OSTATNIE ROZDANIE
Ostatnie promienie słoneczne oświetlały polanę znajdującą się nieopodal
Pałacu Regium oraz czekające na niej oddziały Ruchu
Antykrólewskiego. Stali przygotowani, czuwający, wrażliwi na każdy
nawet najmniejszy ruch.
Nie
znajdowali się jednak na tyle daleko, by uwięziony w swej komnacie
Scarlett nie mógł ich zobaczyć; widział stojące na polanie
postacie, które przypominały mu grono mrówek, czekające na
polecenia swej królowej. Mężczyzna spojrzał w dół; Gatis
również zdawał sobie sprawę z czyhającego niebezpieczeństwa,
dlatego teraz przechadzał się po placu, z rękami splecionymi za
plecami i wydawał rozkazy gwardzistom stojącym w szeregach. To samo
robił Iskariota w stosunku do snajperów.
-
Co ja narobiłem – Szepnął do siebie Scarlett.
Dopiero
słowa Synera uświadomiły mu swoją niedojrzałość. Wiedział, że
gdyby nie dał się zmanipulować, cały przewrót poszedłby mu
znacznie lepiej, zwłaszcza, gdyby odłożył go na później. A tak
stracił matkę i żonę. Nie żałował ojca, a o rodzeństwie
myślał tylko z sentymentem. Jednak teraz gotów byłby się z nimi
sprzymierzyć, byleby odzyskać godność. Król chwycił się za
kask, którego z niewiadomych mu przyczyn nie potrafił zdjąć.
Ograniczenie wywołane tym rekwizytem dobijało go w swej
bezsilności.
Enaret
również myślał o swym najmłodszym bracie, lecz raczej w kwestii
sposobu wymierzenia mu kary. Fortis wypatrywał armii z Thymosu, a
Morifia próbowała po raz ostatni przypominała wojownikom, jak
wielką odwagą się wykazali i jak bardzo wszyscy Tomowie są
wdzięczni za ich poświęcenie. Myślami jednak była przy Dudusie;
przywoływała jego ducha, aby dał jej siłę na tę walkę.
-
Idą! - Krzyknął Fortis w pewnym momencie.
Na
horyzoncie pokazał się ogromny oddział – piechota i konnica,
prowadzona przez mężczyznę w średnim wieku. Po dotarciu do Ruchu
Antykrólewskiego, Thymosanie podzielili się swoją bronią,
wysłuchali planu Enareta i pozostali pod jego opieką, podczas gdy
dowodzący nimi do tej pory mężczyzna odjechał na bezpieczna
odległość.
-
Fotia nie zaryzykuje utraty ważnej dla niego postaci – Prychnął
Enaret – Nieważne – Pokręcił głową – Ruszamy! - Krzyknął
– Po kilku minutach zwrócił się do swojej siostry – Gdybym
zginął, to w tym woreczku – Wyciągnął z kieszeni skórzany
przedmiot – Jest klucz do hełmu Scarletta, a raczej jego kopia,
oryginał ma Gatis. Weź go ze sobą, gdybym umarł.
-
Dobrze – Morifia skinęła głową i uważnie obserwowała, gdzie
brat chowa woreczek.
Kilkadziesiąt
metrów przed zamkiem armia zatrzymała się.
-
Teraz zgodnie z planem ruszają armaty – Oświadczył Enaret –
Gotowi? - Spojrzał na tzw. strzałowych, z których składali się
ci Milleńczycy, którzy ze względu na stan zdrowia nie nadawali się
do walki wręcz – Cel – Enaret zaczął odliczać – Ognia!
Armaty
gruchnęły, pociski uderzyły w mur, cegły zaczęły z hukiem
odpadać.
-
Nie pozostaniemy obojętni – Odparł Gatis do Iskarioty –
Wystrzelajcie ich.
Ruch
gotowy na taką sytuację miał przygotowaną Morifię, która
podnosiła drzewa i robiła z nich zasłonę dla armat. Reszta
broniła się tarczami. Do ataku na snajperów przystąpił Fortis,
rzucając w przeciwników czym popadnie, a Enaret tradycyjnie
podpalał kule armatnie, Dzięki temu teren wokół pałacu zaczął
się palić, a mur szybko został zburzony. Wtedy do akcji wkroczyła
piechota z Thymosu. Dobrze wyszkoleni wojownicy szybko rozprawili się
z wymęczonymi gwardzistami pałacowymi. Gdy pierwsze żniwa zostały
zebrane, konnica milleńska ruszyła do ataku i zaczęła ostrzeliwać
snajperów. Wtedy Pekatowie pod wodzą Morifii zaczęli przedostawać
się do zamku poprzez ukryte przejścia, których zajęci gwardziści
i snajperzy nie mogli już pilnować. Tak udało im się wejść na
mury, jednak ponieśli dotkliwe straty; snajperzy szybko zorientowali
się z obecności nieproszonych gości i zamiast w pole bitwy,
celowali w Pekatów. Wielu z nich zginęło, lecz pozostałych
obroniła Morifia swoją mocą, czy to w roli obrony czy ataku
przeciwko snajperom.
Morifia
jak wilk broniła Pekatów. Pot lał jej się z czoła, gdy mocą
dźwigała przed sobą grube konary drzew, służące za tarcze, a
każdy spadający Pekat, którego nie udało jej się obroni, był
nożem wbitym w jej serce. Enaret miał podobne odczucia, gdy co rusz
następował na swych wojowników, lecz wtedy z jeszcze większą
satysfakcją mordował gwardzistów i snajperów. Fortis natomiast
cały skupiony był na walce. Wiedział, że straty poniosą obie
strony, jednak przełykał ciężko ślinę, gdy w poległym
rozpoznał kogoś, z kim był w bardziej zażyłej relacji. Cieszył
się, że w Zamku Fragor pozostały kobiety, które nie nadawały się
do walki, takie jak Leni, a które w tym czasie opiekowały się
rannymi i małym Emmetem.
Po
dwóch godzinach szala zwycięstwa przesunęła się na stronę Ruchu
Antykrólewskiego. Reakcją Gatisa Synera na to odkrycie było
schowanie się w pałacu.
-
Kiedy oni przybędą, kiedy? - Pytał sam siebie, nerwowo chodząc po
korytarzu – A może powinienem wypuścić Scarletta, bo on jest
chyba najpotężniejszą istotą, jaką znam...
Nagle
zagrzmiał róg.
-
Są... - Twarz Synera rozjaśniła się; mężczyzna wybiegł na
częściowo zburzony taras, znajdujący się we frontowej części
pałacu.
Jego
oczom ukazała się ogromna armia maszerująca wprost na pałac. Byli
to Epitymijczycy, poproszeni jeszcze tego samego dnia przez Iskariotę
o pomoc. Nie była to armia królewska, lecz płatni zabójcy,
najemnicy i kolejni snajperzy, czyli wszystkie wyrzutki społeczeństwa
Epitymii, bardzo groźni i niebezpieczni.
Na
dźwięk rogu wszyscy zamarli i odwrócili głowy.
-
Nie... - Szepnął Enaret, zobaczywszy posiłki.
Morifia,
która już była na placu bitwy, spanikowała; zaczęła szukać w
głowie rozwiązania, lecz tam była pustka. Spojrzała na Enareta,
by ten ją wspomógł i wtedy księżniczka wpadła na pewien pomysł.
Fortis
również zląkł się na widok wojsk, lecz postanowił wykorzystać
moment zawieszenia na swoją stronę; jak najszybciej zaatakował
zaczął rzucać przypadkowymi przedmiotami w snajperów i w ten
sposób wyeliminował ich część.
Walka
rozgorzała na nowo, lecz nie dla Morifii, która miała własny
plan. Przepychając się przez walczących dotarła do Enareta i
zaczęła mu wpychać ręce w kieszenie.
-
Co ty wyprawiasz?! - Zbeształ ją brat, wbijając w tym samym
momencie miecz w brzuch gwardzisty.
Wtedy
Morifia wyciągnęła z jego kieszeni woreczek i bez słowa uciekła.
Enaret oczywiście przejrzał zamiary siostry.
-
Wracaj tu! - Krzyknął, lecz nie mógł biec za księżniczką,
ponieważ został zaatakowany przez kolejnego gwardzistę.
Morifia
starała się nie myśleć o konsekwencjach swego czynu. Pobiegła do
komnaty brata, mając nadzieję, że Scarlett właśnie tam jest
przetrzymywany. Drzwi były zamknięte, co ucieszyło kobietę.
-
Scarlett! - Krzyknęła najgłośniej, jak umiała.
Tom,
który przez cały czas stał przy oknie i obserwował przebieg
bitwy, wzdrygnął się. Czyżby to naprawdę była jego siostra, czy
już ma omamy z tego szaleństwa.
-
Morifia? - Zapytał, podchodząc do drzwi.
-
Tak! - Krzyknęła dziewczyna uradowana – Posłuchaj mnie; zdejmę
ci hełm oraz wypuszczę cię stąd, jeśli pomożesz nam pokonać
Gatisa. Chcesz się na nim zemścić za to, co ci zrobił, prawda? -
Morifia czuła się naiwnie, stojąc pod pokojem brata, lecz to była
jej ostatnia deska ratunku – Zgadzasz się?
-
Tak, ja... - Scarlett przełknął ciężko ślinę – Ja chcę
naprawić swój błąd.
Morifia
aż odsunęła się ze zdziwienia, lecz potem zrozumiała, że to
może być pułapka. Jednak musiała zaryzykować.
-
Dobrze, powiedzmy, że ci wierzę, ale jeśli mnie oszukujesz, zawsze
znajdzie się chętny, by cię zabić. A teraz odsuń się od drzwi.
Scarlett
skrzywił się na słowa siostry, lecz spełnił jej polecenie;
podszedł do jednej z szuflad i wyciągnął z niej fiolkę z bardzo
jasnym, różowym proszkiem, użytym już kiedyś przez króla.
Schował ją do kieszeni, mając nadzieję, że jej nie zgubi.
Morifia
pobiegła do najbliższego pokoju i z jego okna mocą wyrwała gałąź
z najbliższego drzewa. Następnie zabrała kawał drewna przed
drzwi sypialni brata i z całej mocy uderzyła o nie gałęzią.
Przeszkoda runęła, ukazując Morifii wybałuszone oczy Scarletta.
-
Jak ty wyglądasz? - Westchnęła kobieta, widząc cały poplamiony,
zakurzony i brudny od krwi biały golf brata, a właściwie szary
golf.
-
Czy to ważne? - Syknął Scarlett – Zdejmiesz mi to? - Wskazał na
hełm.
-
Ale współpracujesz, jasne? - Kobieta zwęziła oczy w małe
szparki.
-
Tak, obiecuję – Westchnął Tom – Czy możesz...? - Pokazał na
swoją głowę – Chyba nie mamy czasu na pogaduchy, z tego, co się
orientuję.
Morifia
po raz kolejny spiorunowała go wzrokiem, lecz już się nie
odezwała, tylko wyciągnęła klucz z woreczka Enareta i otworzyła
nim zamek z tyłu hełmu, który po otwarciu rozsypał się. Scarlett
otrzepał ramiona i głowę, po czym pociągnął siostrę za rękę.
-
Chodźmy, pora zakończyć wojnę – Odparł, odwracając się przez
ramię i posyłając uśmiech siostrze.
Wtedy
Morifia zrozumiała, że jej decyzja była słuszna.
Rodzeństwo
pobiegło na mury, gdzie dotarły posiłki snajperskie. Podobnie jak
na centralne pole bitwy, które zostało zdominowane przez armię z
Epitymii.
-
Trzymaj się z tyłu, zabijaj tych, którzy mi uciekną – Rozkazał
Scarlett i nie czekając na aprobatę Morifii, rzucił się w ogień
walki.
Snajperzy
byli zdziwieni na jego widok, tym łatwiej było Tomowi ich
znokautować; mocą zabierał im broń z rąk, aby potem podnosić
snajperów jak szmaciane lalki i uderzać o siebie nawzajem lub
zrzucać z murów. Morifia dobijała tych, których upadek albo
uderzenia nie zabiły.
Udało
im się pokonać większość snajperów, ale część z nich uciekła
na dół. Tam jednak zajęły się nimi wojska Ruchu i Thymosu.
Scarlett
i Morifia zbiegli na pole bitwy, które dopiero teraz stało się
krwawe; Scarlett nie oszczędzał nikogo. Stał na środku i każdego,
kto się do niego zbliżył, unicestwiał, nawet jeśli był to koń;
rozrywał wrogów na części, rzucał nimi. Zauważył, że Enaret
bardzo oszczędnie włada swoją mocą, więc gdy tylko jej użył,
Scarlett przejmował ją, by zrobić z niej należyty użytek, nie
bojąc się widoku palących się wrogów.
Gatis
w pierwszym momencie nie zauważył Scarletta, lecz gdy tylko
zobaczył, że jego wojska padają jak muchy, zaczął rozglądać
się na boki. Wtedy dojrzał młodego Toma – potężnego i
niepokonanego. Postanowił rozprawić się z nim raz na zawsze. Zabił
Thymosana, z którym aktualnie walczył i rzucił się na Scarletta.
Ten jednak zdążył go zauważyć i wyrwać miecz pierwszemu
lepszemu żołnierzowi. Postanowił walczyć uczciwie.
-
Co ty tu robisz?! - Krzyknął Gatis, uderzając w miecz Toma.
-
Naprawiam błędy – Odparł Scarlett, odpychając przeciwnika –
Co wiążę się z tym, że jeszcze dziś umrzesz.
-
Wątpię – Syknął Syner, po czym z krzykiem uderzył na króla.
Mężczyźni
walczyli zaciekle, szanse były wyrównane dopóty, dopóki Gatis nie
powalił Scarletta.
-
I co teraz? - Zapytał Gatis z kąśliwym uśmiechem.
Scarlett
nie zdążył nic odpowiedzieć, gdy nagle Syner został przebity
czyimś mieczem. Gdy upadł, odsłonił Fortisa.
-
Miło cię znowu widzieć, bracie – Odparł szczerze wojownik,
podając rękę bratu – Nie pozwoliłem mu cię zabić – Zaczął,
gdy Scarlett stanął z nim twarzą w twarz – Ponieważ sam chcę
to zrobić... Potem – Skinął powoli głową – Teraz dokończ
to, co zacząłeś – Warknął i oddalił się.
Scarlett
odwrócił się za nim.
-
,,Przynajmniej on zmienił się na lepsze” - Pomyślał, po czym
wrócił do walki.
Bitwa
trwała do rana. Promienie wschodzącego słońca przełamały
czerwień pobojowiska, na którym wciąż znajdywali się walczący.
Tę ciszę wczesnego poranka przełamywał brzdęk uderzanych o
siebie mieczy oraz jęki walczących. Scarlett nie miał już sił,
by używać swojej mocy, dlatego z Iskariotą walczył na miecze. W
końcu jednym mocnym pchnięciem Tom powalił snajpera na ziemię i
uciął mu głowę. Wtedy Epitymijczycy i gwardziści poddali się.
Ruch Antykrólewski, który składał się z niewielkiej już liczby
Milleńczyków oraz Pekatów, wydał okrzyk radości. Wszyscy zaczęli
przytulać się do siebie i ocierać pot z czoła albo łzy z
policzków. Scarlett w tym nie uczestniczył. Stał na środku,
opierając ręce na kolanach i oddychając ciężko. Nagle ujrzał
przed sobą cień.
-
Dziękuję, bracie – Odparł Enaret, podając rękę Scarlettowi –
Gdyby nie ty, wszyscy byśmy tej nocy zginęli.
Scarlett
wpierw spojrzał na brata, by po chwili podać mu rękę. Bracia
patrzyli na siebie w skupieniu, a delikatny wietrzyk smagał ich
twarze, dając nadzieję na nowy początek.
-
Pamiętasz, jak grywaliśmy w szachy – Zapytał nagle Scarlett z
uśmiechem.
-
Tak – Kąciki ust Enareta również się uniosły.
-
Dzisiaj to ja wygrałem – Odparł Tom z dumą.
-
Wątpię. Czeka cię proces i więzienie – Enaret znów stał się
poważny.
Scarlett
skinął głową, a uśmiech nie schodził z jego ust. Nagle spojrzał
na Morifię.
-
Dziękuję ci, siostro, za tę szansę, choć wiem, że mnie
nienawidzisz za to, że zabiłem Duda – Odparł, wciąż się
uśmiechając – Nic mnie nie usprawiedliwia – Wzruszył
ramionami.
Morifia
spojrzała na brata z nienawiścią, lecz cisnące się do jej oczu
łzy nie pozwoliły jej nic powiedzieć.
-
Ty, Fortis, nareszcie się ogarnąłeś, widzę – Scarlett zwrócił
się do drugiego brata, śmiejąc się delikatnie.
-
Zaraz zetrę ci ten uśmiech z gęby – Syknął Fortis – Zabiłeś
mi ojca.
-
Prawda – Scarlett wzruszył ramionami od niechcenia – A ty mi
żonę. Jesteśmy kwita.
-
I doprowadziłeś do samobójstwa naszej matki – Dodał Enaret z
gniewem.
-
Zrobiła, co chciała, pamiętaj, że też ja kochałem – Odparł
Scarlett bardziej poważnym tonem – Ale co było, minęło –
Uśmiech znów wrócił na jego twarz – Przepraszam, naprawdę...
Powiedz mi jeszcze, jak ma na imię moje dziecko? - Zwrócił się
ciszej do Enareta.
-
Emmet.
-
Emmet – Oczy Scarletta rozbłysły – Czyli chłopiec...
Opiekujcie się nim dobrze – Rozkazał, po czym zrobił kilka
kroków w tył – Żegnajcie – Odrzekł.
Scarlett
wyciągnął szybko z kieszeni fiolkę z trucizną i połknął jej
zawartość.
-
Nie! - Tyle zdążyło krzyknąć jego rodzeństwo.
Enaret
spojrzał osłupiały na brata i przypomniał sobie o swej wizji,
którą ujrzał przed ocknięciem się we Włoszech. Teraz miał ją
na żywo przed oczami; wychudzony Scarlett zaczął ciężko
oddychać, fiolka wypadła z jego ręki. Zaniósł się kaszlem, a z
jego ust i nosa pociekła krew.
-
Scarlett, ty głupcze... - Szepnął Enaret.
Młody
Tom nie potrafił złapać tchu; zgiął się w pół i cierpiał, a
nikt nie postanowił mu ulżyć.
-
W zagajniku... Pod jabłonią... Domina... – Wyjąkał ostatkiem
tchu, spoglądając na Enareta okiem, z którego popłynęła mu
ostatnia, rzewna łza.
Nagle
wzrok króla stał się martwy, a sam Scarlett padł na wznak. Nie
okrył go szkarłatny płaszcz, jak w wizji Enareta, ponieważ to
młody Tom był szkarłatem i sam doprowadził do swojej śmierci.
-
Wiem, jak nietaktowna wydaje wam się ta uroczystość, zwłaszcza,
że za chwilę odbędzie się koronacja nowego króla – Mówił
Enaret, patrząc na zebranych w Świątyni Teos – Rozumiem, iż w
ostatnich dwóch miesiącach król Scarlett zgotował wam tyranię i
ucisk, lecz pamiętajmy, iż dał się poznać od innej strony przez
te dwieście siedemdziesiąt sześć lat, przede wszystkim jako
jednego z nas – Książę zrobił krótką pauzę – Był przede
wszystkim naszym bratem, którego, nie da się ukryć, kochaliśmy –
Mężczyzna pochylił głowę, aby ukryć żal na twarzy – Ja
zapamiętam go, jako inteligentnego, wyjątkowego, lecz zagubionego
Milleńczyka – Spojrzał wprost na tłum zgromadzonych – Ambicja
go zamroczyła, być może jest tu wina naszego ojca, lecz nie nam to
osądzać – Wzruszył ramionami, zauważając małe poruszenie
wśród zgromadzonych – Moim zdaniem faktycznie traktował go z
rezerwą, lecz gdyby Scarlett nie uniósł się dumą, nigdy byśmy
nie doświadczyli tej wojny... Lecz patrzmy na pozytywne strony;
udało nam się pogodzić z Thymosem, rozbiliśmy nielegalne siły
Epitymi, za co królowa Lasivia Suia jest nam wdzięczna. Sprawę
Invidii rozwiąże nowy król, a my pozyskaliśmy nowych obywateli w
postaci Pekatów – Spojrzał na siedzącego w pierwszym rzędzie
Alloda – J zaopiekuję się Emmetem Tomem, nowym księciem
Millenii. Dodatkowo, gdy uda nam się odbudować gospodarkę, ruszą
pracę nad nowym pałacem, gdzie będzie rezydował jedynie król z
rodziną; koniec z wielkim hotelem i jego hierarchią – Uśmiechnął
się pod nosem – Proszę, abyście nie dewastowali grobu mego
brata, ponieważ należy mu się godny spoczynek; był mi szczególnie
drogi, ponieważ dojrzałem w nim talent. To samo ujrzał Gatis
Syner, lecz wykorzystał to w złym celu. Nie myślcie jednak, że
próbuję usprawiedliwić Scarletta, jestem na niego wściekły, lecz
nie potrafię zapomnieć o tych spędzonych razem latach i więzach
krwi, które nas łączyły – Otaksował zgromadzonych wzrokiem –
Zostanie pochowany wraz ze swą żoną, Dominą, a nasza matka,
Mitis, popłynie za swym mężem. Uszanujcie naszą decyzję –
Poprosił łagodnie, po czym zszedł z piedestału.
Scarlett
oraz Domina w odświętnych strojach zostali pochowani w królewskich
ogrodach, a ciało Mitis popłynęło w trumnie wzdłuż rzeki, tak
jak na to zasługiwała królowa.
A
potem nastąpił chwalebny czas Fortisa – nowego króla Millenii.
Enaret zrezygnował z tej funkcji, ponieważ stracił wiarę w swe
możliwości i chciał wykorzystać swe siły na wychowaniu Emmeta,
chcąc w ten sposób odnaleźć radość z życia. Morifia
zrezygnowała czując, iż nieszczęśliwa nie będzie w stanie
władać krajem. Wystarczająco przykry był dla niej ślub z
Allodem. Mężczyzna czuł to i swym uśmiechem starał się dodać
kobiecie otuchy.
Fortis
stojąc, już po koronacji, naprzeciw zgromadzonych w świątyni,
patrzył ukradkiem na siedzącą w pierwszym rzędzie Leni, która go
zauroczyła.
I
tak po dwóch latach rozpoczęła się praca nad nowym pałacem,
który był gotowy po roku. Wprowadził się do niego Fortis wraz z
Leni, swą świeżo upieczoną żoną. Doczekali się dwójki dzieci.
Wcześniej jednak Morifia urodziła zdrową dziewczynkę, która
została przeznaczona pierworodnemu synowi Fotii Iry.
W
Millenii zapanował spokój. Król rządził sprawiedliwie, dawał
przykład poddanym, stworzył wzorowe państwo. Lecz mniejsze
szczęście spotkało jego rodzeństwo; Enaret nie potrafił nikogo
pokochać, a Morifia tkwiła w nieszczęśliwym związku. Nie tylko
oni cierpieli – wielu Milleńczyków nie potrafiło otrząsnąć
się po stracie bliskich. Wojna już nigdy nie dała o sobie
zapomnieć.
ZAKOŃCZENIE
-
To jest ten stary pałac? - Zapytała Elpidia, córka Fortisa.
-
Tak, wasi rodzice doszczętnie go zniszczyli – Odpowiedział jej
Emmet, szczerząc się.
-
Twój ojciec wywołał wojnę – Skrzywiła się Agapi, córka
Morifii.
-
Ja i tak go podziwiam – Odparł dumnie młody chłopak.
-
Ale to mój tata jest królem – Fidem, brat Elpidii, wypiął język
w stronę kuzyna.
Cała
czwórka roześmiała się i kontynuowała wycieczkę do ogrodów
pałacowych. Wszyscy byli w podobnym wieku; Emmet miał sto
sześćdziesiąt osiem lat i wiedział, że Enaret jest jego wujkiem,
a nie ojcem. Elpidia i Fidem – bliźniaki – byli pięć lat
młodsi od kuzyna, a Agapi tylko rok młodsza od Emmeta.
-
To faktycznie najładniejsze miejsce w całej Millenii, a może i
Mainie – Oświadczyła rozmarzona Agapi, gdy ujrzała sad.
-
Gdzieś w tym ogrodzie jest grób moich rodziców – Powiedział
Emmet poważnym tonem, rozglądając się wokoło.
-
Ja nie mam zamiaru tam iść – Odparł Fidem, krzyżując ręce na
piersi.
-
To... - Elpidia spojrzała trochę wystraszonym wzrokiem na brata –
Ja też – Odpowiedziała szybko, małpując zachowanie chłopaka.
-
A ty? - Fidem spojrzał na kuzynkę.
Agapi
patrzyła to na jednego, to na drugiego z kuzynów.
-
Pójdziesz ze mną? - Zapytał Emmet, chwytając dziewczynkę za
rękę.
-
Dobrze – Agapi skinęła głową z uśmiechem.
-
Zdrajcy – Syknął Fidem – Idziemy pooglądać ruiny? - Zwrócił
się w stronę siostry.
-
Kto pierwszy na miejscu! - Dziewczynka rozpromieniła się i czym
prędzej pobiegła w stronę pałacu.
Gdy
kuzynostwo zniknęło z pola widzenia, Agapi i Emmet ruszyli w stronę
zagajnika. Szli w milczeniu, pogrążeni w myślach, aż do maleńkiej
polany, schowanej wśród drzew.
-
Ślicznie tu – Rozmarzyła się Agapi.
-
Podobno leżą pod jabłonią – Odparł Emmet, rozglądając się;
co drugie drzewo było jabłonią – Może zostańmy tutaj –
Chłopak skrzywił się – Usiądźmy – Zaproponował, wskazując
na głaz leżący nieopodal.
Dzieci
usiadły i ponownie nastało milczenie.
-
Dobrze ci z wujkiem Enaretem? - Zapytała Agapi w końcu.
-
Tak, ale niewiele dowiedziałem się od niego na temat mojego ojca.
Za to dużo wiem o mamie – Emmet uśmiechnął się, a w jego
niebieskich oczach pojawił się blask – Podobno była piękna,
mądra i urocza, tylko pod koniec życia trochę się pogubiła...
Wujek powiedział, że zabił ją snajper, ale ja wiem, jak było...
Tatę podobno zabił Gatis Syner, godząc mieczem, w zamian za co
tata go zastrzelił... Ale ja wiem, że tata się otruł.
-
Nie sądzisz, że to tchórzostwo? - Zapytała Agapi nieśmiało.
-
Nie wiem... Chciałbym być taki jak on – odważny i ambitny –
Emmet znów się rozmarzył – Myślisz, że znajdzie się dla mnie
miejsce w polityce?
Agapi
parsknęła śmiechem, w czym kuzyn jej zawtórował. Dzieciaki
jeszcze chwilę zostały w ogrodach, po czym dołączyły do swego
kuzynostwa w zamku.
Emmet
wrócił do domu, gdzie Enaret przygotował dla nich kolację.
-
Byłem dzisiaj na grobie mojego taty – Przyznał chłopak w pewnym
momencie.
Łyżka
z zupą zawisła w połowie drogi do ust Enareta; mężczyzna
spojrzał na bratanka i znów, jak co dzień, ujrzał oczy swego
brata oraz to samo hipnotyzujące spojrzenie. Ten wzrok uważał za
codzienną karę za nieupilnowanie brata; czuł się współwinny w
wojnie i jego śmierci.
Morifia
również z bólem każdego dnia patrzyła na swe dziecko; nie mogła
znieść myśli, że któregoś dnia weźmie ślub z synem Fotii Iry
– drugim dzieckiem króla. Miała nadzieję, że Agapi nie popełni
tego samego błędu, co jej matka.
Emmet jednak nie przejmował się historią swego ojca; wiedział, co
zrobił, ale podziwiał go za spryt i inteligencje. Czuł, że
odziedziczył to po nim, ponieważ testował na swoim kuzynostwie
sztukę manipulacji, co często mu wychodziło. Każdego wieczora
kładł się spać z uśmiechem na ustach i planem na przyszłość –
zmanipulować wszystkich.
KONIEC
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz