poniedziałek, 26 czerwca 2017

Godzinę   później rodzeństwo Tomów wyruszyło spod Zamku Fragor. Morifia starała się zachować spokój i udawało jej się to dopóty, dopóki skupiała się na jeździe. Gdy jednak znaleźli się na granicy Milleńsko – Thymosańskiej, jej pewność zaczęła uciekać, a całkiem zanikła, gdy Tomowie zatrzymali się przed Pałacem Ignis. Dziewczyna wystraszona zeskoczyła z konia. Enaret zauważył jej reakcję, dlatego podszedł do niej i położył jej rękę na ramieniu.
- Ja załatwię nam wizytę z Fotią, ty niczym się nie martw, dobrze? - Spojrzał siostrze głęboko w oczy.
- Dziękuję – Wychrypiała kobieta; z nerwów zaschło jej w gardle.
Enaret na pół godziny zniknął za murami pałacu. Gdy wrócił, na jego twarzy malowała się wściekłość, którą zawzięcie próbował zamaskować.
- Mamy kwadrans – Powiedział, wpychając swoje rodzeństwo do wejścia.
- Co ci powiedział? - Zapytał Fortis, gdy oblicze jego brata złagodniało.
- Jeszcze nikt nigdy nie obraził tak mojej rodziny – Syknął – A ja nic nie mogłem na to poradzić, aby spełnił moją prośbę.
Fortis skinął głową i już się nie odezwał.
Pałac Ignis był koloru rubionowego, zgodnie ze swym szlachetnym kamieniem. Zewsząd bił przepych, wśród którego rodzeństwo, ubrane w skromne stroje, wyglądało jak żebracy.
Trójka młodych ludzi została poprowadzona przez straż, aż do sali królewskiej, gdzie na tronie, wśród jeszcze większego przepychu siedział król Fotia Ira, sam ubrany w aksamity i jedwabie. Patrzył na przybyłych gości z góry, spojrzeniem chełpiąc się swym bogactwem, a myślami wyśmiewając Tomów.
- Proszę, proszę – Odezwał się ironicznie, widząc zbliżających się gości – Czyżbym widział moją niedoszłą żonę? - Prychnął.
Morifia spojrzała na niego; tron Fotii znajdował się na podwyższeniu, dlatego sam król mógł ciskać pogardliwe spojrzenia w kogo popadnie. Gdy kobieta widziała po raz ostatni Irę, był młody, miał średniej długości brązowe, proste włosy, ciemne oczy, lekko krzywy nos, przyjazny uśmiech i był gładko ogolony. Teraz jego włosy były dłuższe, uśmiech ironiczny oraz miał cienkiego wąsa oraz małą bródkę. Wyglądał jak wyjęty z osiemnastego wieku Francuz. Mimo to Morifia czuła się przy nim upokorzona; była brudna, na sobie miała łachy, jej włosy były przetłuszczone, a oczy zapuchnięte.
- Jak mogę wam pomóc, moje bezbronne ptaszyny? - Zapytał, wciąż z nutą sarkazmu w głosie.
- Jak zapewne wiesz, w naszym kraju aktualnie panuje wojna, dlatego nasza potyczka nie mogła się odbyć, za co szczerze dziękujemy – Enaret skłonił się bardzo nisko, czując równocześnie wstręt do samego siebie.
- Większą zabawę mam obserwując, jak Millenia wyżera się od środka, nie narażając przy tym moich obywateli – Fotia zaśmiał się paskudnie – Ale kontynuuj, nie mam zbyt wiele czasu – Machnął ręką niedbale.
- Wpierw na tronie zasiadł nasz najmłodszy brat, Scarlett, lecz okazał się tyranem, dlatego zawiązaliśmy przeciw niemu Ruch Antykrólewski, aby doprowadzić do ładu w Millenii. Niestety, on jest wspierany przez najlepszych snajperów, a nasze oddziały wykruszają się coraz bardziej. Dodatkowo wczoraj władzę bezprawnie zagarnął Gatis Syner, który jest jeszcze bardzie bezwzględny, niż Scarlett.
- Cóż ja mam do waszych spraw? - Król wydawał się być znudzony tym wywodem.
- Chcieliśmy prosić cię, królu najdroższy – Enaret ponownie się ukłonił nisko, przełykając równocześnie ślinę ze zdenerwowania – Prosić cię, byś wspomógł swoją armią nasze oddziały, byśmy wspólnie pokonali tyranów – Mężczyzna podniósł wzrok na Fotię, a gdy zobaczył jego kpiący wzrok, dał sygnał rodzeństwu, aby i oni się ukłonili.
Na chwilę nastała cisza, po której salę zapełnił donośny śmiech Fotii Iry.
- I cóż ja tego będę miał?! - Ryknął, śmiejąc się do rozpuku.
- Nasze oddanie, sojusz... - Mówił Enaret, lecz coraz mniej pewnie.
- Oraz moją rękę – Odezwała się Morifia, stając prosto.
- Już dwa razy mi ją przyrzekłaś – Prychnął król – I dwa razy oszukałaś.
- Wtedy byłam dzieckiem i zrobiono to za mnie – Morifia uniosła zdecydowane spojrzenie na Irę – Teraz decyzję podejmuję samodzielnie.
Król zastanowił się przez moment, kiwając cały czas głową.
- Mimo wszystko podziękuję za propozycję; aktualnie jestem zaręczony z córką barona Kapali – Znów przybrał kpiący wyraz twarzy – Jeśli nie macie nic lepszego do zaoferowania, wyjdźcie stąd.
- Możemy zawiązać unię – Odezwał się jeszcze Fortis – Dwa najpotężniejsze kraje Mainu razem, czyż to nie cudowna perspektywa? - Zapytał, lecz już straż chwyciła go za ręce i próbowała wyprowadzić z sali; to samo zrobiła z jego rodzeństwem.
- Czekaj! - Krzyknęła Morifia – A gdyby to nasi potomkowie wzięli ślub? Byłaby to unia personalna, twój potomek miałby wgląd w sprawy Millenii, a co za tym idzie – ty również.
Fotia podniósł rękę, tym samym dając sygnał gwardzistom, by się zatrzymali.
- Lecz z tego, co wiem, ty właśnie straciłaś męża – W jego głos znów wkradła się kpina.
- Nie trudno będzie mi znaleźć nowego; czy przeszkadza ci krew Pekatów? - Kobieta czuła się, jakby łapała się brzytwy.
Fotia Ira nareszcie uśmiechnął się zadowolony, bez ironii.
- Sami stworzyliście Pekatów – Wzruszył ramionami – Dla nas oni zawsze byli Milleńczykami.
- Czyli zgadzasz się – ślub za armię? - Morifia spojrzała z nadzieją na króla.
- Muszę ratować kraj, który stanie się moim sojusznikiem i być może domem dla mojego dziecka – Uśmiechnął się ponownie, tak, jak to zapamiętała Morifia – Każę przygotować stosowne dokumenty.
Król wyszedł z komnaty, a straż zaprowadziła Tomów do salonu dla gości.
- Nie wierzę, że się nam udało – Westchnął Fortis, gdy znaleźli się sami w komnacie – Ale dlaczego zgodził się na drugie małżeństwo, a nie na pierwsze?
- Ponieważ uniósł się honorem, który Morifia już nadszarpnęła; straciłby zapewne szacunek poddanych – Wyjaśnił.
- Ale Morifia pewnie nie zostanie królową, tylko ty, o czym Fotia dobrze wie.
- Lecz i tak będzie miał doskonałą kartę przetargową, zwłaszcza, jeśli urodzę syna, który zasiądzie na tronie Thymosu, Fotia będzie mógł go kontrolować, bo jest królem. Ja nie zostanę królową, dlatego mam mniejszy głos w tej sprawie – Odezwała się Morifia, lecz mówiąc to, jej wzrok był szklany, jakby była myślami daleko.
Kobieta myślała o Dudusie; kolejny ślub i to w tak krótkim czasie był według niej zdradą. Łzy wezbrały jej do oczu, lecz odwróciła się od braci w stronę kominka, by nie widzieli jej słabości.
Po kilkudziesięciu minutach do komnaty wszedł Fotia Ira, ubrany już znacznie skromniej.
- Przeczytaj to i podpisz – Zwrócił się do Morifii – Śluby odbędą się po pokonaniu Gatisa Synera. Jesteście panowie świadkami, dlatego podpiszcie się poniżej – Rozkazał.
Po części oficjalnej, Fotia znów uśmiechnął się przyjaźnie.
- A teraz chciałbym, byście skorzystali z mojej gościnności i poszli do pałacowych łazienek, nim wrócicie do Millenii. Nim jednak to się wydarzy, za godzinę chcę was znów zobaczyć w sali tronowej, na omówienie szczegółów naszej współpracy.
Rodzeństwo usłużnie spełniło rozkaz króla. Morifia postanowiła w całości wykorzystać daną jej godzinę, jednak odprężenie nie przyszło z łatwością; leżenie w wannie w końcu zaczęło ją drażnić, dlatego postanowiła się osuszyć i wykremować. Pozwoliło jej to na zbadanie swego ciała pod względem blizn i ran. Znalazła ich wiele, lecz największą z nich ukryła w sercu. Kobieta stała naprzeciw lustra, opierając ręce o umywalkę. Na sobie miała tylko czystą bieliznę, przyniesioną jej przez służbę. Wpatrywała się w swoją twarz, której nie widziała od dawna, ponieważ w pałacu nie było luster. Czuja wstręt do siebie, za to, jaka się stała – słaba i gotowa do oddania się byle komu, byleby spłodzić potomka. Miała nadzieję, że Allod zgodzi się na jej propozycję matrymonialną. Gdy tylko wyobraziła sobie ich wspólny ślub, łzy znów cisnęły jej się do oczu. Przemyła twarz zimną wodą, po czym ponownie spojrzała w lustro – nic się nie zmieniło, może z wyjątkiem tego, że jej twarz była bardziej czerwona. Nagle kobieta dostrzegła przed sobą całą serię kosmetyków. Wzięła konturówkę, tusz i czarny cień do powiek i pomalowała się. Efekt dokończyła czerwoną szminką i pudrem. Gdy ponownie przyjrzała się sobie, nie mogła uwierzyć, iż to wciąż ona. Przed nią stała ladacznica. Jednak Morifia nie zdecydowała się na zmycie makijażu. Następnie z przyniesionych dla niej ubrań, wybrała szerokie, czarne spodnie z wysokim stanem i białą koszulę. Buty miała płaskie i wygodne, ale jednocześnie eleganckie. Włosy zostawiła rozwiane i tak wyszła z łazienki. Gdy mijała służbę, widziała zdziwienie w ich oczach, a gdy weszła do sali tronowej, ten sam wyraz twarzy odmalował się na obliczu Fotii Iry.
- Aż żałuję, że nie zgodziłem się na pierwszą propozycję – Wyznał, uśmiechając się z zadowoleniem.
- Uwierz mi, nie masz czego żałować – Odezwała się Morifia, siadając na jednym z przygotowanych krzeseł.
Po chwili dołączyli do niej jej bracia, którzy również nie kryli swego zdziwienia. Jednak nie skomentowali tego podczas całej rozmowy z Fotią Irą, ani w trakcie powrotu do Zamku Fragor.
Na miejscu Morifia kazała jedynie czekającymi na nich Allododwi zwołać zebranie w sali jadalnej, a sama poszła do komnaty, która miała być jej sypialnią małżeńską. Tam stanęła przy oknie i patrzyła na zachodzące słońce. Czuła, iż ona również zachodzi – cała jej odwaga i waleczność uciekły wraz z jej decyzją sprzedania swego potomka Fotii Irze. A jej osobowość i sens istoty, którą przez lata stworzyła, zaginęła, gdy kobieta zrozumiała, iż będzie musiała współżyć z praktycznie obcym dla niej mężczyzną i że dziecko, którego pragnęła, nie będzie owocem miłości jej i Duda. Na wspomnienie męża łza skapnęła z oka księżniczki. Dopiero gdy poczuła wilgoć na skórze, uświadomiła sobie, że płacze. Makijaż, który Morifia sobie zrobiła, miał również na celu powstrzymanie jej od płaczu. Kobieta przypomniała sobie o swoim postanowieniu i otarła zamaszystym ruchem łzę z policzka.
- ,,Nie chciałby, żebyś płakała – Pomyślała – Musisz walczyć, ponieważ poświęcił się dla ciebie... Nie miałby zbyt wielkiego wyboru, lecz mógł w zamian za wolność, sprzedać nas Scarlettowi. On jednak zginął, wiedząc, że oddaje życie w słusznej sprawie... Również musisz się poświęcić za ogół w taki, czy inny sposób.”
Morifia wyprostowała się, przybierając pozę królowej. Spojrzała na otaczające ją pola, wiedząc, że majaczące w oddali domy będą od jutra bezpiecznym schronieniem dla ich mieszkańców.... Dzięki niej.
Księżniczka dumnym krokiem zeszła do znajdującej się na parterze sali jadalnej, gdzie czekały na nią niedobitki z oddziałów. Kobieta stanęła na podwyższeniu, zrobionym specjalnie przez Pekatów na takie okazje.
- Moi drodzy – Zaczęła uprzejmie, lecz dosyć chłodno – Poprosiłam Alloda, abyście się tu zebrali w celu przedłożenia wam umowy, jaką zawarliśmy z władcą Thymosu, Fotią Irą – Odchrząknęła – Król pomoże nam jutro w walce, która tym razem zacznie się wraz z zachodem słońca. Najpierw zaatakujemy armatami, później, po zniszczeniu muru, do walki wkroczy piechota z Thymosu. Gdy uda im się rozbić część gwardzistów, wkracza konnica. My postaramy się zdjąć snajperów. Specjalnie do tego celu, Fotia Ira dostarczy nam, wraz ze swymi wojskami, broń palną. Nie sprecyzował, co to będzie, najprawdopodobniej różne rodzaje broni, każdy wybierze taką, jaką będzie w stanie się posługiwać. Takie są wstępne ustalenia.
- A co my im za to obiecaliśmy – Odezwał się ktoś z tłumu.
Morifia spojrzała na zebranych przerażonym wzrokiem. Trwało to ułamek sekundy, po którym kobieta szybko zamrugała i znów przybrała kamienny wyraz twarzy.
- Obiecałam Fotii Irze małżeństwo naszych potomków; pozwoli nam to zawrzeć unię personalną, a samemu królowi da możliwość wgląd w przyszłą sytuację polityczną Millenii. Król jest zaręczony, dlatego nasze śluby odbędą się zaraz po zakończeniu wojny.
- Wasze? - Odezwał się ktoś inny – Rozumiem, że król ma kandydatkę na zonę, lecz ty, pani...? - Pytanie zawisło w powietrzu.
Zapadła cisza, w trakcie której Morifia otaksowała zebranych wzrokiem.
- Nie martwicie się o to – Odparła chłodno – To już moje zmartwienie – Zrobiła pauzę – Możecie się rozejść – Odparła przez zęby.
Gdy zgromadzeni zaczęli się rozchodzić, księżniczka podeszła do Alloda.
- Czy możemy chwilę porozmawiać? - Zapytała, przybierając zatroskany wyraz twarzy – W cztery oczy? - Zaakcentowała całe zdanie.
- Oczywiście, księżniczko – Mężczyzna usłużnie skinął głową – Może w mojej komnacie?
- Nie, będzie to zbyt oczywiste – Morifia rozejrzała się, jak gdyby bojąc się, że ktoś mógłby odkryć jej zamiary względem Alloda – Chodźmy do ogrodu.
Mężczyzna skinął głową i przepuścił kobietę pierwszą w drzwiach.
- Czy wszystko w porządku, księżniczko? - Zapytał, jak zwykle uprzejmie, gdy znaleźli się na tyłach zamku, zwanym potocznie ,,ogrodem” - Wyglądasz dziś inaczej.
- W porządku? - Kobieta prychnęła, odwracając się tyłem do swego rozmówcy – Straciłam męża i obiecałam zajść w ciążę z pierwszym lepszym mężczyzną – Łza znów zakręciła się jej w oku – Przepraszam za to, że się złoszczę, to przecież nie twoja wina, a ty pytasz tylko dlatego, że się martwisz – Westchnęła, odwracając się na powrót twarzą do Alloda – Czy wiesz, dlaczego poprosiłam cie o rozmowę? - Zapytała po chwili ciszy.
- Domyślam się, lecz pozwolę ci kontynuować – Odparł mężczyzna, prostując się, gotowy na propozycję.
Morifia przełknęła ślinę; miała nadzieję, że uda jej się uciec od tych słów.
- Chciałam cię prosić o rękę – Wyszeptała, wbijając wzrok w ziemię.
Zapadła cisza. Bardzo długa, podczas której księżniczce niemal udało jej spłonąć ze wstydu. Niemal, ponieważ Allod w końcu się odezwał:
- Chciałabyś, księżniczko, zatańczyć?
Kobieta raptownie uniosła głowę ze zdziwienia.
- Teraz? - Zapytała z nutą sceptycyzmu.
- Czemu nie? - Zapytał Pekat, ściągając wiecznie noszony przez siebie płaszcz i wyciągając rękę w stronę kobiety.
Morifia z milczeniem podała mężczyźnie swoją dłoń. Gdy ustawili ramę, Allod zaczął nucić melodię do tanga, jednak jak na ten taniec, dość spokojną. Para zaczęła tańczyć; okazało się, że Allod jest bardzo dobrym tancerzem, a Morifii natychmiast przypominał się jej taniec z bratem w trakcie balu.
Oboje wiedzieli, jak tańczyć, dlatego choć spokojne, wiadomo było, iż jest to tango. Czuli się, jak kochankowie, dla których jest ten taniec. Ci jednak nie wiedzieli, czy są dla siebie wrogami czy sprzymierzeńcami, dlatego gdy mężczyzna nucił spokojniejszą melodię, Morifia pozwoliła sobie nawet na przytulenie do mężczyzny. Gdy jednak Allod nucił trochę głośniej i prowadził partnerkę energiczniej, kobieta zaczęła przybierać różne figury, zapominając, kim są, chciała tylko udowodnić Allodowi, że nie będzie miał z nią tak łatwo. Na koniec, gdy Pekat nucił ostatnie dźwięki, Morifia ponownie się do niego przytuliła i pozostała tak, nawet gdy mężczyzna przestał śpiewać. Kobieta dopiero po chwili zorientowała się, iż pozostaje w niekorzystnej dla niej pozycji.
- Przepraszam – Odchrząknęła, odsuwając się – Czy to miała oznaczać, że się zgadzasz? - Zapytała dyplomatycznym tonem.
- Teraz tak – Skinął głową Allod; zabrał swój płaszcz z ziemi – Pozwól, księżniczko, że cię odprowadzę – Zaproponował, uśmiechając się delikatnie.
Morifia cieszyła się, że mężczyzna, z którym będzie miała dziecko, nigdy jej nie skrzywdzi. Wiedziała to.
CDN...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz