Muzyka
dobiegła końca, a tancerze, ponownie byli świadkami aplauzu.
-
Widać, że mamy do czynienia z zawodowcami, których talentu my
zwykli śmiertelnicy nie jesteśmy w stanie prześcignąć –
Oświadczył Lucjan, podchodząc do swej żony i składając
pocałunek na jej mocno upudrowanym policzku – A teraz przejdźmy
do najprzyjemniejszej części wieczoru – Odparł, prowadząc
Honoratę do stołu.
Kolacja
była wykwintna, podano wiele dań – zarówno lekkich, jak i
ciężkostrawnych. Aromat potraw zmieszał się z oparami alkoholu,
który zaczęto lać do kieliszków strumieniami. Wąsaci wujkowie
zaczęli opowiadać historie z wojska, na przemian ze sprośnymi
kawałami, co wywołało głos sprzeciwu u ich żon oraz wykwit
rumieńców na policzkach młodszych uczestników kolacji, chyba że
matki w porę zakryły im uszy. Przekleństwom i śmiechom nie było
końca, twarze dorosłych zaczęły robić się coraz bardziej
czerwone z powodu alkoholu. Ktoś zaproponował, aby otworzyć okno.
Sala unosiła się od rozmów pogodnych, wypełnionych anegdotkami
oraz od tych bardziej nerwowych, w których dominowała tematyka
polityczna. W którymś momencie jeden z wujków, jak się później
okazało, dziadek Marceliny i zarazem kuzyn ojca Maurycego, odezwał
się do młodego Zwodzkiego.
-
Ty podobno znasz tę małą, która ma zasiąść na tronie –
Zagadnął go Zbyszek, który siedział po drugiej stronie stołu.
-
Jestem, można tak powiedzieć, jej opiekunem – Wyjaśnił Maurycy,
wytrącony ze słuchania opowieści babci.
-
Już ją wytegowałeś? - Mężczyzna mrugnął okiem i uśmiechnął
się sprośnie.
-
Słucham?
-
Zbysiu, nie przy dzieciach! - Odezwała się natychmiast Halina, jego
żona,, mając najwyraźniej na myśli ich już dorosłą córkę.
-
Wiesz, o czym mówię... - Mąż kuzynki nie przestawał mrugać
porozumiewawczo okiem.
-
Nie... Nie spałem z nią, jeśli o tym mówimy; jest moją
protegowaną, więc to byłoby niestosowne, poza tym nie znamy się
zbyt długo – Odparł Maurycy, opadając na krzesło, jakby to
jedno pytanie go wyczerpało.
Młody
mężczyzna rozluźnił krawat i rozpiął pierwszy guzik białej
koszuli, a w tym czasie Piotr nalał mu wódki do kieliszka, widząc
że bratanek zaczyna się denerwować.
-
Jakie długie i męczące zdanie – Westchnął Zbyszek – Ze
stolicy przyjechał i już myśli, że wielki pan – Mruknął
mężczyzna niezadowolony.
-
Zbysiu, ty już nie pijesz – Zaoponowała Halina, odbierając
mężowi kieliszek sprzed talerza.
-
A jak oceniacie tę dziewczynę, nadaje się? - Zapytał Piotr
głośno, aby uniknąć kłótni; w tym czasie Maurycy wypił
zawartość kieliszka.
-
Z tego, co piszą w gazetach, to jest ona przeznaczona do tej roli –
Odparła któraś z kobiet – Chyba powinniśmy zaufać mądrości
naszej Yuki – Odparła z namaszczeniem.
Maurycy
nie mógł się powstrzymać od śmiechu, mimo że Piotr uderzył go
w ramię, żeby przestał.
-
Ja rozumiem, że jesteś bezbożnikiem i nihilistą, ale okaż choć
trochę szacunku – Odezwała się ponownie kobieta, która była
kuzynką jego babki.
-
Nie będę szanował głupoty – Stwierdził młody mężczyzna,
kładąc łokcie na stole i nachylając się w stronę reszty gości
– Wiara w boginię, zmyśloną przez białych popaprańców zakrawa
na postradanie zmysłów; kapłani przypisują jej rozmaite zjawiska,
które da się wyjaśnić w rozsądny sposób i to jest wasze jedyne
potwierdzenie na istnienie tej bogini – Ostatnie słowo
wypowiedział z sarkazmem.
-
Czy ty nas właśnie obrażasz? - Obruszył się mąż kobiety.
-
W ogóle – Kolejna ironia.
-
A co z Bogiem? - Zapytała nagle Marcelina, uciszając wzmagające
się szepty.
-
Moim zdaniem, nawet jeśli istnieje, to nie jest ani sprawiedliwy,
ani miłosierny – Ciągnął dalej Maurycy, tym samym, pewnym
siebie tonem – Nie chodzi mi tu nawet o wojny, czy nieszczęścia,
za które odpowiadają ludzie – taka konsekwencja posiadania wolnej
woli, ale chodzi mi o to bezsensowne zło, które jest niczym
nieusprawiedliwione. Bóg bawi się ludźmi, jak rozwydrzony dzieciak
swoimi nowymi zabawkami, które i tak zaraz rzuci w kąt, a portfele
rodziców spłodzą mu nowe.
-
Może pójdziemy zapalić? - Zapytał Piotr nerwowym tonem, a ciszej
dodał – Bo za chwilę wywołasz wojnę, co będzie konsekwencją
twojej wolnej woli i niewyparzonej gęby.
Maurycy
przez kilka sekund wpatrywał się w twarz wujka ze skupieniem, po
czym uśmiechnął się niezbyt szczerze.
-
Papierosa nigdy nie odmówię – Odrzekł, a następnie wstał.
-
Gdy będziecie wracać, poproście obsługę, aby zaserwowała tort!
- Krzyknął za nimi Lucjan licząc, że słodka przyjemność
udobrucha zgromadzonych.
Dwaj
mężczyźni zostawili burzę za sobą i wyszli na orzeźwiające,
chłodne powietrze, które owiało ich twarze i cienko ubrane ciała,
na które nie założyli płaszczów, a wieczór był już zimny;
nosem dało się wyczuć zbliżającą się powoli zimę, a
atramentowe niebo, z ciężko zwisającymi z niego chmurami
wyglądało, jakby zaraz miało pokryć cały świat śniegiem.
-
Co ty wyprawiasz? - Zapytał Piotr ostrym tonem.
Maurycy,
odpalając papierosa, patrzył zdziwiony na wujka.
-
O co ci chodzi? - Zapytał, chowając zapalniczkę do kieszeni
czarnej marynarki – O to, że jestem szczery i nie chcę udawać
idealnej rodzinki, jak pozostali?
-
W ten jeden wieczór mógłbyś.
-
Dlaczego? Ponieważ zebraliśmy się tu wszyscy razem, co za naszego
życia zapewne się nie powtórzy i celebrujemy zjazd krypto –
grzeszników? Nie cierpię takiej obłudy.
-
Myślałem, że to właśnie ty jesteś największym kłamcą,
jakiego znam – Stwierdził Piotr, po czym zaciągnął się.
-
Kłamać od czasu do czasu, a żyć w kłamstwie, to dwie różne
rzeczy; ja praktykuję to pierwsze, jak sam zauważyłeś. Ale nie
żyje obłudnie, bo moje niemoralne życie jest wszystkim dobrze
znane, nawet temu Zbyszkowi, którego ni chuja, nie kojarzę –
Maurycy zasępił się i skupił na zaciąganiu.
-
Spokojnie – Odparł jego wuj odruchowo – Więc co chcesz
osiągnąć?
-
Chcę pokazać tym wszystkim ludziom, jacy są obłudni – Maurycy
wskazał na drzwi, za którymi znajdowała się elita potępionych.
-
Po co? Chcesz wynieść swoją osobę ponad innych?
-
Po prostu wkurwia mnie takie zachowanie, nie zamierzam pozować jak
laleczka na wystawie i uśmiechać się do wszystkich sztucznie,
tylko dlatego, że kultura tak nakazuje; kultura jest dobrą
przykrywką dla zła.
-
Dlaczego teraz? - Zapytał Piotr, choć znał odpowiedź; podszedł
do bratanka powoli; Maurycy podniósł zasmucony wzrok na wujka –
Ponieważ nikt ci nie pomógł, a teraz nagle babka wynosi cię na
piedestał, jakbyś był jej trofeum?
Młody
mężczyzna pokiwał głową; Piotr aż nazbyt dokładnie opisał
jego uczucia.
-
Chyba powinniśmy już wracać – Stwierdził młody mężczyzna,
wyrzucając niedopałek do popielniczki – Poprośmy o ten tort;
może jak wszyscy się zamulą, to zrobi się trochę spokojniej –
Uśmiechnął się smutno, po czym wszedł do środka.
Po
chwili Piotr również znalazł się wewnątrz budynku, akurat w
momencie, gdy Maurycy kończył rozmowę z kelnerami. Mężczyźni
bez słowa wrócili do stołu, a chwilę później przyjechał
czteropiętrowy tort z lukrem. Wszyscy goście wstali i wesoło
zaśpiewali 100 lat, co w tamtym momencie wydawało się
nieadekwatne.
Gdy
każdy miał już przed sobą kawałek tortu, wydawać by się mogło,
iż w sali zgromadziła się jedna wielka, szczęśliwa rodzina;
wszyscy uśmiechali się do siebie z gębami pełnymi ciasta. Dzieci
w końcu przestały się nudzić i łapczywie rzuciły się na słodki
przysmak. Ten śliczny obrazek utrzymywał się do momentu, gdy
Zbyszek nie zaczął rozmawiać ze swoim bratem o polityce.
-
Moim zdaniem to jest bezsensu, że nie będziemy mogli zadecydować o
tym, kto będzie nami rządził za niedługo, tylko spada taka mała
kurka znikąd, nic nie umie i uczy ją kilku białych szaleńców –
Mówił szybko, jednym tchem.
-
Albinosi już jej nie uczą; była raz, ale zabrałem ją stamtąd –
Wtrącił Maurycy.
-
I dobrze zrobiłeś – Dodał Wacław, brat Zbyszka – Powinien ją
uczyć ktoś kompetentny, a nie oszuści; kto ją uczy? Nie znam tej
kobiety, ale jeżeli, tak jak mówisz, jest Marzycielem, to na pewno
jest bardziej kompetentna od albinosów.
-
A moim zdaniem królem powinien zostać Bartosz – Stwierdził
Zbyszek surowym tonem.
Maurycy
aż się zakrztusił winem, które akurat pił.
-
Ta lebiega? - Zapytał, gdy udało mu się złapać oddech – Która
dostała się do pałacu tylko dlatego, że sypia z królową?
-
Trzeba sobie radzić w życiu, żeby udowodnić, ile jest się
wartym.
-
Udowodnił tylko tyle, że jest dobrym przydupasem.
-
Dzieci, nie słuchać! - Krzyknęło nagle kilka kobiet.
-
Ma zdolności przywódcze, nie to, co ta jego Berenika – Ciągnął
Zbyszek.
-
Kochanie, chcesz jeszcze ciasta? Ja nie dojem – Zapytała go żona
mając nadzieję, że przestanie gadać.
-
Przodkowie Bereniki co prawda zdobyli tron siłą, ale udowodnili, że
nadają się do rządzenia; ona ma to przynajmniej we krwi –
Odpowiedział Maurycy w miarę spokojnym tonem.
-
Moim zdaniem ona jest tylko panienką, która potrafi się stroić i
puszczać na prawo i lewo, jak jej matka – Odparł Zbyszek, jedząc
równocześnie tort.
Maurycy
wciągnął głęboko powietrze nosem.
-
Moim zdaniem Bartosz ma predyspozycje do rządzenia, znacznie większe
niż ta Berenika czy Antonina; baby nie nadają się do takich
rzeczy.
Dało
się słyszeć pomruki sprzeciwu ze strony siedzących wokół pań.
-
A ciebie nikt nie nauczył, że jak się je, to się nie odzywa? -
Zapytał go Maurycy ze słodkim uśmiechem – Można się zadławić
– Wyjaśnił, wykręcając nadgarstek pod stołem i lekko ściskając
palce.
-
I trudno! - Odburknął Zbyszek.
I
dokładnie w tym momencie mężczyzna poczerwieniał na twarzy i oczy
prawie wyszły mu z orbit; chwycił się za gardło, jakby chcąc
przekazać wszystkim na migi, że się dusi, choć nie trzeba było
tego nikomu tłumaczyć.
Halina
zaczęła krzyczeć, Wacław chwycił brata w pasie i ścisnął,
chcąc go ratować, a Marcelina nie zareagowała. Piotr za to z
przerażaniem spojrzał na Maurycego, który wpatrywał się ze
skupieniem w duszącego się. Potem popatrzył na ręce bratanka –
jego przypuszczenia potwierdziły się.
-
Przestań – Syknął Maurycemu do ucha, na co ten rozluźnił rękę.
Wtedy
Zbyszek zaczerpnął powietrza w płuca.
-
Zabierzcie go na zewnątrz – Rozkazała Honorata zimnym tonem; nie
spodobał jej się przykry incydent w jej radosnym dniu.
-
Przecież nic bym mu nie zrobił – Mówił w tym samym czasie
Maurycy do wujka, uśmiechając się – No nie mów, że mu się nie
należało.
-
Trochę tak – Piotr skinął głową – Ale nie musiałeś od razu
robić przedstawienia.
-
Gdy widownia siedzi, zawsze musi być przedstawienie z ludzkiego
dramatu – Młody Zwodzki wzruszył ramionami, a uśmiech
satysfakcji nie schodził mu z ust – Zastanawia mnie tylko jedna
rzecz – Zmienił nagle temat – Dlaczego żadna z moich sióstr
nie przyjechała?
-
Pytałem o to moją matkę; podobno nie miały czasu.
-
Jasne... - Maurycy przewrócił oczami; znał niechęć części
swych sióstr do dziadków oraz na odwrót – A może nie dostały
zaproszenia? Z tego co wiem, babka uważa, że architekt czy makler
giełdowy, to nie są odpowiednie stanowiska dla kobiet. Tak tłumaczę
nieobecność Dominiki czy Moniki.
-
Bliźniaczki obrywają jak zwykle razem – Skomentował Piotr,
uśmiechając się smutno; dawno nie widział swoich sześciu
bratanic.
W
tym momencie zadzwonił telefon Maurycego. Mężczyzna wyszedł na
korytarz, aby wysłuchać Michała i mu doradzić. Gdy skończył
rozmawiać, jak spod ziemi wyrosła przed nim Marcelina.
-
Cześć – Przywitała się, podając rękę mężczyźnie – Mam
na imię Marcelina – Przedstawiła się aksamitnym głosem.
-
Wiem – Maurycy uścisnął wyciągniętą dłoń i przedstawił
się.
-
Widziałam, co zrobiłeś mojemu ojcu – Mówiła dziewczyna z
podziwem.
-
Nie żal ci go było? - Maurycy oparł się niedbale bokiem o ścianę
i skrzyżował ręce na piersi, mierząc nowo poznaną osobę
wzrokiem.
-
Za tę uwagę o ,,babach”? - Prychnęła z pogardą – Nic a nic.
Poza tym wiedziałam, że go nie udusisz.
-
Miałem przez chwilę na to ochotę, ale po co niszczyć babci
święto; niech się bawi swoimi marionetkami.
Marcelina
zaśmiała się.
-
Dla niej życie to teatr, a my jesteśmy jej kukiełkami; ale nie
jest Bogiem i kiedyś umrze – Dziewczyna wzruszyła ramionami,
jakby mówiła o zabranym jej ostatnim kawałku tortu, którego z
powodu zamulenia i tak nie miała zamiaru jeść – Śpisz tutaj? -
Marcelina nagle zmieniła temat.
-
A czy to ważne? - Zapytał Maurycy, chcąc sprowokować swoją
rozmówczynię.
-
Dla mnie tak, bo ja spędzam tu noc i chcę wiedzieć, czy będę
miała jakieś ciekawe towarzystwo, nie tylko moich starych.
-
Nie zabrałaś ze sobą lalek? - Zażartował mężczyzna.
-
Ha, ha, ha – Marcelina nie była zadowolona; uderzyła Maurycego
pięścią w ramię – Mam już siedemnaście lat, jestem dorosła.
-
Poszukaj sobie zatem towarzystwa w swoim wieku – Droczył się
Maurycy.
-
W takim razie ty powinieneś dołączyć do tej geriatrii przy stole
– Marcelina skinęła głową w stronę sali – Wiem, ile masz
lat, dziadku.
Mężczyzna
zaśmiał się.
-
Widzę, że wyciągamy pazurki – Stwierdził, patrząc w dół –
wprost w oczy dziewczyny, która była od niego znacznie niższa.
-
Wolałabym, żeby co innego zostało wyciągnięte – Odparła,
zagryzając dolną wargę delikatnie.
-
Ktoś tu się naoglądał za dużo filmów – Stwierdził Maurycy,
na co Marcelina spojrzała na niego gniewnie.
-
Nie to nie, po powrocie do domu czeka na mnie tuzin chłopaków,
którzy odwiedzili mój dom pod nieobecność rodziców i z chęcią
zrobią to drugi raz – Dziewczyna chciała odejść, ale Maurycy
chwycił ją za rękę; Marcelina zadrżała i ścisnęła zimne,
chude palce mężczyzny, jakby właśnie dostała swoją nagrodę;
spojrzała na niego z iskrami w oczach.
-
Zostaję na noc w pokoju numer sto trzynaście – Odparł Maurycy.
-
Ja w sto piętnaście, to obok – Wypaliła Marcelina zapominając,
że się przed chwilą obraziła – Zanim tu przyjechaliśmy, tatuś
ostrzegł mnie przed tobą – Dodała słodkim głosem – Mówił,
że miałeś tyle kobiet, ile mieszka w naszej wsi, a moja
miejscowość nie jest wcale taka mała. Przesadził?
-
Tylko trochę – Mężczyzna uśmiechnął się nonszalancko.
Telefon
Maurycego znów zadzwonił.
-
Wybacz – Odparł, po czym pocałował dłoń Marceliny, której
palce wciąż splecione były z jego palcami; mężczyzna przerwał
ten zbyt spoufalony uścisk, aby sięgnąć do kieszeni po telefon.
-
Słucham? - Zapytał, wychodząc na zewnątrz; wykorzystał to, by
zapalić papierosa.
-
Cześć, brat – Odezwał się kobiecy głos po drugiej stronie;
dzwoniła Lidka, jedyna starsza siostra mężczyzny – Powiedz mi,
jesteś u dziadków? - Zapytała trochę niepewnie.
-
Tak, jako jedyny przedstawiciel naszej siódemki. Co z wami?
-
Daria i Karolina pracują, Dominika i Monika nie dostały
zaproszenia, a ja i Justyna nie chciałyśmy przyjeżdżać.
-
No tak... - Westchnął Maurycy; tęsknił za siostrami.
-
Jak jest?
-
Sztucznie i zbyt słodko – Mężczyzna wolał nie wspominać o
zalotach Marceliny, ani o incydencie ze Zbyszkiem – Babka zachowuje
się jak królowa, a dziadek adoruje wszystkich.
-
Jest...?
-
Nie.
Cisza.
-
Mam do ciebie jeszcze jedno pytanie; co robisz w święta? - Zapytała
Lidka.
-
To dopiero za miesiąc, tak daleko w przyszłość nie wybiegam.
-
Zapomniałam, że ty żyjesz z dnia na dzień. Nieważne – Maurycy
wyobraził sobie, jak siostra w tym momencie kręci zmęczoną głową
– Ale nie miałeś planów spędzenia tego czasu z jedną ze swoich
kochanek?
-
Nigdy nie spędzam świąt z kochankami. Zazwyczaj dostaję
zaproszenie od Marysi i Andrzeja.
-
To w tym roku ja i Robert zapraszamy cię do siebie – Odparła
szybko Lidka, jakby zaraz miała się rozmyślić.
-
O... To miło – Maurycy uśmiechnął się pod nosem – Naprawdę
mnie zapraszasz?
-
A jesteś czysty? - W pytaniu dało się wyczuć złość i
zniecierpliwienie.
-
Wiesz, że tak; mniej więcej od pół roku – Mężczyzna nie krył
rozgoryczenia.
-
To przyjedź, proszę – Odparła Lidka łagodnie, wręcz ze
skruchą.
Maurycy
mocno się zaciągnął.
-
Z chęcią przyjadę – Odparł szczerze – Do zobaczenia –
Rozłączył się; przez chwilę patrzył w ekran telefonu, jakby
miało na nim wyskoczyć oblicze siostry.
Maurycy
wszedł do budynku powolnym krokiem. Odechciało mu się być na tej
zabawie; widok szmacianej rodziny przyprawiał go o ból głowy. Nie
rozumiał, jak można wyselekcjonować członków rodziny na tych
godnych uwagi lub nie oraz awansować ich, gdy sami sobie na coś
zapracują. Kochał swoich dziadków, bo chyba musiał, ale ich
ignorancja wydawała mu się bezkresna. Mężczyzna wrócił do
stolika, mijając tańczące pary, które rzuciły się na parkiet
gdy tylko perkusista wybił rytm, i opowiedział Piotrowi o rozmowie
z siostrą.
-
Widzę, że traktuje cię jako swego syna marnotrawnego – Odparł
prawnik z patosem.
-
Najpierw pomagała, potem puściła wolno... A tera prosi mnie, żebym
wrócił z podkulonym ogonem – Stwierdził Maurycy, po czym spełnił
toast, który podniósł jeden z wujków.
-
Może zwyczajnie tęskni? - Zapytał Piotr, odkładając swój
kieliszek.
Maurycy
patrzył smutno na stół i dzióbał palcem w czysty widelec,
przyniesiony niedawno przez obsługę, w razie jakby ktoś jeszcze
ktoś chciałby jeść po obfitym obiedzie.
-
Jak tam rozmowa z mamusią? - Podął w końcu.
-
Wymuszona – Mruknął jego wuj i tym razem to on wzniósł toast –
Zapomnieli o swoich błędach, a gdy ja zacząłem je popełniać,
przypomniałem im o przeszłości, o której nie wspominają, choć
się jej nie wstydzą. Nienawidzą mnie – Dodał smutnym tonem.
-
Aż tak źle chyba nie jest – Maurycy zmarszczył brwi z
niedowierzaniem.
-
Własna matka na pierwszy taniec na swoich zajebanych urodzinach –
Mówił Piotr lekko bełkocząc; najwidoczniej ostatni kieliszek mu
zaszkodził – Wyznaczyła ciebie na swojego partnera... Srał pies
męża, własnego syna zignorowała, traktując go jako niby plamkę
farby na obrazie.
Młody
Zwodzki jeszcze nie był na tyle wstawiony, żeby łączyć poetyckie
porównania z wulgaryzmami, ale było to tylko kwestią czasu.
Ten
stan rzeczy zmienił się, około dwudziestej trzeciej, gdy Piotr i
Maurycy z ochotą dołączyli do szopki i wskoczyli na parkiet.
Młodszy z nich wyciągał do tańca najstarsze uczestniczki zabawy,
które łypały na zebranych najgroźniejsze miny. Wiele egoistycznej
radości sprawiało mu zawstydzanie kobiet, jedną z nich w
przypływie weny ujął za twarz i pocałował. Kobieta uciekła
zdegustowana, a Maurycym w końcu zainteresowała się Marcelina.
Dziewczyna
weszła na parkiet, gdy jej ojciec zajmował się swoją starszą
siostrą, którą Maurycy pocałował i nie mógł skupić całej
uwagi na córce.
Praktycznie
obcy dla Marceliny mężczyzna przywitał ją z tajemniczym, ale
zachęcającym uśmiechem i wyciągniętą w jej stronę dłonią.
Nie powiedzieli sobie nic, tylko dali się ponieść skocznej
melodii.
Maurycy
był oczywiście szarmancki, bezpośredni i pełen uroku, jak dla
każdej kobiety, którą chciał zdobyć. Marcelina zdawała sobie
sprawę z jego taktyki, ale z niekłamaną satysfakcją była jej
uległa.
Godzinę
później dziewczyna stała przed drzwiami swego pokoju i nerwowo
rozglądała się wkoło. Gdy w końcu zauważyła idącą w jej
stronę wysoką postać w czarnych: kamizelce i wąskich spodniach
oraz białej koszuli, udała, że właśnie szukała swoich kluczy w
kopertówce.
-
O! A to niespodzianka! - Wykrzyknęła Marcelina teatralnie.
-
Zwłaszcza, że powiedziałaś mi po tańcu, że posiedzisz na dole
maksymalnie godzinę i pójdziesz spać... Bardzo wyraźnie
akcentując ostatnie słowo – Odparł Maurycy z uśmiechem,
opierając się bokiem o framugę drzwi.
-
Jakim cudem domyśliłeś się, co miałam na myśli? Twoja demencja
jeszcze nie jest tak rozwinięta? - Zapytała dziewczyna z przekąsem,
wyjmując kluczyki z kopertówki.
Maurycy
nie odpowiedział, tylko wszedł za Marceliną do pokoju.
-
Tutaj jest łazienka, tam mały salon i kanapa, na której będę
spała, a za tymi drzwiami – Dziewczyna gestem ręki oprowadzała
swego gościa – Sypialnia rodziców, w której zapewne będzie nam
wygodniej, niż na kanapie; ojciec jeszcze tu nie spał, więc nie
powinniśmy zarazić się jego cebulowatością.
Marcelina
pewnym krokiem weszła do sypialni i zapaliła lampki nocne.
-
Wystarczy? - Zapytała Maurycego, który podszedł blisko do niej.
-
Jeśli aż tak bardzo się wstydzisz – Odpowiedział mężczyzna i
zatkał dziewczynie usta pocałunkiem, aby przestała już gadać.
Mężczyzna
odwrócił kobietę i rozpiął jej czarną sukienkę, a potem uniósł
Marcelinę tak, że dziewczyna oplotła go nogami w pasie. Maurycy
idąc na drugą stronę łóżka, całował równocześnie kobietę
po ramionach i biuście. Następnie rzucił ją na łóżko i zdjął
z Marceliny sukienkę oraz rajstopy – dziewczyna została w
gustownej, koronkowej bieliźnie.
-
Przygotowałaś się, widzę – Stwierdził mężczyzna, taksując
kochankę wzrokiem.
-
Wiedziałam, że będziesz – Odparła Marcelina, klękając i
sięgając do guzików jego marynarki – Nie mogłam przepuścić
takiej okazji – Dodała, po czym chwyciła Maurycego za koszulę i
pociągnęła za sobą na łóżko.
Czterdzieści
minut później, Marcelina opatulona pościelą zapytała sennym
głosem:
-
Spotkamy się jeszcze?
Maurycy,
który siedział na krańcu łóżka i zakładał buty, odparł
obojętnie:
-
Pewnie na kolejnym rodzinnym spotkaniu; teraz czas na pogrzeb –
Uśmiechnął się półgębkiem.
-
A tak poza rodzinnym kręgiem...?
Mężczyzna
odwrócił się w stronę dziewczyny i spojrzał na nią z
ubolewaniem.
-
Jeśli masz na myśli wypad na niezobowiązujący seks – Nachylił
się w stronę Marceliny i spojrzał jej głęboko w oczy – To nie
mam ochoty się z tobą w to bawić; sama i tak mówiłaś, że znasz
wielu chłopaków, którzy z chęcią znów się z tobą prześpią,
więc szukaj zabawy wśród rówieśników – Wrócił do butów,
które w tamtym momencie interesowały go bardziej niż dziewczyna.
-
Czyli nie skusisz się na młode, chętne ciałko? - Marcelina
skrzyżowała ręce pod głową.
Maurycy
pomyślał o innym ciele, już nie tak młodym, na które z ochotą
by się skusił.
-
Przykro mi – Wstał – Jeżeli zbyt często będę ganiał za
małolatami, skończę jak Piotr – Ruchem głowy wskazał drzwi,
jak gdyby wuj za nimi stał – A trzeba uczyć się na błędach
starszych, nieprawdaż? - Zapytał z uśmiechem.
-
Właśnie widać – Kąciki ust dziewczyny uniosły się drwiąco.
Maurycy
zaśmiał się pod nosem.
-
Ja już uciekam – Odparł po chwili ciszy – A tu wskakuj w
piżamkę i udawaj cnotkę.
-
Nie zostawisz mi pamiątki po sobie? - Marcelina zrobiła minę
zbitego psa.
Mężczyzna
westchnął w duchu, ale uległ dziecinnemu czarowi dziewczyny;
usiadł obok niej, sięgnął za jej ucho...
-
Czary mary – Odparł cicho i wyciągnął z nicości różowego
goździka.
Marcelina
pisnęła z radości i pocałowała namiętnie dalekiego kuzyna
matki. Potem mężczyzna wyszedł, zostawiając młodą pannę z
kwiatkiem w ręku i niczym więcej.
Maurycy
zszedł do sali biesiadnej, a tam na parkiecie wujek w średnim wieku
prezentował swój wybitnie rytmiczny taniec, jak gdyby nie miał
nóg. Od czasu do czasu przejeżdżał językiem po ustach w
charakterystyczny, pijacki sposób. Reszta towarzystwa albo tańczyła
z dala od niego, albo prowadziła ożywione rozmowy, powtarzając
wypowiedziane już opinie, lecz z większą emfazą lub zgadzając
się ze swymi rozmówcami, zawiązując niemalże braterskie
przymierza. Mężczyzna znalazł swego krewnego, który płakał na
ramieniu swego ojca i zwierzał się z najskrytszych żalów, które
tylko alkohol potrafi wydobyć na światło dzienne. Maurycy jeszcze
nie był na tyle pijany, aby zacząć płakać na myśl o swoim ojcu,
więc tylko usiadł obok mężczyzn i przysłuchiwał się im z
zasępioną miną.
Dwie
godziny później jednak zarówno wujek, jak i jego bratanek
chwiejnym krokiem pokonywali stopniowe wzniesienia i zdobywali
piętrowe szczyty, aby osiągnąć swój cel na trzecim piętrze
Mount Everest. Po wejściu do pokoju mogli zakończyć swój
triathlon – picie, palenie i spanie - na ostatnim etapie. Piotr
próbował zdjąć buty, ale niebezpieczny manewr zakończył się
utratą równowagi i bezładnym runięciem na łóżko. Rozpostarł
ręce, zajmując całą powierzchnię posłania, co i bez tego gestu
by mu się udało, ze względu na tuszę. Maurycy natomiast zdjął
kulturalnie marynarkę oraz buty i wyciągnął się na kanapie,
obejmując się w pasie, aby zapewnić sobie więcej ciepła.
Rano
goście – jedni w lepszym stanie, inni w gorszym – konsumowali
spokojnie śniadanie; poranne słońce przebijało się przez szyby,
delikatny, chłodny wiatr, przedostający się przez otwarte okna,
drażnił starsze panie, które ze zmarszczonymi, upudrowanymi
noskami kazały pobliskim mężczyznom zamknąć lufty. Zapach kawy,
jajek i świeżych ziół błąkał się od stolika do stolika,
wpychając się do nozdrzy sennych uczestników śniadania i
przywodząc im na myśl ciepłą pościel, z której niedawno
zrezygnowali.
Obrazek
ten zepsuły dwa upiory – jeden z wydatnym brzuchem, który zakryty
był krwistym swetrem, na nogach mając źle dopasowane, granatowe
spodnie; z sarmackim, czarnym wąsem i trupiobladą twarzą mógłby
odgrywać rolę Upiora w ,,Weselu”. Wzrok miał rozbiegany i
zagubiony, usta wygięte w dół, w grymasie bólu. Towarzysząca mu
zjawa trzymała się tylko odrobinę lepiej; wychudła, ubrana cała
na czarno – buty nad kostkę, wąskie spodnie, bluza z kapturem bez
zamka; sunęła powoli, powłóczając nogami, ręce skrzyżowała na
piersi i omiatała spokojnym spojrzeniem zgromadzonych gości.
Mężczyźni
usiedli przy jednym z pustych stolików i jakby nigdy nic nalali
sobie kawy i zaczęli przygotowywać śniadanie. Ignorowali zdziwione
spojrzenia rodziny, którzy nie akceptowali pojawiania się w takim
stanie w towarzystwie; ci, którzy dali w palnik albo starali się
udawać, że mają mocne głowy i zeszli na śniadanie, albo – co
praktykowała większość nocnych niedobitków – siedzieli w
swoich pokojach, żeby nie przynosić wstydu rodzinie. Piotr i
Maurycy jednak nie zamierzali ukrywać stanu, który towarzyszył im
przez większość życia.
W
trakcie ich cichego posiłku, Honorata i Lucjan dosiedli się do
nich. Zapytali kurtuazyjnie, jak im minęła noc, jak podobało się
przyjęcie, czy poznali wszystkich członków rodziny, kiedy mają
zamiar wyjechać... Mężczyźni kulturalnie, acz zwięźle
odpowiadali na pytania. Większości z nich nawet się nie
przysłuchiwali, tylko w odpowiednich momentach potakiwali głowami.
Piotr pamiętał swoje kompromitujące zachowanie, którego dopuścił
się przed swym ojcem, dlatego starał się podążać za słowami
swoich rodziców i zbytnio nie wychylać się z zainicjowaniem nowego
tematu, żeby przypadkiem nie natrafić na tabu. Jednak taka
ostrożna, konwenansowa rozmowa w końcu znudziła się państwu
Zwodzkim, którzy pod byle pretekstem wrócili do swojego stolika.
Nagle
do sali weszła Marcelina. Maurycy i Piotr obrócili za nią głowy i
podziali jej sprężyste ruchy oraz rude włosy, spływające
kaskadami po jej plecach.
-
A tak na marginesie – Odezwał się Piotr, nie odwracając wzroku
od Wenus – Gdzie ty byłeś w nocy, gdy cię nie było? - Zapytał
beznamiętnie.
-
Jak to, gdzie? - Maurycy, trzymając mocno filiżankę w dłoniach,
patrzył na wujka spod uniesionej brwi – Tam, gdzie byłem.
Piotr
spojrzał na bratanka niezadowolony.
-
No co? - Młody mężczyzna roześmiał się – Głupie pytanie,
głupia odpowiedź.
-
Ha, ha, ha – Mruknął prawnik – A tak szczerze? Gdzie wyszedłeś
w nocy? Dodam tylko, że nie ma sensu kłamać, gdyż zniknięcie
Marceliny również zauważyłem.
-
To po co pytasz?
-
Szukam potwierdzenia.
-
Mam ci pokazać zużytą gumkę?
-
Ciszej! - Syknął Piotr, rozglądając się.
-
O! Widzę, że po jednej nocy nasiąknąłeś charakterem swoich
rodziców – Oburzył się Maurycy – Teraz mam mówić tylko to,
co wypada w towarzystwie?
-
Nie, przepraszam – Westchnął wuj – Po prostu nie chcę, żeby
te stare ciotki zanadto się tobą interesowały – Zapadła chwila
ciszy – Ale pozwolę sobie dodać tylko tyle, że nie pochwalam
odbywania stosunków seksualnych z własną rodziną – Odparł
mężczyzna karcącym tonem.
-
Dla mnie to żadna rodzina; gdybym przespał się z siostrą Jasia,
mógłbyś mieć mi to za złe, ale w przypadku Marceliny... -
Maurycy pokręcił głową – Nie masz takiego prawa.
-
Rób, co chcesz – Piotr poddał się; od dawna nie wzbudzał
respektu u nikogo, z wyjątkiem nowych podwładnych oraz kobiet,
którym chciał zaimponować, opowiadając o swoim zawodzie.
Marcelina
usiadła i spojrzała w stronę stolika, zajmowanego przez tych dwóch
mężczyzn. Jednak ten, którego wzrok chciała uchwycić, zignorował
ją. Dziewczyna zrozumiała znak i z bólem serca odwróciła głowę
w stronę nieinteresującego dla niej ojca.
-
Dlaczego? - Zapytał Piotr, patrząc na zawiedzioną minę panny.
-
Aby nie wzbudzać podejrzeń – Wyjaśnił Maurycy twardo –
Zbyszek urwałby mi jaja, gdyby dowiedział się, że przeleciałem
mu córkę – Przyznał mężczyzna spokojnym tonem kogoś, kto
rozmawia o pogodzie – Inna sprawa, gdyby mi na niej zależało, ale
to dziewczyna, jak każda inna; nie ma w niej nic niezwykłego.
-
Dla ciebie tylko jedna kobieta jest niezwykła – Zauważył Piotr
kąśliwie.
-
Nieprawda – Uciął krótko Maurycy.
-
Zapomniałem! - Jego wuj uderzył się w czoło – Jest jeszcze
Tosia.
-
Słucham?
-
Zaprzeczysz, wiem, ale dowiodę tego, że ta mała ci się podoba –
Stwierdził jego wuj z podejrzanym uśmiechem.
-
Ta rozmowa wkracza na niebezpieczne tory – Powiedział Maurycy
powoli – Zjemy i jedziemy do domu? - Zmienił temat.
-
W istocie – Odparł prawnik, po czym dopił kawę, beknął niezbyt
cicho i rzucił serwetkę na stół; zauważył skonsternowany wzrok
bratanka – No co? - Rzucił od niechcenia – Żadnego tabu, chyba
tego chciałeś, prawda?
-
Mimo to kultura byłaby miło widziana – Maurycy wstał.
-
Zapomniałem, że z ciebie taki delikates – Mruknął Piotr z
sarkazmem.
Młody
Zwodzki chciał coś powiedzieć, lecz jego chrzestny oddalił się w
stronę stołu, zajmowanego przez seniorów rodu, z którymi chciał
się pożegnać. Maurycy jedynie pomachał im ręką i wyszedł, aby
zapalić papierosa. Kilka minut później dołączył do niego wujek.
CDN...