sobota, 30 września 2017

ROZDZIAŁ   SZÓSTY

Nazajutrz   Antonina znów samotnie zeszła do restauracji Marysi, gdzie gospodyni jak co rano powoli zabierała się do pracy.
- Wyglądasz jak pracownicy MacDonalda z rana – Zaśmiała się dziewczyna – Pracowałam tam jakiś czas i pamiętam tę leniwą atmosferę, gdy nie ma zbyt wielu gości; można było pogadać, poznosić towar, uzupełnić kubki, torebki, słomki... Fajna praca.
- Poranki są wyjątkowe – Marysia rozmarzyła się, wycierając i układając szklanki na pułkach – Ten hotel to spełnienie moich marzeń, symbol niezależności i samodzielności, za którymi tęskniłam latami – Westchnęła nostalgicznie – A ty znowu sama? - Wróciła do rzeczywistości.
- Tak właściwie miałam nadzieję spotkać Maurycego – Tosia zaczęła wykręcać palce u jednej ręki; denerwowała się rozmowy, zaplanowanej poprzedniego dnia.
- Pewnie się tu zjawi, zwłaszcza że poczta do niego przyszła – Marysia wskazała na stos listów leżących na blacie baru.
- Nie jest zanoszona do jego domu? - Zapytała Antonina, siadając przy najbliższym stoliku.
- Nie ma skrzynki na listy, a listonosz wie, że trzeba je zanieść do mnie.
- Dlaczego jej nie założy? Boi się czegoś?
- Raczej nie; pewnie jest to kwestią przyzwyczajenia.
- To może zaniosę mu te listy? - Dziewczyna wstała nieśmiało.
- Chyba nie ma takiej potrzeby – Stwierdziła Marysia, patrząc w stronę drzwi.
Tosia spojrzała w tym samym kierunku i ujrzała pana Zwodzkiego, znów w białej koszuli włożonej do wąskich czarnych spodni, lecz tym razem miał na sobie płaszcz.
- Ile ty masz lat, sześćdziesiąt, że tak wcześnie wstajesz? - Zaśmiał się, ujrzawszy dziewczynę.
- Dowcipniś się znalazł – Tosia pokręciła głową – Możemy pogadać? - Zapytała, gdy Maurycy usiadł obok niej.
- Oczywiście, ale najpierw kawa – Mężczyzna uśmiechnął się przymilnie do swojej przyjaciółki, która po dwóch minutach podała jemu i jego towarzyszce gorący napój.
- Tu leżą twoje listy – Odparła kobieta, wskazując na bar, po czym wróciła do obsługi klientów.
- O czym chcesz pomówić? - Zapytał Maurycy od niechcenia.
- Czy kojarzysz kobietę, o imieniu Józefina Kuleszka? - Każde kolejne słowo wypowiedziane przez dziewczynę było wolniejsze.
- Z tego co wiem, pochodzi z Samary i miała za zadanie sprowadzić cię tutaj – Odpowiedział mężczyzna pewnie; wyraz jego twarzy był wybitnie spokojny.
- A co się z nią stało? Gdy obudziłam się wraz z moimi przyjaciółmi, nie było jej obok nas – Tosia nie dała się zbyć; skrzyżowała ręce na piersi.
- Pewnie wróciła do domu; po wypełnieniu misji nie miała już czego tu szukać.
- Myślałam, że mnie polubiła.
- To chyba tylko ty tak myślałaś – Maurycy uśmiechnął się sarkastycznie.
Tosia przełknęła ciężko ślinę.
- Mogę się z nią spotkać? - Zapytała, ale już mniej pewnym głosem.
- Wątpię, czy zechce.
Dziewczyna wpatrywała się ze skupieniem w mężczyznę; w środku czuła coraz bardziej narastający gniew.
- Pokaż mi, proszę, lewe przedramię – Wycedziła ostro.
Maurycy uśmiechnął się pod nosem.
- Po co? - Zapytał.
- Dobrze wiesz.
Uśmiech mężczyzny powoli opadał, a jego oczy przybrały smutny wyraz.
- To nie ma większego znaczenia, ale dobrze – Odparł Maurycy zrezygnowanym tonem, po czym podwinął lewy rękaw płaszcza oraz koszuli i wyciągnął rękę w stronę Tosi.
Dziewczyna zacisnęła wargi w wąską kreskę, gdy ujrzała wytatuowany napis: ,,Where do we go now? Anyway the wind blows”.
- Oszukałeś mnie – Wysyczała, patrząc groźnie na mężczyznę.
- Wypełniałem jedynie rozkazy – Maurycy wytrzymał spojrzenie dziewczyny; mówił twardym tonem, nie czując skrupułów.
- Ale nie mogłeś mi wszystkiego wyjaśnić, gdy tylko się tu zjawiłam? - Głos Tosi załamał się.
- Po co? - Zapytał Maurycy niedbale.
- Aby być szczerym? - To było pytanie retoryczne – Ku czemu miały służyć te kłamstwa?
- Czy ja cię okłamałem? - Mężczyzna zmarszczył brwi – Jedynie nie powiedziałem ci prawdy na temat Józefiny.
- Jak to? A ta bajeczka, którą mi przed chwilą sprzedałeś? - Zapytała dziewczyna kpiąco.
Maurycy uśmiechnął się pod nosem.
- Oboje wiedzieliśmy, jak to się skończy, miałem po prostu nadzieję, że jesteś bardziej naiwna niż wyglądasz – Odparł.
Tosia otworzyła szeroko usta.
- Czy ty mnie obrażasz? - Zapytała oburzona.
- Tylko stwierdzam fakt – Mężczyzna wzruszyła ramionami, rozsiadając się wygodnie – Takie było moje zadanie – ocenienie cię.
- I? - Pytanie było zadane wyzywającym tonem; Tosia skrzyżowała ręce na piersi.
- Pamiętasz, jak przyszedłem do ciebie wieczorem, niby to pijany? Wtedy praktycznie wszystko ci powiedziałem, skrócę zatem tamten wywód do jednego słowa – jesteś konformistką, a może i oportunistką; przystosowanie się do grupy nowych znajomych dało ci dobrą pozycję w społeczeństwie studenckim oraz chłopaka, który od razu ci się spodobał. Niestety skutkiem ubocznym jest głupota i naiwność.
- Jak możesz tak mówić? – Antonina nie widziała, czy ma zacząć krzyczeć czy płakać.
- Myślisz, że ja jestem podły, lecz to ty wykazałaś się większą podłością, odwracając się ode mnie i oceniając poprzez pryzmat nowych koleżanek – pustych i zapatrzonych w siebie, w efekcie czego stałaś się taka sama, jak one.
- Jesteś...
- Niesprawiedliwy? - Maurycy wpadł jej w słowo, znów uśmiechając się kpiąco – Nie powiem ponownie, kto zachował się niesprawiedliwie w stosunku do kogo.
Tosia przełknęła ciężko ślinę.
- Przedstawiłeś komuś swoją subiektywną ocenę? - Zapytała, akcentując przymiotnik.
- Jeszcze nie; czekam na poprawę, bo mimo twojego słabego charakteru wierzę, że wyjdziesz na ludzi.
- Ojej, dziękuję – Tosia naburmuszyła się i wstała, lecz zaraz potem usiadła – A co z... łazienką? - Zapytała ściszonym głosem.
Uśmiech mężczyzny rozszerzył się.
- To chyba lepiej, że całowałaś się ze mną, a nie z, według ciebie – wariatką – Odparł niskim głosem.
- Niby tak – Antonina z nerwów zagryzła wargi.
- Nie mów, że ci się nie podobało? - Maurycy nachylił się w stronę dziewczyny.
- Mam nadzieję, że to się nigdy nie powtórzy – Tosia przymknęła oczy.
- Jeśli się nie zmienisz, to z chęcią obiecam ci, że się do ciebie nie zbliżę.
- Świetnie – Dziewczyna westchnęła ciężko, nerwowo – Ale ty w końcu jesteś gejem, czy nie? - Wypaliła nagle.
- Co masz na myśli? - Maurycy w zdezorientowaniu zmarszczył brwi.
- Pocałowałeś Karola – Dziewczyna wymówiła te dwa słowa w wolnym tempie.
- Tylko po to, aby go ugryźć – Odparł mężczyzna, dławiąc śmiech.
- A co z moimi rodzicami?
- Ale ty szybko zmieniasz tematy – Maurycy pokręcił głową z podziwem, odsuwając się od swej rozmówczyni – Co ma być z twoimi rodzicami?
- Byłeś u nich?
- Ktoś musiał wyjaśnić państwu Kruczyńskim, dlaczego ich córka nagle zniknęła.
- A przebrałeś się chociaż w normalne ciuchy?
- A po co? - Maurycy wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Co za wstyd... - Tosia przysłoniła ręką oczy.
- Ja akurat dobrze się bawiłem, twoja mama wydawała się zadowolona, widząc mnie po tylu latach, tylko twój ojciec jest jakiś taki drętwy.
- Ty specjalnie chcesz mnie jeszcze bardziej wkurzyć? - Dziewczyna rozszerzyła palce i spojrzała na mężczyznę spode łba.
- A jak myślisz? - Maurycy wciąż był z siebie bardzo zadowolony.
- Po co to zrobiłeś? - Ręka Antoniny opadła, a ona sama wyprostowała się i spojrzała wyzywająco na mężczyznę – Chyba miałeś się w co ubrać, skoro przyszedłeś po Łucję do klubu, wyglądając normalnie.
- Skąd o tym wiesz? - Maurycy spoważniał – A, no tak – Uśmiechnął się pod nosem – Twój Michał wszystko ci opowiedział.
- Kim jest dla ciebie Łucja? A może to też facet, w końcu się całowaliście.
- Przestań już, ty homofobko – Odparł Maurycy niby żartem, lecz tak naprawdę insynuacje w stosunku do jego orientacji seksualnej zaczęły go denerwować – To moja przyjaciółka, tylko mi pomagała; pocałunek miał sprawdzić twoją tolerancję.
- I co wywnioskowałeś? - Zapytała dziewczyna z kpiną.
Mężczyzna spojrzał w górę.
- Niby ci to nie przeszkadza – Mówił – Ale chyba wolisz się od takich trzymać z daleka – Przeniósł wzrok na pannę Kruczyńską – Może też dlatego mnie odtrąciłaś? To bolało – Chwycił się za serce i zrobił minę zranionego kundla – A ja tak wierzyłem w to, że będziemy przyjaciółkami – Kpina w jego głosie była aż nazbyt wyraźna.
- Jesteś beznadziejny – Tosia zmarszczyła nos, jak z obrzydzenia.
- Nie ty pierwsza mi to mówisz – Mężczyzna pozostał niewzruszony – Lepiej skończmy tę rozmowę – Nagle przeszedł do dosyć oficjalnego tonu – Zawołaj swoją paczkę i będziemy się powoli zbierać – Wstał.
- Gdzie?
Maurycy westchnął.
- Niestety dziś pokażę wam wyniki mojej pracy oraz zespół, który mi w tym pomagał; mówiłem ci o współpracy z marzycielami? Powinnaś wiedzieć, czego ona dotyczyła – Mężczyzna podszedł do Marysi, aby się z nią pożegnać i zabrać pocztę, po czym wyszedł bocznymi drzwiami, prowadzącymi na korytarz, nawet nie patrząc na Antoninę.
Czterdzieści pięć minut później Maurycy wyszedł ze swojego domu, który znajdował się kilkanaście metrów od hotelu Marysi. Mężczyzna był zamyślony, machinalnie zamknął drzwi na klucz i podążył w kierunku restauracji. Ręce trzymał w kieszeniach płaszcza, głowę miał zwieszoną i uporczywie wpatrywał się w ziemię, marszcząc brwi. Nie zwracał uwagi na śpiew ptaków, ani na piękną, wczesnojesienną pogodę, ponieważ za bardzo skupiony był na rozmowie z Tosią oraz zaproszeniu, które właśnie otrzymał.
Panna Kruczyńska z jednej strony fascynowała mężczyznę, z drugiej go bardzo denerwowała swym zachowaniem. Maurycy wiedział, że fascynacja, ze źródeł której zdawał sobie doskonale sprawę, doprowadzi ich oboje jedynie do zguby, a nie przepadając za dziewczyną, mężczyzna wyświadczy i sobie, i jej przysługę. Ponadto miał już dość kłopotów z kobietami i jakiś podlotek, zwłaszcza niezbyt rozgarnięty, nie był mu do szczęścia potrzebny. Doszedłszy do takiego wniosku, Maurycy westchnął z ulgą, uśmiechnął się do siebie i żywszym krokiem poszedł w stronę hotelu swej przyjaciółki, z którego akurat wychodziła czwórka przyjaciół.
- Witam was, moje ptaszyny – Odparł nonszalancko – Gotowi?
- Miejmy to już za sobą – Mruknęła Tosia i ruszyła przed siebie.
- Podobno się posprzeczaliście – Michał zagadał Maurycego złowrogim tonem – I podobno to ty jesteś Józefiną.
- Nie z własnej woli – Odpowiedział mężczyzna, patrząc nie na studenta, tylko na trzy dziewczyny idące przed nimi – O tym też wspomniała?
- Tak, ale mimo to trzymam jej stronę.
- Jakżeby inaczej – Prychnął Maurycy.
- Za kogo ty się uważasz? - Syknął Michał.
- Za nikogo, ja wiem, kim jestem.
- Masz o sobie zbyt wielkie mniemanie.
- A ty za dużo gadasz – Odparł mężczyzna, wyprzedzając Michała oraz jego przyjaciółki – Pojedziemy metrem – Odezwał się do całej czwórki, skręcając w prawo, na chodnik, ponieważ do tej pory szli przez łąkę.
- Macie tu metro? - Zapytała Kaśka z kpiną.
- Tak, aby nie niszczyć piękna przyrody – Wyjaśnił Maurycy sarkastycznie – Wszystko dla zachowania pozorów sielskiej krainy.
Metro nie wyróżniało się niczym szczególnym i gdyby Tosia nie wiedziała, że znajduje się w Krainie Marzycieli, sądziłaby, że jest w Londynie lub Paryżu. Przejażdżka była dla niej przyjemna, głównie dzięki przyglądaniu się podróżującym; niektórzy słuchali muzyki, inni czytali gazety, rozmawiali ze sobą nawzajem, a pozostali wpatrywali się przed siebie bezmyślnie. Rozpamiętywali przeszłość, planowali przyszłość, przygotowywali umysły na zmierzenie się z rzeczywistością. Antonina stała między nimi, analizując ich charaktery, które wydały się jej w pierwszej chwili nudne, by mniej więcej w połowie drogi, po wjechaniu na otwartą przestrzeń, dostrzec w blasku słońca unikatowość mieszkańców. Dziewczyna rozpromieniła się na widok bladej twarzy matki, trzymającej na rękach śpiące dziecko. Ujrzała miłość i opiekuńczość, a starszy, zniedołężniały pan stojący obok kobiety, wydał się Tosi ostoją klasyki i tradycji. Wszystko prysło, gdy ujrzała wpatrzone w nią, smutne oczy Maurycego.
- Coś nie tak? - Zapytała niegrzecznie.
- Nie – Na miejscu smutku zagościł pozorny, ciepły uśmiech – Będziesz kiedyś nimi wszystkimi rządzić i to nie będzie takie proste, jak ci się wydaje.
- Skąd możesz wiedzieć, o czym myślę?
- Widzę to – Jego oczy znów przybrały smutny wyraz – Tylko pozornie obrazek ludzi jadących metrem ma jakieś znaczenie.
- Można w ten sposób nawiązać nowe stosunki.
- Raczej krótkotrwałe, bo nikt wsiadając do metra nie myśli o tym, kogo tam spotka, tylko dokąd zmierza. Tamta kobieta – Wskazał na matkę z bobasem – Jest wymęczona, pewnie zawozi dziecko do żłobka, albo do rodziny i zaraz potem jedzie do pracy; gdyby czekał ją odpoczynek, nie byłaby taka spięta. Tamten starzec ma żółtaczkę, pewnie jedzie do szpitala.
- Skąd wiesz, że jest chory? - Tosia zmarszczyła brwi – Oczy?
- Tak, poza tym to mój pacjent – Maurycy spojrzał wprost w oczy Tosi – Poznawszy tych ludzi, uświadomisz sobie ogrom ich problemów, który widzisz jadąc tunelem, ale nie dostrzegasz, gdy są w otoczce ładnej pogody; będziesz musiała rozwiązać ich trudności, nigdy zapewne nie poznawszy, czym jest choroba i wyczerpanie, dlatego czeka cię trudne zadanie.
- Dlaczego ty mi to wszystko mówisz?
- Ponieważ musisz przestać marzyć, jak robiłaś to całe życie z książką w ręku, aby tu przetrwać.
- Ty przestałeś marzyć? - Zapytała Tosia, przełknąwszy ciężko ślinę.
- Tak i zamiast tego koncentruję się na przetrwaniu.
- Nie jesteśmy w dżungli – Wycedziła dziewczyna przez zęby w chwili, gdy kolejka się zatrzymała.
- Nie? - Zapytał Maurycy z ironicznym uśmiechem, po czym udał się do wyjścia – Zaraz się przekonamy! - Krzyknął, stojąc wśród wsiadających mieszkańców i czekając, aż przyjaciele do niego dołączą – Spróbujcie się nie zgubić – Poradził, mierząc ich wzrokiem.
Maurycy szedł na przedzie, nie widząc, jak Kasia i Asia zachwycały się Stanem Ignatium i znajdującym się w nim mieście – Muenetą. Wysokie wieżowce, bogato przystrojone wystawy sklepowe, eleganccy ludzie i aura ekskluzywności, na widok których dziewczyny otwierały szeroko usta z wrażenia. Biżuteria w gablotach rozświetlała ich oczy, a przystojny maklerzy rozszerzali ich wargi w uśmiechu.
- Czuję się jak w Nowym Yorku – Powiedziała Asia, która miała wrażenie, jakby po raz kolejny znalazła się w innym świecie – lepszym, bogatszym i bardziej snobistycznym.
- Będziemy mieć potem kilkadziesiąt minut przerwy, o ile wszystko pójdzie zgodnie z planem – Mówił Maurycy tonem przewodnika – Zatem pozwolę wam pobiegać po sklepach.
- Dziękujemy – Kaśka próbowała być kąśliwa, lecz nie pozwolił jej na to zachwyt, którym emanowała całą sobą.
Niecałe trzy minuty później pięć osób stanęło przed jednym z wysokich budynków – białym, z wypolerowanymi oknami i wielkim napisem: ,,Instytut Medyczny Krainy Marzycieli, Stan Ignatium”. Weszli do środka, do recepcji, gdzie spotkali młodą kobietę, bardziej przypominającą modelkę, niż sekretarkę. Miała na imię Eliza i z uśmiechem potwierdziła zaplanowaną przez Maurycego wizytę. Mężczyzna zaprowadził swych towarzyszy do windy i kazał im jechać na szóste piętro, samemu chcąc wejść po schodach, z powodu klaustrofobii, jednak Kaśka i Michał zmusili go, by jechał z nimi. Maurycy niechętnie zgodził się, lecz całą drogę miał zamknięte oczy, by nie widzieć ścian wokół siebie. Odetchnął głęboko, gdy drzwi windy otworzyły się szeroko, przywracając mężczyźnie pewność siebie. Dumnym krokiem zaprowadził znajomych na Oddział Badań nad Lekami.
Przyjaciele weszli przez oszklone drzwi i zobaczyli pięć, równorzędnie ustawionych wzdłuż pomieszczenia stoisk, zamkniętych w szklane pokoiki. W każdym z nich po obu stronach stały dwa, długie blaty. Po prawej stronie, na samym końcu znajdowało się biuro, jako jedyne oddzielone od reszty świata normalną ścianą. Zaraz po lewej stronie, pod ścianą, stały szare: kanapa i fotel oraz biały stolik. Obok nich stała wielka szafa, wypełniona książkami, teczkami i klaserami.
- Witam w moim świecie – Odparł Maurycy – Zaczekajcie na chwilę – Powiedział, po czym zniknął w korytarzu, znajdującym się po lewej stronie, koło okien, które zajmowały całą przednią ścianę, by po chwili wrócić, ubranym w biały kitel lekarski – Wymóg zakładu – Wyjaśnił, widząc rozbawione miny czwórki przyjaciół – Zapraszam tutaj – Wskazał pierwszy boks, w którym znajdowała się dwójka osób – Oto moi współpracownicy – Gabriela Mocarska – Wskazał dziewczynę średniego wzrostu, z falowanymi, niedługimi brązowymi włosami, przyjemną twarzą, o apetycznie zaokrąglonych biodrach – A to jest Radosław Mueneta – Młodszego od swej koleżanki chłopaka, wysokiego, o mysiej urodzie, w kwadratowych okularach i z rzadkimi, brązowymi włosami.
- Masz na nazwisko tak samo, jak ten Stan – Zauważyła Asia, szeroko się uśmiechając, gdy ścisnęła dłoń młodego chłopaka.
- Tatuś Radzia to burmistrz miasta, ale nasz młody naukowiec chce się uniezależnić od tatusia – Wyjaśnił Maurycy zgryźliwym tonem, opierając się o jeden z długich stołów.
- On tak zawsze – Radek machnął ręką; komentarz spłynął po nim jak po kaczce – Lecz faktycznie, mój tata jest burmistrzem, ja jednak staram się wyjść spod jego wpływów.
- Byleby to nie był szczeniacki wybryk – Rzuciła Kaśka tonem starej nauczycielki.
- Radek to najnudniejszy młody człowiek w Krainie Marzycieli, zatem nie bój się, Katarzyno droga, że jutro dowiesz się, iż czeka go pępkowe – Stwierdził Maurycy, uśmiechając się zjadliwie.
- Abstrahując od tego, kim jest Radek, myślałem, że w innych stanach również rządzą królowie – Wtrącił Michał.
- Królowie to tylko ci, którzy się nie podporządkowali, reszta to zwykli biznesmeni – Wyjaśnił Maurycy, krzyżując ręce na piersi.
Mężczyzna zamilkł i począł przyglądać się otaczającym go osobom, nawiązującym między sobą nowe znajomości. Wydawali się tacy niewinni i nieświadomi krzywdy, gdy tak stali w tym sterylnym, oddzielonym szybami od reszty społeczeństwa laboratorium, które w niczym nie przypominało metra ze swym dualizmem. Ten kawałek świata wydawał się być paradoksalnie bezpiecznym, choć był przecież lęgowiskiem chorób i cierpień z nimi związanymi, o czym Maurycy, Gabrysia i Radek doskonale wiedzieli, lecz nie zdawali sobie z tego sprawy goście Instytutu. Mężczyźnie ten widok zbrzydł; otaksował zebranych spojrzeniem pełnym zdegustowania.
- Koniec tych umizgów – Mruknął, stając prosto i opuszczając ręce – Przejdźmy do konkretów.
Przyjaciele z Krakowa choć umilkli, to byli niezadowoleni z reakcji opiekuna. Szorstkie uwagi mężczyzny zwłaszcza w Tosi wywoływały uderzenia gorąca i złowieszcze myśli.
- Moc, którą za niebawem posiądziesz, moja droga – Maurycy spojrzał na Tosię, splatając ręce z przodu, jak do modlitwy – Oprócz biletu na królewski tron, niejednokrotnie będzie w stanie uratować ci życia, choć równocześnie... - Zrobił efektowną pauzę – Zabija cię.
Antonina wciągnęła głęboko powietrze do nosa.
- O czym ty mówisz? - Zapytała ostro.
- O bionie, czyli swego rodzaju cząsteczce lub sile, jak to woli, która oprócz mocy, zaraża cię, powodując chorobę, zwaną Czerwoną Śmiercią.
- Nie było tego w książę – Nerwy powoli opadały z dziewczyny, ustępując miejsca przerażeniu.
- Chyba nie muszę powtórnie powtarzać, jak odmiennie został wykreowany świat w tej powieści – Mężczyzna machnął ręką ze zniecierpliwieniem – Wróćmy jednak do meritum; wraz z Radkiem i Gabrysią wynaleźliśmy odtrutkę, jednak działa ona tylko na tych Marzycieli, którzy są we wczesnym stadium choroby, ponieważ nie pojawia się ona od razu, lecz dopiero między dwudziestym a dwudziestym piątym rokiem życia, o ile moc jest w użyciu. Wskazane jest jednak przyjęcie odtrutki przez wszystkich, aby choć trochę wycofać chorobę i może przedłużyć życie o kilka lat, choć to jeszcze nie jest pewne.
- Na czym polega ta choroba? - Zapytał Michał, obejmując ramieniem swoją dziewczynę, która nie potrafiła już wykrztusić żadnego słowa.
- Trucizna przedostaje się do krwi, powodując częste krwotoki, najczęściej z nosa i uszu. Później pojawiają się bóle, na przykład: klatki piersiowej, brzucha, nogi, nadgarstka itd., by następnie zaatakować narządy wewnętrzne; ma się wtedy podobno wrażenie, że kurczysz się od środka, co nie jest przyjemne – Maurycy pokręcił głową – Marzyciele nie przeżywają długo, najczęściej do stu lat, choć zdarzają się wyjątki.
- Jak wygląda śmierć? - Tosia nieśmiało zabrała głos; była blada na twarzy i oddychała ciężko, a jej głos drżał.
- Następuje rozejście się mocy, który polega na rozszarpywaniu narządów przez moc, często towarzyszy temu wpierw krwotok wewnętrzny, a potem ogromny ból i krew wszędzie – Mężczyzna wymówił ostatnie słowa wolniej, jakby się nad czymś zastanawiał; patrzył w dół – Nie pytajcie mnie, jak to wszystko się dzieje, czemu tak, a nie inaczej... Moc rządzi się swoimi prawami, nie jest jakąś tam bakterią czy wirusem, stanowi ona samodzielny byt, który potrafi obdarzyć nosiciela niezwykłymi darami, jednak musi on zapłacić najwyższą cenę za nie – Spojrzał na zgromadzonych – Wszystko jasne? To może wytłumaczę wam teraz na czym polega proces odtruwania.
Wtem Antonina wyrwała się z objęć Michała i jak pocisk wybiegła z boksu, a następnie z biura, nie oglądając się za siebie.
Tosia zbiegła w dół po schodach i ruszyła przez hall, nie przejmując się zdziwionym spojrzeniem Elizy. Dziewczyna z impetem otworzyła drzwi główne i dopiero po wyjściu na zewnątrz, poczuła ulgę. Chciała wrócić do Krakowa, zapomnieć o Krainie Marzycieli oraz o tym, że ma zostać królową. W jej życiu ta decyzja niewiele by zmieniła, jednak mieszkańcy fantastycznego miejsca zostaliby bez władcy i rozpoczęłyby się czasy zawodu i nieszczęścia. Przynajmniej taka perspektywa ułożyła się w głowie Antoniny i nie została ona nawet dobrze przemyślana, gdyż nagle przy dziewczynie stanął Maurycy.
- Wiem, że cię to przeraża – Odparł, wyciągając papierosa i zapalając go – Pracowałem z Marzycielami i widziałem zarówno strach w ich oczach, jak i nadzieję na lepsze życie. Jeśli nie zgodzisz się na zabieg...
- A może nie zgodzę się zostać królową? - Przerwała Tosia butnym tonem, patrząc na mężczyznę spod ściągniętych brwi.
- I zostawisz nas na lodzie? - Zapytał, robiąc minę pełną wyrzutu.
W pannie Kruczyńskiej coś pękło.
- ,,Nie, nie możesz ich tak zostawić – Mówiła do siebie w duchu – Jesteś im potrzebna, a co cię czeka w Krakowie? Kierunek bez przyszłości".
- Mam dla ciebie propozycję – Zaczął Maurycy spokojnym tonem, wyrywając Tosię z zamyślenia – Przedstawię cię Marzycielowi.
Antonina ze zdziwieniem spojrzała na swego opiekuna.
- Przecież mówiłeś, że ich tu nie ma – Odparła powoli.
- Powiedziałem, że nie chcą się ujawniać – Wyjaśnił mężczyzna, zaciągnąwszy się; wypuścił dym – Jest jednak pewna starsza pani, która mieszka za miastem, a której ja jestem lekarzem, zatem prócz spraw stricte związanych z władaniem mocą, dowiesz się również o Czerwonej Śmierci i zobaczysz osobę chorą na własne oczy.
- Dobrze – Odparła Tosia po chwili zastanowienia się – Zależy mi na tym, aby ktoś kompetentny powiedział mi, co mam robić, aby stać się Marzycielem – Powiedziała, krzyżując ręce na piersi i patrząc na Maurycego wrogim spojrzeniem, po czym wróciła do budynku.
Zwodzki dopalił papierosa, po czym zamaszystym gestem rzucił go na bruk; mężczyzna był zdenerwowany.
Maurycy wrócił do swych towarzyszy, aby zaprowadzić ich do oddzielnego pokoju, który przypominał salę szpitalną – kilkanaście łóżek zostało ustawionych po obu stronach długiej, białej (a jakże) sali. Nie było tam nic więcej prócz okien i pojedynczych nocnych szafek obok każdego z łóżek.
- Czuję się, jak w psychiatryku – Wyszeptała Asia, ujrzawszy wnętrze pomieszczenia; każdy ze studentów pomyślał tak samo, co napawało ich uczuciem niepokoju i lęku przed mniej sympatyczną stroną Krainy.
- Tutaj właśnie leżą pacjenci, którym została podana odtrutka – Mówił Maurycy tonem przewodnika – Trzeba tu spędzić około jednego dnia, jednak jest to podobno najdłuższy dzień w życiu – Spojrzał spod uniesionych brwi na Tosię, której panika w spojrzeniu omiatającym salę niemalże zdradzała myśli dziewczyny – Jednak uratuje ci to życie.
- Jak wygląda proces odtruwania? - Michał znów zabrał głos, tym razem ostrzejszym tonem; był zły na Zwodzkiego, że tak bez emocjonalnie przekazuje jego ukochanej tak przerażającą wizję jej przyszłości.
- Jest bardzo nieprzyjemny – Maurycy szybko spojrzał na łóżka, z dziwnym, niespokojnym błyskiem w oku – Przede wszystkim pacjent musi, że to tak nazwę, dostać lewatywę, ponieważ cały czas jest przytwierdzony do łóżka. Potem podajemy odtrutkę dożylnie oraz w postaci tabletek. Reszta to podobno katusze – wymioty, zawroty głowy, ból w całym ciele, gorączka, zimne poty, problemy z oddychaniem, ponadto jednym ze skutków było coś, co pacjenci nazwali: ,,odczuwaniem mocy”, czyli trochę tak, jakby byli pod wpływem narkotyków.
- Byli na haju? - Wtrąciła Kaśka, z dziwnym uśmiechem, który cisnął się jej na usta.
- Raczej niezbyt przyjemnym i nie mam tu na myśli halucynacji, jedynie, na przykład: doznań porównywalnych do latania czy unoszenia się na wodzie, ale w ich ówczesnym stanie, Marzyciele twierdzili, iż jest to najgorszy ze skutków przyjęcia leków.
- Muszę to przejść? - Głos Tosi znów zabrzmiał jak mysi pisk.
- Jeśli nie chcesz tak cierpieć całe życie i umrzeć przedwcześnie w mękach, to tak – Maurycy wzruszył ramionami, jak gdyby los Marzycieli, z Tosią włącznie, go nie interesował.
- Kiedy mogę tu przyjść? - Nagle głos Antoniny stał się odważniejszy, jakby w pełni pogodziła się z czekającą ją próbą.
- Dopiero jak wróci ci moc – Odparł mężczyzna twardo, jak gdyby nie podobała mu się stanowczość w głosie studentki – A kiedy to nastanie – nie wiadomo.
- Wspomniałeś o pewnej staruszce – Dziewczyna nie wydawała się być speszona warknięciem mężczyzny – Może dzięki niej już za miesiąc zostanę królową.
Maurycy prychnął.
- Zobaczymy – Odparł tylko z kpiną – Zaraz tam pójdziemy – Stwierdził po chwili ciszy – Lecz najpierw pójdziemy do mojego chrzestnego; mam do niego sprawę.
- To idź, my pójdziemy na sklepy – Zbuntowała się Kaśka.
- I dla was korzystne będzie, jeśli go odwiedzicie – ma bogatą bibliotekę i zapewne pozwoli wam wypożyczyć kilka dzieł naszej Krainy.
- Super – Mruknęła dziewczyna w odpowiedzi; wolałaby kupić kilka ciuszków, niż przeglądać literaturę tej dziwnej Krainy.
- Potem dam wam wolne – Odparł – Sam będę musiał odwiedzić kilka sklepów.
Siedem osób wyszło z Zony – tak potocznie nazwano tę salę – a następnie Gabrysia i Radek pożegnawszy się wrócili do pracy, a Maurycy poszedł odwiesić kitel, po czym zaprowadził znajomych do wyjścia.
- Jak ma na imię twój wujek? - Zapytała Tosia, gdy wyszli z windy; wiedziała, jaka padnie odpowiedź, z czego jej rozmówca zdawał sobie doskonale sprawę, dlatego jedynie spojrzał kpiąco na dziewczynę.
CDN...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz