głośno, ciężkim głosem- Jak śmiesz? To ja dałam ci to wszystko, to ja umożliwiłam ci inne życie- zaczęła mówić coraz głośniej, idąc w stronę Michaela, lecz ten ją wyminął, mając zamiar zejść po schodach.
-Sama nie dałabyś sobie rady- powinnaś mi dziękować- Michael wskazał na siebie.
-Tobie?- Camii nie dała za wygraną i wciąż próbowała zbliżyć się do mężczyzny- Ty tylko dawałeś meskalinę kilku pannom, a potem je pieprzyłeś!- kobieta popchnęła Michaela, lecz ten nieugięty trzymał się barierki.
-Ale to mnie teraz wszyscy podejrzewają, a po północy Cullen chce mnie zamknąć.
Właśnie wtedy wybiła północ, a ktoś zaczął strzelać z racy.
-Powinieneś trafić do Tower, ale mam dla ciebie lepsze miejsce- odparła złowrogo Camii; chwyciła Michaela za kołnierz i przyciągnęła do siebie, by jeszcze raz go pocałować; potem zbliżyła swe czerwono krwiste wargi do jego ucha i wyszeptała- Idź do piekła.
Camii z całej siły popchnęła zdezorientowanego od pocałunku Michaela. Mężczyzna zatoczył się po schodach, uderzając sobą o stopnie, a gdy był już na parterze, uderzył dodatkowo o jeden z ostrych kantów. Z jego skroni zaczęła sączyć się krew. Wtedy wystrzelił czwarty fajerwerk.
amii jedynie przyglądała się trupowi w masce, lecz gdy tylko usłyszała czyjeś kroki, natychmiast udała się w drugą stronę korytarza. Choć starała się być spokojna, jej nogi same wyznaczyły bardzo szybkie tempo i już za chwilę kobieta znalazła się na parterze. Tam już rozegrało się piekło; przed chwilą odwieziono pannę Jackson do szpitala, a już ktoś zaalarmował pozostałych o trupie jej narzeczonego.
Camii czym prędzej wmieszała się w tłum, co umożliwiło jej szybkie wyjście na zewnątrz. Tam złapał jednego z dorożkarzy i kazała się wieść za dorożką jadącą do szpitala. W trakcie jazdy kobieta zaczęła kalkulować wszystkie swe poczynania, a głównie to, jak udało jej się zmanipulować Michaela i Christine. Dodatkowo ci dwaj w ogóle się nie zorientowali, że już od dawna dostają od niej meskalinę. Lecz ile osób musiała przekupić? Najpierw pan Cage, potem ten mały boy hotelowy z ,,Binkleya”, a na końcu panna Laurie. Kosztowało to nie mało, lecz efekt był zadowalający. Udało jej się oszukać wszystkich wokół i samej przy tym nie stracić głowy. Ponadto związała się z lekarzem i dostęp do różnych medykamentów stał się dla niej prostszy, zwłaszcza po śmierci Mary Kelly. Teraz gdy Camii zagarnęła tyle pieniędzy i wszystkie były w jej posiadaniu, a sfałszowane dokumenty czekały na nią w mieszkaniu, mogła wyjechać do Bordeaux. Nagle dorożka gwałtownie się zatrzymała.
-Jesteśmy na miejscu, madame- oznajmił dorożkarz.
Podobny bal wydarzył się zaledwie kilka miesięcy temu. Dlaczego podobny? Bo również zakończył się trupem.
Beatrice czuła się coraz gorzej. Próbowała wzrokiem odszukać Michaela, który jeszcze dziś miał dostarczyć jej meskaliny. Nie mogła doczekać się, aż znajdą się tete-a-tete. W końcu taka okazja się nadarzyła; chwilę po rozpoczęciu tańców Michael wyszedł, zatem Beatrice udała się za nim.
Kobieta wyszła na ciemny korytarz, oświetlany jedynie przez światło księżyca wpadające przez okna. Szła powoli, nie wiedząc, czego się spodziewać. Nagle ktoś chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie. Natychmiast rozpoznała pocałunki kochanka i oddała się im. Skąd mogła wiedzieć, że przez całą znajomość Michael tylko ją wykorzystuje? Instynkt przesłoniły kobiecie jej własne potrzeby, których mąż albo nie był w stanie zaspokoić, albo po prostu nie chciał. Gdy chwile później para odkleiła się od siebie, Beatrice była w tak błogim stanie, że dała się poprowadzić Michaelowi, gdzie tylko chciał.
-Mam coś dla ciebie- powiedział, gdy tylko skręcili za róg.
Beatrice uśmiechnęła się, kiedy mężczyzna wyciągnął papierośnicę z jasnym proszkiem. Kobieta westchnęła i spojrzała wdzięcznym wzrokiem na kochanka.
-Dziękuję ci, mój miły- pocałowała go w policzek- Tak bardzo ci dziękuję.
Potem oddała się cała temu, co stanowiło już jej jedyny sens życia, czyli tej sypkiej zawartości papierośnicy. Pięć minut później lek zawładnął całym jej organizmem.
-Kręci mi się w głowie- powiedziała, a chwilę później roześmiała się- Czy wiesz, że jak zamknę oczy widzę psy? Mnóstwo psów- czerwone, niebieskie, różowe… tyle psów!
-A pamiętasz, o czym ostatnio rozmawialiśmy?- Michael stojąc za kochanką objął ją w pasie, położył głowę na jej ramieniu i zaczął się kołysać w rytm dobiegającej z salonu muzyki.
-Nie, nie pamiętam- kobieta wciąż się śmiała.
-O tym, że abyśmy mogli być razem, musisz pozbyć się tej cząstki siebie, która każe ci trwać przy mężu- mężczyzna szeptał jej do ucha miękkim głosem.
-Ach, coś sobie przypominam- odparła wesoło kobieta- Chcesz trochę meskalinki, kochanie?
-Nie, dziękuję, wolę zapalić- i Michael wyciągnął z innej papierośnicy papierosa, po czym ostrożnie go zapalił; zaciągnął się i mówił dalej- Musisz to zrobić dzisiaj, a gdy będzie po wszystkim, uciekniemy stąd- może na Riwierę? Co ty na to?
-Byłoby cudownie- rozmarzyła się Beatrice, wtulając się w kochanka- Ale jak mam to zrobić?
-Och, to nie jest trudne- Tuttiholmes wypuścił dymka- Po prostu bierzesz coś ostrego- na te słowa ujął dłoń Beatrice- po czym uderzasz prosto w miejsce, gdzie znajduje się nasza przeszkoda- przycisnął ich złączone dłonie do piersi kobiety- Tu.
-W serce?- przeraziła się trochę Beatrice- Ale czy to nie będzie boleć? Nic mi się nie stanie?
-Nie…- Michael sięgnął po papierośnicę leżącą na parapecie- Jeżeli zażyjesz jeszcze trochę tego- i podał ją kobiecie pod nos.
Lady LeFlay z radością przyjęła jeszcze jedną dawkę narkotyku, po czym pocałowała kochanka na pożegnanie i odeszła.
Minutę przed północą wszyscy zebrali się w salonie, aby podziwiać fajerwerki na cześć lorda LeFlaya. Wtedy Beatrice poczuła, że to ostatnia okazja, by rozprawić się z przeszkodą stojącą na drodze do jej szczęścia. Poprosiła męża, by ten zaprowadził ją do sypialni. Miała pomysł- po wszystkim chciała mężowi oficjalnie oświadczyć, iż odchodzi z tego przedstawienia, zwanym małżeństwem. Charles zgodził się i zaprowadził żonę do sypialni.
-Co się dzieje?- zapytał niewesołym tonem, gdy tylko zamknął drzwi.
Beatrice nie odpowiedziała mu. Zaczęła błądzić wzrokiem po pokoju, szukając ostrego przedmiotu. Nareszcie znalazła go- na stoliku leżał sobie nóż, który dziś jej mąż dostał w prezencie urodzinowym od jednego takiego jegomościa- Kluskin, czy jakoś tak? Nieważne; kobieta skierowała swe kroki w stronę stolika.
-Od powiesz mi, do cholery, czy nie?- Charles podniósł lekko głos.
Kobieta chwyciła nóż. Odwróciła się w stronę męża.
-Żegnaj- tylko tyle powiedziała, gdy rozległy się wystrzały z rac.
-Co ty…- Charles wyciągnął rękę w stronę małżonki i podszedł do niej, lecz było już za późno.
Beatrice LeFlay z wielką precyzją wymierzyła sobie cios prosto w serce. Poczuła ogromny ból, który oświecił jej umysł; nie zabije przeszkody, tylko siebie. Kobieta krzyknęła i osunęła się na kolana.
-Beatrice!- krzyknął lord i natychmiast znalazł się przy żonie.
-Byłam głupia- odparła resztkami sił lady- Przepraszam…
Charles nie zdążył nic zrobić, gdy wtem do pokoju wpadło kilku mężczyzn. Na widok trupa lady LeFlay przystanęli z osłupienia. Lecz natychmiast ich wzrok padł na stojącego nad nią mężczyznę.
-Jestem niewinny!- krzyknął, robiąc kilka kroków w tył- Niewinny…
Christine w szpitalu cierpiała okropne katusze. Akuszerka wydawała jej się katem, który znęca się nad jej wyniszczonym organizmem. Mimo iż Christine została podana morfina, na niewiele się to zdało. Kobieta wciąż czuła przeszywający ból, nie tylko brzucha, lecz nóg, karku, a przede wszystkim kręgosłupa. Jackie wszędzie widziała swoją krew, co przerażało ją jeszcze bardziej.
-A teraz przemy z całych sił!- krzyknęła akuszerka, próbując przekrzyczeć własną pacjentkę.
Christine robiła, co mogła, a i tak jej się wydawało, że to nic nie daje. Nagle na rękach akuszerki pojawiło się coś małego, czerwonego i brzydkiego, a na jej twarzy- uśmiech.
-To dziewczynka- powiedziała do panny Jackson.
Christine podniosła lekko głowę, bo tylko na tyle mogła i przyjrzała się dziecięciu.
-Ale brzydkie- wydyszała.
Akuszerka zmarszczyła brwi, po czym bez słowa oddała noworodka w ręce pielęgniarki. Potem zawołała jednego z chirurgów.
-Trzeba ją zszyć- odparła, wycierając ręce o jakąś szmatkę- Problem w tym, że rozwarcie jest bardzo szerokie, a pacjentka straciła mnóstwo krwi- pokręciła głową- Nie jestem pewna, czy przeżyje- odparła ze spokojem.
-Zaraz się nią zajmę- skinął głową chirurg.
Para lekarzy oddaliła się. Czy Christine się tylko wydawało, czy akuszerka uśmiechnęła się, gdy mówiła o możliwości zgonu? Kobieta pokręciła głową.
-,,To pewnie ze zmęczenia”- pomyślała.
Do jej łóżka podeszła pielęgniarka z bobasem na ręce.
-Pani córka- odsłoniła główkę dziecka, lecz nie dała go matce.
-Proszę mi ją oddać- wzburzyła się Christine; dziecko było brzydkie, ale było jej.
Pielęgniarka pokręciła głową i odsłoniła maskę, która zakrywała jej usta.
-Nie mogę, siostro- odparła Camii.
Głowa Christine opadła ciężko na twardą poduszkę, a sama kobieta prawie wybuchła płaczem, lecz udało jej się powstrzymać i teraz jedynie samotne łzy spływały po jej policzkach.
-Mogłam się domyślić- łkała.
-Mogłaś- skinęła głową Camii, tuląc dziecię do siebie- Prawda, że śliczne?
-Nie- zaprzeczyła Christine, czując nagle piekący ból między nogami- Gdzie ten chirurg?
-Spokojnie- Camii uśmiechnęła się do niej chytrze- Póki go nie ma, mogę sprawić ci ulgę.
Christine momentalnie odwróciła głowę w stronę siostry.
-Jak?- zapytała, nie słuchając wcale głosu rozsądku, który kazał jej nie pytać.
Camii wyciągnęła z kieszeni fartuszka strzykawkę.
-Mam takie coś- powiedziała, obracając przedmiot pomiędzy palcami- Momentalnie ci ulży, droga siostro.
Christine wspięła się na łokciu, aby lepiej patrzeć na siostrę, co wymagało nie lada wysiłku.
-Daj mi to- rozkazała, wyciągając dłoń po strzykawkę.
-Ale jest lepsze rozwiązanie- Camii odsunęła od siostry przedmiot- Leży obok ciebie- wskazała głową.
Christine spojrzała na stolik przy łóżku. Leżał na nim jedynie nóż. Kobieta spojrzała z przerażeniem na młodszą siostrę.
-Co… co chcesz, bym zrobiła?- zapytała słabym głosem.
Camii zbliżyła się do siostry.
-Pamiętasz, jak mówiłyśmy o przedstawieniu?- mówiła ściszonym głosem- Musisz go zakończyć… sama, tak, jak ci mówiłam- poklepała Christine po ramieniu- To ci w tym pomoże- podała jej tabletkę.
-A to co, do cholery?- Jackie zmarszczyła brwi.
-To, co ty, Michael i świętej pamięci Beatrice braliście od miesięcy- uśmiechnęła się szeroko Camii, co sprawiło, że skóra na jej twarzy naciągnęła się i w nikłym blasku lampy wydawała się trupia.
Christine nie pojęła tego, nawet nie chciała. Po prostu, sama nie wiedziała, dlaczego, wzięła tabletkę z rąk siostry i połknęła ją. Po chwili poczuła, jak gdyby zaczęła się unosić… do gwiazd. Ucieszyło ją to.
-Co mam zrobić?- zapytała, nareszcie czując ulgę.
Camii sięgnęła po nóż, wciąż leżący na stoliku. Nie zdziwiła jej szybka reakcja na narkotyk, ponieważ to nie była tylko meskalina, lecz również heroina, którą pokojówka czasem dodawała narzeczonym do wieczornej herbaty.
-Po prostu… zakończ to przedstawienie- wręczyła siostrze nóż.
Christine ujęła rączkę noża w chudą dłoń i przyglądała mu się przez chwilę. Nie chciała tego robić, przecież była jeszcze taka młoda. Ale z drugiej strony to i tak krótkie życie już bardzo ją zmęczyło. Kobieta spojrzała na niewinne dziecko, trzymane w uścisku jej siostry. Nagle poczuła, że wcale go nie chce. Zaczęła płakać.
-Już, cicho…- Camii położyła rękę na ramieniu siostry; spojrzała na nią przelotnie- Jeśli ci to pomoże, to powiem ci, że Michael nie żyje.
Christine przestała płakać i spojrzała z przerażeniem na Camii.
-O czym ty mówisz?- zapytała cicho, drżącym głosem- Jak to- nie żyje?
Camii odsunęła się trochę od Jackie. Mimo wszystko to ona miała nóż i mogła jej wyrządzić krzywdę.
-Zranił mnie… więc go zabiłam- młoda dziewczyna spojrzała na siostrę przepraszająco- Wybacz mi, musiałam.
Christine pokręciła głową.
-Musiałaś? Co takiego ci zrobił?- kobieta osunęła się na poduszki; coraz bardziej słabła.
-Ja również go kochałam- wzruszyła ramionami Camii- On zapewniał mnie, że również coś do mnie czuje- zrobiła pauzę, w trakcie której siostra wpatrywała się w nią ze strachem- Zawsze był zdrajcą- dokończyła.
Christine nie mogła złapać tchu. Zaczęło jej się kręcić w głowie, słabła coraz bardziej.
-Jak mogłaś…- odparła resztą tchu.
Kobieta uniosła rękę, w której trzymała nóż, lecz niedoszłe narzędzie zbrodni spadło z łoskotem na ziemię. Camii wstała, podtrzymując dziecko na rękach i wycofała się. Zdążyła wyjść, gdy akurat na salę wszedł chirurg. Jednak nic już nie mógł zrobić. Christine Jackson zmarła pierwszego stycznia 1889 roku, o godzinie 01.17.
Camii szła szybko korytarzem, odwracając się co chwilę za siebie, aby sprawdzić, czy nikt jej nie śledzi. Jednak chyba była to tylko paranoja. Na szczęście dziecko na rękach kobiety było spokojne, nie płakało.
Dziewczyna przy najbliższej okazji zdjęła fartuch i wrzuciła go do jednej z sal. Camii szybko zeszła po dużych schodach szpitalnych i wyszła na zewnątrz. Tam czekała na nią dorożka. Kobieta kazała się wieść na stację kolejową, gdzie zostawiła w ukryciu swoje walizki. Gdy pojazd ruszał, dziewczyna rzuciła ostatnie spojrzenie na szpital, a zwłaszcza na okno sali, w której rodziła Christine. Właśnie zgasło w niej światło.
Camii czym prędzej wysiadła z dorożki, rzuciła kilka szylingów woźnicy i udała się na właściwą stację, skąd odjeżdżał pociąg do Dover. Było bardzo późno, więc kobieta musiała spać na jednej z ławek. Nikt jej stamtąd nie wyrzucił, może ze względu na dziecko.
Kobieta okryła siebie i noworodka płaszczem, po czym zasnęła. Śniła bardzo niespokojnie, o krwi, czarnych ptakach i schodach. Te wszystkie elementy łączyła postać czarnego ptaka, tańczącego w rytm dość niepokojącej muzyki, która za kilkanaście lat miała dopiero stać się głównym nurtem muzycznym. Ptaszysko kojarzyło się najbardziej z łabędziem; jego pióra były pokryte krwią, a postać powoli, tańcząc, schodziła po schodach. Nagle potknęła się i upadła. Stoczyła się po stopniach, uderzając głową o wszystkie kanty, rozkrwawiając się jeszcze bardziej. Martwy ptak padł na podeście, omiatając demonicznym spojrzeniem wszystko dokoła. Nagle postać zaczęła przybierać ludzką postać- kobiecą. Camii wydawało się, że podchodzi do niej. Wtedy osoba odwróciła głowę i dziewczyna rozpoznała siebie. Krzyknęła i wtem się obudziła.
Był już wczesny poranek i pierwsi podróżni zaczęli zjawiać się na stacji. Camii wstała, a wtedy dziecko zaczęło płakać. Kobieta uświadomiła sobie, że nie ma mu co dać to jedzenia. Zabrała malca do jednego z opuszczonych pokoi, stacja już się rozpadała. Tam rozebrała się i wyciągnęła pierś. Niestety nie miała w sobie żadnego pokarmu i gdy dziecko chciało ciągnąć mleko, zaczęło znów płakać, bo nie było nic. Camii stanęły łzy w oczach. Ubrała się, zabrała dziecko na ręce i wyszła. Akurat na stacje przybył pociąg i kobieta wraz z dzieckiem mogła przynajmniej ulokować się w ciepłym miejscu.
Po godzinie jazdy Camii zostawiła dziecko w wagonie, pod okiem kilku uprzejmych dam i udała się do bufetu. Kupiła herbatę i jakąś zupę, chyba nie pierwszej świeżości. Jednak ze względów finansowych, a kobieta nie wiedziała, kiedy zmienią się na lepsze, Camii musiała oszczędzać na wszystkim. Chciała kupić trochę mleka, ale było za drogie. Jednakże los znów się do niej uśmiechnął, gdy wracała do swego przedziału; Camii z naprzeciwka zauważyła młodą kobietę pchającą wózek, a w wózku- butelkę pełną mleka. Nagle dziewczyna wpadła na pewien pomysł- przechodząc ciasnym korytarzem obok młodej matki, podłożyła nogę pod wózek, w efekcie czego wywiązała się mała kolizja.
-Och, przepraszam!- wykrzyknęła natychmiast nieznajoma- Mam nadzieję, że nic wielkiego się pani nie stało. Przepraszam.
-Nie, nie…- kręciła głową Camii, opierając rękę o wózek- To ni, zdarza się. Ale widzę, że chyba kółko się pani poluzowało…
-Naprawdę?!- nieznajoma natychmiast schyliła się.
W tym momencie Camii sięgnęła po butelkę, którą schowała za plecami.
-Nie, wszystko jest w porządku- młoda matka wyprostowała się.
-Najwyraźniej musiało mi się coś przywidzieć- uśmiechnęła się Camii, wymijając nieznajomą- Do widzenia- odparła, idąc tyłem.
-Do widzenia- skinęła głową z uśmiechem okradziona przed chwilą kobieta.
Gdy tylko nieznajoma odwróciła się, Camii pomknęła szybko do swojego przedziału. Przeprosiła zgromadzone w nim starsze panie, po czym zabrała dziecko do jednej z toalet pociągu. Tam nakarmiła niemowlę, które nareszcie przestało płakać.
-Widzisz, mówiłam ci, że damy sobie radę- powiedziała Camii do maleństwa- Uda nam się dotrzeć na statek do Dover, a stamtąd do Calais. Tam odbierze mnie mój dawny znajomy i pojedziemy razem do Bordeaux, gdzie będziemy wiodły szczęśliwe życie- kobieta przytknęła swój nos do noska dziecka i poruszyła nim z uśmiechem; nagle kolejny pomysł zaświtał w jej głowie- Ty przecież potrzebujesz imienia!- Camii zaśmiała się- Jak mogłam o tym nie pomyśleć?- zastanawiała się przez chwilę, po czym podjęła decyzję- Nie przez przypadek przybrałam imię Cosette- bardzo mi się podoba, tak samo jak książka Hugo. Nazwę cię więc Cosette- kobieta przytuliła niemowlę do swojej piersi, a gdy odsunęła je od siebie, bobas uśmiechał się- Tak, podoba ci się nowe imię?- znów się zaśmiała- Moja mała Cosette- wyszeptała.
Camii przed swą ucieczką udało się zdobyć fałszywy paszport na nazwisko Camii Holmeson. Stwierdziła, że nie zmieni wizerunku, ponieważ jeżeli ktokolwiek widział zdarzenie w starej części pałacyku, uzna, iż Michael Tuttiholmes przed śmiercią spotkał się z brunetką, a nie z blondynką. Nikt więcej nie mógł nic podejrzewać. Nawet James Whittington, któremu Camii zostawiła kartkę z nakreślonymi zdaniami. W liście zakazała mężczyźnie jej szukać, zmyśliła trudną sytuację związaną z jej przeszłym zawodem i potrzebą ucieczki. Miała nadzieję, że to poskutkuje, a flegmatyczność doktora przeszkodzi mężczyźnie w jakichkolwiek poszukiwaniach.
Stało się tak, jak Camii obiecywała dziecku; w Dover przesiadła się na statek do Calais, gdzie odebrał ją znajomy i razem ruszyli do Bordeaux. Tam kobieta osiedliła się z Cosette na długie lata, a nawet udało jej się wyjść za mąż i zajść w ciążę.
Dwadzieścia pięć lat później przyszedł do Camii anonimowy list z informacją, że Castor Tuttiholmes zaciągnął się do wojska i zginął na froncie Wielkiej Wojny. Po przeczytaniu wiadomości kobieta usiadła, spojrzała na wprost do ogródka, gdzie przebywały jej dwie córki i uśmiechnęła się chytrze do siebie.
Koniec.