poniedziałek, 3 lipca 2017

OSTATNIE  ROZDANIE
Ostatnie  promienie słoneczne oświetlały polanę znajdującą się nieopodal Pałacu Regium oraz czekające na niej oddziały Ruchu Antykrólewskiego. Stali przygotowani, czuwający, wrażliwi na każdy nawet najmniejszy ruch.
Nie znajdowali się jednak na tyle daleko, by uwięziony w swej komnacie Scarlett nie mógł ich zobaczyć; widział stojące na polanie postacie, które przypominały mu grono mrówek, czekające na polecenia swej królowej. Mężczyzna spojrzał w dół; Gatis również zdawał sobie sprawę z czyhającego niebezpieczeństwa, dlatego teraz przechadzał się po placu, z rękami splecionymi za plecami i wydawał rozkazy gwardzistom stojącym w szeregach. To samo robił Iskariota w stosunku do snajperów.
- Co ja narobiłem – Szepnął do siebie Scarlett.
Dopiero słowa Synera uświadomiły mu swoją niedojrzałość. Wiedział, że gdyby nie dał się zmanipulować, cały przewrót poszedłby mu znacznie lepiej, zwłaszcza, gdyby odłożył go na później. A tak stracił matkę i żonę. Nie żałował ojca, a o rodzeństwie myślał tylko z sentymentem. Jednak teraz gotów byłby się z nimi sprzymierzyć, byleby odzyskać godność. Król chwycił się za kask, którego z niewiadomych mu przyczyn nie potrafił zdjąć. Ograniczenie wywołane tym rekwizytem dobijało go w swej bezsilności.
Enaret również myślał o swym najmłodszym bracie, lecz raczej w kwestii sposobu wymierzenia mu kary. Fortis wypatrywał armii z Thymosu, a Morifia próbowała po raz ostatni przypominała wojownikom, jak wielką odwagą się wykazali i jak bardzo wszyscy Tomowie są wdzięczni za ich poświęcenie. Myślami jednak była przy Dudusie; przywoływała jego ducha, aby dał jej siłę na tę walkę.
- Idą! - Krzyknął Fortis w pewnym momencie.
Na horyzoncie pokazał się ogromny oddział – piechota i konnica, prowadzona przez mężczyznę w średnim wieku. Po dotarciu do Ruchu Antykrólewskiego, Thymosanie podzielili się swoją bronią, wysłuchali planu Enareta i pozostali pod jego opieką, podczas gdy dowodzący nimi do tej pory mężczyzna odjechał na bezpieczna odległość.
- Fotia nie zaryzykuje utraty ważnej dla niego postaci – Prychnął Enaret – Nieważne – Pokręcił głową – Ruszamy! - Krzyknął – Po kilku minutach zwrócił się do swojej siostry – Gdybym zginął, to w tym woreczku – Wyciągnął z kieszeni skórzany przedmiot – Jest klucz do hełmu Scarletta, a raczej jego kopia, oryginał ma Gatis. Weź go ze sobą, gdybym umarł.
- Dobrze – Morifia skinęła głową i uważnie obserwowała, gdzie brat chowa woreczek.
Kilkadziesiąt metrów przed zamkiem armia zatrzymała się.
- Teraz zgodnie z planem ruszają armaty – Oświadczył Enaret – Gotowi? - Spojrzał na tzw. strzałowych, z których składali się ci Milleńczycy, którzy ze względu na stan zdrowia nie nadawali się do walki wręcz – Cel – Enaret zaczął odliczać – Ognia!
Armaty gruchnęły, pociski uderzyły w mur, cegły zaczęły z hukiem odpadać.
- Nie pozostaniemy obojętni – Odparł Gatis do Iskarioty – Wystrzelajcie ich.
Ruch gotowy na taką sytuację miał przygotowaną Morifię, która podnosiła drzewa i robiła z nich zasłonę dla armat. Reszta broniła się tarczami. Do ataku na snajperów przystąpił Fortis, rzucając w przeciwników czym popadnie, a Enaret tradycyjnie podpalał kule armatnie, Dzięki temu teren wokół pałacu zaczął się palić, a mur szybko został zburzony. Wtedy do akcji wkroczyła piechota z Thymosu. Dobrze wyszkoleni wojownicy szybko rozprawili się z wymęczonymi gwardzistami pałacowymi. Gdy pierwsze żniwa zostały zebrane, konnica milleńska ruszyła do ataku i zaczęła ostrzeliwać snajperów. Wtedy Pekatowie pod wodzą Morifii zaczęli przedostawać się do zamku poprzez ukryte przejścia, których zajęci gwardziści i snajperzy nie mogli już pilnować. Tak udało im się wejść na mury, jednak ponieśli dotkliwe straty; snajperzy szybko zorientowali się z obecności nieproszonych gości i zamiast w pole bitwy, celowali w Pekatów. Wielu z nich zginęło, lecz pozostałych obroniła Morifia swoją mocą, czy to w roli obrony czy ataku przeciwko snajperom.
Morifia jak wilk broniła Pekatów. Pot lał jej się z czoła, gdy mocą dźwigała przed sobą grube konary drzew, służące za tarcze, a każdy spadający Pekat, którego nie udało jej się obroni, był nożem wbitym w jej serce. Enaret miał podobne odczucia, gdy co rusz następował na swych wojowników, lecz wtedy z jeszcze większą satysfakcją mordował gwardzistów i snajperów. Fortis natomiast cały skupiony był na walce. Wiedział, że straty poniosą obie strony, jednak przełykał ciężko ślinę, gdy w poległym rozpoznał kogoś, z kim był w bardziej zażyłej relacji. Cieszył się, że w Zamku Fragor pozostały kobiety, które nie nadawały się do walki, takie jak Leni, a które w tym czasie opiekowały się rannymi i małym Emmetem.
Po dwóch godzinach szala zwycięstwa przesunęła się na stronę Ruchu Antykrólewskiego. Reakcją Gatisa Synera na to odkrycie było schowanie się w pałacu.
- Kiedy oni przybędą, kiedy? - Pytał sam siebie, nerwowo chodząc po korytarzu – A może powinienem wypuścić Scarletta, bo on jest chyba najpotężniejszą istotą, jaką znam...
Nagle zagrzmiał róg.
- Są... - Twarz Synera rozjaśniła się; mężczyzna wybiegł na częściowo zburzony taras, znajdujący się we frontowej części pałacu.
Jego oczom ukazała się ogromna armia maszerująca wprost na pałac. Byli to Epitymijczycy, poproszeni jeszcze tego samego dnia przez Iskariotę o pomoc. Nie była to armia królewska, lecz płatni zabójcy, najemnicy i kolejni snajperzy, czyli wszystkie wyrzutki społeczeństwa Epitymii, bardzo groźni i niebezpieczni.
Na dźwięk rogu wszyscy zamarli i odwrócili głowy.
- Nie... - Szepnął Enaret, zobaczywszy posiłki.
Morifia, która już była na placu bitwy, spanikowała; zaczęła szukać w głowie rozwiązania, lecz tam była pustka. Spojrzała na Enareta, by ten ją wspomógł i wtedy księżniczka wpadła na pewien pomysł.
Fortis również zląkł się na widok wojsk, lecz postanowił wykorzystać moment zawieszenia na swoją stronę; jak najszybciej zaatakował zaczął rzucać przypadkowymi przedmiotami w snajperów i w ten sposób wyeliminował ich część.
Walka rozgorzała na nowo, lecz nie dla Morifii, która miała własny plan. Przepychając się przez walczących dotarła do Enareta i zaczęła mu wpychać ręce w kieszenie.
- Co ty wyprawiasz?! - Zbeształ ją brat, wbijając w tym samym momencie miecz w brzuch gwardzisty.
Wtedy Morifia wyciągnęła z jego kieszeni woreczek i bez słowa uciekła. Enaret oczywiście przejrzał zamiary siostry.
- Wracaj tu! - Krzyknął, lecz nie mógł biec za księżniczką, ponieważ został zaatakowany przez kolejnego gwardzistę.
Morifia starała się nie myśleć o konsekwencjach swego czynu. Pobiegła do komnaty brata, mając nadzieję, że Scarlett właśnie tam jest przetrzymywany. Drzwi były zamknięte, co ucieszyło kobietę.
- Scarlett! - Krzyknęła najgłośniej, jak umiała.
Tom, który przez cały czas stał przy oknie i obserwował przebieg bitwy, wzdrygnął się. Czyżby to naprawdę była jego siostra, czy już ma omamy z tego szaleństwa.
- Morifia? - Zapytał, podchodząc do drzwi.
- Tak! - Krzyknęła dziewczyna uradowana – Posłuchaj mnie; zdejmę ci hełm oraz wypuszczę cię stąd, jeśli pomożesz nam pokonać Gatisa. Chcesz się na nim zemścić za to, co ci zrobił, prawda? - Morifia czuła się naiwnie, stojąc pod pokojem brata, lecz to była jej ostatnia deska ratunku – Zgadzasz się?
- Tak, ja... - Scarlett przełknął ciężko ślinę – Ja chcę naprawić swój błąd.
Morifia aż odsunęła się ze zdziwienia, lecz potem zrozumiała, że to może być pułapka. Jednak musiała zaryzykować.
- Dobrze, powiedzmy, że ci wierzę, ale jeśli mnie oszukujesz, zawsze znajdzie się chętny, by cię zabić. A teraz odsuń się od drzwi.
Scarlett skrzywił się na słowa siostry, lecz spełnił jej polecenie; podszedł do jednej z szuflad i wyciągnął z niej fiolkę z bardzo jasnym, różowym proszkiem, użytym już kiedyś przez króla. Schował ją do kieszeni, mając nadzieję, że jej nie zgubi.
Morifia pobiegła do najbliższego pokoju i z jego okna mocą wyrwała gałąź z najbliższego drzewa. Następnie zabrała kawał drewna przed drzwi sypialni brata i z całej mocy uderzyła o nie gałęzią. Przeszkoda runęła, ukazując Morifii wybałuszone oczy Scarletta.
- Jak ty wyglądasz? - Westchnęła kobieta, widząc cały poplamiony, zakurzony i brudny od krwi biały golf brata, a właściwie szary golf.
- Czy to ważne? - Syknął Scarlett – Zdejmiesz mi to? - Wskazał na hełm.
- Ale współpracujesz, jasne? - Kobieta zwęziła oczy w małe szparki.
- Tak, obiecuję – Westchnął Tom – Czy możesz...? - Pokazał na swoją głowę – Chyba nie mamy czasu na pogaduchy, z tego, co się orientuję.
Morifia po raz kolejny spiorunowała go wzrokiem, lecz już się nie odezwała, tylko wyciągnęła klucz z woreczka Enareta i otworzyła nim zamek z tyłu hełmu, który po otwarciu rozsypał się. Scarlett otrzepał ramiona i głowę, po czym pociągnął siostrę za rękę.
- Chodźmy, pora zakończyć wojnę – Odparł, odwracając się przez ramię i posyłając uśmiech siostrze.
Wtedy Morifia zrozumiała, że jej decyzja była słuszna.
Rodzeństwo pobiegło na mury, gdzie dotarły posiłki snajperskie. Podobnie jak na centralne pole bitwy, które zostało zdominowane przez armię z Epitymii.
- Trzymaj się z tyłu, zabijaj tych, którzy mi uciekną – Rozkazał Scarlett i nie czekając na aprobatę Morifii, rzucił się w ogień walki.
Snajperzy byli zdziwieni na jego widok, tym łatwiej było Tomowi ich znokautować; mocą zabierał im broń z rąk, aby potem podnosić snajperów jak szmaciane lalki i uderzać o siebie nawzajem lub zrzucać z murów. Morifia dobijała tych, których upadek albo uderzenia nie zabiły.
Udało im się pokonać większość snajperów, ale część z nich uciekła na dół. Tam jednak zajęły się nimi wojska Ruchu i Thymosu.
Scarlett i Morifia zbiegli na pole bitwy, które dopiero teraz stało się krwawe; Scarlett nie oszczędzał nikogo. Stał na środku i każdego, kto się do niego zbliżył, unicestwiał, nawet jeśli był to koń; rozrywał wrogów na części, rzucał nimi. Zauważył, że Enaret bardzo oszczędnie włada swoją mocą, więc gdy tylko jej użył, Scarlett przejmował ją, by zrobić z niej należyty użytek, nie bojąc się widoku palących się wrogów.
Gatis w pierwszym momencie nie zauważył Scarletta, lecz gdy tylko zobaczył, że jego wojska padają jak muchy, zaczął rozglądać się na boki. Wtedy dojrzał młodego Toma – potężnego i niepokonanego. Postanowił rozprawić się z nim raz na zawsze. Zabił Thymosana, z którym aktualnie walczył i rzucił się na Scarletta. Ten jednak zdążył go zauważyć i wyrwać miecz pierwszemu lepszemu żołnierzowi. Postanowił walczyć uczciwie.
- Co ty tu robisz?! - Krzyknął Gatis, uderzając w miecz Toma.
- Naprawiam błędy – Odparł Scarlett, odpychając przeciwnika – Co wiążę się z tym, że jeszcze dziś umrzesz.
- Wątpię – Syknął Syner, po czym z krzykiem uderzył na króla.
Mężczyźni walczyli zaciekle, szanse były wyrównane dopóty, dopóki Gatis nie powalił Scarletta.
- I co teraz? - Zapytał Gatis z kąśliwym uśmiechem.
Scarlett nie zdążył nic odpowiedzieć, gdy nagle Syner został przebity czyimś mieczem. Gdy upadł, odsłonił Fortisa.
- Miło cię znowu widzieć, bracie – Odparł szczerze wojownik, podając rękę bratu – Nie pozwoliłem mu cię zabić – Zaczął, gdy Scarlett stanął z nim twarzą w twarz – Ponieważ sam chcę to zrobić... Potem – Skinął powoli głową – Teraz dokończ to, co zacząłeś – Warknął i oddalił się.
Scarlett odwrócił się za nim.
- ,,Przynajmniej on zmienił się na lepsze” - Pomyślał, po czym wrócił do walki.
Bitwa trwała do rana. Promienie wschodzącego słońca przełamały czerwień pobojowiska, na którym wciąż znajdywali się walczący. Tę ciszę wczesnego poranka przełamywał brzdęk uderzanych o siebie mieczy oraz jęki walczących. Scarlett nie miał już sił, by używać swojej mocy, dlatego z Iskariotą walczył na miecze. W końcu jednym mocnym pchnięciem Tom powalił snajpera na ziemię i uciął mu głowę. Wtedy Epitymijczycy i gwardziści poddali się. Ruch Antykrólewski, który składał się z niewielkiej już liczby Milleńczyków oraz Pekatów, wydał okrzyk radości. Wszyscy zaczęli przytulać się do siebie i ocierać pot z czoła albo łzy z policzków. Scarlett w tym nie uczestniczył. Stał na środku, opierając ręce na kolanach i oddychając ciężko. Nagle ujrzał przed sobą cień.
- Dziękuję, bracie – Odparł Enaret, podając rękę Scarlettowi – Gdyby nie ty, wszyscy byśmy tej nocy zginęli.
Scarlett wpierw spojrzał na brata, by po chwili podać mu rękę. Bracia patrzyli na siebie w skupieniu, a delikatny wietrzyk smagał ich twarze, dając nadzieję na nowy początek.
- Pamiętasz, jak grywaliśmy w szachy – Zapytał nagle Scarlett z uśmiechem.
- Tak – Kąciki ust Enareta również się uniosły.
- Dzisiaj to ja wygrałem – Odparł Tom z dumą.
- Wątpię. Czeka cię proces i więzienie – Enaret znów stał się poważny.
Scarlett skinął głową, a uśmiech nie schodził z jego ust. Nagle spojrzał na Morifię.
- Dziękuję ci, siostro, za tę szansę, choć wiem, że mnie nienawidzisz za to, że zabiłem Duda – Odparł, wciąż się uśmiechając – Nic mnie nie usprawiedliwia – Wzruszył ramionami.
Morifia spojrzała na brata z nienawiścią, lecz cisnące się do jej oczu łzy nie pozwoliły jej nic powiedzieć.
- Ty, Fortis, nareszcie się ogarnąłeś, widzę – Scarlett zwrócił się do drugiego brata, śmiejąc się delikatnie.
- Zaraz zetrę ci ten uśmiech z gęby – Syknął Fortis – Zabiłeś mi ojca.
- Prawda – Scarlett wzruszył ramionami od niechcenia – A ty mi żonę. Jesteśmy kwita.
- I doprowadziłeś do samobójstwa naszej matki – Dodał Enaret z gniewem.
- Zrobiła, co chciała, pamiętaj, że też ja kochałem – Odparł Scarlett bardziej poważnym tonem – Ale co było, minęło – Uśmiech znów wrócił na jego twarz – Przepraszam, naprawdę... Powiedz mi jeszcze, jak ma na imię moje dziecko? - Zwrócił się ciszej do Enareta.
- Emmet.
- Emmet – Oczy Scarletta rozbłysły – Czyli chłopiec... Opiekujcie się nim dobrze – Rozkazał, po czym zrobił kilka kroków w tył – Żegnajcie – Odrzekł.
Scarlett wyciągnął szybko z kieszeni fiolkę z trucizną i połknął jej zawartość.
- Nie! - Tyle zdążyło krzyknąć jego rodzeństwo.
Enaret spojrzał osłupiały na brata i przypomniał sobie o swej wizji, którą ujrzał przed ocknięciem się we Włoszech. Teraz miał ją na żywo przed oczami; wychudzony Scarlett zaczął ciężko oddychać, fiolka wypadła z jego ręki. Zaniósł się kaszlem, a z jego ust i nosa pociekła krew.
- Scarlett, ty głupcze... - Szepnął Enaret.
Młody Tom nie potrafił złapać tchu; zgiął się w pół i cierpiał, a nikt nie postanowił mu ulżyć.
- W zagajniku... Pod jabłonią... Domina... – Wyjąkał ostatkiem tchu, spoglądając na Enareta okiem, z którego popłynęła mu ostatnia, rzewna łza.
Nagle wzrok króla stał się martwy, a sam Scarlett padł na wznak. Nie okrył go szkarłatny płaszcz, jak w wizji Enareta, ponieważ to młody Tom był szkarłatem i sam doprowadził do swojej śmierci.


- Wiem, jak nietaktowna wydaje wam się ta uroczystość, zwłaszcza, że za chwilę odbędzie się koronacja nowego króla – Mówił Enaret, patrząc na zebranych w Świątyni Teos – Rozumiem, iż w ostatnich dwóch miesiącach król Scarlett zgotował wam tyranię i ucisk, lecz pamiętajmy, iż dał się poznać od innej strony przez te dwieście siedemdziesiąt sześć lat, przede wszystkim jako jednego z nas – Książę zrobił krótką pauzę – Był przede wszystkim naszym bratem, którego, nie da się ukryć, kochaliśmy – Mężczyzna pochylił głowę, aby ukryć żal na twarzy – Ja zapamiętam go, jako inteligentnego, wyjątkowego, lecz zagubionego Milleńczyka – Spojrzał wprost na tłum zgromadzonych – Ambicja go zamroczyła, być może jest tu wina naszego ojca, lecz nie nam to osądzać – Wzruszył ramionami, zauważając małe poruszenie wśród zgromadzonych – Moim zdaniem faktycznie traktował go z rezerwą, lecz gdyby Scarlett nie uniósł się dumą, nigdy byśmy nie doświadczyli tej wojny... Lecz patrzmy na pozytywne strony; udało nam się pogodzić z Thymosem, rozbiliśmy nielegalne siły Epitymi, za co królowa Lasivia Suia jest nam wdzięczna. Sprawę Invidii rozwiąże nowy król, a my pozyskaliśmy nowych obywateli w postaci Pekatów – Spojrzał na siedzącego w pierwszym rzędzie Alloda – J zaopiekuję się Emmetem Tomem, nowym księciem Millenii. Dodatkowo, gdy uda nam się odbudować gospodarkę, ruszą pracę nad nowym pałacem, gdzie będzie rezydował jedynie król z rodziną; koniec z wielkim hotelem i jego hierarchią – Uśmiechnął się pod nosem – Proszę, abyście nie dewastowali grobu mego brata, ponieważ należy mu się godny spoczynek; był mi szczególnie drogi, ponieważ dojrzałem w nim talent. To samo ujrzał Gatis Syner, lecz wykorzystał to w złym celu. Nie myślcie jednak, że próbuję usprawiedliwić Scarletta, jestem na niego wściekły, lecz nie potrafię zapomnieć o tych spędzonych razem latach i więzach krwi, które nas łączyły – Otaksował zgromadzonych wzrokiem – Zostanie pochowany wraz ze swą żoną, Dominą, a nasza matka, Mitis, popłynie za swym mężem. Uszanujcie naszą decyzję – Poprosił łagodnie, po czym zszedł z piedestału.
Scarlett oraz Domina w odświętnych strojach zostali pochowani w królewskich ogrodach, a ciało Mitis popłynęło w trumnie wzdłuż rzeki, tak jak na to zasługiwała królowa.
A potem nastąpił chwalebny czas Fortisa – nowego króla Millenii. Enaret zrezygnował z tej funkcji, ponieważ stracił wiarę w swe możliwości i chciał wykorzystać swe siły na wychowaniu Emmeta, chcąc w ten sposób odnaleźć radość z życia. Morifia zrezygnowała czując, iż nieszczęśliwa nie będzie w stanie władać krajem. Wystarczająco przykry był dla niej ślub z Allodem. Mężczyzna czuł to i swym uśmiechem starał się dodać kobiecie otuchy.
Fortis stojąc, już po koronacji, naprzeciw zgromadzonych w świątyni, patrzył ukradkiem na siedzącą w pierwszym rzędzie Leni, która go zauroczyła.
I tak po dwóch latach rozpoczęła się praca nad nowym pałacem, który był gotowy po roku. Wprowadził się do niego Fortis wraz z Leni, swą świeżo upieczoną żoną. Doczekali się dwójki dzieci. Wcześniej jednak Morifia urodziła zdrową dziewczynkę, która została przeznaczona pierworodnemu synowi Fotii Iry.
W Millenii zapanował spokój. Król rządził sprawiedliwie, dawał przykład poddanym, stworzył wzorowe państwo. Lecz mniejsze szczęście spotkało jego rodzeństwo; Enaret nie potrafił nikogo pokochać, a Morifia tkwiła w nieszczęśliwym związku. Nie tylko oni cierpieli – wielu Milleńczyków nie potrafiło otrząsnąć się po stracie bliskich. Wojna już nigdy nie dała o sobie zapomnieć.


ZAKOŃCZENIE
- To jest ten stary pałac? - Zapytała Elpidia, córka Fortisa.
- Tak, wasi rodzice doszczętnie go zniszczyli – Odpowiedział jej Emmet, szczerząc się.
- Twój ojciec wywołał wojnę – Skrzywiła się Agapi, córka Morifii.
- Ja i tak go podziwiam – Odparł dumnie młody chłopak.
- Ale to mój tata jest królem – Fidem, brat Elpidii, wypiął język w stronę kuzyna.
Cała czwórka roześmiała się i kontynuowała wycieczkę do ogrodów pałacowych. Wszyscy byli w podobnym wieku; Emmet miał sto sześćdziesiąt osiem lat i wiedział, że Enaret jest jego wujkiem, a nie ojcem. Elpidia i Fidem – bliźniaki – byli pięć lat młodsi od kuzyna, a Agapi tylko rok młodsza od Emmeta.
- To faktycznie najładniejsze miejsce w całej Millenii, a może i Mainie – Oświadczyła rozmarzona Agapi, gdy ujrzała sad.
- Gdzieś w tym ogrodzie jest grób moich rodziców – Powiedział Emmet poważnym tonem, rozglądając się wokoło.
- Ja nie mam zamiaru tam iść – Odparł Fidem, krzyżując ręce na piersi.
- To... - Elpidia spojrzała trochę wystraszonym wzrokiem na brata – Ja też – Odpowiedziała szybko, małpując zachowanie chłopaka.
- A ty? - Fidem spojrzał na kuzynkę.
Agapi patrzyła to na jednego, to na drugiego z kuzynów.
- Pójdziesz ze mną? - Zapytał Emmet, chwytając dziewczynkę za rękę.
- Dobrze – Agapi skinęła głową z uśmiechem.
- Zdrajcy – Syknął Fidem – Idziemy pooglądać ruiny? - Zwrócił się w stronę siostry.
- Kto pierwszy na miejscu! - Dziewczynka rozpromieniła się i czym prędzej pobiegła w stronę pałacu.
Gdy kuzynostwo zniknęło z pola widzenia, Agapi i Emmet ruszyli w stronę zagajnika. Szli w milczeniu, pogrążeni w myślach, aż do maleńkiej polany, schowanej wśród drzew.
- Ślicznie tu – Rozmarzyła się Agapi.
- Podobno leżą pod jabłonią – Odparł Emmet, rozglądając się; co drugie drzewo było jabłonią – Może zostańmy tutaj – Chłopak skrzywił się – Usiądźmy – Zaproponował, wskazując na głaz leżący nieopodal.
Dzieci usiadły i ponownie nastało milczenie.
- Dobrze ci z wujkiem Enaretem? - Zapytała Agapi w końcu.
- Tak, ale niewiele dowiedziałem się od niego na temat mojego ojca. Za to dużo wiem o mamie – Emmet uśmiechnął się, a w jego niebieskich oczach pojawił się blask – Podobno była piękna, mądra i urocza, tylko pod koniec życia trochę się pogubiła... Wujek powiedział, że zabił ją snajper, ale ja wiem, jak było... Tatę podobno zabił Gatis Syner, godząc mieczem, w zamian za co tata go zastrzelił... Ale ja wiem, że tata się otruł.
- Nie sądzisz, że to tchórzostwo? - Zapytała Agapi nieśmiało.
- Nie wiem... Chciałbym być taki jak on – odważny i ambitny – Emmet znów się rozmarzył – Myślisz, że znajdzie się dla mnie miejsce w polityce?
Agapi parsknęła śmiechem, w czym kuzyn jej zawtórował. Dzieciaki jeszcze chwilę zostały w ogrodach, po czym dołączyły do swego kuzynostwa w zamku.
Emmet wrócił do domu, gdzie Enaret przygotował dla nich kolację.
- Byłem dzisiaj na grobie mojego taty – Przyznał chłopak w pewnym momencie.
Łyżka z zupą zawisła w połowie drogi do ust Enareta; mężczyzna spojrzał na bratanka i znów, jak co dzień, ujrzał oczy swego brata oraz to samo hipnotyzujące spojrzenie. Ten wzrok uważał za codzienną karę za nieupilnowanie brata; czuł się współwinny w wojnie i jego śmierci.
Morifia również z bólem każdego dnia patrzyła na swe dziecko; nie mogła znieść myśli, że któregoś dnia weźmie ślub z synem Fotii Iry – drugim dzieckiem króla. Miała nadzieję, że Agapi nie popełni tego samego błędu, co jej matka.
Emmet jednak nie przejmował się historią swego ojca; wiedział, co zrobił, ale podziwiał go za spryt i inteligencje. Czuł, że odziedziczył to po nim, ponieważ testował na swoim kuzynostwie sztukę manipulacji, co często mu wychodziło. Każdego wieczora kładł się spać z uśmiechem na ustach i planem na przyszłość – zmanipulować wszystkich.



KONIEC

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz