czwartek, 27 kwietnia 2017

Oblężenie  trwało jeszcze kilka godzin. W tym czasie udało się zniszczyć część zamku, zabić kilkudziesięciu gwardzistów i doprowadzić Scarletta do białej gorączki. A to dopiero początek jego zmartwień. Po trzech godzinach Enaret rozpoczął akcję wycofywania się i to w odpowiednim momencie, bo niemalże kwadrans później na placu boju dało się słyszeć strzały. Zastrzelono kilkunastu rebeliantów, lecz na szczęście większości udało się uciec. Ponadto nie wszyscy udali się przed pałac; oddział Alloda został w zamku, by pilnować pracowników Fabryki, którzy jeszcze zbyt roztrzęsieni nie byli w stanie wziąć udziału w boju. Jednak Dudus jako jedyny walczył, choć i jemu było równie ciężko, po stracie przyjaciela – może niezbyt bliskiego, lecz po pewnym czasie Virib na pewno by na niego zasłużył. Dud jednak bardziej bał się o życie Morifii, niż o swoje, dlatego chciał ją mieć na oku i ewentualnie pilnować, choć ta samodzielnie dawała sobie dobrze rady.
Po oddaleniu się od pałacu, Enaret ustawił wszystkie oddziały w rzędzie, przeliczył, ilu wojowników brakuje, po czym jak najprędzej ponowił powrót do zamku, który nie odbył się tak szybko, jak poprzedni, ze względu na maszyny, które ze sobą ciągnęli.
- Dziwię się, że to wszystko tak zgrabnie poszło, pomimo tych machin – Powiedział do niego Fortis, dogoniwszy są – Skąd my je w ogóle wzięliśmy?
- Dwa dni temu, w nocy przywieźli je pracownicy tartaku, nie zauważyłeś? - Zapytał trochę poirytowany Tom – Musisz być teraz wybitnie skupiony, ja wiem, że nigdy nie potrafiłeś zwracać uwagi na nic innego, tylko siebie, ale proszę cię, przestaw swój sposób myślenia na potrzeby innych – Odparł dość ostro.
Fortis przystanął zszokowany.
- Co cię ugryzło?! - Zapytał ze złością.
Jego brat zatrzymał się i spojrzał na wojownika, tym razem milszym okiem.
- Przepraszam – Westchnął, przepychany przez tłum, spieszący do zamku – Ta rebelia kosztuje mnie za dużo nerwów, czasem coś powiem lub zachowam się w taki sposób, jakbym nie był sobą.
- Popadasz w obłęd, jak Scarlett.
- Nie przesadzaj – Prychnął mężczyzna.
- Zaczynasz mi go bardziej przypominać, lecz ciebie mi szkoda, bo to nie jest twój wybór, w przeciwieństwie do naszego brata, który sam obrał ścieżkę szaleństwa.
Enaret spojrzał na Fortisa, zdziwiony jego wypowiedzią.
- Chyba masz rację – Odparł powoli, skonsternowany – Wracajmy do dom... zamku – Poprawił się ze smutkiem.
Fortis podszedł do brata i objął go.
- Kiedyś wrócimy do domu – Odrzekł poważnym tonem.
- Teraz czym prędzej dogońmy Morifię, bo mam dla was wieść – Odparł Enaret, wpadając lekko w panikę; spodziewał się gniewu siostry, po odkryciu przez nią niespodziewanego gościa.
Mężczyznom nie udało się na czas odnaleźć Morifii wśród tego tłumu. Dlatego po powrocie do zamku czekała ich nieprzyjemna niespodzianka.
- Co ona tu robi?! - Krzyknęła księżniczka, gdy tylko jej bracia weszli do dawnej jadalni, w której znajdowała się Domina i mężczyzna, który jej pilnował.
- Udało jej się uciec od Scarletta, a ja ją przygarnąłem; nie mogłem postąpić inaczej, zwłaszcza w jej stanie – Mężczyzna ściszył głos do szeptu.
Morifia jeszcze przez chwilę mierzyła wzorkiem to Enareta, to Dominę.
- Czy ja w ogóle mam tu coś do gadania? - Zapytała ostro, krzyżując ręce na piersi.
- Skłamałbym, mówiąc, że nie – Odparł Tom spokojnie – Lecz w tym wypadku cokolwiek powiesz, ja i tak postąpię po swojemu, ponieważ wiem, iż to będzie właściwa decyzja.
Kobieta milczała przez chwilę, wciąż wpatrując się ze skupieniem w brata; w końcu odezwała się:
- Dobrze, lecz nie dłużej, niż to będzie konieczne.
- Nie interesuje cię to, że bardzo nam pomogła?
- Nie nam – sobie, by mieć sens życia przy tym despocie.
Domina po raz pierwszy zareagowała na rozmowę między rodzeństwem; uniosła głowę i spojrzała zdziwiona i jednocześnie zawstydzona na Morifię?
- Skąd wiesz? - Zapytała słabym głosem.
- Nie trudno zgadnąć – Odpowiedziała kobieta, spoglądając szybko na królową – Nie znam cię zbyt dobrze, lecz na tyle długo, by w pewnym stopniu rozgryźć twoje intencje. Nie ważne, jak bardzo mój brat będzie cię poniżał, ty i tak w środku pozostaniesz wojowniczką.
Domina spuściła głowę, lecz nie z pokorą, tylko z determinacją, by kiedyś udowodnić swoją wojowniczą duszę. Jednak jej brak większych reakcji na dyskusje Enareta z siostrą, spowodowany był nasilającym się bólem brzucha. W pewnym momencie poczuła taki skurcz, że aż jęknęła.
- Domino, co się dzieje? - Zapytał strapiony Tom, podbiegając do przyjaciółki.
- Boli od kilku godzin, a przed chwilą chyba odeszły mi wody, nie wiem, próbuje to zignorować – Wyjęczała.
- Połóż się na stole – Rozkazał mężczyzna – A ty biegnij do Alloda i poproś go, by przyprowadził tu swoją akuszerkę – Zwrócił się do pilnującego kobietę wojownika.
- Tak, panie – Zasalutował, po czym wybiegł z komnaty.
Po kilku minutach w pomieszczeniu pojawiła się starsza kobieta o bardzo przyjemnym i uspokajającym głosie.
- Kiedy zaczęły się skurcze? - Zapytała leżącą na stole Dominę.
- Około trzech godzin temu, może ponad.
- Czy rodziłaś już kiedyś?
- Nie.
- W takim razie zabierajmy się do pracy.
Poród trwał około pięciu godzin. Dla królowej był bardzo męczący i bolesny, lecz w końcu powiła syna, który dał jej czystą i niewymuszona radość. Gdy tylko kobieta przytuliła go do piersi, łzy poleciały jej z oczu.
- Cześć, malutki – Wyszeptała – Jak ci tu dać na imię?
- Może Emmet? - Zasugerował Enaret – Proste, oznaczające ,,miłość”. Czegóż chcieć więcej? - Uśmiechnął się przyjaźnie.
- Emmet... - Domina zamyśliła się – Emmet Tom, podoba mi się – Odwzajemniła uśmiech – Czy w takim razie ja i Emmet dostaniemy osobna komnatę, by odpocząć? - Zapytała, a w jej głosie nareszcie słychać było spokój.
- Tak, zaraz coś zorganizuję – Odparł książę, kierując się do wyjścia – W tym czasie zajmie się tobą Morifia i pani Mai – Skinął głową w stronę siostry i akuszerki.
Księżniczka była cały czas obecna przy porodzie, choć nie lubiła szwagierki, jednak rozczulała ją myśl o pierwszym bratanku, nad bezpieczeństwem którego postanowiła czuwać.
- To może pani pójdzie spać – Odezwała się Morifia do pani Mai, po wyjściu Enareta – Wykonała pani swoje zadanie doskonale, należy się pani odpoczynek. A królową i młodego księcia mam na oku – Mrugnęła przyjaźnie, uśmiechając się.
- Wolałabym jeszcze dopilnować pacjentów, lecz faktycznie – oczy same mi się zamykają – Kobieta zaśmiała się krótko i przyjaźnie – W takim razie dziękuję za propozycję, z której chętnie skorzystam – Skinęła głową na pożegnanie, po czym odeszła.
Po jej wyjściu Morifia podeszła do szwagierki.
- Mogę go potrzymać? - Zapytała wyjątkowo miłym głosem.
- Oczywiście – Nawet gdyby księżniczka miała wisielczy humor, Domina odezwałaby się do niej z ta samą radością w głosie.
Królowa ostrożnie podała swego syna księżniczce, a ta przytuliła dziecko z radością do serca.
- Piękny jest – Stwierdziła, przyglądając się niemowlęciu – Ma niebieskie oczy – po tatusiu.
- Oby był tak przystojny jak on – Zaśmiała się Domina, na chwilę zapominając o zmartwieniach.
- Byleby tylko nie miał charakteru po nim – Odparła Morifia z goryczą w głosie.
Po tych słowach nastała cisza. Morifia znów przypomniała sobie o nikczemności brata, a Domina poczuła tęsknotę za nim. Niezręczne milczenie przerwało wejście Enareta.
- Prowizoryczna komnata sypialniana jest gotowa, zapewniłem ci najlepsze wygody ze wszystkich panujących w tym zamku – Zaśmiał się – Pokażcie mi tego małego urwisa – Rozkazał żartobliwym tonem; Morifia podała mu niemowlę – Cześć, mały książę, jak ci się podoba w Millenii, ciężko, co? - Ponownie się roześmiał – Spokojnie; gdy tylko rozprawimy się z twoim tatusiem, na świecie będzie lepiej – Pacnął malca palcem w nosek, na co dziecko obdarzyło go uśmiechem – Widzisz, jak potrafi być radośnie?
- Oddaj mi go, proszę – Rzekła Domina ponaglająco; nie podobały jej się wypowiedzi na temat jej męża.
- Wracamy do mamusi – Odparł Enaret, podając Emmeta królowej – Chodź, tylko ostrożnie.
Rodzeństwo pomogło królowej podnieść się ze stołu i wspólnymi siłami
zaprowadzili ja do jednej z komnat, urządzonej iście po królewsku, gdzie kobieta wraz z synem spędziła wczesny poranek na odpoczynku.
Jej mąż za to w ogóle nie potrafił zasnąć. Nie spodziewał się kolejnego ataku ze strony brata, co dodatkowo zostało zapewnione przez jego matkę, za co czuł do niej żal. Ponadto nic nie wiedział o ucieczce Dominy. Po dwóch godzinach leżenia w łóżku, wstał i poszedł do komnaty swej matki. Ostrożnie zapukał, nie chciał jej obudzić. Po pięciu minutach, gdy chciał już odejść, myśląc, iż matka śpi, ta pozwoliła mu wejść.
- Chyba nie potrzebnie będzie pytać, co cię do mnie sprowadza o tak wczesnej porze – Zaczęła, bez przywitania.
Wpuściła syna do komnaty i poczekała, aż ten się rozgości, by dopiero ponowić konwersację. Jednakże nie udało jej się to, gdyż głos pierwszy zabrał Scarlett, który rozsiadł się na fotelu, jak na króla przystało.
- Zapewniałaś mnie, zarzekałaś się, że Enaret będzie czekał teraz na mój ruch. I co? - Syknął – Pomyliłaś się, czy umyślnie wprowadziłaś mnie w błąd?
- Działałam intuicją – Wzruszyła ramionami, siadając ostrożnie na łóżku – Myślałam, że znam mojego syna. Sam mnie zaskoczył, najwyraźniej również się zmienił... Wydaje mi się, że na gorsze.
- I ja mam ci wierzyć? - Prychnął.
- Musisz mieć kogoś, komu możesz zaufać; jest nas coraz mniej, o ile nie zostałam sama.
Scarlett westchnął.
- Masz rację – Odparł – Przepraszam, że na ciebie naskoczyłem.
- Nic nie szkodzi – Mitis zdobyła się na czuły uśmiech – Rozumiem, że z powodu stresu przestajesz myśleć racjonalni.
- W dodatku wciąż mi się wydaje, że ktoś mnie obserwuje...
- Chcesz tu zostać na chwilę? - Zapytała kobieta, robiąc miejsce na łóżku.
- Jeśli tylko mogę... - Scarlett spojrzał na matkę dość zawstydzony swymi podejrzeniami.
Król podszedł do łóżka i położył się obok królowej.
- Spróbuj zasnąć, dobrze? - Poradziła Mitis, obejmując syna – Tu ci nic nie grozi, a jeśli wciąż będziesz chodził niewyspany, to nie będzie dobrze rzutować na twoje decyzję.
- Masz rację – Scarlett skinął głową, a chwilę później zasnął.
Trzy godziny później wyszedł z matczynej komnaty i obiecał przyprowadzić jej do towarzystwa Xanthię. W trakcie poszukiwań spotkał Kommotisa.
- Gdzie są ci, tak zwani, terroryści? - Zapytał z gniewem.
- W pokojach dla gwardzistów – Odparł spokojnie wojownik.
- I niech tu siedzą, jeśli następnym razem zamierzają tak się do nas wlec – Syknął – Przez ich ślamazarność zniszczono pół pałacu i zabito część mojej armii; gdyby nie oni, Ruch Antykrólewski zostałby tej nocy rozbity.
- Dobrze, postaram się ich dopilnować.
- Dopilnujesz ich, a nie postarasz się – Szepnął król ostrym tonem, zbliżając się do gwardzisty – Ja mogę przymykać oko na twoją ignorancję w stosunku do Indywiduum tego królestwa, lecz moja cierpliwość ma swoje granice, i gdy tylko twoja impertynencja sięgnie zenitu, nie zawaham się wymierzyć ci sprawiedliwości, zrozumiano?
- Tak, mój panie – Odrzekł Kommotis ironicznie, kłaniając się przesadnie nisko.
Scarlett nie wytrzymał; gdy gwardzista znalazł się wystarczająco nisko, uderzył go w nos kolanem. Mężczyzna aż zawył z bólu; chciał zacząć się odgrażać, lecz król go powstrzymał.
- Ani jednego słowa – Wysyczał – Za następną porażkę zapłacisz głową – Po czym odszedł.
Scarlett szedł samotnie korytarzem, a odgłos jego ciężkich kroków odbijał się od ściany. Gdy doszedł do zniszczonej części pałacu, ogarnęła go niemoc; czym prędzej skręcił do pobliskiej łazienki. Oparł się mocno rękami na krawędzi jednej z umywalek i skłonił nisko głowę. Miał ochotę krzyczeć, lecz jedynie łzy zaczęły mu płynąć z oczu – jego niemy krzyk. Po uspokojeniu się, Tom podniósł głowę i spojrzał na siebie w lustrze. Dostrzegł demona, który się w nim zagnieździł, zmienił rysy twarzy i spojrzenie. Scarlett zacisnął usta w cienką kreskę, co znów dało złudzenie, iż łączą się one z jego kośćmi policzkowymi. Poczuł się ponownie, jak gdyby stał przed ojcowskim obliczem, które chce go ukarać za nieudolność. Tak właśnie odbierał swe działania wtedy, jako zbyt pochopne, nieprzemyślane i głupie.
- ,, Jednak nie jesteś taki mądry, za jakiego się uważałeś – Mówił do siebie w myślach – Żadne z ciebie indywiduum, jesteś zwykłym partaczem, chłopcem, który dał się ponieść wyobraźni. Jeszcze nie dorosłeś – najlepiej jest ci u boku matki, a żonę traktujesz jak śmiecia. Stałeś się przeciwstawny temu, czego pragnąłeś. Ale musisz doprowadzić to wszystko do końca. Może jeszcze uda się spełnić marzenia, stać się niezapomnianym, wzorowym wodzem... O ile Milleńczycy znów ci uwierzą w chęć naprawy kraju” - Nagle Scarlett zobaczył w lustrze, jak przecina mu twarz, wzdłuż od jednej kości policzkowej, do drugiej, poprzez usta – Nie... Nie! - Krzyknął i schylił się, by przemyć sobie twarz; gdy ponownie spojrzał w lustro, wszystko było w porządku – Tracę zmysły... - Wyszeptał.
Nagle do łazienki wszedł Gatis.
- Co tu się dzieje? - Zapytał ostro, a gdy tylko zobaczył króla, jego oblicze złagodniało – A, to ty... - Otaksował Scarletta wzrokiem – Wszystko w porządku? - Zapytał, podchodząc do mężczyzny.
- No... - Odparł machinalnie – Szukałem Xanthii...
- W toalecie? - Syner próbował ukryć uśmiech – Na twoim miejscu zacząłbym od dolnych pokoi.
- Dobrze, już tam idę – Scarlett próbował wyminąć polityka, lecz ten zastąpił mu drogę.
- Właściwie dobrze, że cię spotkałem – Zaczął mężczyzna – Martwiłem się o Dominę, czy nie została uszkodzona część pałacu, w którym się znajduje. Wiem, że nigdy tego nie robiłem, lecz ty pewnie byś o tym zapomniał, a gdyby coś jej się jednak stało, rano byś miał do mnie pretensje, że tego nie sprawdziłem.
- Masz rację, i...?
- Nie ma jej, nigdzie.
Nogi ugięły się pod Scarlettem.
- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nie żyje? - Zapytał, choć słowa z trudem wydobywały się z jego gardła.
- Nie; jej rzeczy zniknęły, jedna z walizek i płaszcz. Najprawdopodobniej uciekła i chyba oboje dobrze wiemy, dokąd – Powiedział Gatis rzeczowo, byleby nie dać królowi powodów do podejrzeń.
Oblicze Toma spochmurniało.
- Chcesz mi powiedzieć, że moja żona aktualnie przebywa w siedzibie ruchu, który wymyśliło sobie moje nic niewarte rodzeństwo? - Zapytał ze złością.
- Najprawdopodobniej – Skinął głową premier.
Scarlett chwycił się za głowę, zamykając jednocześnie oczy.
- To za dużo jak dla mnie – Wyszeptał – Za godzinę zwołaj naradę w Sali Tronowej – Odparł, otwierając oczy i spuszczając ręce – Niech stawią się najważniejsi przywódcy.
- Przywódcy czego? - Gatis zmarszczył brwi.
- Byle czego, nie chcę rozmawiać z jakimś pomiotem – Prychnął Scarlett, po czym wyszedł.
Nerwowym krokiem wrócił do komnaty swej matki. Nie zdążył zapukać, a ta zza drzwi pozwoliła mu wejść.
- Myślałam, że przyprowadzisz mi Xanthię – Powiedziała zdziwiona – Dlaczego przyszedłeś sam?
- Zostawiła mnie – Wyznał Scarlett, upadając na kolana.
- Synu – Mitis podeszła jak najszybciej do swego dziecka i przykucnęła przy nim – Masz na myśli Dominę?
Król skinął głową, chowając twarz w dłoniach.
- A ja ją kocham... - Wyszeptał, zalewając się łzami.
- Cii... - Szepnęła królowa – Nigdy mi się nie podobała – Odparła niedelikatnie.
- Matko! - Krzyknął Scarlett, podnosząc głowę – To chyba nie najlepszy moment na tego typu wyznania.
- Masz rację, cichutko... - Kobieta postanowiła się wycofać ze swymi konkluzjami; przyciągnęła syna do swej piersi, by ten się przytulił – Lecz co z twoim dzieckiem? - Zapytała zmartwiona.
- Nie wiem, pewnie jest bezpieczny. To bardziej niż pewne, że Domina ukrywa się u Enareta i Fortisa.
- I Morifii – Odparła królowa z pewnymi intencjami.
Scarlett raptownie podniósł głowę.
- Jak to? - Zapytał, a w jego oczach pojawiła się panika – Przecież Morifia nie żyje, potwierdziła to pewna kobieta, a ja sam widziałem ubrania po zmarłej.
- Xanthia powiedziała mi, że w trakcie pierwszego ataku podobno moja córka pojawił się w pałacu, zabijając kilku gwardzistów. Jeden z żołnierzy to potwierdził, który był u mnie wczoraj to potwierdził.
- Po co on tu przylazł? - Syknął Scarlett, patrząc wrogo na matkę.
- By sprawdzić, czy ze mną wszystko w porządku.
- I dlaczego ci to powiedział?
- Sam ma dzieci i rozumie rodzicielskie uczucia – Mitis spojrzała karcąco na syna, by ten już nie drążył tematu – W każdym bądź razie wiesz, do czego zdolna jest twoja siostra – bardzo dobra wojowniczka. Moim zdaniem nie powinieneś wdawać się w bitwę na otwartym polu, a jedynie bronić zamku, w trakcie następnego ataku, który zapewne się powtórzy.
- Co, jeżeli znów się mylisz?
- Niemożliwe; Enaret jest schematyczny – jeżeli postanowił co noc atakować zamek, nie zmieni zdania.
- Jesteś pewna, że wciąż znasz swego syna?
- Tego – tak – Odparła Mitis wpierw z groźną miną, która po chwili zamieniła się w łagodne oblicze – Chcę ci pomóc, synku – Wyszeptała czule – Przytul mnie, znowu – Przyciągnęła króla do siebie, na co ten jej pozwolił i ponownie zalał się łzami.
Kilkadziesiąt minut później Scarlett siedział na tronie, które stało na podwyższeniu i patrzył z góry na wszystkich zebranych.
- Przede wszystkim chciałbym zakazać grupom terrorystycznym wyjazdu z pałacu, o ile panowie wyrazicie na to zgodę – Spojrzał znacząco na pięciu mężczyzn, ubranych na czarno z karabinami w ręku.
- Jeżeli pomimo obiecanej zapłaty, otrzymamy dodatkowe wynagrodzenie – Odezwał się jeden z nich.
- Tak będzie – Skinął głową spokojnie Scarlett – Lecz chcę jeszcze wiedzieć, kto wydał rozkaz powrotu do Epitymii?
Snajperzy spojrzeli po sobie spłoszeni, w końcu jeden z nich wystąpił z szeregu.
- Ja kazałem wracać naszym jednostkom do domów – Przyznał z butną miną.
- Rozumiem – Scarlett skinął głową.
Król żałował, że cudowne, ojcowskie berło zostało pochowane razem z nim, lecz wiedział, że sam poradzi sobie z problemem. Zszedł z piedestału powolnym krokiem i stanął twarzą w twarz z nieznanym mu mężczyzną. Nic nie powiedział, jedynie zmierzył go wzrokiem, po czym mocą odepchnął na przeciwległą ścianę i uderzył nim o wiszące na niej lustro.
- Zapewne właśnie pan zrozumiał, jak błąd popełnił – Powiedział, podchodząc do snajpera, który leżał obolały na ziemi – Lecz już trochę za późno – Mocą ujął zarówno ręce, jak i nogi mężczyzny i począł go rozciągać, tak długo, aż ten zaczął krzyczeć z bólu i błagać o litość; Scarlett puścił go – Serce podpowiada mi, iż powinienem wybaczyć panu. Ale jeśli znów ktoś popełni ten błąd, a ja będę po raz kolejny i kolejny wybaczać, to chyba nie będę stawiał dobrego przykładu, prawda? Gdy nie ukarzę pana, wszyscy inni pomyślą, że mogą mi się przeciwstawić, bez konsekwencji – Wzruszył ramionami – Ja bym ci chętnie odpuścił twoje winy, lecz autorytet musi pozostać autorytetem – Ponownie mocą zaczął wbijać głowę mężczyzny w parkiet, na co ten znów wydał przeraźliwy krzyk; gdy już wydawało się, że zaraz umrze, król uniósł jego głowę i z całej siły uderzył nią o podłogę, na której została wielka plama krwi – Niech ktoś to wyczyści – Zwrócił się do Gatisa – Czy jeszcze ktoś chce sobie wyjechać, wiedząc, iż w każdej chwili może nastąpić atak? - Zaczął przechadzać się wśród zgromadzonych – A może ktoś chce mnie zastąpić, co?! - Wydarł się na zebranych – Może macie lepszego kandydata na króla?!
Milczenie ogarnęło salę; wszyscy wydawali się być do granic przestraszeni.
- I jeszcze jedno pytanie – Scarlett stanął na środku sali – Kto postanowił zataić przede mną fakt, iż moja siostra żyje?! - Rozejrzał się wokoło – Być może ktoś uznał, że jest to nieistotna wiadomość, ponieważ Morifia nie stanowi żadnego zagrożenia?! - Patrzył wilkiem na zebranych – A właśnie, że nie! To ona jest z nich wszystkich najgorsza, bo nienawidzi mnie najbardziej! Wie, że wysłałem ją na pewną śmierć i chce mi się odpłacić tym samym, czy wy tego nie rozumiecie?! - Zamilkł na chwilę i dysząc spoglądał na wszystkich – Kto wziął mnie za głupca? - Zapytał cichym, grobowym tonem; po minucie ciszy, dodał – W takim razie zabiję was wszystkich, skoro nikt nie chce się przyznać; to, tak zwana, zbiorowa odpowiedzialność, prawda?
- Do wczorajszej nocy informacje o Morifii nie były potwierdzone – Odparł Gatis Syner donośnym głosem – Dopiero dziś rano zebraliśmy na to twarde dowody – świadków, skrawki materiału, najprawdopodobniej z jej ubrania oraz to – Podał królowi mały sztylet – Czy to jej broń? - Zapytał.
Scarlett pochwycił szybko wyciągnięty w jego stronę sztylet i ujrzał na nim grawerunek: ,,Dla Mori – Ojciec”.
- Tak, dawno temu zaginął – Przyznał Scarlett, oddając broń Synerowi – Dlaczego mi nie powiedziałeś, gdy spotkaliśmy się rano?
- Zapomniałem z powodu Dominy – była wtedy świeża i na niej skupiłem całą swoją uwagę. A ty skąd wiesz o tym, że Morifia żyje?
- Od matki, która dowiedziała się od jakiegoś gwardzisty.
Nastała cisza, w trakcie której zgromadzeni m.in. ministrowie i dowódcy oddziałów gwardzistów czekali na kolejny wybuch króla lub na jego rozkaz odmaszerowania. Nie doczekali się jednak na żadne z tych działań, gdyż nagle wszyscy usłyszeli dochodzące z zewnątrz krzyki.
- Co się dzieje? - Zapytał Scarlett, podchodząc do okna i przeżył szok.
Przed pałacem zgromadził się tłum Milleńczyków, trzymających w rękach pochodnie, jak w średniowieczu, i transparenty oraz krzyczeli:
- Mordercy! Mordercy!
Na transparentach mieli wypisane liczby ofiar z Fabryki oraz z ostatniego przemówienia króla oraz jego karykaturę. Gdy Scarlett to zobaczył, serce ścisnęło mu się z żalu.
- Załatwię to – Odparł Gatis i chciał odejść, lecz Tom go powstrzymał.
- Ja tam pójdę – Oświadczył, po czy skierował się do wyjścia i tym razem to premier go zatrzymał.
- Może powinieneś się choć trochę ogarnąć? - Zasugerował, spoglądając na brudny od krwi i trawy golf, który Scarlett znów miał na sobie.
- Nie mam na to czasu – Mruknął, po czym odszedł.
Scarlett samotnie wyszedł frontowymi drzwiami pałacu. Szedł w stronę bramy spokojnym, dumnym krokiem, unosząc głowę wysoko. W połowie drogi zrzucił z siebie długi płaszcz, który miał na sobie i uniósł delikatnie ręce na boki. Na ten gest żelazna brama otworzyła się. Stojący za nią Milleńczycy poczuli trwogę, bo oto przed nimi stanął król w całej swej okazałości, nareszcie będąc sobą; nikt nie miał wątpliwości, że stoi przed nimi Scarlett Heris Tom – dumny i pyszny, lecz bez cienia karykatury. Widok władcy, który napełnił zebranych niepokojem i zwątpieniem, na chwilę ich sparaliżował. Po dwóch minutach jednak jeden z mężczyzn znów wykrzyknął ,,Morderca!”, na co reszta mu zawtórowała. Król nic sobie z tego nie rozbił, nawet wówczas, gdy Milleńczycy rzucili w jego stronę pochodniami, transparentami oraz czymkolwiek, co trzymali w ręku. Jedynie spokojnie uniósł wyżej ręce i zatrzymał lecące w jego stronę pociski, by następnie odrzucić je za siebie, jak gdyby ważyły tyle, co gumowa piłka. Milleńczyków znów ogarnął lęk. Scarlett jeszcze przez chwilę taksował swych poddanych wzrokiem.
- Tak, przyznaję się – Zaczął powoli i donośnie – To ja zorganizowałem zamach na opozycyjną partię, ja wydałem rozkaz strzelania do pracowników fabryki oraz zgromadzonych na placu w trakcie mojej przemowy – Na te słowa podniósł się szept wśród zebranych – Lecz nie mogłem postąpić inaczej – Odparł głośniej, a gdy szepty ustały, wrócił do normalnej głośności – Niesubordynację należy karać, zwłaszcza w tak niepewnych czasach, gdy nie mogę sobie pozwolić na darowanie życia wrogom. Nie myślcie, że wasz wszystkich nazywam wrogami, jednak wszyscy zabici współdziałali z Ruchem Antykrólewskim – Skłamał, jednak najwyraźniej podziałało, ponieważ nikt nie zaoponował – A ten, dowodzony niestety przez moje rodzeństwo, jest moim największym przeciwnikiem. Wiem, iż wielu z was przyłączyło się do niego ze względu na moje reformy. Jednak mają one jedynie na celu poprawienie sytuacji ekonomicznej naszego kraju, bym nie musiał podnosić i tak już zbyt wysokich podatków. Ponadto od zawsze martwiła mnie kwestia marnowania żywności, więc w taki, a nie inny sposób postanowiłem nauczyć was oszczędzania. Wiem, iż jest to dość radykalny sposób, wykorzystany dawno temu za naszych najgorszych czasów, jednak uznałem go za jedyne dobre rozwiązanie. Udało już nam się dzięki temu zgromadzić pewne fundusze, lecz teraz są one przeznaczane na armię, bym ponownie nie musiał zwiększać podatków – chyba nie chcecie finansować śmierci swoich bliskich, prawda? - Na te słowa szept ponownie się wzmógł – Dlatego mam do was prośbę, abyście spróbowali odwieść ich od pomysłu wsparcia dla Ruchu; ja nie pragnę czystek, chcę waszego dobra. Jednak muszę najpierw uporać się z naszymi wrogami, a jeśli Milleńczycy, na których mi zależy postanawiają do niego przystać, automatycznie stają się moimi przeciwnikami. Muszę jednak mieć gwarancję waszego posłuszeństwa, by obiecać wam, że żadna kula, ani miecz was nie sięgnie. Dlatego oddajcie mi pokłon – Głosy jeszcze bardziej się wzmogły; Scarlett zaczął rozglądać się wokoło – Jeśli tego nie zrobicie, moi snajperzy są gotowi do ataku – Nastała satysfakcjonująca cisza – Jestem waszą gwarancją bezpieczeństwa, bądźcie nią i wy dla waszych bliskich; nie ma potrzeby angażować się w konflikt rodzinny, który jest wam wpierany, jako wojna domowa – Poskutkowało; Milleńczycy zaczęli spoglądać na siebie, jakby spojrzeniem pytając sąsiada, czy z nim uklęknie – Gdyby nie moje rodzeństwo, do tych wszystkich zabójstw by nie doszło; nie potrafią sobie sami ze mną poradzić, dlatego wykorzystują was jako tarcze. Zadajcie sobie pytanie – kto poszedł na pierwszy ogień w trakcie tych dwóch ataków na pałac – Enaret, Fortis czy mylnie uznana za zmarłą Morifia, a może niewinny piekarz, kurzach lub sprzątaczka? - Scarlett zauważył złość na twarzach zebranych – Oddajcie mi pokłon, a obiecuję wam nadejście nowych, lepszych czasów; pomóżcie mi pokonać Ruch, przekonywując członków swojej rodziny do pozostania w domach. Wiem, iż początki mego panowania nie były najlepsze, lecz tylko razem stworzymy nową Millenię, silną i obfitą w życie. Proszę tylko o jedno... Oddajcie pokłon – Ostatnie zdanie wypowiedział cichszym, delikatniejszym tonem.
Milleńczycy spojrzeli po sobie po raz ostatni, po czym wszyscy, jak jeden mąż, ugięli kolana i schylili głowy. Właśnie tego podświadomie pragnął Scarlett – ukorzenia się i oddania poddanych. Z błyskiem w oku patrzył, jak kilkaset Milleńczyków oddaje mu pokłon, zwieszając głowy jak przed bogiem. Trwali tak całą minutę, aż król nie dał im sygnału, by wstali.
- Zapewne dziś dojdzie do kolejnego ataku, porozmawiajcie zatem ze swymi bliskimi, nie pozwólcie im zmarnować swego życia. Ja nie mogę ich nie atakować, chyba rozumiecie, że wroga trzeba likwidować, lecz każdy martwy Milleńczyk jest jak nóż wbity w serce. Ja jednak nie jestem odpowiedzialny za to, do kogo celują snajperzy, równocześnie nie mogę wyodrębnić jedynie kilku celów; niesubordynacja musi zostać ukarana, muszę być autorytetem w waszych oczach, a autorytet jest sprawiedliwy dla wszystkich – Przez chwilę wszyscy trwali w milczeniu, aż król nie kontynuował – Idźcie do swych domów; macie mało czasu, ponieważ zmierz nadchodzi, a wasi bliscy nie będą czekać.
Zebrani porozchodzili się pospiesznie, wierząc w słowa swego króla i odbudowując zaufanie w stosunku do niego.
- Ty to masz gadane – Zwrócił się Gatis do króla, gdy ten wrócił do pałacu.
- Problem w tym, że to wszystko była prawda – Odparł Scarlett, patrząc z powagą na premiera – Ja naprawdę chcę im pomóc i zależy mi na ich życiu, a obietnica, którą złożyłem zostanie dotrzymana.
Syner wystraszył się; tracił swego najlepszego pionka w grze.
- Co ci się dzieje? - Zapytał polityk przerażony.
- Nic – Tom wzruszył ramionami – Nareszcie jestem sobą – Odparł, uśmiechając się blado – A teraz wybacz, idę się zdrzemnąć; w nocy znów będziemy mieć ręce pełne roboty.


POGRZEB MIŁOŚCI

Nazajutrz Dud pojawił się w komnacie Morifii
- Wybacz, że nękam cię o tak wczesnej porze – Zaczął mężczyzna, gdy księżniczka już się obudziła – Lecz uważam, że nie ma czasu do stracenia.
- Na co? - Zapytała Morifia zmartwiona, siadając.
Dudus nie odpowiedział, za to ukląkł przed swą ukochaną i wyciągnął z kieszeni chusteczkę, w która było coś zawinięte. Rozłożył materiał i oczom dziewczyny ukazał się prześliczny pierścionek.
- Co to ma znaczyć? - Zapytała jednocześnie ze strachem oraz podekscytowaniem w głosie.
- Jutro rano możemy już być martwi, dlatego uważam, iż jest to ostatnia okazja, by cię o to zapytać; Morifio Ipio Tom, czy zechcesz zostać moją żoną? - Zapytał uroczyście, wyciągając rękę, na której miał położony pierścionek w stronę wybranki.
Księżniczka próbowała zahamować napływające do jej oczu łzy.
- Tak, Dudusie Fili Vosie, chcę – Powiedziała wzruszona.
Para zaśmiała się i padła sobie w ramiona.
- Weźmy ślub teraz – Wyszeptał mężczyzna we włosy ukochanej.
- Dobrze – Załkała ona.
Pół godziny później wszystko było gotowe; kapłan Pekatów czekał przed prowizorycznym ołtarzem, mieszczącym się w byłej świątyni pałacowej, Fortis czekał na miejscu dla świadka, jedynie ze świadkową był problem.
- Nie chcę, by była nią Domina – Mówiła Morifia do Enareta szeptem, rozglądając się po zgromadzonych, szukając odpowiedniej kandydatki.
Nagle do sali weszła Westa Kidemon.
- Co pani tu robi? - Zapytała Morifia, marszcząc brwi.
- Farmerzy postanowili się do nas przyłączyć – Odpowiedział jej brat – Pewna kobieta bardzo nalegała na spotkanie z tobą, a ja jej tylko powiedziałem, że teraz jesteś zajęta, bo właśnie bierzesz ślub. Mam ją wyprosić.
- Nie – Rzekła panna młoda, podchodząc do swej wybawicielki – Czy zechce pani zostać moją świadkową? - Zapytała niepewnym głosem.
- Po to tu przyszłam – Odparła starsza kobieta z czarującym uśmiechem – Zaczynamy? - Zapytała, a gdy tylko Morifia skinęła głową, ustawiła się na swoim miejscu.
Po pół godzinie młodzi złożyli sobie przysięgę, co uczyniło ich najszczęśliwszymi Milleńczykami w całym Mainie. Kolejne trzydzieści minut później para młoda oraz ich goście zasiedli do skromnego posiłku w byłej jadalni. Rozmawiali, jedli i śmiali się, jak gdyby wojna nie istniała. Morifia co rusz patrzyła na Dudusa z czułością, a jej bracia jeszcze nigdy nie widzieli jej takiej szczęśliwej. Pan młody również nie potrafił ukryć swoich uczuć; przytulał i całował po głowie i rękach swoją ukochaną, jak gdyby bojąc się ją stracić. Enaret i Fortis pozwolili nawet młodym spędzić całe popołudnie w sypialni księżniczki, a teraz w sypialni małżeńskiej. Nikt nie zbliżał się ddrzwi komnaty, by ich nie speszyć, co pozwoliło Morifii i Dudusowi Vosom spędzić najmilsze chwile w ich życiu.
Wieczorem oddziały zebrały się pod zamkiem i pełne niepokoju ruszyły na kolejną batalię z królem, który w tym czasie zawezwał do siebie Xanthię.
- Chciałbym, byś została dzisiejszej nocy ze mną, dopóki znów nie zostaniemy zaatakowani – Powiedział, gdy tylko dziewczyna pojawiła się w jego komnacie.
- Co mam robić, panie? - Zapytała, rumieniąc się.
- To chyba jest ci wiadome – Odparł sucho.
I tak śliczna Xanthia została kochanką króla, o czym kiedyś wprost marzyła, a teraz czuła się skonsternowana, ponieważ Scarlett przestał być jej ideałem mężczyzny. Spełniła jednak jego rozkaz i próbowała być jak najbardziej naturalna. Scarlett jednak nie czuł się z nią dobrze, a już tym bardziej nie był zrelaksowany. Po godzinie wyprosił ją ze swej komnaty, ubrał się i czekał cierpliwie na dzwonek alarmu. I doczekał się – kilkanaście minut później usłyszał ciężki tupot stóp. Nie czekając, aż ktoś łaskawie przyjdzie po niego, wyruszył w środek ognia.
Tym razem Ruch Antykrólewski postanowił wykorzystać zdolności Morifii – mocą wyciągała ona drzewa z ziemi i rzucała nimi w zamek. Kosztowało ją to mnóstwo energii, dlatego rzucała w dużych odstępach czasu, a finalnie rzuciła tylko kilkoma drzewami. Spowodowało to jednak duże straty materialne dla pałacu oraz wściekłość na twarzy jej brata.
- Ci terroryści nie są w stanie ich powstrzymać – Syczał w stronę Gatisa Synera – Pałac zaraz upadnie, na placu widzę coraz więcej moich poległych żołnierzy. Są bezużyteczni.
- Skoro kazałeś im strzelać na ślepo, to teraz masz straty – Wzruszył ramionami polityk.
- Zaraz pogadam z ich szefem – Oświadczył Scarlett.
Szef snajperów miał na imię Iskariota – podobno największy złoczyńca w całym Mainie – i nie brał na poważnie Scarletta, ponieważ nie uznawał go za swego króla, jednak jego czyny wzbudzały w nim szacunek.
- Czyli chcesz, żebyśmy porwali tego rozentuzjazmowanego blondyna, tak? - Zapytał, marszcząc brwi – Ale po co?
- Chcę osłabić Ruch; nie dość, że jest jednym z ich generałów, to w dodatku jest bardzo bliskim znajomym mojej siostry. Liczę, że po jego stracie się załamie.
- Może to coś da, bo jak na ten moment nasze szanse spadają.
- To może zacznijcie coś robić – Warknął Scarlett, po czym odszedł.
Kilku snajperów w czarnych kominarkach przemknęło się na Plac Przedpałacowy i podeszło cicho jak najbliżej Duda. Gdy ten nie patrzył, rzucony w wir walki, zaatakowali go i wynieśli z pola bitwy. Nikt z Ruchu tego nie zauważył. Wszyscy skupieni byli na pokonaniu wroga, a nie na ratowaniu swoich bliskich.
Snajperzy zmienili taktykę, a Scarlett ponownie wkroczył do walki i rozgromił Ruch Antykrólewski, który gdy tylko go zobaczył, zaczął uciekać z pola bitwy. Enaret był zawiedziony, mimo iż rozumiał swych popleczników. Chciał jednak w końcu zakończyć te walki, a czuł, że jego brat jest coraz bardziej osłabiony.
Tradycyjnie po oddaleniu się od pałacu, Tom zarządził przegląd.
- Mój oddział – Wskazywał dłonią miejsce, gdzie miał się ustawić rząd jego wojowników – Oddział Morifii, Fortisa, Alloda, Artopa i Dudusa... - Rozejrzał się wokoło, marszcząc brwi – Gdzie jest Dud?
Wszyscy rozejrzeli się po sobie, a Morifia zaczęła się denerwować.
- Przecież był z nami... - Wyszeptała księżniczka, a łzy zaczęły piec ją pod powiekami.
- Na pewno zaraz się pojawi, Fortisa również tak nie było przez chwilę i co? Znalazł się – Enaret zaśmiał się nerwowo.
- Czy ktoś widział jego trupa? - Wykrzyknęła Morifia przejęta.
Zgromadzeni pokręcili głowami.
- Ja chyba widziałem, jak wynoszą kogoś – Odezwał się młody chłopak, syn farmera.
- Kto? - Morifia spojrzała na niego ostro, podchodząc kilka kroków w jego stronę.
- Jacyś faceci w czarnych maskach, ale myślałem, że zbierają poległych – Chłopak wydawał się być przestraszony; Fortis pospieszył mu z pomocą.
- To nie jego wina – Odezwał się do siostry – Raczej nasza, że nie potrafiliśmy obronić własnego kompana.
- Gdybym tylko była w pobliżu, na pewno byłby tu z nami – Morifia zwiesiła głowę,
- Nie obwiniaj się – Fortis przytulił dziewczynę do piersi – Miejmy nadzieję, że wciąż żyje i został jedynie wzięty za zakładnika; z pewnością okaże się przydatny dla Scarletta.
- Obyś się nie mylił – Morifia pociągnęła nosem i spróbowała się opanować – Wracajmy do zamku – Zarządziła zdecydowanym tonem, lecz jej oczy wyrażały głęboki smutek.
W tym czasie król Millenii, wcale nie tak zmęczony, jak po ostatniej interwencji, stał naprzeciw Dudusa Vosa, przywiązanego do krzesła i spoglądającego na swego szwagra z gniewem. Obok niego stało dwóch snajperów.
- Masz moc wojownika, lecz nie tak rozwinięte, jak u mego brata – Mówił Scarlett, patrząc z góry na młodego mężczyznę – Jesteś mimo to przydatny dla Ruchu, lecz zapewne nie dzięki temu zostałeś generałem, nie mylę się, prawda?
Vos nie odpowiedział.
- Zostałeś nim dzięki przyjaźni z moją siostrą lub, z tego co zauważyłem – dzięki zawarciu z nią związku małżeńskiego, czyż nie? - Popatrzył ukradkiem na obrączkę, lśniącą na palcu młodego mężczyzny.
- Nie zrobiłem tego bynajmniej dla awansu społecznego, lecz z miłości, którą darzę Morifię od dawna – Odparł Dud z dumą i wyższością.
- Myślisz, że odwzajemnia te uczucia w podobnym stopniu?
- Tak – Mężczyzna odpowiedział z pełną szczerością i zdecydowaniem.
- Cudownie – Scarlett wyszczerzył się – Tym boleśniejsza będzie dla niej strata.
Dud otworzył szeroko oczy, zdając sobie sprawę z losu, jaki Scarlett mu szykuje. Po chwili ciszy spuścił głowę, na znak pokory, godząc się, jak na Milleńczyka honorowego przystało, z tym, czym chcą go obdarować bogowie. Trochę to rozzłościło króla, jednak nie spodziewał się niczego innego
- Obawiam się, że to nasze ostatnie spotkanie – Odparł wesoło, uśmiechając się nonszalancko – Wybacz, że nie zdążę cię ugościć lepiej, lecz po pierwsze: nie mam czasu, po drugie: przez ostatnie kilkaset lat dostatecznie skorzystałeś z gościnności mojej rodziny... A zwłaszcza mojej siostry, z tego, co wnioskuję – Otaksował więźnia z ironicznym błyskiem w oku.
Dud szarpnął się na krześle, ponieważ to, co ona traktował, jako sakrament między dwoma istotami, Scarlett spłaszczył do czysto fizycznego aktu.
- Żegnaj, Dudusie – Król skłonił się nisko, wciąż uśmiechnięty i z poczuciem tryumfu.
Chwilę po wyjściu Toma, do małego pokoju wszedł Iskariota.
- Załóżcie mu worek na głowę – Rozkazał z kamienną twarzą i szorstkim głosem – O świcie dokonamy egzekucji.


Morifia całą noc nie mogła zasnąć; nie potrafiła długo wyleżeć w jej małżeńskim łożu, dlatego najpierw szukała nowej sypialni po zamku, a potem wyszła na zewnątrz, ponieważ wszystkie komnaty były zajęte, a nie uśmiechało jej się spać na ziemi. Położyła się na miękkim mchu i zaczęła wspominać swojego męża i chwile z nim spędzone. Co jakiś czas samotna łza spływała po jej policzku, lecz kobieta nie łkała. Leżała na trawie jak kamień, wiedząc dokładnie, co taki kamień czuje – nic, pustkę. W takim stanie nad ranem, gdy tylko promienie słoneczne zaczęły muskać ziemię, znalazł Morifię jej brat, Fortis.
- Co ty tu robisz? - Zapytał pełen współczucia.
Dziewczyna nie odpowiedziała.
- Spałaś coś? - Zapytał wojownik, kucając obok siostry.
Ta pokręciła głową.
- Rozumiem, że nie chcesz spać u siebie, dlatego proponuję ci nocleg w mojej komnacie, co ty na to?
Znów milczenie.
- jeśli nie chcesz spać, zawsze możesz po prostu odpocząć lub się ogrzać.
Morifia zamknęła oczy i westchnęła.
- Nie daj się prosić; martwię się o ciebie.
Te cztery słowa w końcu podziałały na młodą kobietę; ponownie westchnęła, lecz tym razem wstała i pozwoliła się poprowadzić do sypialni brata.
- Informujcie mnie, jeśli dowiecie się czegokolwiek – Wyszeptała, gdy tylko ułożyła się wygodnie pod ciepłą kołdrą, która jeszcze niedawno ogrzewała jej brata.
- Oczywiście, Mori – Fortis skinął głową, po czym pocałował siostrę delikatnie w czoło; nie było to do niego podobne, lecz Morifii bardzo potrzebne.
Po wyjściu Toma z komnaty, księżniczka momentalnie zasnęła, a jej ostatnią myślą było to, iż czuła wdzięczność do Milleńczyków, którzy pomogli zaopatrzyć zamek, między innymi w kołdry.
Wczesnym popołudniem Fortis i Enaret naradzali się w dawnej jadalni, czy próbować uratować Duda, o ile ten wciąż żyje. Nic jeszcze nie postanowili, gdy do komnaty wszedł Allod, a za nim kilku Pekatów, ciągnąć duże pudło na wózku.
- To dziwne – Zaczął mężczyzna swym zwyczajnym, spokojnym tonem – Przyszli jacyś posłańcy z zamku z tym oto podarunkiem; nazywają to telewizorem, w który trzeba włożyć to – Podał czarny prostopadłościan – Zwą to kasetą oraz podpiąć do tego – Podał coś w rodzaju zasilacza,
- Chyba wiem, jak to obsłużyć – Odparł Enaret, zabierając podarunki – Dziękuję, możecie iść stąd? - Starał się zadać to pytanie grzecznie.
- Naturalnie – Allod skłonił się bez żadnej urazy, po czym wyszedł cichym krokiem.
Bracia przez chwile patrzyli na siebie z konsternacją.
- Lepiej to sprawdźmy – Odezwał się w końcu Enaret, podpinając telewizor do zasilacza i wkładając kasetę do odtwarzacza.
- A jeśli to pułapka? - Wystraszył się Fortis, podchodząc do brata.
- Za późno – Odparł starszy Tom beznamiętnie, włączając odpowiedni kanał.
Na ekranie pojawiły się cztery postacie – trzy miały zamaskowane twarze, czwarta klęczała z workiem na głowie. Jeden z nich, stojący obok ofiary i ściskający tasak w dłoni, ściągnął worek z głowy zakładnika i oczom braci ukazał się Dud; terrorysta przemówił.
- Oto klęczy przed wami jeden z waszych generałów oraz mąż księżniczki Morifii – Dudus Vos. Na jego rękach wciąż lśni krew naszych braci, dodatkowo jeszcze w czasach pokoju wypowiadał się nieprzychylnie w stosunku do władzy, gloryfikując zjednoczenie państw Mainu, co zagroziłoby naszej polityce.
Wtedy do sali weszła Morifia. Enaret i Fortis natychmiast wpadli w panikę; ten drugi szybko zatrzymał nagranie i zasłonił sobą telewizor, a pierwszy podszedł do siostry.
-Co oglądacie? - Zapytała podejrzliwie Morifia, spoglądając zza Enareta.
- Nic takiego - Mężczyzna ujął siostrę za ramiona - Jakiś głupi kawał.
-Tak? - kobieta nie uwierzyła mu - To pokaż – Rozkazała władczym tonem.
- Nie, to nic dla ciebie – Odparł Enaret z gniewem.
- Pokaż to - Morifia wyrwała się z uścisku jednego brata i podeszła do drugiego - Włącz to, natychmiast - Rozkazała z zaciętą miną.
Fortis spojrzał smutno na brata wiedząc, że nie uchronią przed tym siostry.
- Dobrze – Westchnął Enaret.
- Został złapany w trakcie waszego ostatniego ataku, więc ukaranie go będzie waszą wspólną odpowiedzialnością.
- Przecież to… - Morifia wskazała drżącą ręką na Dudusa; nagle ostatnia iskierka nadziei w niej zgasła.
- Nie patrz na to - Enaret próbował odwrócić siostrę ku sobie, lecz ona wciąż mu się wyrywała; w końcu mężczyzna dał za wygraną.
- Mamy nadzieję, że będzie to odpowiednią przestrogą i zastanowicie się nad kolejnymi atakami. Miast tego pogódźcie się z tym, iż nie jesteście z nami wygrać, jak bardzo szala wygranej przechylała się na waszą stronę. Wspieramy politykę waszego króla, w imię którego zginie ten Milleńczyk. Chcesz coś dodać – Iskariota, bo to on przemawiał, zwrócił się do Duda.
Dudus podniósł wysoko głowę i spojrzał odważnie do kamery.
- Dud… - Po policzku kobiety spłynęła rzewna łza.
- Jestem gotowy umrzeć za mój kraj oraz za miłość – Powiedział Dudus.
Snajper podszedł od tyłu do młodego generała i uniósł jego głowę wysoko.
- Nie, nie… - Zaczęła szeptać Morifia, podchodząc do telewizora.
Mężczyzna przyłożył nóż do gardła Dudusa i jednym, mocnym ruchem przeciął je; krew bryznęła bardzo obficie. Dud upadł na twarz.
- Nie, nie, nie! - Morifia rzuciła się z płaczem do telewizora. Fortis chwycił ją w pół i poczuł, że siostra natychmiast się do niego przytuliła, pozwalając płynąć łzom.
- Nie, nie, nie… - Księżniczka zawodziła raz po raz.
Enaret przykucnął przy siostrze i również ją objął.
- Cicho, ci… spokojnie - Próbował ją uspokoić.
Morifia raz jeszcze spojrzała na ekran telewizora; Dud leżał twarzą do ziemi, ręce miał związane na plecach, a z rozległej rany wciąż lała się krew - ciemna i zapewne gęsta. Młoda kobieta wciąż łkała w ramionach braci. Nagle z jej piersi wyrwał się potężny krzyk; wyrwała się z uścisku, uklękła przed telewizorem i obiema dłońmi dotknęła martwej postaci na ekranie. Enaret i Fortis wstali, pozwalając siostrze wylać swój żal.
-Zabierz ją stąd- zwrócił się Enaret do Fortisa po pewnym czasie.
Księciu z trudem udało się ją podnieść z ziemi i wyprowadzić z sali. Morifia co rusz wyrywała się bratu, jednak ten taktownie ją uspokajał. Odprowadził do swojej komnaty, gdzie kobieta została sama; rozejrzała się pustym wzrokiem po pokoju, po czym uklękła przy łóżku, przycisnęła głowę do pościeli i zasłoniła ją rękoma, po czym znów zapłakała żałośnie nad stratą ukochanego.
Enaret tymczasem ogłosił wszystkim wiadomość o stracie jednego z ich generałów. Wszystkimi to wstrząsnęło, lecz tylko młoda Leni Kidemon zainteresowała się losem księżniczki.
- Przepraszam – Dziewczyna zaczepiła Fortisa, gdy tylko zgromadzeni zaczęli się rozchodzić.
Tom odwrócił się w stronę, z której dochodził głos i doznał szoku; oto stała przed nim młoda, piękna blondynka o ujmującym uśmiechu. Przez chwilę Fortis wpatrywał się w nieznajomą jak oczarowany. Leni zrozumiała to spojrzenie, dlatego rumieniec wystąpił na jej policzkach.
- Coś się stało? - Wydukał w końcu.
- Jeśli oczywiście pan pozwoli, chciałabym się widzieć z księżniczką - to moja rodzina ją uratowała – Wyjaśniła, płonąc ponownie rumieńcem – Chcę tylko wiedzieć, jak się czuje i ewentualnie jej pomóc, jeśli tylko zechce.
- To nie powinien być problem – Odpowiedział Fortis wybitnie powoli, nie mogąc oderwać wzroku od Leni.
Pod wpływem tego spojrzenia, młoda panna Kidemon nagle zapomniała o swym zauroczeniu do Enareta; wydawał się teraz być inny – zbyt stanowczy i zimny, za to Fortis wywarł na niej pozytywne wrażenie; nie przypominał bawidamka, za jakiego do tej pory uchodził.
Leni szła obok księcia bardzo zadowolona ze swej pozycji, lecz w miarę zbliżania się do komnaty Morifii, znów w sercu zaczął ją kłuć żal. Zaczekała na zewnątrz, ponieważ Fortis chciał wpierw uzyskać zgodę od swej siostry na odwiedziny.
- Możesz wejść – Zakomunikował książę, z wyraźnym przejęciem na twarzy – I proszę – Zatrzymał dziewczynę, gdy ta chciała wejść do komnaty – Bez tych oficjalnych formułek; jestem Fortis – Wyciągnął w jej stronę dłoń.
- Leni Kidemon – Dziewczyna uścisnęła dłoń mężczyzny, po czym zniknęła za drzwiami sypialni.
CDN...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz