Godzinę później rodzeństwo Tomów wyruszyło spod Zamku Fragor. Morifia
starała się zachować spokój i udawało jej się to dopóty,
dopóki skupiała się na jeździe. Gdy jednak znaleźli się na
granicy Milleńsko – Thymosańskiej, jej pewność zaczęła
uciekać, a całkiem zanikła, gdy Tomowie zatrzymali się przed
Pałacem Ignis. Dziewczyna wystraszona zeskoczyła z konia. Enaret
zauważył jej reakcję, dlatego podszedł do niej i położył jej
rękę na ramieniu.
-
Ja załatwię nam wizytę z Fotią, ty niczym się nie martw, dobrze?
- Spojrzał siostrze głęboko w oczy.
-
Dziękuję – Wychrypiała kobieta; z nerwów zaschło jej w gardle.
Enaret
na pół godziny zniknął za murami pałacu. Gdy wrócił, na jego
twarzy malowała się wściekłość, którą zawzięcie próbował
zamaskować.
-
Mamy kwadrans – Powiedział, wpychając swoje rodzeństwo do
wejścia.
-
Co ci powiedział? - Zapytał Fortis, gdy oblicze jego brata
złagodniało.
-
Jeszcze nikt nigdy nie obraził tak mojej rodziny – Syknął – A
ja nic nie mogłem na to poradzić, aby spełnił moją prośbę.
Fortis
skinął głową i już się nie odezwał.
Pałac
Ignis był koloru rubionowego, zgodnie ze swym szlachetnym kamieniem.
Zewsząd bił przepych, wśród którego rodzeństwo, ubrane w
skromne stroje, wyglądało jak żebracy.
Trójka
młodych ludzi została poprowadzona przez straż, aż do sali
królewskiej, gdzie na tronie, wśród jeszcze większego przepychu
siedział król Fotia Ira, sam ubrany w aksamity i jedwabie. Patrzył
na przybyłych gości z góry, spojrzeniem chełpiąc się swym
bogactwem, a myślami wyśmiewając Tomów.
-
Proszę, proszę – Odezwał się ironicznie, widząc zbliżających
się gości – Czyżbym widział moją niedoszłą żonę? -
Prychnął.
Morifia
spojrzała na niego; tron Fotii znajdował się na podwyższeniu,
dlatego sam król mógł ciskać pogardliwe spojrzenia w kogo
popadnie. Gdy kobieta widziała po raz ostatni Irę, był młody,
miał średniej długości brązowe, proste włosy, ciemne oczy,
lekko krzywy nos, przyjazny uśmiech i był gładko ogolony. Teraz
jego włosy były dłuższe, uśmiech ironiczny oraz miał cienkiego
wąsa oraz małą bródkę. Wyglądał jak wyjęty z osiemnastego
wieku Francuz. Mimo to Morifia czuła się przy nim upokorzona; była
brudna, na sobie miała łachy, jej włosy były przetłuszczone, a
oczy zapuchnięte.
-
Jak mogę wam pomóc, moje bezbronne ptaszyny? - Zapytał, wciąż z
nutą sarkazmu w głosie.
-
Jak zapewne wiesz, w naszym kraju aktualnie panuje wojna, dlatego
nasza potyczka nie mogła się odbyć, za co szczerze dziękujemy –
Enaret skłonił się bardzo nisko, czując równocześnie wstręt do
samego siebie.
-
Większą zabawę mam obserwując, jak Millenia wyżera się od
środka, nie narażając przy tym moich obywateli – Fotia zaśmiał
się paskudnie – Ale kontynuuj, nie mam zbyt wiele czasu –
Machnął ręką niedbale.
-
Wpierw na tronie zasiadł nasz najmłodszy brat, Scarlett, lecz
okazał się tyranem, dlatego zawiązaliśmy przeciw niemu Ruch
Antykrólewski, aby doprowadzić do ładu w Millenii. Niestety, on
jest wspierany przez najlepszych snajperów, a nasze oddziały
wykruszają się coraz bardziej. Dodatkowo wczoraj władzę
bezprawnie zagarnął Gatis Syner, który jest jeszcze bardzie
bezwzględny, niż Scarlett.
-
Cóż ja mam do waszych spraw? - Król wydawał się być znudzony
tym wywodem.
-
Chcieliśmy prosić cię, królu najdroższy – Enaret ponownie się
ukłonił nisko, przełykając równocześnie ślinę ze
zdenerwowania – Prosić cię, byś wspomógł swoją armią nasze
oddziały, byśmy wspólnie pokonali tyranów – Mężczyzna
podniósł wzrok na Fotię, a gdy zobaczył jego kpiący wzrok, dał
sygnał rodzeństwu, aby i oni się ukłonili.
Na
chwilę nastała cisza, po której salę zapełnił donośny śmiech
Fotii Iry.
-
I cóż ja tego będę miał?! - Ryknął, śmiejąc się do
rozpuku.
-
Nasze oddanie, sojusz... - Mówił Enaret, lecz coraz mniej pewnie.
-
Oraz moją rękę – Odezwała się Morifia, stając prosto.
-
Już dwa razy mi ją przyrzekłaś – Prychnął król – I dwa
razy oszukałaś.
-
Wtedy byłam dzieckiem i zrobiono to za mnie – Morifia uniosła
zdecydowane spojrzenie na Irę – Teraz decyzję podejmuję
samodzielnie.
Król
zastanowił się przez moment, kiwając cały czas głową.
-
Mimo wszystko podziękuję za propozycję; aktualnie jestem zaręczony
z córką barona Kapali – Znów przybrał kpiący wyraz twarzy –
Jeśli nie macie nic lepszego do zaoferowania, wyjdźcie stąd.
-
Możemy zawiązać unię – Odezwał się jeszcze Fortis – Dwa
najpotężniejsze kraje Mainu razem, czyż to nie cudowna
perspektywa? - Zapytał, lecz już straż chwyciła go za ręce i
próbowała wyprowadzić z sali; to samo zrobiła z jego rodzeństwem.
-
Czekaj! - Krzyknęła Morifia – A gdyby to nasi potomkowie wzięli
ślub? Byłaby to unia personalna, twój potomek miałby wgląd w
sprawy Millenii, a co za tym idzie – ty również.
Fotia
podniósł rękę, tym samym dając sygnał gwardzistom, by się
zatrzymali.
-
Lecz z tego, co wiem, ty właśnie straciłaś męża – W jego głos
znów wkradła się kpina.
-
Nie trudno będzie mi znaleźć nowego; czy przeszkadza ci krew
Pekatów? - Kobieta czuła się, jakby łapała się brzytwy.
Fotia
Ira nareszcie uśmiechnął się zadowolony, bez ironii.
-
Sami stworzyliście Pekatów – Wzruszył ramionami – Dla nas oni
zawsze byli Milleńczykami.
-
Czyli zgadzasz się – ślub za armię? - Morifia spojrzała z
nadzieją na króla.
-
Muszę ratować kraj, który stanie się moim sojusznikiem i być
może domem dla mojego dziecka – Uśmiechnął się ponownie, tak,
jak to zapamiętała Morifia – Każę przygotować stosowne
dokumenty.
Król
wyszedł z komnaty, a straż zaprowadziła Tomów do salonu dla
gości.
-
Nie wierzę, że się nam udało – Westchnął Fortis, gdy znaleźli
się sami w komnacie – Ale dlaczego zgodził się na drugie
małżeństwo, a nie na pierwsze?
-
Ponieważ uniósł się honorem, który Morifia już nadszarpnęła;
straciłby zapewne szacunek poddanych – Wyjaśnił.
-
Ale Morifia pewnie nie zostanie królową, tylko ty, o czym Fotia
dobrze wie.
-
Lecz i tak będzie miał doskonałą kartę przetargową, zwłaszcza,
jeśli urodzę syna, który zasiądzie na tronie Thymosu, Fotia
będzie mógł go kontrolować, bo jest królem. Ja nie zostanę
królową, dlatego mam mniejszy głos w tej sprawie – Odezwała się
Morifia, lecz mówiąc to, jej wzrok był szklany, jakby była
myślami daleko.
Kobieta
myślała o Dudusie; kolejny ślub i to w tak krótkim czasie był
według niej zdradą. Łzy wezbrały jej do oczu, lecz odwróciła
się od braci w stronę kominka, by nie widzieli jej słabości.
Po
kilkudziesięciu minutach do komnaty wszedł Fotia Ira, ubrany już
znacznie skromniej.
-
Przeczytaj to i podpisz – Zwrócił się do Morifii – Śluby
odbędą się po pokonaniu Gatisa Synera. Jesteście panowie
świadkami, dlatego podpiszcie się poniżej – Rozkazał.
Po
części oficjalnej, Fotia znów uśmiechnął się przyjaźnie.
-
A teraz chciałbym, byście skorzystali z mojej gościnności i
poszli do pałacowych łazienek, nim wrócicie do Millenii. Nim
jednak to się wydarzy, za godzinę chcę was znów zobaczyć w sali
tronowej, na omówienie szczegółów naszej współpracy.
Rodzeństwo
usłużnie spełniło rozkaz króla. Morifia postanowiła w całości
wykorzystać daną jej godzinę, jednak odprężenie nie przyszło z
łatwością; leżenie w wannie w końcu zaczęło ją drażnić,
dlatego postanowiła się osuszyć i wykremować. Pozwoliło jej to
na zbadanie swego ciała pod względem blizn i ran. Znalazła ich
wiele, lecz największą z nich ukryła w sercu. Kobieta stała
naprzeciw lustra, opierając ręce o umywalkę. Na sobie miała tylko
czystą bieliznę, przyniesioną jej przez służbę. Wpatrywała się
w swoją twarz, której nie widziała od dawna, ponieważ w pałacu
nie było luster. Czuja wstręt do siebie, za to, jaka się stała –
słaba i gotowa do oddania się byle komu, byleby spłodzić potomka.
Miała nadzieję, że Allod zgodzi się na jej propozycję
matrymonialną. Gdy tylko wyobraziła sobie ich wspólny ślub, łzy
znów cisnęły jej się do oczu. Przemyła twarz zimną wodą, po
czym ponownie spojrzała w lustro – nic się nie zmieniło, może z
wyjątkiem tego, że jej twarz była bardziej czerwona. Nagle kobieta
dostrzegła przed sobą całą serię kosmetyków. Wzięła
konturówkę, tusz i czarny cień do powiek i pomalowała się. Efekt
dokończyła czerwoną szminką i pudrem. Gdy ponownie przyjrzała
się sobie, nie mogła uwierzyć, iż to wciąż ona. Przed nią
stała ladacznica. Jednak Morifia nie zdecydowała się na zmycie
makijażu. Następnie z przyniesionych dla niej ubrań, wybrała
szerokie, czarne spodnie z wysokim stanem i białą koszulę. Buty
miała płaskie i wygodne, ale jednocześnie eleganckie. Włosy
zostawiła rozwiane i tak wyszła z łazienki. Gdy mijała służbę,
widziała zdziwienie w ich oczach, a gdy weszła do sali tronowej,
ten sam wyraz twarzy odmalował się na obliczu Fotii Iry.
-
Aż żałuję, że nie zgodziłem się na pierwszą propozycję –
Wyznał, uśmiechając się z zadowoleniem.
-
Uwierz mi, nie masz czego żałować – Odezwała się Morifia,
siadając na jednym z przygotowanych krzeseł.
Po
chwili dołączyli do niej jej bracia, którzy również nie kryli
swego zdziwienia. Jednak nie skomentowali tego podczas całej rozmowy
z Fotią Irą, ani w trakcie powrotu do Zamku Fragor.
Na
miejscu Morifia kazała jedynie czekającymi na nich Allododwi zwołać
zebranie w sali jadalnej, a sama poszła do komnaty, która miała
być jej sypialnią małżeńską. Tam stanęła przy oknie i
patrzyła na zachodzące słońce. Czuła, iż ona również zachodzi
– cała jej odwaga i waleczność uciekły wraz z jej decyzją
sprzedania swego potomka Fotii Irze. A jej osobowość i sens istoty,
którą przez lata stworzyła, zaginęła, gdy kobieta zrozumiała,
iż będzie musiała współżyć z praktycznie obcym dla niej
mężczyzną i że dziecko, którego pragnęła, nie będzie owocem
miłości jej i Duda. Na wspomnienie męża łza skapnęła z oka
księżniczki. Dopiero gdy poczuła wilgoć na skórze, uświadomiła
sobie, że płacze. Makijaż, który Morifia sobie zrobiła, miał
również na celu powstrzymanie jej od płaczu. Kobieta przypomniała
sobie o swoim postanowieniu i otarła zamaszystym ruchem łzę z
policzka.
-
,,Nie chciałby, żebyś płakała – Pomyślała – Musisz
walczyć, ponieważ poświęcił się dla ciebie... Nie miałby zbyt
wielkiego wyboru, lecz mógł w zamian za wolność, sprzedać nas
Scarlettowi. On jednak zginął, wiedząc, że oddaje życie w
słusznej sprawie... Również musisz się poświęcić za ogół w
taki, czy inny sposób.”
Morifia
wyprostowała się, przybierając pozę królowej. Spojrzała na
otaczające ją pola, wiedząc, że majaczące w oddali domy będą
od jutra bezpiecznym schronieniem dla ich mieszkańców.... Dzięki
niej.
Księżniczka
dumnym krokiem zeszła do znajdującej się na parterze sali
jadalnej, gdzie czekały na nią niedobitki z oddziałów. Kobieta
stanęła na podwyższeniu, zrobionym specjalnie przez Pekatów na
takie okazje.
-
Moi drodzy – Zaczęła uprzejmie, lecz dosyć chłodno –
Poprosiłam Alloda, abyście się tu zebrali w celu przedłożenia
wam umowy, jaką zawarliśmy z władcą Thymosu, Fotią Irą –
Odchrząknęła – Król pomoże nam jutro w walce, która tym razem
zacznie się wraz z zachodem słońca. Najpierw zaatakujemy armatami,
później, po zniszczeniu muru, do walki wkroczy piechota z Thymosu.
Gdy uda im się rozbić część gwardzistów, wkracza konnica. My
postaramy się zdjąć snajperów. Specjalnie do tego celu, Fotia Ira
dostarczy nam, wraz ze swymi wojskami, broń palną. Nie sprecyzował,
co to będzie, najprawdopodobniej różne rodzaje broni, każdy
wybierze taką, jaką będzie w stanie się posługiwać. Takie są
wstępne ustalenia.
-
A co my im za to obiecaliśmy – Odezwał się ktoś z tłumu.
Morifia
spojrzała na zebranych przerażonym wzrokiem. Trwało to ułamek
sekundy, po którym kobieta szybko zamrugała i znów przybrała
kamienny wyraz twarzy.
-
Obiecałam Fotii Irze małżeństwo naszych potomków; pozwoli nam to
zawrzeć unię personalną, a samemu królowi da możliwość wgląd
w przyszłą sytuację polityczną Millenii. Król jest zaręczony,
dlatego nasze śluby odbędą się zaraz po zakończeniu wojny.
-
Wasze? - Odezwał się ktoś inny – Rozumiem, że król ma
kandydatkę na zonę, lecz ty, pani...? - Pytanie zawisło w
powietrzu.
Zapadła
cisza, w trakcie której Morifia otaksowała zebranych wzrokiem.
-
Nie martwicie się o to – Odparła chłodno – To już moje
zmartwienie – Zrobiła pauzę – Możecie się rozejść –
Odparła przez zęby.
Gdy
zgromadzeni zaczęli się rozchodzić, księżniczka podeszła do
Alloda.
-
Czy możemy chwilę porozmawiać? - Zapytała, przybierając
zatroskany wyraz twarzy – W cztery oczy? - Zaakcentowała całe
zdanie.
-
Oczywiście, księżniczko – Mężczyzna usłużnie skinął głową
– Może w mojej komnacie?
-
Nie, będzie to zbyt oczywiste – Morifia rozejrzała się, jak
gdyby bojąc się, że ktoś mógłby odkryć jej zamiary względem
Alloda – Chodźmy do ogrodu.
Mężczyzna
skinął głową i przepuścił kobietę pierwszą w drzwiach.
-
Czy wszystko w porządku, księżniczko? - Zapytał, jak zwykle
uprzejmie, gdy znaleźli się na tyłach zamku, zwanym potocznie
,,ogrodem” - Wyglądasz dziś inaczej.
-
W porządku? - Kobieta prychnęła, odwracając się tyłem do swego
rozmówcy – Straciłam męża i obiecałam zajść w ciążę z
pierwszym lepszym mężczyzną – Łza znów zakręciła się jej w
oku – Przepraszam za to, że się złoszczę, to przecież nie
twoja wina, a ty pytasz tylko dlatego, że się martwisz –
Westchnęła, odwracając się na powrót twarzą do Alloda – Czy
wiesz, dlaczego poprosiłam cie o rozmowę? - Zapytała po chwili
ciszy.
-
Domyślam się, lecz pozwolę ci kontynuować – Odparł mężczyzna,
prostując się, gotowy na propozycję.
Morifia
przełknęła ślinę; miała nadzieję, że uda jej się uciec od
tych słów.
-
Chciałam cię prosić o rękę – Wyszeptała, wbijając wzrok w
ziemię.
Zapadła
cisza. Bardzo długa, podczas której księżniczce niemal udało jej
spłonąć ze wstydu. Niemal, ponieważ Allod w końcu się odezwał:
-
Chciałabyś, księżniczko, zatańczyć?
Kobieta
raptownie uniosła głowę ze zdziwienia.
-
Teraz? - Zapytała z nutą sceptycyzmu.
-
Czemu nie? - Zapytał Pekat, ściągając wiecznie noszony przez
siebie płaszcz i wyciągając rękę w stronę kobiety.
Morifia
z milczeniem podała mężczyźnie swoją dłoń. Gdy ustawili ramę,
Allod zaczął nucić melodię do tanga, jednak jak na ten taniec,
dość spokojną. Para zaczęła tańczyć; okazało się, że Allod
jest bardzo dobrym tancerzem, a Morifii natychmiast przypominał się
jej taniec z bratem w trakcie balu.
Oboje
wiedzieli, jak tańczyć, dlatego choć spokojne, wiadomo było, iż
jest to tango. Czuli się, jak kochankowie, dla których jest ten
taniec. Ci jednak nie wiedzieli, czy są dla siebie wrogami czy
sprzymierzeńcami, dlatego gdy mężczyzna nucił spokojniejszą
melodię, Morifia pozwoliła sobie nawet na przytulenie do mężczyzny.
Gdy jednak Allod nucił trochę głośniej i prowadził partnerkę
energiczniej, kobieta zaczęła przybierać różne figury,
zapominając, kim są, chciała tylko udowodnić Allodowi, że nie
będzie miał z nią tak łatwo. Na koniec, gdy Pekat nucił ostatnie
dźwięki, Morifia ponownie się do niego przytuliła i pozostała
tak, nawet gdy mężczyzna przestał śpiewać. Kobieta dopiero po
chwili zorientowała się, iż pozostaje w niekorzystnej dla niej
pozycji.
-
Przepraszam – Odchrząknęła, odsuwając się – Czy to miała
oznaczać, że się zgadzasz? - Zapytała dyplomatycznym tonem.
-
Teraz tak – Skinął głową Allod; zabrał swój płaszcz z ziemi
– Pozwól, księżniczko, że cię odprowadzę – Zaproponował,
uśmiechając się delikatnie.
Morifia
cieszyła się, że mężczyzna, z którym będzie miała dziecko,
nigdy jej nie skrzywdzi. Wiedziała to.
CDN...