środa, 26 lipca 2017

Pięć   minut później Tosia ujrzała idące w jej stronę nowe znajome.
- To co – gotowa na szaleństwo? - Zapytała Asia, lekko podskakując.
Antonina otaksowała dziewczynę wzrokiem; ubrana była w kusą ciemnoniebieską sukienkę bez ramiączek, zagrożoną od odsłonięciem majtek, jeżeli Asia nie przestałaby skakać. Podobną miała na sobie Kasia, tylko zieloną.
- Jak widać – Odparła Tosia, lecz nie zabrzmiało to przekonująco.
Koleżanki zignorowały markotny ton jej głosu.
- To rusz się! - Krzyknęła Kaśka, po czym roześmiała się.
Tosia, we własnym mniemaniu, nie miała innego wyjścia, jak tylko udać się za odchodzącymi koleżankami.
- ,,Może faktycznie spotkam tego chłopaka? - Przemknęło jej przez myśl – Ale o czym ja będę z nim rozmawiać? Zapewne nie jestem w jego typie” - Westchnęła.
Kilka minut później dziewczyny dotarły do klubu Społem, który mieścił się w jednej z kamienic, znajdującej się niedaleko Placu Szczepańskiego. Koleżanki po wejściu do kamienicy musiały zejść po schodach na dół.
Tosia znalazłszy się w środku klubu, poczuła się niekomfortowo; smród dymu papierosowego, wszędzie pełno ludzi, mało przestrzeni, a w sali, w której usiadły, oświetlenie było przyciemnione. W dodatku koło schodów stał manekin ubrany w strój milicjanta, z maską przeciwgazową na twarzy. Manekin straszył Tosię za każdym razem, gdy obok niego przechodziła tego wieczoru.
- I jak? - Zapytała Kasia zaraz po tym, jak kelnerka przyniosła dziewczynom kolorowe drinki.
- Może być – Odparła Tosia z wahaniem.
- Jak tylko wejdziesz na parkiet – Asia skinęła głową na środek sali, gdzie tańczyły kolorowe światełka – Zaraz zmienisz zdanie.
- Pewnie macie rację – Tosia próbowała się odprężyć; sięgnęła po swój napój – Muzyka mi się podoba -lata osiemdziesiąte, dziewięćdziesiąte są w moim guście, więc są duże szanse na udany przebieg dzisiejszej nocy – Uśmiechnęła się do towarzyszek, unosząc równocześnie szklankę z drinkiem – Za nas – Odparła uroczyście.
- Za nas! - Zawtórowały jej koleżanki, śmiejąc się.
Kasia napiła się swojego drinka, rozglądając się po sali i nagle omal się nie zakrztusiła.
- Stara, co się dzieje? - Zapytała Asia, klepiąc przyjaciółkę po plecach.
- Tam siedzi to dziwadło z jakąś laską i starym facetem – Odpowiedziała dziewczyna, wskazując na drugi koniec sali.
Tosia spojrzała we wskazywanym kierunku i ujrzała Józefinę, Łucję oraz mężczyznę z kawiarni, który zapewne miał na imię Piotr. Panna Kruczyńska opowiedziała o spotkaniu ze znielubioną przez jej towarzyszki kobietą.
- Co za tupet – Kaśka skrzywiła się, jakby przed chwilą powąchała nieświeżą rybę.
- Uparcie szuka znajomych – Aśka wzruszyła ramionami, robiąc obojętną minę, jakby była ponad Józefiną.
- Nie wiem, co o niej myśleć – Tosia nachyliła się w stronę znajomych i ściszyła głos na tyle, aby w tym gwarze wciąż być słyszalną – Z jednej strony faktycznie jest dziwna i natrętna, z drugiej coś mnie w niej fascynuje i sprawia, że chcę ją lepiej poznać.
Kaśka i Aśka spojrzały na nową koleżankę jak na kretynkę.
- Z choinki się urwałaś? - Zapytała ta pierwsza, marszcząc brwi i wykrzywiając twarz w grymasie – Po pierwsze: jest wariatką, a od takich trzeba się trzymać z daleka, a po drugie – ona nawet nie przebrała się na wieczór, chodzi w tej samej, taniej sukience – Prychnęła.
- Jedynie brakuje jej kapelusza i okularów – Dodała Asia, taksując Józefinę jeszcze raz, lecz niezbyt dyskretnie.
- I jakie to ma znaczenie? - Zapytała Tosia, unosząc ramiona w geście konsternacji.
- Takie, że jest lamuską – Odpowiedziała Kasia, wydymając usta – A z lamusami się nie zadajemy.
- ,,To co ja tu robię?” - Pomyślała Tosia, marszcząc brwi, a na głos dodała – Dobra, postaram się jej unikać tylko dlatego, że wydaje się nienormalna, a nie dlatego, że nie przebiera się pięć razy dziennie – Przyznała dla świętego spokoju.
Jednak ta odpowiedź nie zadowoliła jej towarzyszek.
- Jeszcze nad tobą popracujemy – Oświadczyła Kasia, krzyżując ręce na piersi i opierając się na oparciu małej, czerwonej, twardej kanapy.
- ,,Dobra, dobra” - Skwitowała Antonina w myślach, przewracając oczami i zajęła się swoim drinkiem.
Nagle w klubie zabrzmiała ,,Tora tora tora” zespołu Numero Uno. Józefina wstała od stolika i ruszyła na parkiet, zachęcając swych znajomych do dołączenia do niej. Po chwili wahania i ironicznych uśmiechów, zrobili to. Tosia przyglądała się nowej znajomej z podziwem; ruszała się jak profesjonalistka, taniec wyraźnie sprawiał jej radość i to budziło największe uznanie w oczach Antoniny.
- Ale poczucie rytmu to ma, skubana – Przyznała Kaśka, przyglądając się kobiecie.
- Dołączymy do nich? - Zapytała Asia z entuzjazmem, wiercąc się na krześle.
- No nie wiem... - Odparła jej przyjaciółka, mrużąc oczy.
- Pewnie! - Wykrzyknęła w tym samym momencie Tosia i pociągnęła Aśkę na parkiet.
Antonina od zawsze lubiła tańczyć, zapominała wtedy o całym świecie. Tak było i tym razem; tańczyły z Asią, jak stare dobre przyjaciółki, nie bacząc na różnice ich dzielące, choćby pod względem charakterów.
Nagle piosenka skończyła się, ale już za chwilę z głośników popłynęło ,,Billie Jean” Michaela Jacksona. Tosia mimowolnie spojrzała na Józefinę, która podbiegła do swojego stolika, zostawiła tam buty i wróciła na parkiet. Wtedy dopiero pokazała, co umie. Tosia zawsze w trakcie tańca skupiała się na sobie, ewentualnie partnerze, lecz teraz gapiła się na tańczącą Józefinę.
Kobieta stała się w tamtym momencie obiektem uwagi wszystkich, znajdujących się w tej sali. Oczywiście większość gości tańczyła, lecz wciąż odwracając głowy za młodą kobietą. Gdy zatańczyła moonwalk, kilka osób gwizdnęło z podziwem, ale Józefina najwyraźniej nic sobie z tego nie robiła, jedynie uśmiechnęła się szeroko w stronę znajomych. Następną piosenką był jakiś gniot disco polo. Tosia postanowiła zejść z parkietu, lecz idąc do stolika zobaczyła, jak Kaśka biegnie na parkiet, krzycząc do Asi:
- Nasza piosenka!
- ,,Co jest, kurwa? - Pomyślała, krzywiąc się – Przecież to disco polo, co ją tak podnieca?”.
Dziewczyna usiadła przy stoliku, aby dopić drinka, gdy nagle pojawiła się przy niej Józefina. Już w butach.
- Miałam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy – Powiedziała, uśmiechając się szeroko.
- Muszę przyznać, że cieszę się z naszego spotkania – Przyznała Tosia szczerze; napiła się drinka, po czym kontynuowała – Mogłam zobaczyć, jak rewelacyjnie tańczysz.
- Wiem – Odparła Józefina, uśmiechając się wręcz diabelsko – Jak tylko wyłączą tę chujowiznę, pójdziemy zatańczyć? - Zaproponowała, z nadzieją w głosie.
- W sumie... Czemu nie – Tosia wzruszyła ramionami, uśmiechając się i zapominając o swym postanowieniu, aby nie rozwijać kontaktu z Józefiną.
Młode studentki przez chwilę siedziały, milcząc, aż do końca piosenki. Następna w kolejce była ,,Pretty Woman” Roya Orbisona, na dźwięk której Józefina rozpromieniła się.
- Idziemy – Skinęła głową w stronę parkietu, równocześnie wstając od stolika.
Tosia dopijając drinka, patrzyła z zafascynowaniem jak kobieta tanecznym krokiem zmierza na sam środek sali. Z ochotą i na przekór Asi i Kasi, które patrzyły na nią, jak na wariatkę, dziewczyna ruszyła na parkiet.
- Pozwolisz, że poprowadzę? - Zapytała Józefina, chwytając nową koleżankę za ręce.
- Proszę bardzo – Tosia wzruszyła ramionami.
Józefina, zgodnie z oczekiwaniami Antoniny, okazała się być świetną partnerką do tańca,a gdy dziewczyna zamykała czasami oczy, czuła się, jakby tańczyła z mężczyzną. Nie zwracała uwagi na zachowanie swoje i znajomej, być może ze względu na wypity wcześniej alkohol, lecz reszta gości klubu przyglądała im się z zaciekawieniem. Gdy piosenka skończyła się, Tosia aż dyszała z podekscytowania.
- Dziękuję – Powiedziała, wyciągając dłoń w stronę Józefiny.
- Przyjemność po mojej stronie – Odparła kobieta, kłaniając się lekko.
Wtedy z głośników popłynął kolejny utwór Jacksona - ,,Blood on the dance floor”.
- Jeszcze raz? - Zapytała Józefina, wciąż z uśmiechem na ustach; Tosia uznała, iż kobieta miała bardzo ładny uśmiech.
- Muszę odpocząć – Przyznała dziewczyna.
Józefina tylko wzruszyła ramionami, po czym poszła po Łucję i wyciągnęła ją do tańca, rzucając swoje buty ponownie w kąt. I wtedy dopiero Tosia nie mogła oderwać wzroku od tańczących; ruszały się bez żadnego skrępowania, jakby były parą kochanków. Nie kochanek – Józefina swym zachowaniem bardziej przypominała mężczyznę, zwłaszcza, że praktycznie nie potrafiła utrzymać rąk we właściwym miejscu i prowadziła Łucję tak, by jak najczęściej ich ciała się dotknęły, czemu panna Gabon najwyraźniej nie miała nic przeciwko. Gdy piosenka stopniowo się wyciszała i większość tańczących zaczęła wracać do stolików, Łucja rozradowana rzuciła się w ramiona Józefiny gorący pocałunek na jej ustach. Niektórzy odwrócili wzrok, inni uśmiechali się pod nosem, a Tosia czuła się skonsternowana. Niby była tolerancyjna, ale nigdy nie poznała nikogo o odmiennej orientacji homoseksualnej, dlatego nie wiedziała, jak się zachować w takiej sytuacji. Powolnym krokiem wróciła do stolika.
- Widzisz tę wariatkę z koleżaneczką? - Prychnęła Kaśka, gdy Tosia usiadła obok niej.
- Patola – Westchnęła Asia, kręcąc głową.
- Bez przesady – Tosia zwróciła im uwagę.
- Jakby co, to ja nie mam nic przeciwko – Kaśka uniosła ręce w obronnym geście – Ale mogłyby się lizać gdzieś w kącie, a nie na forum.
- Może pójdę po kolejne drinki? - Tosia szybko zmieniła temat.
- O tak! - Nagle Asia zapomniała o poprzedniej dyskusji – Weź mi tego, którego ty miałaś, taki był kolorowy! - Klasnęła w dłonie z entuzjazmem.
- A ty, Kasiu? - Zapytała Tosia, zabierając puste szklanki ze stolika.
- Wódkę z colą, poproszę – Mruknęła dziewczyna z obrażoną miną.
Antonina przekręciła oczami i poszła w stronę baru. Wracając z trzema drinkami, zauważyła, że do klubu wszedł student, który tak bardzo jej się spodobał. Dziewczyna na chwilę znieruchomiała; poprawiłaby włosy, gdyby nie miała zajętych rąk. Z tego powodu nabrała przekonania, że wygląda jak spocona, poszarpana małpka, co wywołało na jej policzkach jeszcze większe rumieńce. Młody mężczyzna nawet nie spojrzał na Tosię, co dziewczyna zrzuciła na karb swego wyglądu. Antonina westchnęła, a gdy przystojny chłopak zniknął z jej oczu, wróciła do koleżanek.
- Patrz, kto przyszedł! - Pisnęła Asia, gdy Tosia usiadła przy stoliku.
Panna Kruczyńska rozejrzała się po sali i ze zdumieniem dostrzegła, że trzy stoliki dalej siedzi przystojny student ze swoimi kolegami.
- Podoba ci się? - Zapytała Tosia powoli, odwracając głowę w stronę koleżanki.
- Wszystkim dziewczynom się podoba – Odpowiedziała Asia, patrząc łakomie na studenta.
- Każdego z tych byczków mogłabym ujeżdżać – Stwierdziła Kaśka, mlaszcząc językiem.
Na te słowa Tosia spłonęła rumieńcem; jeszcze nie spała z chłopakiem i każda aluzja na temat seksu wprawiała ją w zakłopotanie, zwłaszcza z ust tak młodej dziewczyny.
- Chyba ktoś poczuł się speszony – Zauważyła Aśka, trącając młodą koleżankę w ramię.
- Mam tak nie mówić? - Zapytała Kasia z przekąsem – Chyba nic z tego nie jest ci obce.
- Zależy, o czym mówimy – Odparła Tosia, patrząc na koleżankę spode łba.
- O stosunkach... Międzyludzkich – Kaśka mrugnęła okiem.
- Szczerze? Nie jestem obeznana w tym temacie, więc zakończmy go – Ucięła dziewczyna krótko, podświadomie kierując swe stopy w stronę wyjścia.
Nowe znajome spojrzały na nią ze zdziwieniem.
- Nic a nic...? - Zapytała Kasia, nachylając się w stronę Antoniny.
- Koniec – Odpowiedziała panna Kruczyńska, krzyżując ręce na piersi i odchylając się lekko.
- Dobrze, już – Kaśka wyprostowała się – Panno obrażalska – Dodała, krzywiąc się.
Tosia spojrzała wściekle na nową znajomą, a ta odwzajemniła się tym samym. Aśka czując wiszącą w powietrzu kłótnię, odezwała się piskliwym głosem.
- To może dziś to się zmieni, jeśli zagadasz do tego chłopaka – Skinęła w stronę interesującego je stolika – Nie mówię, że masz iść od razu z nim do łóżka, ale może chociaż się zaprzyjaźnicie, albo nawet zakochacie? - Uśmiechnęła się przyjaźnie.
Tosia odwzajemniła uśmiech; Asia wydawała jej się być bardzo sympatyczna, w przeciwieństwie do wiecznie niezadowolonej i zgryźliwej Katarzyny. Wywnioskowała jednak, że przyjaźń tylko z Aśką jest niemożliwa, bo zawsze w pakiecie z nią będzie Kaśka.
- Może masz rację – Odparła Tosia z nadzieją – Tylko jak mam do niego zagadać? Czy to facet nie powinien zrobić pierwszego kroku?
- Nie bądź taka archaiczna – Ofuknęła ją Kasia – Teraz kobiety nawet się oświadczają.
- Masz rację – Stwierdziła Tosia, zamyślając się – To co ja mu powiem? - Zapytała, patrząc wystraszonym wzorkiem na koleżanki.
- Przedstaw się i powiedz, że uczęszczacie razem na jeden kierunek – Odparła Kaśka, wzruszając ramionami – To chyba najprostszy sposób.
- A jeśli mnie odtrąci?
- Jeśli nie spróbujesz, to się nie przekonasz.
- Nie możesz podchodzić do wszystkiego z takim nastawieniem – Wtrąciła Asia łagodnym tonem – Inaczej skończysz w starej kawalerce z kotami.
- Lubię koty – Tosia wzruszyła ramionami i spojrzała na koleżanki; ich zdegustowane miny rozśmieszyły ją – Przecież żartuję, już idę – Odparła, wstając.
Tosia oddychała głęboko, idąc w kierunku stolika, przy którym siedział przystojny student.
- ,,Tylko postaraj się nie żartować – Upomniała siebie w duchu – Bo ci to nie wychodzi”.
Gdy stanęła obok młodych chłopaków, gwar ich rozmów ucichł. Zaczęli się w nią wpatrywać z zainteresowaniem, lecz nie odezwali się ani słowem.
- Cześć – Zaczęła Tosia, zastanawiając się równocześnie, jak wielki jest rumieniec wstydu na jej policzkach – Widziałam kilku z was na rozpoczęciu roku na UJ-cie i stwierdziłam, że fajnie byłoby się poznać... - Dziewczyna nieświadomie wykręcała palce jednej ręki – Chyba nie będzie lepszej okazji, niż na imprezie, przy piwku... - Uśmiechnęła się uroczo.
Kilku studentów rozpromieniło się na te słowa, a zwłaszcza ten jeden, dla którego Tosia tak się starała.
- Czyli co – stawiasz piwo? - Zapytał jeden z nich, wysoki, ciemnowłosy.
- Jasne... Czemu nie? - Tosia z całej siły starała się powstrzymać grymas; zrozumiała, że chłopcy chcą się nią wysłużyć.
- Nie masz swojego? - Ofuknął go student, który spodobał się Tosi – W zamian za to przynieś dziewczynie piwo, na własny koszt – Rozkazał, piorunując kolegę wzrokiem – A ty siadaj – Zwrócił się do Tosi, robiąc jej miejsce na kanapie – Jak masz na imię? - Zapytał, gdy dziewczyna usiadła obok niego.
- Antonina – Odparła panna Kruczyńska z uśmiechem – Mówcie mi Tosia.
- Śliczne imię – Blondyn uśmiechnął się – Ja jestem Michał, to jest Maciek – Wskazał na rudego chłopaka, siedzącego obok niego – Dalej: Kuba, Arek, a ten debil, który poszedł do baru, to Karol.
Kuba był wysoki, barczysty i miał brązowe włosy, a Arek był najchudszy i najmniejszy z nich wszystkich, lecz widać było, iż jest silny; również był blondynem.
- Miło mi was poznać – Odparła Tosia, ściskając rękę każdego z nich po kolei.
Rozmowa potoczyła się w miarę swobodnym tonie. Nawet Karol, choć z początku niezadowolony z faktu, iż Michał potraktował go jak służącego, po chwili rozluźnił się i wciągnął się w rozmowę. Niestety dobry nastrój zepsuło pojawienie się przy ich stoliku Łucji.
- Witajcie, panowie – Kobieta omiotła wzrokiem pięciu mężczyzn – Chciałabym z jednym z was zatańczyć.
- Służę pomocą w wyborze – Arek skoczył na równe nogi – Jestem doskonałym tancerzem – Uśmiechnął się szeroko.
- Nie wątpię, ja jednak wolałabym zatańczyć z tym panem – Wskazała na Michała – Co ty na to?
Michał uśmiechnął się, lecz nim wstał, spojrzał trochę zawstydzonym wzrokiem na Tosię. Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami.
Antonina patrzyła na kokieteryjne ruchy Łucji, gdy para zaczęła tańczyć. Dziewczyna poczuła lekkie ukłucie w sercu, jednak zganiła się za to w myślach; przecież dopiero co się poznali i fakt, że Michał jej się spodobał nie oznaczał, iż może rościć sobie do niego prawa. Jednak żal z jej serca nie zniknął. Dodatkowo rozmowy przy stoliku nagle ucichły, co stało się dla wszystkich bardzo uciążliwe.
- Kto chce wyjść na papierosa? - Zapytał Kuba, co było dosyć nierozsądne z jego strony, ponieważ w lokalu palenie było dozwolone.
Tosia poczuła się głupio, gdy pozostali chłopcy wyrazili chęć wyjścia na zewnątrz, pozostawiając ją samej sobie. Nie na długo jednak, ponieważ po chwili przysiadła się do niej Józefina, z papierosem w dłoni.
- Chyba plan się nie udał – Odparła, wydmuchując dym papierosowy.
- Jaki plan? - Tosia spojrzała na nią gniewnie.
- Poderwania tego przystojniaka; to jasne jak na dłoni, że na niego lecisz.
- Skoro o tym wiesz, to nie mogłaś powstrzymać koleżanki przed wyrwaniem go? - Tosia odwróciła wzrok od znajomej.
- Wolny kraj, kochana – Józefina wzruszyła ramionami, po czym zaciągnęła się.
- Dziwi mnie jej zachowanie – Stwierdziła Tosia po chwili – Najpierw rzuca się na ciebie, a teraz na niego. Myślałam, że jesteście razem.
- No coś ty; mówiłam, że jesteśmy przyjaciółkami i czasem się tak wygłupiamy, zwłaszcza gdy trochę za dużo wypijemy. Szczerze – Józefina nachyliła się w stronę koleżanki – Z chęcią bym się zamieniła z nią miejscami.
- Droga wolna – Tosia jeszcze bardziej spochmurniała.
- Nie zrobię ci tego – Józefina pokręciła głową i spojrzała przenikliwe na nową znajomą.
Antonina pod naporem tego spojrzenia zwróciła wzrok w stronę koleżanki i nagle poczuła ściskanie w żołądku.
- Pójdziemy do baru? - Zapytała Józefina po chwili ciszy.
Tosia zgodziła się i to był błąd; po kilku kolejkach shotów była już kompletnie pijana. Zapomniała o tym, że do klubu przyszła z Kaśką i Aśką; koleżanki nawet jej nie szukały. Tosia zignorowała nowo poznanych chłopaków, a przede wszystkim Michała.
- I tak zostanę starą panną – Mówiła, będąc w błogim stanie upojenia alkoholowego.
- To może idź do niego jeszcze raz? - Zapytała Józefina; również była wstawiona, lecz nie tak bardzo jak jej towarzyszka.
- I co mu powiem? - Dziewczyna roześmiała się.
-Nic, po prostu poproś go do tańca.
- Nie... - Tosia zaczęła odsuwać się od koleżanki.
- Chodź, nie marudź – Józefina pociągnęła Tosię za rękę aż do sali, w której na początku siedziały – Do boju – Odparła, popychając Tosię w stronę stolika Michała.
Dziewczyna potykając się, wpadła na Michała, który akurat wstał.
- Przepraszam – Roześmiał się; również był już pod wpływem alkoholu.
- Chodź tańczyć – Rozkazała Tosia, ciągnąc go na parkiet.
Podczas gdy panna Kruczyńska tańczyła, do Józefiny podeszła Łucja.
- I co, zazdrosna? - Zapytała, opierając się na ramieniu przyjaciółki.
- Bardzo, a ten, jak mu tam?
- Michał.
- Michał – w porządku?
- A fajny, fajny – Łucja była rozbawiona, ale nie pijana; wypiła tylko dwa drinki.
- Wiesz, co mam na myśli.
- Wydaje mi się, że Tosia nie będzie przygodą na jedną noc; widziałam, jak na nią spojrzał, nim poszliśmy tańczyć.
- No i...?
- Z tego może być coś więcej... Ale to również typ podrywacza.
- Skąd wiesz?
Łucja spojrzała na Józefinę rozmarzonym wzrokiem, przygryzając równocześnie wargę.
- Całowaliśmy się – Odparła, rumieniąc się.
Józefina spiorunowała ją wzrokiem.
- Nie denerwuj się – Kobieta roześmiała się, całując przyjaciółkę w policzek – Tylko go wypróbowywałam. Poza tym, przecież nie jesteśmy parą.
- Niestety – Westchnęła Józefina.
- Jeśli chcesz, możesz kogoś dziś wyrwać – Odparła Łucja obojętnym tonem.
- Nie chcę, bo zniszczyło by mi to wieczór, który wiem, jak się skończy.
- Niby jak? - Zapytała Łucja, stając naprzeciw przyjaciółki.
- Tak, że wylądujesz u mnie w łóżku.
Uśmiech zastygł na twarzy Łucji. Po chwili jednak roześmiała się.
- Trzymam cię za słowo – Odparła cicho.
Józefina uśmiechnęła się szeroko, wręcz diabelsko. W tym momencie rozmowę przerwało pojawienie się Tosi.
- Dziękuję! - Pisnęła, rzucając się na Józefinę – Tańczyło się bosko.
- To czemu dalej z nim nie tańczysz? - Zapytała Łucja, krzyżując ręce na piersi.
- Bo muszę iść do łazienki – Odparł Tosia, odklejając się od Józefiny – Pójdziesz ze mną? - Zwróciła się do kobiety.
- Ok... - Odpowiedziała Józefina, niezbyt pewna, czy postępuje właściwie.
Po skorzystaniu z toalety, Antonina chciała poprawić sobie makijaż, ale Józefina powstrzymała ją.
- W tym stanie zrobisz z siebie klauna – Stwierdziła kobieta, zabierając dziewczynie kosmetyki – Pomogę ci – Oświadczyła.
Tosia z głupim uśmiechem zgodziła się na to. Po kilku minutach znów miała nienaganny makijaż.
- Dziękuję – Odparła – Dziewczyny na ciebie narzekają, ale moim zdaniem jesteś spoko.
- To... Miłe, dziękuję – Józefina uśmiechnęła się krzywo.
- Nawet bardzo spoko – Tosia spojrzała spod półprzymkniętych powiek na koleżankę.
Studentki przez chwilę wpatrywały się w siebie z napięciem. Nagle Antonina podeszła do Józefiny i pocałowała ją. Kobieta wpierw chciała się sprzeciwić, lecz wpływ alkoholu sprawił, że postanowiła poddać się chwili i oddała pocałunek.
Tosia w swym życiu całowała się tylko kilka razy, więc może dlatego ten wydawał jej się taki wyjątkowy i dobry. Nie interesowało ją to, że całuje się z kobietą.
Józefina oparła Tosię o ścianę i zapomniała się w tym, co robiła. Czuła swego rodzaju nadprzyrodzoną więź z tą dziewczyną, tak jakby znały się od dawna. Nagle przypomniała sobie, po co tu przyszła i ze strachem w oczach odkleiła się od Tosi, dysząc ciężko. W duchu skarciła siebie za to zachowanie, do którego nie powinna była dopuścić.
- Przepraszam – Wydukała – To nieprofesjonalne z mojej strony – Powiedziała, robiąc krok w tył.
- Jakie? - Tosia roześmiała się; nic z tego nie rozumiała – Czy my jesteśmy w pracy?
- Nie... Nieważne – Józefina zmieszała się – Pora, żebyś poszła do domu – Powiedziała, chwytając dziewczynę za nadgarstek.
- Co? Dlaczego? Nie! - Antonina zaczęła się wyrywać – Muszę jeszcze zatańczyć z Michałem.
- W tym stanie nie zatańczysz – Odparła Józefina, przyglądając się wypiekom na twarzy koleżanki oraz jej zamglonemu spojrzeniu – Będzie dobrze, jeśli za chwilę nie zwymiotujesz.
- A przytrzymasz mi włosy? - Zapytała Tosia, śmiejąc się.
- Chodź już – Poprosiła Józefina wyciągając dłoń w stronę koleżanki.
- Muszę? - Zapytała Antonina, robiąc minę skrzywdzonej, małej dziewczynki.
- Proszę – Wyszeptała Józefina niższym niż zwykle głosem, wpatrując się w Tosię.
Dziewczyna odwzajemniła spojrzenie, dziwiąc się tonem koleżanki; czuła się, jakby rozmawiała z kimś innym.
- Skoro mnie tak ładnie prosisz – Wzruszyła ramionami, uśmiechając się kokieteryjnie, chwytając dłoń znajomej.
Józefina wyprowadziła Tosię z klubu wprost na korytarz kamienicy.
- Czekaj tu na mnie, zaraz wrócę – Rozkazała, opierając chwiejącą się na nogach Tosię o ścianę.
- Dobrze, nie ucieknę ci – Dziewczyna znów zaczęła chichotać.
Józefina wróciła do klubu, odnalazła Łucję i oznajmiła, iż musi przypilnować pannę Kruczyńską. W końcu to jej obowiązek. Przyjaciółka zgodziła się z nią, ale że akurat była zajęta rozmową z Michałem, postanowiła zostać jeszcze w klubie, co spotkało się z niezadowoleniem ze strony Józefiny. Cóż ona jednak mogła zrobić? Zawiedziona wyszła z pubu i odprowadziła Tosię do mieszkania. Gdy obie panie znalazły się na dziedzińcu kamienicy, Antonina spojrzała smutnym wzrokiem na koleżankę.
- Jesteś zła na mnie? - Wybąkała.
- O co? - Józefina zmarszczyła brwi.
- O to, że musisz mnie odprowadzać, o to, że się schlałam...
- Każdemu się zdarza – Kobieta wzruszyła ramionami.
- Ale jesteś zła...
- Zmęczona, to wszystko.
- Ktoś cię zranił?
Józefina westchnęła.
- Nie udawaj, że się mną interesujesz; idź już do domu, rano musisz wstać – Odezwała się ostro kobieta.
Tosię zdziwił ten ton, ale bała się podjąć dalszą dyskusję.
- Dobrze – Odparła, zwieszając smutno głowę i odchodząc w stronę mieszkania.
Józefina widząc reakcję znajomej, pokręciła głową.
- Przepraszam – Odezwała się, na co Tosia odwróciła głowę – Tak, jestem trochę zdenerwowana, bo miałam nadzieję, że Łucja wróci ze mną, ale ona wolała zostać z Michałem.
- Z Michałem? - Oczy młodej studentki rozszerzyły się.
- Tylko tyle przyswoiłaś? - Józefina ponownie westchnęła – Nieważne, idź, proszę, do domu.
- Do... Dobrze – Wydukała dziewczyna, choć kusiło ją, by dowiedzieć się od znajomej czegoś więcej na temat Michała i Łucji.
Tosia chwiejnym krokiem podeszła do drzwi swojego mieszkania i próbowała je otworzyć, jednak obraz przed nią zaczął się zamazywać, a zamki pomnażać. Nagle poczuła na swoich dłoniach dotyk Józefiny, która odebrała jej klucze i sprawnie otworzyła drzwi.
- Połóż jakąś miskę koło swojego łóżka i idź spać – Józefina wydała ostatni rozkaz, po czym odeszła.

Tosia spełniła nakaz; znalazła w łazience małą miednicę, którą rzuciła na podłogę, po czym zdjęła sukienkę, która wylądowała obok miski i dziewczyna padła ciężko na miękki materac. Zasnęła szybko, a jej ostatnią myślą było wspomnienie dotyku koleżanki, który jej się spodobał.
CDN...

sobota, 15 lipca 2017

Poniżej umieszczam fragment mojej nowej książki, pod tytułem: ,,Kraina Marzycieli. Zwodziciel". Dodatkowo za niedługo zapraszam na stronę Ridero.eu, gdzie najprawdopodobniej zostanie opublikowany ,,Scarlett" w pełnej krasie. ;)



ROZDZIAŁ PIERWSZY
- To już chyba ostatnie pudło - Stwierdziła z zadowoleniem Tosia, stawiając na podłodze karton wypchany po brzegi.
- Jeżeli czegoś zapomniałaś, wiesz, że zawsze możesz wrócić - Odparła jej mama, spoglądając czule na córkę.
- Wiem, ale raczej zamierzam zabawić tu na dłużej – Dziewczyna roześmiała się.
Antonina Kruczyńska właśnie wprowadziła się do nowego mieszkania w Krakowie. Zaczynała tu studia na wydziale historii sztuki. Może nie był to jakiś lukratywny kierunek, jednakże to było coś, co Tosię pociągało najbardziej. Antonina była jedynym dzieckiem państwa Kruczyńskich i właśnie dlatego jej rodzice tak bardzo denerwowali się wyjazdem. Przyjechali z córką dzisiaj do mieszkania, by ją dopilnować. Oczywiście nie wyrazili się w ten sposób, jednakże Tosia rozumiała ich na wylot. Po za tym dziewczynie również trudno było rozstać się z rodzicami, dlatego nie wyganiała ich z mieszkania do późnego wieczora. Gdy jednak ojciec napomknął, iż musi wyspać się do pracy, państwo Kruczyńscy pożegnali się z córką, po czym wyszli. I tak Antonina została sama.
Tosia spędziła ten wieczór na rozpakowywaniu części pudeł, a gdy ta praca jej zbrzydła, dziewczyna usiadła na kanapie i czytała chyba po raz setny swoją ulubioną książkę z (wstyd się przyznać) dzieciństwa. Jej tytuł brzmiał ,,Marzyciele” i opisywała barwną krainę oraz jej mieszkańców. Ta lektura zawsze dodawała Tosi otuchy i pomagała jej się przenieść w inne miejsce. Dziewczyna zawsze wierzyła, że gdzieś na świecie znajduje się takie miejsce; autorzy zapewniali, iż opisywane przez nich miejsca, osoby i rzeczy istnieją naprawdę. Tosia w dzieciństwie wbiła sobie do głowy, że tak jest i tak jej zostało. Z tą myślą dziewczyna położyła się spać.
Rano Tosia wstała wcześniej, aby wziąć kąpiel, umyć włosy, pomalować się, czyli zrobić wszystko, by sprawić dobre wrażenie. Po wszystkim dziewczyna przyjrzała się sobie w lustrze.
- Jest idealnie - Stwierdziła z zadowoleniem.
Antonina Kruczyńska nie wyróżniała się szczególną urodą - rysy twarzy miała łagodne, oczy ciemnobrązowe, prosty nos, średnie czoło, wąskie, długie usta, ostry podbródek, a włosy proste, kasztanowe, średniej długości. Była szczupłej budowy ciała, niewysoka. Nie wyróżniała jej jakaś szczególna cecha wyglądu - zupełnie zwyczajna, prosta dziewczyna z małej wsi pod Olkuszem.
Tosia wyszła z domu pewnym krokiem, lecz w miarę jak zbliżała się do Collegium Novum, ta pewność zaczęła maleć. Przed drzwiami głównymi dziewczyna poczuła się jak mała myszka, która zaraz zostanie zdeptana. Jednak młoda studentka wiedziała, że musi tam wejść, więc wzięła bardzo głęboki wdech, po czym pchnęła drzwi i udała się do auli. Dziewczyna usiadła na jednym z siedzeń i poczęła przyglądać się innym; większość osób stanowiły dziewczęta, dla Tosi znacznie ładniejsze od niej, i tylko paru, jak na taką liczebność, chłopaków. Wśród nich najbardziej wyróżniał się jeden - wysoki, dobrze zbudowany blondyn, który od razu przyciągał spojrzenie większości pań. Tosia nie stanowiła w tym wyjątku. Nieznajomy rozmawiał z kilkoma innymi chłopakami, może kolegami, a może poznanymi dopiero teraz, co świadczyłoby o jego pewności siebie. Antonina lubiła takich; uśmiechnęła się do siebie - na pewno nie była w jego guście.
- Cześć, Kaśka jestem - Odezwał się nagle jakiś głos tyłu.
Tosia podskoczyła wystraszona, lecz gdy tylko zauważyła te błyszczące niebieskie oczy, poczuła natychmiastową ulgę i wdzięczność, że ktoś się nią zainteresował.
Kaśka usiadła obok Tosi i podążyła za jej wzrokiem.
- Co tak patrzysz na tego blondyna z tyłu? - Dziewczyna spojrzała na nową znajomą radośnie - Już wpadł ci w oko?
- Nie.. No co ty… - Tosia zawstydziła się i zarumieniła.
- Wcale - Roześmiała się Kaśka - Jak mówiłaś, że masz na imię? - Zmarszczyła brwi, patrząc na nową znajomość.
-Tosia - Dziewczyna podała dłoń koleżance - Tosia Kruczyńska. Miło mi.
- Kaśka Paszkowska - Studentka uścisnęła dłoń nowej znajomej, po czym odwróciła się - Aśka, come on! - Krzyknęła na inną dziewczynę.
Śliczna, ruda dziewczyna przerwała rozmowę z pewnym chłopakiem i podbiegła do przyjaciółki.
- Co jest? - Zapytała, stojąc obok Tosi i Kaśki.
- Nową znajomą skumałam - Kasia wskazała na pannę Kruczyńską - To jest Tośka, poznajcie się.
Dziewczyny podały sobie dłonie, a gdy tylko przyjaciółki zaczęły o czymś zaciekle dyskutować, Tosia przyjrzała się im; Kaśka Paszkowska i Aśka Tryblicka były z wyglądu tymi dziewczynami, których Tosia się obawiała; wysokie, szczupłe, z długimi, prostymi włosami - Kasia blond, Asia jasny rudy - pewne siebie, od razu przykuwające uwagę, zwłaszcza płci przeciwnej. Jednak w pewnym stopniu dziewczyna cieszyła się z ich towarzystwa. Po pierwsze: zawsze to coś, a po drugie: dzięki nim mogła wkroczyć do tzw. ,,elity”, która funkcjonowała w każdej szkole, bez wyjątku.
Tosię trochę krępowało, że została wykluczona z rozmowy. Dlatego zbawienne dla niej okazało się nadejście rektora - doktora Habdusia. Standardowo przywitał się ze studentami, wręczono kilka indeksów, potem dziekan wygłosił bardzo długie przemówienie i można było iść. Gdy Antonina zabrała swoją torbę i miała zamiar już wychodzić, zatrzymała ją Kasia.
- Masz jakieś plany na teraz? - Zapytała wesoło.
Tosia pokręciła głową.
- To świetnie; chcesz iść z nami na kawę? Ze mną i z Aśką?
Antonina wzruszyła ramionami.
- Czemu nie? - Młoda dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie.
- No to super - Kaśka pociągnęła nową koleżankę do drzwi - Idziemy do takiej fajnej kawiarni, Karmello się nazywa, byłaś tam kiedyś?
- Chyba nie… - Tosia, potykając się, szła wśród tłumu - Wcześniej nie bywałam w Krakowie za często.
- Żałuj - Zaśmiała się Kasia - Aśka, idziesz?!- krzyknęła za siebie.
- Idę, nie panikuj - Asia wyłoniła się z tłumu – Ała! - Krzyknęła, gdy została trącona przez pewną dziewczynę.
Trzy studentki zatrzymały się i z rozdziawionymi ustami otaksowały nieznajomą; była wysoka, wyjątkowo szczupła, praktycznie bez biustu. Miała wystylizowane, falowane, jasno – brązowe włosy, na nosie miała pilotki, a jej makijaż był mocny. Ubrana była w zwiewną, kwiecistą sukienkę, na ramionach miała kremowy żakiet, a na nogach szpilki – sandałki. Całości dopełniał biały kapelusz z szerokim rondem.
- Przepraszam – Powiedziała nieznajoma dosyć delikatnym głosem, posyłając piękny, czerwony uśmiech, odsłaniający białe zęby.
- Uważaj następnym razem – Pisnęła Tosia, patrząc na kobietę oczami wystraszonej myszki.
- Dobrze – Dziewczyna wzruszyła ramionami – Tak w ogóle nazywam się Józefina Kuleszka – Podała dłoń każdej z trzech nieznajomych po kolei.
Gdy uścisnęła dłoń Tosi, dziewczynie wydawało się, iż ten uścisk trwa dłużej, niż poprzednie, a Józefina uśmiecha się do niej zalotnie. Antonina miała nadzieję, że to przewidzenie. Gdy kobieta zwolniła uścisk, Tosia zauważyła na jej lewym przedramieniu tatuaż: ,,Where do we go now?”, a pod nim: ,,Anyway the wind blows”. Młoda studentka uśmiechnęła się pod nosem.
- Do zobaczenia, tak? - Zapytała Józefina, klaszcząc w ręce.
- Zapewne – Kaśka uśmiechnęła się nerwowo – Pa! - Krzyknęła, odciągając koleżanki w stronę wyjścia.
Na reszcie trójka młodych kobiet znalazła się na zewnątrz i mogła swobodniej oddychać. Zgodnie z planem poszły do Karmello, a Tosia miała wrażenie, że Kaska i Aśka cieszą się z jej obecności, co dało jej większe uczucie pewności siebie.
Ulica Floriańska pełna była młodych studentów. Większość praktycznie wlewała się do kawiarni i knajpek.
- Ciekawe, dlaczego wszyscy przyszli akurat tutaj? - Tosia próbowała przekrzyczeć tłum - Trzeba przejść przez cały rynek!
- Widocznie coś tu studentów ciągnie - Wzruszyła ramionami Kaśka, ciągnąc koleżankę w stronę kawiarni.
Po wejściu do Karmello dziewczyny poczuły się jak w oazie spokoju. Antonina mogła nareszcie usłyszeć własne myśli i to, co mówią do niej inni. Dziewczyny zajęły stolik przy oknie.
- Teraz uczcimy to kawą, a wieczorem… - Kaśka zatarła ręce z zadowoleniem.
- Co? - Zapytała Tosia, przeglądając menu.
Przyjaciółki spojrzały na nią wymownie. Jednak Tosia tego nie zauważyła.
- Ja biorę Caffe Mocha i chyba któryś torcik, zapytam kelnera, co poleca, a wy?- Dziewczyna spojrzała na nowe koleżanki i dopiero wtedy zauważyła, że bacznie jej się przyglądają - No co? - Wzruszyła ramionami.
- Wiesz, gdzie potem idziemy? - Zapytała Aśka, podnosząc wymodelowaną brew.
Tosia pomyślała chwilę.
- Do klubu? - Zapytała niepewnie.
- Może, ale najpierw tam, gdzie jest najwięcej studentów - Podpowiedziała jej Kasia.
- Na piwo do baru?
-No! - Asia klasnęła w ręce - Zabawimy się, co nie?
- ,,Co nie?” - Pomyślała Tosia ironicznie, a na głos powiedziała - No jasne – Te słowa wywołały na twarzach jej nowych koleżanek szerokie uśmiechy.
Dziewczyny zamówiły po kawie i jakimś smakołyku, wedle uznania. Podczas czekania Aśka i Kaśka zagłębiły się w jakąś bezsensowną, według Tosi, rozmowę o nowym kremie, jego wadach i zaletach. Młoda studentka zaczęła rozglądać się po kawiarni, a jej wzrok po chwili przykuła Józefina, na widok której Tosia automatycznie się spięła. Nowo poznana dziewczyna siedziała na zewnątrz z jakimś mężczyzną w średnim wieku i zaśmiewała się do łez z tego, co zapewne bogaty, sądząc po jego ubraniach, pan opowiada. Oboje palili papierosy. Jej obserwacje przerwał kelner, który właśnie nadszedł z zamówieniem. Gdy poszedł sobie, Tosia wtrąciła się co rozmowy koleżanek.
- O której jutro zaczynamy zajęcia? - Zapytała.
Kaśka i Aśka spojrzały na koleżankę jak na wariatkę, po czym roześmiały się. Tosia nic z tego nie rozumiała, co uwidoczniła, robiąc zdezorientowaną minę.
-Oj, Tośka, Tośka - Westchnęła Kaśka, pochylając się w stronę koleżanki - O jakich głupotach ty myślisz… - Pokręciła głową – Nieważne, co jest jutro, liczy się tylko dzisiejszy wieczór – Powiedziała poważnym tonem.
-Ale jutro trzeba wstać - Zaoponowała Tosia.
- Ty się skup na wieczorze, bo wiesz, kogo zapewne spotkamy - Kasia zrobiła znaczącą minę.
- Kogo? - Tym razem zapytała Asia.
- Oj! - Kaśka machnęła ręką, a na jej ustach zagościł chytry uśmiech - Tosi się taki przystojniaczek spodobał – Mrugnęła okiem w stronę przyjaciółki.
-No! - Aśka położyła rękę na oparciu krzesła i również uśmiechnęła się chytrze - W takim razie musimy cię dziś na wieczór wyszykować – Oświadczyła.
- Nie, no, dziewczyny, dajcie spokój - Tosia zarumieniła się lekko.
Kaśka chciała coś powiedzieć, lecz wtedy kelner przyniósł rachunek, za który dziewczyna zobowiązała się zapłacić. Po odejściu mężczyzny Tosia znów podjęła wątek.
- Dzięki dziewczyny za zaproszenie i za starania, ale ja na jutro chcę się wyspać – Odparła przepraszającym tonem.
Na te słowa nowe koleżanki Antoniny wybuchły gromkim śmiechem.
- Dobre, dobre - Aśka poklepała Tosię po ramieniu - To w co chcesz się ubrać na wieczór? Młoda studentka westchnęła.
- ,,No nie dogadamy się” - Pomyślała. - Naprawdę… - zaczęła.
- Tu wokoło jest pełno sklepów; znajdziemy ci jakiś fajny ciuszek - Aśka klasnęła w dłonie-Ale będzie zabawa! - Wykrzyknęła – Chodźcie, nie ma czasu do stracenia – Powiedziała entuzjastycznie, wstając.
Dziewczyny przez następne dwie godziny chodziły po sklepach, w efekcie czego każda z nich kupiła sobie coś nowego i ładnego na wieczór. Potem pojechały do mieszkania Tosi, aby pomóc jej dobrać dodatki do nowej sukienki oraz zrobić fryzurę i makijaż. Gdy Antonina była gotowa, Kasia i Asia udały się do swojego akademika, aby si,ę wystroić. Tosi pozostało czekać, aż będzie mogła pójść na rynek i spotkać się z koleżankami o wyznaczonej porze. Niestety pozostały jej jeszcze trzy godziny do tego czasu, a ona nie miała określonego przez siebie zadania do wykonania. Zatem z westchnieniem usiadła ostrożnie na łóżku i wzięła do ręki swoją ukochaną książkę: ,,Marzycieli”. Z czułością pogładziła okładkę, która przedstawiała kilka latających postaci, przypominających wyglądem wróżki lub elfy, unoszące się wśród nocy na świecących, kolorowych obłokach. Tosia wstydziła się trochę fascynacji tą książką, ale nie potrafiła odłożyć jej na półkę z postanowieniem, że już nigdy jej nie przeczyta.
Dziewczyna otworzyła pierwszą stronę, na której znajdował się osobisty tekst autorki: ,,Opisane przeze mnie postacie są prawdziwe. Poznałam je, rozmawiałam z nimi i spędzałam z nimi czas. Jednak ze względu na bezpieczeństwo, mieszkańcy Krainy Marzycieli podali mi środek, po spożyciu którego nie pamiętam, jak się tam dostałam, ani jak wróciłam. Odszukajcie, proszę tę krainę i pomóżcie ludziom w niej żyjącym, ponieważ są wyjątkowi. Zaraz wam to pokażę”.
Tosia uśmiechnęła się pod nosem, czując równocześnie wstyd, ponieważ książka zyskała opinię bajek dla dzieci, a sama autorka trafiła do psychiatryka. Jednak jakaś siła ciągnęła młodą dziewczynę do tej lektury.
Zatapianie się w kolorowy, bajkowy świat nie trwało długo; w pewnym momencie Tosia zauważyła, iż jest sama w niemałym mieszkaniu, nie ma do kogo się odezwać, a jej jedyną towarzyszką jest książka. Panna Kruczyńska zdecydowała zatem, iż pójdzie już na rynek, chociażby, żeby coś zjeść i posiedzieć wśród ludzi, a może uda jej się przy okazji kogoś poznać?
Antonina wygładziła swoją czerwoną sukienkę z baskinką i bez ramiączek, poprawiła makijaż oraz kucyka, po czym zdecydowanym, na tyle, na ile to było możliwe w obcasach, krokiem udała się na rynek, do którego nie miała daleko. Na miejscu zaczęła rozglądać się wokół, szukając dobrej restauracji, gdy nagle ktoś zastukał w jej ramię.
- Cześć – Odparła Józefina, szczerząc się, gdy Tosia odwróciła się w jej stronę.
- Cze – eś – Antonina przywitała się z lekkim zawahaniem – Co ty tu robisz?
- Wpadłam zjeść coś do Maca, a potem umówiłam się z koleżanką i idziemy do baru na piwo – Odparła kobieta entuzjastycznie – A ty?
- Ja właściwie jestem w tej samej sytuacji, ale chciałam iść do jakiejś normalnej restauracji, a nie do McDonalda... - Tosia skrzywiła się.
- Nie wybrzydzaj – Józefina machnęła ręką, po czym wzięła nową koleżankę pod ramię – Nie będziesz chyba bulić na żarcie już na początku studiów, co nie? - Zaczęła ciągnąć Tosię w kierunku fast foodu – Przy okazji poznamy się lepiej, w końcu obie czekamy na koleżanki, a tak szczerze, nie mam hajsu na wykwintne restauracje.
- Dobrze, jak chcesz... - Cała pewność siebie Tosi uleciała.
Józefina wzięła duży zestaw, a Tosia tylko jedną kanapkę. Młoda studentka wpatrywała się, jak nowa znajoma wchłania w siebie jedzenie. Przy okazji mogła w końcu zobaczyć całą twarz znajomej, ponieważ ta ściągnęła okulary przeciwsłoneczne; Józefina miała niebieskie oczy i ostre kości policzkowe, prosty nos oraz niezbyt szerokie czoło. Nie byłą zbyt urodziwa.
- Jesz, jak facet – Skwitowała Tosia.
- Bo od dawna nie jadłam nic porządnego – Odparła Józefina.
- To gdzieś ty się podziewała w trakcie wakacji? - Zapytała Antonia, zrezygnowana rozsiadając się na krześle; nie o takiej znajomości marzyła.
- Byłam na obozie przetrwania; jeśli powiem, że czułam się, jak w więzieniu, to nie będę musiała więcej opisywać?
- Nie, nie trzeba – Westchnęła Tosia – Rano zauważyłam twój tatuaż; Guns'n'Roses i Queen, prawda? - Dziewczyna próbowała zmienić temat.
- Yyyy... - Józefina speszyła się, dotykając swojego przedramienia, na które tym razem był spuszczony rękaw żakietu, odsuwając się instynktownie od rozmówczyni – Tak... Studia z wyboru czy z powołania? - Kobieta zadała pytanie z prędkością karabinu maszynowego.
- Z powołania, tak myślę – Tosia odpowiedziała, choć reakcja jej towarzyszki lekko ją zaniepokoiła.
- Czyli nie byłabyś w stanie wyjechać na dłuższy czas i zostawić studia? - Tempo wypowiedzi kobiety przyspieszyło.
- Raczej nie... - Dla kontrastu Tosia odpowiadała wolno – Czy chcesz mnie zapytać o coś konkretnego? - Zapytała, pochylając się w stronę rozmówczyni.
- Nie, pierwszy lepszy temat, jaki mi przyszedł do głowy – Józefina opadła na oparcie krzesła, głośno dopijając colę – Idę zapalić, idziesz ze mną? Palisz? - Zapytała, wstając i zakładając okulary na nos.
- Nie, to znaczy – Dziewczyna pokręciła głową – Nie palę, ale mogę z tobą iść – Wstała.
- Świetnie – Józefina uśmiechnęła się szeroko, triumfalnie – Chodźmy, zatem – Powiedziała, kierując kroki w stronę wyjścia.
Tosia z westchnieniem posprzątała bałagan zostawiony przez koleżankę na stoliku, po czym wyszła przed restaurację. Zauważyła, że Józefina stoi na uboczu. Niechętnie, lecz ze względu na dobre wychowanie, Tosia nie uciekła, tylko podeszła do niej.
- Wszystko w porządku? - Zapytała z grzeczności.
- Tak – Odparła Józefina, wydmuchując dym papierosowy – Moja przyjaciółka napisała właśnie, że będzie tu za kilka minut.
- Mam z tobą zaczekać?
- Jeśli chcesz, jeśli nie przeszkadza ci moja osoba – Józefina wzruszyła ramionami, odwracając równocześnie głowę od swej rozmówczyni.
Tosia poczuła wyrzuty sumienia, dlatego postanowiła zostać.
- Też studiujesz historię sztuki? - Zapytała panna Kruczyńska po chwili milczenia.
- Tak, od zawsze czułam, że jestem artystką, dlatego postanowiłam studiować artystyczny kierunek – Józefina uśmiechnęła się szeroko, patrząc ponownie na Tosię.
- Ja chciałabym po tym kierunku uczyć w szkole, albo pracować w muzeum – Antonina odwzajemniła uśmiech współrozmówczyni.
- Piękne plany – Józefina skinęła głową – Mimo wszystko uważam, że to niezbyt przyszłościowy kierunek – Wzruszyła ramionami.
- Fakt – Tosia westchnęła – Ja jednak wierzę, że znajdę pracę – Oświadczyła pewnie.
Na te słowa Józefina uśmiechnęła się trochę sztucznie.
- Zapewne – Wycedziła, lecz jakby bez przekonania; zaczęła się rozglądać – O, spójrz! Właśnie idzie do nas moja przyjaciółka... - W miarę jak śliczna blondynka zbliżała się do dwóch studentek, mina Józefiny wyrażała coraz to większe zdumienie – Łucja... - Dodała, ściągając okulary.
Tosia uniosła brwi i przyjrzała się nieznajomej; wysoka, lecz nie tak bardzo, jak Józefina, o pięknych, długich i miękkich blond włosach, w kremowej sukience z szerokimi ramiączkami i z brązowym, cienkim paskiem. Makijaż miała znacznie gustowniejszy od koleżanki, a samą twarz gładką, o delikatnych rysach. Usta miała duże, pomalowane na czerwono, a brwi miała ciemne, mocno zaznaczone. Na nogach miała niewysokie, skórzane koturny bez palców. Wyglądała oszałamiająco.
- Witaj, kochana – Powiedziała entuzjastycznie, przytulając przyjaciółkę, może zbyt czule, niż powinna – A kto to jest? - Zapytała, patrząc na Tosię.
- Moja nowa znajoma, Antonina.... - Józefina spojrzała wyczekująco na dziewczynę.
- Kruczyńska, bardzo mi miło – Tosia podała nieznajomej dłoń.
- Łucja Gabon, przyjemność po mojej stronie – Kobieta uśmiechnęła się w iście królewskim stylu i uścisnęła dłoń Tosi – Jest już Piotr? - Zwróciła się w stronę przyjaciółki.
- A widzisz go tu gdzieś? - Zapytała Józefina kpiąco – Umówiliśmy się na miejscu.
- Rozumiem. Idziesz z nami? - Zapytała nową znajomą.
- Nie, ja czekam na moje koleżanki – Odparła Tosia, lekko speszona; tyle nowych twarzy na raz.
- Trudno, może potem się spotkamy – Łucja wzruszyła ramionami – Dokąd idziecie?
- Klub Społem... Coś takiego – Tosia zmarszczyła brwi.
- No proszę! - Józefina z zachwytem klasnęła w dłonie – My również – Oświadczyła, szczerząc się w stronę przyjaciółki.
- Racja. W takim razie, do zobaczenia – Pożegnała się, ściskając Tosię na pożegnanie, co wywołało w dziewczynie uczucie konsternacji, jak również rumieniec na policzkach.
- Pa... - Odpowiedziała panna Kruczyńska.
Tosia odprowadziła nowe, nietypowe znajome wzrokiem, bacznie się im przyglądając; według niej były mocno podejrzane, trochę sztuczne i nierealne. Józefina wydawała się być pod wpływem jakichś środków odurzających, Łucja – chodzący ideał, przypominała Tosi księżniczkę, co nijak pasowało do dwutysięcznego piętnastego roku. Odetchnęła głęboko, szykując się na kolejne spotkanie z dziwadłami. Nagle zadzwonił telefon dziewczyny. To Kaśka.

- Cześć; tak, ja już jestem – Przytaknęła głową – Pod McDonaldem.... Ok, czekam, pa – Rozłączyła się.
CDN...

poniedziałek, 3 lipca 2017

OSTATNIE  ROZDANIE
Ostatnie  promienie słoneczne oświetlały polanę znajdującą się nieopodal Pałacu Regium oraz czekające na niej oddziały Ruchu Antykrólewskiego. Stali przygotowani, czuwający, wrażliwi na każdy nawet najmniejszy ruch.
Nie znajdowali się jednak na tyle daleko, by uwięziony w swej komnacie Scarlett nie mógł ich zobaczyć; widział stojące na polanie postacie, które przypominały mu grono mrówek, czekające na polecenia swej królowej. Mężczyzna spojrzał w dół; Gatis również zdawał sobie sprawę z czyhającego niebezpieczeństwa, dlatego teraz przechadzał się po placu, z rękami splecionymi za plecami i wydawał rozkazy gwardzistom stojącym w szeregach. To samo robił Iskariota w stosunku do snajperów.
- Co ja narobiłem – Szepnął do siebie Scarlett.
Dopiero słowa Synera uświadomiły mu swoją niedojrzałość. Wiedział, że gdyby nie dał się zmanipulować, cały przewrót poszedłby mu znacznie lepiej, zwłaszcza, gdyby odłożył go na później. A tak stracił matkę i żonę. Nie żałował ojca, a o rodzeństwie myślał tylko z sentymentem. Jednak teraz gotów byłby się z nimi sprzymierzyć, byleby odzyskać godność. Król chwycił się za kask, którego z niewiadomych mu przyczyn nie potrafił zdjąć. Ograniczenie wywołane tym rekwizytem dobijało go w swej bezsilności.
Enaret również myślał o swym najmłodszym bracie, lecz raczej w kwestii sposobu wymierzenia mu kary. Fortis wypatrywał armii z Thymosu, a Morifia próbowała po raz ostatni przypominała wojownikom, jak wielką odwagą się wykazali i jak bardzo wszyscy Tomowie są wdzięczni za ich poświęcenie. Myślami jednak była przy Dudusie; przywoływała jego ducha, aby dał jej siłę na tę walkę.
- Idą! - Krzyknął Fortis w pewnym momencie.
Na horyzoncie pokazał się ogromny oddział – piechota i konnica, prowadzona przez mężczyznę w średnim wieku. Po dotarciu do Ruchu Antykrólewskiego, Thymosanie podzielili się swoją bronią, wysłuchali planu Enareta i pozostali pod jego opieką, podczas gdy dowodzący nimi do tej pory mężczyzna odjechał na bezpieczna odległość.
- Fotia nie zaryzykuje utraty ważnej dla niego postaci – Prychnął Enaret – Nieważne – Pokręcił głową – Ruszamy! - Krzyknął – Po kilku minutach zwrócił się do swojej siostry – Gdybym zginął, to w tym woreczku – Wyciągnął z kieszeni skórzany przedmiot – Jest klucz do hełmu Scarletta, a raczej jego kopia, oryginał ma Gatis. Weź go ze sobą, gdybym umarł.
- Dobrze – Morifia skinęła głową i uważnie obserwowała, gdzie brat chowa woreczek.
Kilkadziesiąt metrów przed zamkiem armia zatrzymała się.
- Teraz zgodnie z planem ruszają armaty – Oświadczył Enaret – Gotowi? - Spojrzał na tzw. strzałowych, z których składali się ci Milleńczycy, którzy ze względu na stan zdrowia nie nadawali się do walki wręcz – Cel – Enaret zaczął odliczać – Ognia!
Armaty gruchnęły, pociski uderzyły w mur, cegły zaczęły z hukiem odpadać.
- Nie pozostaniemy obojętni – Odparł Gatis do Iskarioty – Wystrzelajcie ich.
Ruch gotowy na taką sytuację miał przygotowaną Morifię, która podnosiła drzewa i robiła z nich zasłonę dla armat. Reszta broniła się tarczami. Do ataku na snajperów przystąpił Fortis, rzucając w przeciwników czym popadnie, a Enaret tradycyjnie podpalał kule armatnie, Dzięki temu teren wokół pałacu zaczął się palić, a mur szybko został zburzony. Wtedy do akcji wkroczyła piechota z Thymosu. Dobrze wyszkoleni wojownicy szybko rozprawili się z wymęczonymi gwardzistami pałacowymi. Gdy pierwsze żniwa zostały zebrane, konnica milleńska ruszyła do ataku i zaczęła ostrzeliwać snajperów. Wtedy Pekatowie pod wodzą Morifii zaczęli przedostawać się do zamku poprzez ukryte przejścia, których zajęci gwardziści i snajperzy nie mogli już pilnować. Tak udało im się wejść na mury, jednak ponieśli dotkliwe straty; snajperzy szybko zorientowali się z obecności nieproszonych gości i zamiast w pole bitwy, celowali w Pekatów. Wielu z nich zginęło, lecz pozostałych obroniła Morifia swoją mocą, czy to w roli obrony czy ataku przeciwko snajperom.
Morifia jak wilk broniła Pekatów. Pot lał jej się z czoła, gdy mocą dźwigała przed sobą grube konary drzew, służące za tarcze, a każdy spadający Pekat, którego nie udało jej się obroni, był nożem wbitym w jej serce. Enaret miał podobne odczucia, gdy co rusz następował na swych wojowników, lecz wtedy z jeszcze większą satysfakcją mordował gwardzistów i snajperów. Fortis natomiast cały skupiony był na walce. Wiedział, że straty poniosą obie strony, jednak przełykał ciężko ślinę, gdy w poległym rozpoznał kogoś, z kim był w bardziej zażyłej relacji. Cieszył się, że w Zamku Fragor pozostały kobiety, które nie nadawały się do walki, takie jak Leni, a które w tym czasie opiekowały się rannymi i małym Emmetem.
Po dwóch godzinach szala zwycięstwa przesunęła się na stronę Ruchu Antykrólewskiego. Reakcją Gatisa Synera na to odkrycie było schowanie się w pałacu.
- Kiedy oni przybędą, kiedy? - Pytał sam siebie, nerwowo chodząc po korytarzu – A może powinienem wypuścić Scarletta, bo on jest chyba najpotężniejszą istotą, jaką znam...
Nagle zagrzmiał róg.
- Są... - Twarz Synera rozjaśniła się; mężczyzna wybiegł na częściowo zburzony taras, znajdujący się we frontowej części pałacu.
Jego oczom ukazała się ogromna armia maszerująca wprost na pałac. Byli to Epitymijczycy, poproszeni jeszcze tego samego dnia przez Iskariotę o pomoc. Nie była to armia królewska, lecz płatni zabójcy, najemnicy i kolejni snajperzy, czyli wszystkie wyrzutki społeczeństwa Epitymii, bardzo groźni i niebezpieczni.
Na dźwięk rogu wszyscy zamarli i odwrócili głowy.
- Nie... - Szepnął Enaret, zobaczywszy posiłki.
Morifia, która już była na placu bitwy, spanikowała; zaczęła szukać w głowie rozwiązania, lecz tam była pustka. Spojrzała na Enareta, by ten ją wspomógł i wtedy księżniczka wpadła na pewien pomysł.
Fortis również zląkł się na widok wojsk, lecz postanowił wykorzystać moment zawieszenia na swoją stronę; jak najszybciej zaatakował zaczął rzucać przypadkowymi przedmiotami w snajperów i w ten sposób wyeliminował ich część.
Walka rozgorzała na nowo, lecz nie dla Morifii, która miała własny plan. Przepychając się przez walczących dotarła do Enareta i zaczęła mu wpychać ręce w kieszenie.
- Co ty wyprawiasz?! - Zbeształ ją brat, wbijając w tym samym momencie miecz w brzuch gwardzisty.
Wtedy Morifia wyciągnęła z jego kieszeni woreczek i bez słowa uciekła. Enaret oczywiście przejrzał zamiary siostry.
- Wracaj tu! - Krzyknął, lecz nie mógł biec za księżniczką, ponieważ został zaatakowany przez kolejnego gwardzistę.
Morifia starała się nie myśleć o konsekwencjach swego czynu. Pobiegła do komnaty brata, mając nadzieję, że Scarlett właśnie tam jest przetrzymywany. Drzwi były zamknięte, co ucieszyło kobietę.
- Scarlett! - Krzyknęła najgłośniej, jak umiała.
Tom, który przez cały czas stał przy oknie i obserwował przebieg bitwy, wzdrygnął się. Czyżby to naprawdę była jego siostra, czy już ma omamy z tego szaleństwa.
- Morifia? - Zapytał, podchodząc do drzwi.
- Tak! - Krzyknęła dziewczyna uradowana – Posłuchaj mnie; zdejmę ci hełm oraz wypuszczę cię stąd, jeśli pomożesz nam pokonać Gatisa. Chcesz się na nim zemścić za to, co ci zrobił, prawda? - Morifia czuła się naiwnie, stojąc pod pokojem brata, lecz to była jej ostatnia deska ratunku – Zgadzasz się?
- Tak, ja... - Scarlett przełknął ciężko ślinę – Ja chcę naprawić swój błąd.
Morifia aż odsunęła się ze zdziwienia, lecz potem zrozumiała, że to może być pułapka. Jednak musiała zaryzykować.
- Dobrze, powiedzmy, że ci wierzę, ale jeśli mnie oszukujesz, zawsze znajdzie się chętny, by cię zabić. A teraz odsuń się od drzwi.
Scarlett skrzywił się na słowa siostry, lecz spełnił jej polecenie; podszedł do jednej z szuflad i wyciągnął z niej fiolkę z bardzo jasnym, różowym proszkiem, użytym już kiedyś przez króla. Schował ją do kieszeni, mając nadzieję, że jej nie zgubi.
Morifia pobiegła do najbliższego pokoju i z jego okna mocą wyrwała gałąź z najbliższego drzewa. Następnie zabrała kawał drewna przed drzwi sypialni brata i z całej mocy uderzyła o nie gałęzią. Przeszkoda runęła, ukazując Morifii wybałuszone oczy Scarletta.
- Jak ty wyglądasz? - Westchnęła kobieta, widząc cały poplamiony, zakurzony i brudny od krwi biały golf brata, a właściwie szary golf.
- Czy to ważne? - Syknął Scarlett – Zdejmiesz mi to? - Wskazał na hełm.
- Ale współpracujesz, jasne? - Kobieta zwęziła oczy w małe szparki.
- Tak, obiecuję – Westchnął Tom – Czy możesz...? - Pokazał na swoją głowę – Chyba nie mamy czasu na pogaduchy, z tego, co się orientuję.
Morifia po raz kolejny spiorunowała go wzrokiem, lecz już się nie odezwała, tylko wyciągnęła klucz z woreczka Enareta i otworzyła nim zamek z tyłu hełmu, który po otwarciu rozsypał się. Scarlett otrzepał ramiona i głowę, po czym pociągnął siostrę za rękę.
- Chodźmy, pora zakończyć wojnę – Odparł, odwracając się przez ramię i posyłając uśmiech siostrze.
Wtedy Morifia zrozumiała, że jej decyzja była słuszna.
Rodzeństwo pobiegło na mury, gdzie dotarły posiłki snajperskie. Podobnie jak na centralne pole bitwy, które zostało zdominowane przez armię z Epitymii.
- Trzymaj się z tyłu, zabijaj tych, którzy mi uciekną – Rozkazał Scarlett i nie czekając na aprobatę Morifii, rzucił się w ogień walki.
Snajperzy byli zdziwieni na jego widok, tym łatwiej było Tomowi ich znokautować; mocą zabierał im broń z rąk, aby potem podnosić snajperów jak szmaciane lalki i uderzać o siebie nawzajem lub zrzucać z murów. Morifia dobijała tych, których upadek albo uderzenia nie zabiły.
Udało im się pokonać większość snajperów, ale część z nich uciekła na dół. Tam jednak zajęły się nimi wojska Ruchu i Thymosu.
Scarlett i Morifia zbiegli na pole bitwy, które dopiero teraz stało się krwawe; Scarlett nie oszczędzał nikogo. Stał na środku i każdego, kto się do niego zbliżył, unicestwiał, nawet jeśli był to koń; rozrywał wrogów na części, rzucał nimi. Zauważył, że Enaret bardzo oszczędnie włada swoją mocą, więc gdy tylko jej użył, Scarlett przejmował ją, by zrobić z niej należyty użytek, nie bojąc się widoku palących się wrogów.
Gatis w pierwszym momencie nie zauważył Scarletta, lecz gdy tylko zobaczył, że jego wojska padają jak muchy, zaczął rozglądać się na boki. Wtedy dojrzał młodego Toma – potężnego i niepokonanego. Postanowił rozprawić się z nim raz na zawsze. Zabił Thymosana, z którym aktualnie walczył i rzucił się na Scarletta. Ten jednak zdążył go zauważyć i wyrwać miecz pierwszemu lepszemu żołnierzowi. Postanowił walczyć uczciwie.
- Co ty tu robisz?! - Krzyknął Gatis, uderzając w miecz Toma.
- Naprawiam błędy – Odparł Scarlett, odpychając przeciwnika – Co wiążę się z tym, że jeszcze dziś umrzesz.
- Wątpię – Syknął Syner, po czym z krzykiem uderzył na króla.
Mężczyźni walczyli zaciekle, szanse były wyrównane dopóty, dopóki Gatis nie powalił Scarletta.
- I co teraz? - Zapytał Gatis z kąśliwym uśmiechem.
Scarlett nie zdążył nic odpowiedzieć, gdy nagle Syner został przebity czyimś mieczem. Gdy upadł, odsłonił Fortisa.
- Miło cię znowu widzieć, bracie – Odparł szczerze wojownik, podając rękę bratu – Nie pozwoliłem mu cię zabić – Zaczął, gdy Scarlett stanął z nim twarzą w twarz – Ponieważ sam chcę to zrobić... Potem – Skinął powoli głową – Teraz dokończ to, co zacząłeś – Warknął i oddalił się.
Scarlett odwrócił się za nim.
- ,,Przynajmniej on zmienił się na lepsze” - Pomyślał, po czym wrócił do walki.
Bitwa trwała do rana. Promienie wschodzącego słońca przełamały czerwień pobojowiska, na którym wciąż znajdywali się walczący. Tę ciszę wczesnego poranka przełamywał brzdęk uderzanych o siebie mieczy oraz jęki walczących. Scarlett nie miał już sił, by używać swojej mocy, dlatego z Iskariotą walczył na miecze. W końcu jednym mocnym pchnięciem Tom powalił snajpera na ziemię i uciął mu głowę. Wtedy Epitymijczycy i gwardziści poddali się. Ruch Antykrólewski, który składał się z niewielkiej już liczby Milleńczyków oraz Pekatów, wydał okrzyk radości. Wszyscy zaczęli przytulać się do siebie i ocierać pot z czoła albo łzy z policzków. Scarlett w tym nie uczestniczył. Stał na środku, opierając ręce na kolanach i oddychając ciężko. Nagle ujrzał przed sobą cień.
- Dziękuję, bracie – Odparł Enaret, podając rękę Scarlettowi – Gdyby nie ty, wszyscy byśmy tej nocy zginęli.
Scarlett wpierw spojrzał na brata, by po chwili podać mu rękę. Bracia patrzyli na siebie w skupieniu, a delikatny wietrzyk smagał ich twarze, dając nadzieję na nowy początek.
- Pamiętasz, jak grywaliśmy w szachy – Zapytał nagle Scarlett z uśmiechem.
- Tak – Kąciki ust Enareta również się uniosły.
- Dzisiaj to ja wygrałem – Odparł Tom z dumą.
- Wątpię. Czeka cię proces i więzienie – Enaret znów stał się poważny.
Scarlett skinął głową, a uśmiech nie schodził z jego ust. Nagle spojrzał na Morifię.
- Dziękuję ci, siostro, za tę szansę, choć wiem, że mnie nienawidzisz za to, że zabiłem Duda – Odparł, wciąż się uśmiechając – Nic mnie nie usprawiedliwia – Wzruszył ramionami.
Morifia spojrzała na brata z nienawiścią, lecz cisnące się do jej oczu łzy nie pozwoliły jej nic powiedzieć.
- Ty, Fortis, nareszcie się ogarnąłeś, widzę – Scarlett zwrócił się do drugiego brata, śmiejąc się delikatnie.
- Zaraz zetrę ci ten uśmiech z gęby – Syknął Fortis – Zabiłeś mi ojca.
- Prawda – Scarlett wzruszył ramionami od niechcenia – A ty mi żonę. Jesteśmy kwita.
- I doprowadziłeś do samobójstwa naszej matki – Dodał Enaret z gniewem.
- Zrobiła, co chciała, pamiętaj, że też ja kochałem – Odparł Scarlett bardziej poważnym tonem – Ale co było, minęło – Uśmiech znów wrócił na jego twarz – Przepraszam, naprawdę... Powiedz mi jeszcze, jak ma na imię moje dziecko? - Zwrócił się ciszej do Enareta.
- Emmet.
- Emmet – Oczy Scarletta rozbłysły – Czyli chłopiec... Opiekujcie się nim dobrze – Rozkazał, po czym zrobił kilka kroków w tył – Żegnajcie – Odrzekł.
Scarlett wyciągnął szybko z kieszeni fiolkę z trucizną i połknął jej zawartość.
- Nie! - Tyle zdążyło krzyknąć jego rodzeństwo.
Enaret spojrzał osłupiały na brata i przypomniał sobie o swej wizji, którą ujrzał przed ocknięciem się we Włoszech. Teraz miał ją na żywo przed oczami; wychudzony Scarlett zaczął ciężko oddychać, fiolka wypadła z jego ręki. Zaniósł się kaszlem, a z jego ust i nosa pociekła krew.
- Scarlett, ty głupcze... - Szepnął Enaret.
Młody Tom nie potrafił złapać tchu; zgiął się w pół i cierpiał, a nikt nie postanowił mu ulżyć.
- W zagajniku... Pod jabłonią... Domina... – Wyjąkał ostatkiem tchu, spoglądając na Enareta okiem, z którego popłynęła mu ostatnia, rzewna łza.
Nagle wzrok króla stał się martwy, a sam Scarlett padł na wznak. Nie okrył go szkarłatny płaszcz, jak w wizji Enareta, ponieważ to młody Tom był szkarłatem i sam doprowadził do swojej śmierci.


- Wiem, jak nietaktowna wydaje wam się ta uroczystość, zwłaszcza, że za chwilę odbędzie się koronacja nowego króla – Mówił Enaret, patrząc na zebranych w Świątyni Teos – Rozumiem, iż w ostatnich dwóch miesiącach król Scarlett zgotował wam tyranię i ucisk, lecz pamiętajmy, iż dał się poznać od innej strony przez te dwieście siedemdziesiąt sześć lat, przede wszystkim jako jednego z nas – Książę zrobił krótką pauzę – Był przede wszystkim naszym bratem, którego, nie da się ukryć, kochaliśmy – Mężczyzna pochylił głowę, aby ukryć żal na twarzy – Ja zapamiętam go, jako inteligentnego, wyjątkowego, lecz zagubionego Milleńczyka – Spojrzał wprost na tłum zgromadzonych – Ambicja go zamroczyła, być może jest tu wina naszego ojca, lecz nie nam to osądzać – Wzruszył ramionami, zauważając małe poruszenie wśród zgromadzonych – Moim zdaniem faktycznie traktował go z rezerwą, lecz gdyby Scarlett nie uniósł się dumą, nigdy byśmy nie doświadczyli tej wojny... Lecz patrzmy na pozytywne strony; udało nam się pogodzić z Thymosem, rozbiliśmy nielegalne siły Epitymi, za co królowa Lasivia Suia jest nam wdzięczna. Sprawę Invidii rozwiąże nowy król, a my pozyskaliśmy nowych obywateli w postaci Pekatów – Spojrzał na siedzącego w pierwszym rzędzie Alloda – J zaopiekuję się Emmetem Tomem, nowym księciem Millenii. Dodatkowo, gdy uda nam się odbudować gospodarkę, ruszą pracę nad nowym pałacem, gdzie będzie rezydował jedynie król z rodziną; koniec z wielkim hotelem i jego hierarchią – Uśmiechnął się pod nosem – Proszę, abyście nie dewastowali grobu mego brata, ponieważ należy mu się godny spoczynek; był mi szczególnie drogi, ponieważ dojrzałem w nim talent. To samo ujrzał Gatis Syner, lecz wykorzystał to w złym celu. Nie myślcie jednak, że próbuję usprawiedliwić Scarletta, jestem na niego wściekły, lecz nie potrafię zapomnieć o tych spędzonych razem latach i więzach krwi, które nas łączyły – Otaksował zgromadzonych wzrokiem – Zostanie pochowany wraz ze swą żoną, Dominą, a nasza matka, Mitis, popłynie za swym mężem. Uszanujcie naszą decyzję – Poprosił łagodnie, po czym zszedł z piedestału.
Scarlett oraz Domina w odświętnych strojach zostali pochowani w królewskich ogrodach, a ciało Mitis popłynęło w trumnie wzdłuż rzeki, tak jak na to zasługiwała królowa.
A potem nastąpił chwalebny czas Fortisa – nowego króla Millenii. Enaret zrezygnował z tej funkcji, ponieważ stracił wiarę w swe możliwości i chciał wykorzystać swe siły na wychowaniu Emmeta, chcąc w ten sposób odnaleźć radość z życia. Morifia zrezygnowała czując, iż nieszczęśliwa nie będzie w stanie władać krajem. Wystarczająco przykry był dla niej ślub z Allodem. Mężczyzna czuł to i swym uśmiechem starał się dodać kobiecie otuchy.
Fortis stojąc, już po koronacji, naprzeciw zgromadzonych w świątyni, patrzył ukradkiem na siedzącą w pierwszym rzędzie Leni, która go zauroczyła.
I tak po dwóch latach rozpoczęła się praca nad nowym pałacem, który był gotowy po roku. Wprowadził się do niego Fortis wraz z Leni, swą świeżo upieczoną żoną. Doczekali się dwójki dzieci. Wcześniej jednak Morifia urodziła zdrową dziewczynkę, która została przeznaczona pierworodnemu synowi Fotii Iry.
W Millenii zapanował spokój. Król rządził sprawiedliwie, dawał przykład poddanym, stworzył wzorowe państwo. Lecz mniejsze szczęście spotkało jego rodzeństwo; Enaret nie potrafił nikogo pokochać, a Morifia tkwiła w nieszczęśliwym związku. Nie tylko oni cierpieli – wielu Milleńczyków nie potrafiło otrząsnąć się po stracie bliskich. Wojna już nigdy nie dała o sobie zapomnieć.


ZAKOŃCZENIE
- To jest ten stary pałac? - Zapytała Elpidia, córka Fortisa.
- Tak, wasi rodzice doszczętnie go zniszczyli – Odpowiedział jej Emmet, szczerząc się.
- Twój ojciec wywołał wojnę – Skrzywiła się Agapi, córka Morifii.
- Ja i tak go podziwiam – Odparł dumnie młody chłopak.
- Ale to mój tata jest królem – Fidem, brat Elpidii, wypiął język w stronę kuzyna.
Cała czwórka roześmiała się i kontynuowała wycieczkę do ogrodów pałacowych. Wszyscy byli w podobnym wieku; Emmet miał sto sześćdziesiąt osiem lat i wiedział, że Enaret jest jego wujkiem, a nie ojcem. Elpidia i Fidem – bliźniaki – byli pięć lat młodsi od kuzyna, a Agapi tylko rok młodsza od Emmeta.
- To faktycznie najładniejsze miejsce w całej Millenii, a może i Mainie – Oświadczyła rozmarzona Agapi, gdy ujrzała sad.
- Gdzieś w tym ogrodzie jest grób moich rodziców – Powiedział Emmet poważnym tonem, rozglądając się wokoło.
- Ja nie mam zamiaru tam iść – Odparł Fidem, krzyżując ręce na piersi.
- To... - Elpidia spojrzała trochę wystraszonym wzrokiem na brata – Ja też – Odpowiedziała szybko, małpując zachowanie chłopaka.
- A ty? - Fidem spojrzał na kuzynkę.
Agapi patrzyła to na jednego, to na drugiego z kuzynów.
- Pójdziesz ze mną? - Zapytał Emmet, chwytając dziewczynkę za rękę.
- Dobrze – Agapi skinęła głową z uśmiechem.
- Zdrajcy – Syknął Fidem – Idziemy pooglądać ruiny? - Zwrócił się w stronę siostry.
- Kto pierwszy na miejscu! - Dziewczynka rozpromieniła się i czym prędzej pobiegła w stronę pałacu.
Gdy kuzynostwo zniknęło z pola widzenia, Agapi i Emmet ruszyli w stronę zagajnika. Szli w milczeniu, pogrążeni w myślach, aż do maleńkiej polany, schowanej wśród drzew.
- Ślicznie tu – Rozmarzyła się Agapi.
- Podobno leżą pod jabłonią – Odparł Emmet, rozglądając się; co drugie drzewo było jabłonią – Może zostańmy tutaj – Chłopak skrzywił się – Usiądźmy – Zaproponował, wskazując na głaz leżący nieopodal.
Dzieci usiadły i ponownie nastało milczenie.
- Dobrze ci z wujkiem Enaretem? - Zapytała Agapi w końcu.
- Tak, ale niewiele dowiedziałem się od niego na temat mojego ojca. Za to dużo wiem o mamie – Emmet uśmiechnął się, a w jego niebieskich oczach pojawił się blask – Podobno była piękna, mądra i urocza, tylko pod koniec życia trochę się pogubiła... Wujek powiedział, że zabił ją snajper, ale ja wiem, jak było... Tatę podobno zabił Gatis Syner, godząc mieczem, w zamian za co tata go zastrzelił... Ale ja wiem, że tata się otruł.
- Nie sądzisz, że to tchórzostwo? - Zapytała Agapi nieśmiało.
- Nie wiem... Chciałbym być taki jak on – odważny i ambitny – Emmet znów się rozmarzył – Myślisz, że znajdzie się dla mnie miejsce w polityce?
Agapi parsknęła śmiechem, w czym kuzyn jej zawtórował. Dzieciaki jeszcze chwilę zostały w ogrodach, po czym dołączyły do swego kuzynostwa w zamku.
Emmet wrócił do domu, gdzie Enaret przygotował dla nich kolację.
- Byłem dzisiaj na grobie mojego taty – Przyznał chłopak w pewnym momencie.
Łyżka z zupą zawisła w połowie drogi do ust Enareta; mężczyzna spojrzał na bratanka i znów, jak co dzień, ujrzał oczy swego brata oraz to samo hipnotyzujące spojrzenie. Ten wzrok uważał za codzienną karę za nieupilnowanie brata; czuł się współwinny w wojnie i jego śmierci.
Morifia również z bólem każdego dnia patrzyła na swe dziecko; nie mogła znieść myśli, że któregoś dnia weźmie ślub z synem Fotii Iry – drugim dzieckiem króla. Miała nadzieję, że Agapi nie popełni tego samego błędu, co jej matka.
Emmet jednak nie przejmował się historią swego ojca; wiedział, co zrobił, ale podziwiał go za spryt i inteligencje. Czuł, że odziedziczył to po nim, ponieważ testował na swoim kuzynostwie sztukę manipulacji, co często mu wychodziło. Każdego wieczora kładł się spać z uśmiechem na ustach i planem na przyszłość – zmanipulować wszystkich.



KONIEC