piątek, 16 stycznia 2015

                                                                                       DANCE MACABRE                                                                
                                                                                                                        I
Beatrice była żoną wysoko postawionego, londyńskiego urzędnika. Z racji tego zawsze dostawała to, czego chciała. Tak więc dostała nawet, podobno jak twierdzą niektórzy, na własne życzenie, śmierć.
Jej ciało znaleziono w małżeńskiej sypialni; nóż miała wbity prosto w klatkę piersiową. Nad nią stał mąż, twierdząc, iż jest niewinny- jak każdy.
W rezydencji urzędnika LeFlay'a odbywało się jego przyjęcie urodzinowe. Minutę przed północą Beatrice poprosiła męża, by ten odprowadził ją do sypialni, z powodu problemów ze zdrowiem, które ostatnimi czasy miewała. Goście zobaczyli tylko sunący po podłodze biały tren od jej pięknej, balowej sukni, godnej królowej Wictorii. Wraz z odpaleniem sztucznych ogni na cześć pana domu, rozległ się krzyk kobiety, słyszany tylko przez nielicznych- lecz to wystarczyło do wszczęcia alarmu.
Na balu znajdował się detektyw Castor Tuttiholmes. Należał do jednych z najbardziej cenionych detektywów w Londynie- zaraz po Sherlochu Holmesie, bohaterze książek Arthura Conana Doyla- głównie ze względu na dobrą współpracę ze Scotland Yard'em.
Castor zawsze był właściwą osobą na właściwym miejscu. Tym razem również tak było. Został pierwszy dopuszczony do ciała. Przepychając się przez tłum gapiów, detektyw usłyszał rozmowę dwóch młodych dziewcząt:
-To straszne- mówiła ta pierwsza- Taka piękna- rzadko która dama ma tak piękne, kruczoczarne włosy.
-A jej twarz!- wtrąciła druga- Takie rysy można podziwiać tylko na portretach renesansowych artystów.
-Najbardziej mi chyba żal tej sukienki- dodała poprzednia- Ponoć materiał był sprowadzany z samej Azji.
Fakt- sukienka Beatrice była śnieżnobiała, podbijana wielorazowo taftą, lecz warstwa wierzchnia była z jedwabiu, a bluzka z duńskiej koronki. Brak rękawków i kołnierzyka odsłaniał piękne ramiona lady LeFlay. Szew sukni pokryty był 24-karatowym złotem. Chodziły pogłoski, iż Beatrice otrzymała ją od samej Królowej Wictorii, która to miała założyć kreację na własny ślub- God save the Queen! Diamentowa kolia wraz z kolczykami i pierścionkiem zaręczynowym z rubinem dodawała książęcego szyku.
Beatrice LeFlay związała swoje czarne włosy w wysokiego kucyka, który falami opadał na odsłonięty kark. Na czubek głowy wpięła diadem z rubinami, pasujący do pierścionka. Bladość cery, związaną z chorobą, ukryła za najrozmaitszymi kosmetykami. Rumiane policzki i czerwone usta śmiały sie do zebranych zewsząd gości. Nawet do Szkotów, których szczerze nie cierpiała.
Najszerszy uśmiech gościł na jej twarzy, gdy posyłała go Michaelowi Tuttiholmesowi- bratu detektywa Castora. Już od dawna krążyły plotki na temat ich rzekomego romansu, jednak zgodność małżeństwa państwa LeFleyów odrzucało tę tezę. Mimo to, londyńskie damy roznosiły plotkę, która stała się niemalże sensacją. A nawet jeśli miałoby okazać się to prawdą- nic dziwnego. Beatrice byłą młodsza od męża o 17 lat, więc wszyscy już od dawna byli przygotowani na taką wiadomość.
Castor nie raz próbował dowiedzieć się czegokolwiek od brata, jednak zawsze bez skutku. Michael zbywał go tylko machnięciem ręki. Bracia zostali sami, dlatego starszemu zależało, by młodszy miał do niego pełne zaufanie. Niestety społeczeństwo bohemy brytyjskiej zawładnęło nim do reszty. Michael zaczął przepijać dochody z powieści, a oszczędności trwonić na hazard; w dodatku nic więcej prócz ,,dobrej zabawy" z tego nie miał.
Niestety Michael stawał się powoli również lekomanem, co Castor także zauważył; mężczyzna majaczył przez sen, miewał napady histerii, a czasem płaczu, co zwalczał przeróżnymi lekami. Lecz żadne argumenty do niego nie trafiały.
Michael Tuttiholmes był artystą- pisarzem, więc otaczał się pięknymi kobietami. Jednak żadna nie mogła dorównać urodzie lady LeFlay, z którą zapoznał się podczas wieczoru poezji, zorganizowanego przez świętej pamięci matkę damy. Podobno wtedy rozpoczęła się ich zażyła znajomość.
Gdy goście wkroczyli do sypialni państwa LeFlay i ujrzeli martwą lady oraz jej męża z nożem w ręku, od razu było jasne, dlaczego tak się stało.
Zadzwoniono po policję. W trakcie czekania, dwóch z najsilniejszych mężczyzn usadowiło pana LeFley'a na krześle oraz związało go; urzędnik nie protestował. Nim władze dotarły na miejsce, pozwolono przyjrzeć się zmarłej detektywowi. Castor zabezpieczył narzędzie zbrodni i odwrócił się na moment, by odłożyć je w bezpieczne miejsce. W trakcie tego ułamka sekundy, przy ciele zmarłej ukląkł Michael. Nic nie powiedział, tylko patrzył na Beatrice szeroko rozwartymi oczyma; jej własne zamknął, by nie przeszywały gości swym martwym spojrzeniem.
-Lepiej, byś się odsunął- Castor ostrzegł brata.
-Niesamowite- Michael nie zwracał uwagi na słowa mężczyzny- Zaledwie wystrzelono cztery razy z racy i już- nie żyje. Nieprawdopodobne.
-Tak, masz rację, ale musisz się odsunąć- detektyw chwycił go za ramię i odciągnął od martwej; brat pozwolił mu na to.
Michael odszedł w najdalszy kąt sypialni, gdzie wyciągnął papierośnicę- w niej schowane miał leki uspokajające. Nim Castor zdążył zareagować, młody mężczyzna połknął dwie tabletki. Detektyw tym razem machnął na to ręką i wrócił do tego, co powinno być dla niego najważniejsze- przynajmniej teraz.
Policjanci ze Scotland Yardu przyjechali dość szybko. Zadowoleni na widok znajomego detektywa, zaczęli przesłuchiwać zebranych gości. Bardzo przerażeni opowiedzieli o wydarzeniach ostatnich 20 minut. Ich streszczenia były mało zadowalające, lecz to musiało funkcjonariuszom wystarczyć. Więcej informacji uzyskali od Castora Tuttiholmesa, który umiał zidentyfikować ranę, zabezpieczyć zwłoki oraz podać skrzętniejszą wersję wydarzeń niż pozostali. Gdy już to zrobił, inspektor Cullen poprosił go na osobiste przesłuchanie. Odbyło sie ono w gabinecie urzędnika LeFlay'a.
-Chciałbym, by opisał mi pan, bez osób trzecich, cały przebieg wieczoru- zaczął inspektor Javier Cullen.
-Cały przebieg, tak? Hmmm...- zamyślił się Castor- Mógłbym to zrobić, jeśli tylko wybaczy mi pan pewne luki w pamięci. Co prawda to zaledwie sześć godzin, a jako detektyw powiniem mieć pamięć absolutną, lecz, rozumie pan, pewna dawka alkoholu powoduje zaniki w pamięci; jeśli chodzi o moją pamięć- wskazał na siebie- tak to właśnie działa.
Dżentelmeni roześmiali się, w charakterystyczny dla każdego dżentelmena sposób.
-Rozumiem pana bardziej, niż to się panu wydaje- odrzekł Javier- Ja również nie odmówiłbym sobie w taką okazję, a zwłaszcza w takim miejscu- panowie jeszcze chwilkę się pośmiali, po czym inspektor zmienił swój ton głosu z powrotem na poważny- Proszę opisać mi w takim razie dzisiejszy, a właściwie wczorajszy, wieczór.
-Spróbuję- detektyw podrapał się niedbale po czubku głowy- Jak już wspomniałem, przyjęcie trwało sześć godzin; na 18.00 zaproszeni byli goście, ja zjawiłem się kwadrans po godzinie, zapisanej na zaproszeniu. Po mnie zjawił się tylko mój brat- on nigdy nie przychodzi wraz ze mną, zawsze przed lub po.
Goście zostali uraczeni małym aperitifem tak, jak we Francji, z której niedawno wróciło małżeństwo LeFlay'ów. Potem puszczono muzykę z gramofonu. Nikt nie miał ochoty zatańczyć, dlatego staliśmy w małych grupkach, rozmawiając i popijając trunki.
-Z kim rozmawiała pani LeFlay?- wtrącił policjant.
-Niech pomyślę.... Na pewno z tą sędziwą staruszką, panią Kimberly. Wydaje mi się, iż potem zauważyłem w ich towarzystwie Emanuell de la Negrojos- piękną Hiszpankę, którą to wszyscy mężczyźni się zachwycają.
-Fakt- jest bardzo urodziwa- zauważył Javier.
-To prawda- skinął głową Tuttiholmes- Był wraz z nimi Ian Kowalski, ten emigrant z Polski- nawiasem mówiąc, tam podobno niedobrze przez tych zaborców. Ian powiedział komuś, iż większość spodziewa się rychłej wojny, ale to jeszcze nic przesądzonego.
-Ktoś jeszcze?- dopytywał inspektor.
-Ta Francuzka z baletu- Jenevieve Clocharde, przyjaciółka pani Beatrice. Kolejnym mężczyzną, który się do nich dołączył, był ten gburowaty Amerykanin, Phillip Orix. I chyba jeszcze Jessica Beer, zgorzkniała malarka.
-A pan Charles LeFlay?
-Uff...!- detektyw przeczesał włosy dłonią- Częściej zwracam uwagę na kobiety niż na mężczyzn- Castor roześmiał się- Wokół niego kręcili się inni urzędnicy. Jacy dokładnie, to nie wiem, nawet ich pewnie nie znam- to nie moje kręgi.
-Dobrze- inspektor zapisał zdobyte przed chwilą wiadomości- Co działo sie po tych rozmowach?
-O godzinie ósmej podano wystawną kolację. Składała się ona z pieczonych bażantów, kremu z pora, polędwicy z sosem borowikowym, smażonych bakłażanów, podawanych z suszonymi gruszkami na przystawkę, marynowanych śledzi, puddingu, sufletu black'n'white, trufli w gorącym sosie jabłkowym i pieczeni ze śliwkami, wędzonych jesiotrów, raków z pomarańczami w likierze, do tego pełne miski pieczonych lub smażonych ziemniaków oraz wino czerwone do mięsa lub białe do ryb, a dla niektórych woda. Wszyscy mlaskali nad tymi potrawami. Naturalnie mężczyźni rzucili się na miski, lecz kobiety ,jako damy, konsumowały swoje posiłki z gracją. W sumie mojego brata może pan do nich zaliczyć.
-Dlaczego?- zaniepokoił się Javier.
Castor Tuttiholmes wahał się przez chwilę, ponieważ nie chciał wywlekać rodzinnych brudów przed innymi. W końcu zdecydował się powiedzieć inspektorowi o problemie brata.
-Michael zażywa juz tyle tych przeróżnych leków, że nie musi jeść- pewnie nawet nie ma ochoty- wyjaśnił.
-Och, to przykre- Javier udawał zatroskanie- W każdym bądź razie, proszę mi powiedzieć, czy podczas kolacji wydarzyło się coś szczególnego lub coś, co zwróciło pana uwagę?
-Nie, raczej nie- Tuttiholmes pokręcił głową- Może z wyjątkiem apatyczności lady LeFlay, lecz ona podobno miewała problemy ze zdrowiem.
-Problemy ze zdrowiem, tak?- podchwycił inspektor- A nie zna pan przypadkiem objawów tejże dolegliwości?
-Nic więcej na ten temat nie słyszałem- mężczyzna pomachał dłońmi w przeczącym geście- Poza tym, ja nie mieszam się do cudzych, prywatnych spraw- lubię, gdy ludzie odpłacają mi się tym samym.
-Rozumiem- policjant zapisał kolejne informacje- Co działo sie potem?
Detektyw siedział przez chwilę i myślał; próbował poukładać sobie w głowie wszystkie, chronologiczne szczegóły wieczoru.
-Kolacja trwała 2 godziny, po niej wróciliśmy do salonu...
-W takim razie, gdzie odbywał się posiłek?- wtrącił Javier Cullen.
-Jak to zwykle bywa, w jadalni- wyjaśnił Castor.
W gabinecie zaległa cisza, która zdziwiła Cullena. Nie wiedział, dlaczego detektyw przestał mówić.
-Proszę kontynuować- Javier zachęcił go miłym tonem głosu oraz gestem dłoni.
-Ach, no tak- detektyw jakby obudził się z długiego transu- W salonie każdy zajął sobie jakieś miejsce i rozpoczęliśmy dyskusję na temat polityki naszej królowej. Większość zgadzała się z jej rządami, lecz pan Leatherwear, Orix i Michael byli przeciwni. Dyskusja trwała prawie godzinę. W końcu LeFlay przerwał to szaleństwo, proponując tańce. Dobrze, że to zrobił, ponieważ w pewnym momencie zrobiło się naprawdę gorąco.
-Co ma pan na myśli?- zapytał Javier.
-Przeciwnicy i zwolennicy królowej, którymi byli wyłącznie mężczyźni, zaczęli wstawać z siedzeń i krzyczeć na siebie nawzajem. Oczy każdego z nich błyszczały z podniecenia- każdy ekscytuje się ożywioną dyskusją, zwłaszcza na polu politycznym.
-Co dalej?- inspektor chciał przyśpieszyć trochę przesłuchanie.
-Nie wszyscy skusili się na tańce, pomimo zachęt gospodarza domu.
-Kto zrezygnował?
-Na pewno mój brat- detektyw nagle zamyślił się, a na jego twarzy pojawiło się zaniepokojenie- Chwilę po nim z salonu wyszła Beatrice- na pewno urządzili sobie potajemną schadzkę.
-Wierzy pan w ich domniemany romans?- zaciekawił się Cullen.
-Tak i mam na to dowód- Castor odparł zadziwiająco pewnie, a zarazem spokojnie.


Był późny wieczór. Obaj bracia Tuttiholmes wyjątkowo znajdowali się w mieszkaniu. Co prawda każdy zajmował się swoimi sprawami, ale poniekąd spędzali czas razem- a przynajmniej w tym samym miejscu.
Castor spisywał notatki w swoim dzienniku oprawionym skórą- takie cudo dostał w Istambule- które dotyczyły właśnie toczącego się śledztwa w sprawie zdrady męża pani Cage. Zagadka stała się na tyle ciekawa, że detektyw postanowił sie nią zająć. Pan Albert Cage okazał się handlarzem heroiny, którą sprzedawał bogatym londyńczykom na lewe recepty. No i teraz, co z tym romansem? Pani Cage miała rację- jej mąż uganiał się za młodziutkimi panienkami, ale w świetle zbrodni, to był zaledwie pikuś. W każdym bądź razie pani Cage dowody zdrady wystarczyły, lecz na prośbę Scotland Yardu, Castor dalej zajmował się potajemną działalnością Alberta Cage'a.
Gdy jeden z braci był pochłonięty służbowymi obowiązkami, drugi spędzał czas w swoim pokoju, odpisując na przeróżne listy, przeróżnych dziewcząt.
-,,Niestety, moja najdroższa Lauro, nie mogę spotkać się z Tobą jutro na lunchu. Wypadła mi bardzo ważna rodzinna sprawa- do Londynu przyjeżdża nasza dawno nie widziana kuzynka Katherin. Niestety ja i Castor musimy ją jutro odebrać z dworca, później oprowadzić po naszym miasteczku, więc sama rozumiesz- o wiele bardziej wolałbym ten czas poświęcić Tobie, zwłaszcza że nie pałam zbytnią sympatią do Katheriny, jak zresztą ona do mnie, a Ciebie darzę specjalnym uczuciem, jak sama jesteś tego świadoma. Twój Michael"- tak brzmiała treść jednego z nich.
-,,Z największą rozkoszą potowarzyszę Ci, moja najukochańsza Britanny, jutro na wieczorku u księżnej Theresy- może poznałbym przy okazji Twoją przyjaciółkę Carolinę? Na pewno nie jest tak piękna jak Ty, lecz jestem pewien, iż zrobi Ci się milej, gdy będziesz mogła nas ze sobą zapoznać. Liczę, że nie będziesz się ze mną nudzić. Twój Michael"- drugi list.
-,,Moja droga Christine. Czy zechciałabyś wybrać się wraz ze mną do teatru na ,,Wesele Figara", na czwartkowy spektakl? Ludzie, którymi się otaczam, jak zwykłaś mówić, nie doceniają geniuszu Mozarta, lecz Ty masz na jego temat odmienne zdanie, które równa się z moim. Nie daj się więc prosić i szybko mi odpowiedz. Twój Mick"- treść trzeciego.
Michael włożył listy do osobnych kopert i postanowił wysłać je zaraz z samego rana. Potem przeszedł do salonu, co bardzo rzadko robił, gdy w tym samym czasie znajdował się tam jego brat. Castora w sumie to bardzo zdziwiło. Patrzył na brata, który krzątał się po pokoju, grzebiąc w jakichś papierach; nareszcie mężczyzna mógł mu się przyjrzeć.
Michael Tuttiholmes odznaczał się szczególną urodą. Począwszy od tego, że był wysoki- około 175 cm. szczupły- ok.62 kg- oraz bardzo zgrabny. Twarz miał przyjemną; lekko kwadratową, o zarysowanych delikatnie kościach policzkowych. Jego usta były szerokie i cienkie, które odwracały uwagę od trochę szpiczastego podbródka oraz lekko dużego nosa. Delikatnie szerokie czoło przysłaniała grzywka; cerę miał muśniętą opalenizną, złapaną podczas pogodniejszych dni. Jego włosy były falowane i czarne, trochę długie, ale nie na tyle, by spiąć je w kucyka. Miał szczupłe ramiona, prostą posturę, długie nogi. Całości dopełniały duże oczy, o odcieniu bukowego drewna. Większość osób, a zwłaszcza dam, uważała, iż jest to mężczyzna bardzo przystojny i atrakcyjny, co potęgowała aura tajemnicy, która zawsze go otaczała.
Castor trochę zazdrościł bratu jego urody, która wiązała się z wysokim powodzeniem u kobiet. Starszy z braci był parę centymetrów wyższym od młodszego, lekko rumianym na twarzy, szczupłym, mężczyzną o kasztanowych prostych włosach, małych, brązowych oczach, które przykrywał okularami z czarnymi oprawkami. Miał krótkie palce, bo nie grał na pianinie i wiolonczeli tak samo jak brat. Castor rzadziej sie golił od brata, wolał zostawiać bródkę, a czasem małego wąsika. Michael tylko czasem zostawiał zarost.
Michael chodził po domu oraz po mieście z rozczochranymi włosami, ale na różne przyjęcia przygładzał włosy, zgodnie z ówczesną modą, przez co tworzyły mu się przezabawne loczki. W przeciwieństwie do brata- Castor zawsze miał pięknie ułożoną fryzurę, nigdy nie wychodził z domu, zanim nie uczesał swych włosów. Michael nie mógł tego zrozumieć.
Castor patrzył z szeroko otwartymi oczami na brata, gdy ten przechadzał się po salonie, czytając jakąś spłowiałą kartkę, dla której najwyraźniej zerwał z dotychczasowymi przyzwyczajeniami- unikaniem brata, jak tylko mógł. W końcu Michael zauważył wzrok brata.
-Coś ze mną nie tak?- zapytał, wskazując na siebie.
-Nie, nie- zaprzeczył Castor i wrócił do swoich obowiązków, nie mniej jednak nie mógł nie wykorzystać takiej szansy na rozmowę z bratem- Co robisz jutro, drogi braciszku?
Michael przystanął na moment i spojrzał na brata z niedowierzaniem.
-A po co ci to wiedzieć?- zapytał dość nieuprzejmie.
-Tak po prostu- wzruszył ramionami Castor- Chciałbym wiedzieć, co zazwyczaj porabia mój brat- nagle odłożył długopis i spojrzał zmęczonym wzrokiem na osłupiałego brata- Ech... bardzo mało rozmawiamy.
-Jak to?- zdziwił się Michael- Przecież często wymieniamy zdania na dowolny temat; rano przy śniadaniu, późnym popołudniem po pracy, wieczorem przed pójściem spać... to bardzo dużo rozmów.
-Często to my się kłócimy- sprecyzował starszy Tuttiholmes- Potem zazwyczaj wychodzisz, trzaskając drzwiami, jeśli znajdujemy się w budynku.
-Nieprawda- zaprzeczył młodszy.
Michael podszedł do komody, z której wyciągnął papierośnicę. Zapalił, po czym usiadł przy Castorze i wpatrywał się w niego z wyczekiwaniem.
-Może byś chociaż podstawił sobie popielniczkę?- zapytał detektyw, podsuwając młodszemu bratu kryształowe naczynie.
Przez parę minut trwała zupełna cisza; Castor spisywał notatki do dziennika, a Michael strzepywał popiół do popielniczki. W końcu ten pierwszy nie wytrzymał budującego się między nimi napięcia.
-W takim razie powiedz mi, kiedy i o czym ostatnio rozmawialiśmy?- zapytał.
-No... -Michael odchylił się trochę, myśląc nad zadanym pytaniem- Teraz nie jestem sobie w stanie przypomnieć, ale na pewno nie dawno.
-Tak?- Castor uniósł lewą brew, lecz nie tak precyzyjnie jak brat- No dobrze, porzućmy ten temat i powiedz mi, co będziesz jutro robić.
-Jutro mam zamiar towarzyszyć Britanny na wieczorku u baronowej Theresy Cloodes- odparł bez sprzeciwu Tuttiholmes.
-Jeszcze dziś rano była tu Laura Fishbourne- chciała upewnić się, czy wasz lunch jest jutro nadal aktualny- Castor zaczepił brata- Nie wolno tak sobie pogrywać z kobietami.
-Tę mądrość znalazłeś w książkach, czy czerpiesz z własnej autopsji?- odegrał się Michael bratu, którym od dawna nie interesowała się żadna kobieta.
Detektyw nie przejął się zbytnio tą uszczypliwością.
-I co te kobiety w tobie widzą? Czemu cię tak uwielbiają?- mężczyzna zadał to pytanie, jakby od niechcenia, byleby podtrzymać konwersację- Przecież z wyglądu przypominasz anemika, w dodatku palisz jak smok wawelski i ciągle kłamiesz.
-Ale mam inne atuty- Michael uśmiechnął się tajemniczo.
-Jakie?- Castor ucieszył, że brat chce z nim rozmawiać.
-Takie, których nie widać- urok osobisty, inteligencję, dowcip i potrafię tak okręcić sobie każdego wokół palca, że tańczy, jak mu zagram- mężczyzna zaciągnął się.
-To jest z pewnością atut- odparł ironicznie detektyw- Szkoda mi tylko tych kobiet, które dają złapać z w twoją pułapkę.
-To już nie mój problem- wzruszył ramionami Michael.
-Jesteś kompletnie pozbawiony pozytywny uczuć- podsumował go Castor.
Odezwanie się w ten sposób do brata było z jego strony poważnym błędem; Michael odłożył papierosa do popielniczki i spojrzał na starszego od siebie mężczyznę z iskrą nienawiści w oczach.
-Przepraszam, zapomniałem, że rozmawiam z aniołem- ulubieńcem rodziny- odezwał sie kpiąco- Przecież jestem tylko twoim młodszym bratem, nikim ważnym.
-Teraz to ja już cię kompletnie nie rozumiem- Castor wstał, by odłożyć dziennik na miejsce; Michael podążył za nim.
-Zawsze odstawałem na szarym końcu, i gdy w końcu jestem w czymś lepszy od szanownego detektywa, ty próbujesz znów mnie zepchnąć w tył- wyjaśnił młody mężczyzna- Przyznaj po prostu, że mi zazdrościsz.
-Nie zazdroszczę- odparł spokojnie Castor- ale bardzo denerwuje mnie fakt, iż tyle kobiet jest wykorzystywanych przez takich jak ty, a panowie mojego pokroju wciąż nie mogą sobie znaleźć żon.
-Widzisz?! Przemawia przez ciebie czysta zazdrość i nienawiść!- pisarz podniósł ton swojego głosu do forte.
Castor spojrzał na młodszego brata z politowaniem.
-Zaczynasz wariować- stwierdził.
-Oczywiście! Zamknij mnie najlepiej w zakładzie psychiatrycznym!- Michael zaczął krzyczeć.
Na kilka sekund zapanowała cisza. Michael wykorzystał ten czas na sięgnięcie po leki uspokajające; gdyby Castor zdążył zauważyć ten moment, na pewno przeszkodziłby bratu w zażyciu narkotyków. Zamiast tego powiedział:
-Przynajmniej miałbym powód, by wysłać cię do szpitala- z pewnością jesteś już rekordzistą w zażywaniu wszelkich lekarstw.
-Z pewnością- odparł mężczyzna zadziwiająco spokojnie, aczkolwiek brat usłyszał nutę zdenerwowania w jego głosie.
-Proszę cię, braciszku, nie brnij dalej w to uzależnienie i pozwól sobie pomóc- Castor zlitował się nad bratem- Nie bądź głupcem, bo...
Niestety detektyw już nie dokończył zdania. Michael, który do tej pory patrzył na mówiącego złowrogim wzrokiem, rzucił się na niego. Szarpanina nie trwała długo, lecz przyniosła straty w postaci stolika, jednaj lampy, paru książek, które spadły z biblioteczki, gdy obaj bracia uderzyli w nią w ferworze walki oraz kilku włoskich ramek i nieszczęsnego wazonu z kryształu, podarowanego od znajomej Szkotki. Potyczkę zakończył Castor, który wycelował bratu w nos; nie ucierpiał za bardzo, lecz sączyła się z niego oraz z wargi, w którą omyłkowo mężczyzna również uderzył, krew. Michael leżał poturbowany pomiędzy komodą a ścianą i przykładał dłoń do okaleczonych części twarzy.
-Dlaczego zawsze to ja jestem bity?- zapytał, wcale nie patrząc na brata, lecz tylko on jedyny był w stanie mu na to pytanie odpowiedzieć.
-Ponieważ jesteś bardzo nieposłusznym chłopcem- odparł Castor tak samo, jak kiedyś ich ojciec, będący w podobnej sytuacji z młodszym synem.
-Przejąłeś to przyzwyczajenie od ojca?- zapytał pełen wyrzutu pobity.
-Pamiętaj, ze mnie również tatuś bił, jeśli tylko dopuściłem się jakiegokolwiek wykroczenia- Castor przykucnął przy wciąż leżącym bracie- Fakt, że to zawsze ty popełniałeś więcej błędów, nie jest już moim problemem- tym razem detektyw zacytował swojego brata, który powiedział coś podobnego jeszcze przed paroma minutami.
Michael zrozumiał, więc spojrzał na starszego brata jak na wroga.
-Poza tym, ja nie mam za to żalu do ojca- dodał Castor.
-Ja również- młody artysta wstał z niezbyt czystej podłogi i poszedł przemyć krwawiące nos i wargę.
W tym czasie do drzwi domu rodziny Tuttiholmes zapukała ich sąsiadka- pani Izydora Nicecat. Castor otworzył jej drzwi i wpuścił do domu. Kulturalnie zaproponował herbatkę, lecz kobieta odmówiła.
-Przyszłam tu z wiadomością dla panicza Michaela- wyjaśniła.
-W takim razie zawołam go- skinął głową detektyw.
Castor wszedł do łazienki, gdzie zastał go denerwujący widok; Michael akurat odchylał się do tyłu i przykładał rękę do ust- było jasne, iż coś połykał.
-Mick!- krzyknął Castor.
W tedy z rąk młodego mężczyzny wypadły dwie tabletki, które wpadły do umywalki i spłynęły do kanału ściekowego. Castor spojrzał z wyrzutem na niego i powiadomił o wizycie sąsiadki.
-Co się stało?- zapytał Michael panią Nicecat, wchodząc do salonu oraz wycierając twarz o rękaw koszuli, która i tak była już cała zakrwawiona
Panią Izydorę lekko zgorszył ten widok, lecz jako osoba martwiąca się o wszystkich wkoło zapytała:
-Czy coś się stało? Może ja przeszkadzam?
-Nie, nie- pokręcił głową Michael, wciąż wycierając krwawiące miejsca twarzy- Co w takim razie panią tu sprowadza?
-Gdy jeszcze paniczów nie można było zastać w domu- mówiła kobieta, nadal patrząc na młodego sąsiada ze zdziwieniem- przyszła poczta do młodszego z panów. Niestety ja również dostałam wiadomość od mojej siostry, która ma problemy ze zdrowiem. Posłała po mnie, ponieważ jej stan zdrowia się pogorszył. Wróciłam dopiero pięć minut temu, i gdy tylko zobaczyłam światła palące się w oknach, jak najszybciej tu przyszłam.
-Bardzo pani dziękuję- odparł młody mężczyzna- Mogę odebrać od pani tę... informację?
Pan Nicecat patrzyła na Michaela jak sroka w gnat, czego do końca młody pisarz nie mógł zrozumieć. W końcu, gdy mężczyzna powtórzył pytanie, kobieta ocknęła się z zamyślenia.
-Tak, proszę, oto ta wiadomość- powiedziała pani Izydora i podała sąsiadowi kopertę.
Była ona- ta koperta- w jasnym odcieniu beżu i pachniała olejkiem różanym; znajdowało się na niej nazwisko odbiorcy, lecz brakowało adresata. Michael musiał domyśleć się, kom on, a raczej ona jest.
-Przepraszam za nieuprzejmość ale czy mogłaby pani już iść?- zapytał mężczyzna, najgrzeczniej jak tylko mógł.
Kobieta wyszła z uśmiechem, który znikł zaraz po jej wyjściu; bardzo niepokoiło ją stan, w jakim przed chwilą zastała młodego człowieka.
-,,Mam nadzieję, że panicze Tuttiholmes żyją w zgodzie- to bardzo ważne, gdy ma się tylko siebie nawzajem"- pomyślała.
Po wyjściu sąsiadki, Michael natychmiast rozdarł kopertę, która opadła na podłogę, gdy ten czytał list.
-Od kogo ten list?- zapytał Castor podchwytliwie.
Michael nic nie odpowiedział, tylko stał i myślał nad przed chwilą przeczytaną zawartością listu. Castor postanowił tym razem nie przejmować sie bratem; wyrwał mu list z dłoni, który próbował przeczytać, jednocześnie odganiając młodszego od siebie. Treść listu brzmiała następująco:
-,,Mój drogi Michaelu, dziękuję Ci za Twój wspaniały podarunek- mam nadzieję, iż koszty nie były tak wielkie, jak mi się wydaję. Nie mniej jednak chciałabym Ci się odwdzięczyć. Zechciałbyś towarzyszyć mi na ,,Weselu Figara"- czwartkowym spektaklu? Poznasz moich przyjaciół z Francji. Wiem, pewnie obawiasz się mego męża ; nie martw się- ma bardzo dużo pracy, a moi kompanii są przyzwyczajeni do przyprowadzania przeze mnie nowych znajomych. Dzięki człowiekowi, mającemu u mnie dług wdzięczności, dostałam pokój w operze- urządzę  przyjęcie dla was, i jeśli zechcesz, zostaniesz tam na noc. Votre

Castorowi nie podobało się to, co przed chwilą przeczytał.
-Znam to ,,B"- odparł- Na jednym z przyjęć u pani Dolores przyszedł list, podpisany dokładnie w ten sam sposób- była to wiadomość od Beatrice LeFlay- zmartwiony detektyw spojrzał na brata, chcąc, by to wszystko było wyłącznie snem- Naprawdę, toleruję wszystkie twoje wybryki, ale tego nie zamierzam- mężczyzna pomachał Michaelowi kartką przed nosem- To jest mężatka- zdajesz sobie z tego sprawę?
-Dlaczego miałbym sobie nie zdawać?- zapytał lekceważąco młody pisarz i odszedł w stronę swojej sypialni.
-Nie skończyłem z tobą!- Castor tym razem naprawdę się zdenerwował- Kochasz ją w ogóle? To że ona cię nie kocha, jest pewne.
Michael odwrócił się na pięcie i spojrzał wściekle na brata.
-Nie zamierzam tego komentować- odparł z zawziętością.
-Powiedz mi tylko, czy ją kochasz?- powtórzył swoje pytanie detektyw.
-To nie twoja sprawa- Michael spojrzał na brata jak na odwiecznego wroga.
Młody mężczyzna wszedł do swej sypialni; Castor wrócił do pracy, lecz nie minęło 30 sekund, a już wszystkie notatki znalazły się na podłodze, zrzucone ze stolika przez ich właściciela; Tuttiholmesowi prawie nigdy takie napady furii się nie zdarzały, wyłącznie w nadzwyczajnych sytuacjach, takich jak ta.


-I to jest pański dowód?- zapytał inspektor.
-Wydaje mi się... że tak- wzruszył ramionami Castor.
-Rozumiem- Javier zapisał zdobyte informacje- Czy dysponuje pan wciąż tym listem?
-To nie była wiadomość adresowana do mnie- odparł detektyw- lecz wydaje mi się, iż jestem w stanie go zdobyć.
-Gdyby był pan tak łaskaw- poprosił policjant swoim najbardziej przekonującym tonem, po czym powrócił do zadawania pytań- Co działo się po tańcach?
-Trwały do ostatnich pięciu minut zeszłego roku. Potem wszyscy zebrali się w salonie, gdzie podawano francuskiego szampana. Minutę przed północą Beatrice wraz z mężem wyszła, usprawiedliwiając się problemami zdrowotnymi, które podobno miewała od pewnego czasu. Równo z wybiciem zegara, rozległy się wystrzały z rac; strzelono cztery razy, po czym ktoś usłyszał krzyki lady. Zaalarmowani przez Jenevieve- tę tancerkę- rzuciliśmy się w stronę sypialni państwa LeFlay.
-Co zastaliście po wejściu?
-Trupa madmoiselle oraz jej męża, stojącego nad ciałem. Później zawiadomiono Scoltland Yard i tyle- cała historia.
Javier chciał to skomentować, lecz nie zdążył; do gabinetu wpadł Orix i z kpiącym uśmiechem oznajmił:
-Panie Tuttiholmes, jest pan bardzo potrzebny na dole- pański brat zemdlał- mężczyzna zachichotał- Teraz leży jak kłoda na jednym z foteli.
Castor zbladł- miał nadzieję, iż przynajmniej tego wieczoru jego brat zachowa się przyzwoicie, niestety się przeliczył. W tej sytuacji musiał wrócić do salonu, gdzie zastał młodszego tak, jak go opisał Amerykanin. Detektyw podszedł do niego i z całej siły uderzył w policzek Michaela. Młody mężczyzna natychmiast zerwał się z fotela, po czym spojrzał ze zdziwieniem na brata.
-Co się stało?- zapytał tonem człowieka co najmniej pod dużym wpływem alkoholu.
-Sam chciałbym to wiedzieć- Castor założył ręce na klatkę piersiową.
Michael rozejrzał sie po zgromadzonych pytającym wzrokiem. Wszyscy zrozumieli pytanie, lecz nikt nie chciał na nie odpowiedzieć. Strach przed gniewem starszego z panów Tuttiholmes przełamała pani Linda Hustle- jej zmarły mąż handlował antykami, dzięki czemu dorobił się fortuny.
-Pański brat zażył coś, co bardzo go uspokoiło, nim zemdlał- wyjaśniła kobieta wystraszonym tonem- Położyliśmy go tak, jak go pan zastał, a pan Philip poszedł, by pana zaalarmować.
Castor dał znać ręką, aby pani Hustle przestała. Potem spojrzał na brata wzrokiem, w którym czaiła się mieszanina zawodu i wściekłości; detektyw zabrał, a właściwie zaciągnął młodszego na dwór.
-Michael, powiedz mi, do cholery, co ty właściwie wyrabiasz?!- zapytał Castor, gdy tylko obaj znaleźli się przed posiadłością państwa LeFlay- Prosiłem, ostrzegałem, ale ty mnie nawet nie słuchasz!
-Ech... nudzisz- odparł lekceważąco młody artysta, zapalając papierosa.
-Chyba się przesłyszałem- Tuttiholmes stanął twarzą w twarz z bratem; miał ochotę go zabić na miejscu- Zostałem ci już tylko ja, więc powinieneś mieć do mnie jak najwyższy szacunek, rozumiesz?!
Sekunda dzieliła panów od prawdziwego wybuchu wściekłości detektywa, lecz, że tak się wyrażę, ładunek zdetonowała nadchodząca z ciemności postać.
-Gdzie was nie spotkam, tam się kłócicie!- wykrzyknęła wesoło młoda dziewczyna.
Bracia Tuttiholmes patrzyli w osłupieniu na znajomą twarz; nie spodziewali się świadków swojej rozmowy, a już na pewno nie w postaci tej kobiety.
-Jackie!- krzyknął Castor i podszedł uściskać przyjaciółkę- Kompletnie się ciebie tu nie spodziewałem. Miałaś przyjechać do Londynu dopiero pojutrze, prawda?
-Udało mi się wcześniej pozałatwiać sprawy w Bordaux i złapać inny pociąg- wyjaśniła kobieta ze śmiechem- Poza tym, już nie jestem Jackie- dorosłam dawno temu.
-Ach, przepraszam panno Christine Jackson- Castor ukłonił się zabawnie nisko.
-Michael!- dziewczyna wpadła w ramiona drugiemu przyjacielowi.
-W takim razie ja również muszę zachować się stosownie- zażartował mężczyzna i pocałował Christine w rękę; Castor spojrzał na niego z zazdrością, ponieważ młodszy wypadł lepiej od niego.
-Chyba przyszłam w najbardziej odpowiednim momencie- ciągnęła wesołym głosem młoda kobieta.
-Czemu tak sądzisz?- Castor udawał, iż nie wie, o czym jego koleżanka mówi.
-Gdybym tędy nie przechodziła, na pewno zabiłbyś Micka- sama widziałam, jak się zachowujesz- dziewczyna powiedziała to w bardzo nauczycielskim tonie, lecz po chwili sie roześmiała.
Nagle Christine zauważyła jednego ze Scotlandyardzkich policjantów. Bardzo zaniepokojona zapytała:
-Coś się tu stało?
Dziwnym trafem żaden z mężczyzn nie chciał jej odpowiedzieć. Powodem tego mogła być długoletnia zażyłość obu kobiet, choć panowie nie wiedzieli, iż relacja z tą lady nie należała do najprzyjemniejszych dla młodej damy. Właściwie opierała się ona głównie na kłamstwie oraz sztucznych uprzejmościach.
-Przecież to posiadłość męża Beatrice- Christine nagle zrozumiała, gdzie natknęła się na swoich znajomych- Coś stało się panu LeFlayowi?
-Nie- pokręcił głową Castor, który postanowił przejąć nieprzyjemny obowiązek; często znajdował się w takiej sytuacji- Chodzi o Beatrice, to znaczy, lady LeFlay...
Christine pochyliła głowę w bok, wpatrując się w znajomego wzrokiem pełnym ciekawości i strachu.
-Nie żyje?- zapytała cicho.
Castor nie wiedział, co odpowiedzieć, dlatego jego brat skinął za niego głową. Christine nie wydawała się specjalnie zaskoczona, ani nawet zatroskana; przyjęła wiadomość ze stoickim spokojem.
-Aha...- odparła tylko- Mogę wejść?
To zdziwiło trochę detektywa. Co prawda od młodości ciągnęło Christine do afery, zwłaszcza takiej, z udziałem niemiłego widoku, związanego z krwią. Różnego rodzaju wypadki zawsze ją fascynowały- gdy Michael spadł z huśtawki i rozbił kolano lub kiedy mały Castor został pobity przez kolegę. Lecz teraz mieli do czynienia z morderstwem, a to już nie były żarty, tylko prawdziwa afera. Jednak pomimo niepokoju, który tworzyła ta sytuacja, Castor zgodził się wpuścić znajomą do feralnego domu.
Po wejściu na miejsce zbrodni, na twarzy Christine nie można było odgadnąć żadnych emocji; gdy patrzyła na zwłoki dobrej znajomej, jej niebieskie oczy przypominały głębię oceanu atlantyckiego, który w niedalekiej przyszłości miał pochłonąć największy owych czasów transatlantyk. Dziewczynę wcale nie przerażał widok krwi, ani bladej twarzy zmarłej, ni nawet chaos panujący w całej sypialni.
Castor skrzętnie obserwował przyjaciółkę; po chwili wpatrywania się w denatkę, Christine uklękła przy niej i jakby przyglądała się zaschniętej ranie. Potem podeszła do inspektora Cullena, by zamienić z nim parę słów. Wyglądało to, jak konspiracja, lecz detektyw dobrze znał przyjaciółkę, dzięki czemu odrzucił szybko tę tezę; po rozmowie z policjantem, młoda kobieta szepnęła coś na ucho Michaelowi, który ukradkiem- ale nie dla oczu detektywa- dał Christine jakąś kartkę. Oboje wyglądali, jakby ta sytuacja nigdy nie miała miejsca.
Młoda kobieta nagle zniknęła z pola widzenia Castora. Zaniepokojony tym mężczyzna postanowił ją odnaleźć. Najpierw zapukał do łazienki, potem zszedł do salonu oraz jadalni, aż w końcu wyszedł na dwór. Tam również jej nie było, lecz po uniesieniu głowy w górę, detektyw zobaczył kobiecą postać na balkonie, której towarzyszył dymek- ewidentnie paliła. Castor wbiegł na piętro i nim wyszedł na balkon, poprawił swój wygląd w wielkim zwierciadle. Zadowolony ze swojej trzyminutowej pracy, dołączył do znajomej. Detektyw ostrożnie podszedł do kobiety, by jej nie przestraszyć. Jednak, pomimo cichego kroku, dziewczyna usłyszała nadchodzącego mężczyznę i odwróciła się, jednocześnie wydmuchując dym papierosowy, wprost na przyjaciela.
-Castor- odparła cichym, tajemniczym głosem, który przyprawił mężczyznę o dreszcze- to miłe, że zapragnąłeś się do mnie przyłączyć.
-Twoje zniknięcie bardzo mnie zmartwiło- detektyw starał się być jak najbardziej naturalny; stara przyjaciółka zawsze mu się podobała, nic więc dziwnego, iż starał się o jej zwzględy- Poza tym, nie wypada zostawiać kobiety bez towarzystwa.
-A jeśli sobie tego życzy?- zapytała Christine kokieteryjnie.
-To wtedy trzeba jej na to pozwolić.
Młoda kobieta podeszła bardzo blisko do swojego przyjaciela. Castor trochę się tego wystraszył, lecz starał się tego po sobie nie pokazywać. Christine patrzyła przez chwilę na mężczyznę onieśmielającym wzrokiem. Często robiła tak, by coś uzyskać i prawie zawsze jej się to udawało.
-Skusisz się?- zapytała kobieta.
Pomiędzy parą pojawiła się papierośnica, ale Castor pokręcił głową.
-Nie, nie- przecież wiesz, że ja nie palę, tylko...
-...Michael- Christnie wypowiedziała to imię, jakby mówiła o ukochanym- Faktycznie, wypadło mi to z głowy- dziewczyna znów podeszła do barierki balkonu.
Castor dołączył do niej, zastanawiając się, jaki temat rozpocząć.
-Nie widzę, aby ci szczególnie żal było lady LeFlay- odparł w końcu.
-Och, no wiesz... czasem odwiedzałyśmy się wzajemnie, by wypić razem herbatę, lecz nasze rozmowy bardziej przypominały walkę na racje, niż przyjacielską pogawędkę. Wymieniane przez nas uśmiechy na ulicy były wyjątkowo sztuczne, tak jak uprzejmości. Znajomość na siłę, jak sam widzisz- dziewczyna wzruszyła ramionami, gasząc jednocześnie papierosa.
Znów zapadła cisza, czasem przerywana przez odgłosy, dochodzące z wnętrza posiadłości.
-Na jak długo przyjechałaś?- zapytał Castor.
-Trzy tygodnie.
-Wybierasz się na przyjęcie do...- mężczyzna wskazał na znajdujący się nieopodal dom ich wspólnych znajomych.
-Tak, tak- przerwała mu dziewczyna, uśmiechając się i kiwając jednocześnie głową.
Detektyw odwzajemnił uśmiech, po czym otaksował wzrokiem dawno nie widzianą przyjaciółkę; Christine była niezbyt wysoką, o szczupłej budowie ciała dwudziestokilkulatką. Jej blada cera często była rozjaśniana przez uśmiech delikatnie zarysowanych warg, idealnie kontrastujących z zaróżowionymi policzkami lekko okrągłej, a jednocześnie szczupłej twarzy. Błąd loki zostały ułożone w nieskładnego koka, z którego wysuwało się wiele pasm włosów, dzięki czemu wokół buzi młodej kobiety utworzyła się piękna zasłonka. Na czubek głowy wpięła wielką spinkę z motylem z kwarcu różowego. Już wcześniej wspomniane niebieskie oczy teraz powróciły do swojego naturalnego błękitnego odcienia. Ta pozornie delikatna uroda skrywała charakter dziewczyny, który potrafił być nieprzewidywalny i tajemniczy, co zawsze fascynowało detektywa.
Ubrana była w piękną suknię z opadającymi falbaniastymi ramiączkami. Kreacja miała kremowy odcień; okraszona różowymi falbanami idealnie zgrywała się z mlecznobiałą karnacją młodej kobiety. Dodatkami były delikatne cyrkonie w postaci biżuterii na uszach, nadgarstkach i dekolcie. Całości dopełniał złocony sznureczek, przepasany w pasie, na końcu którego znajdowały się imitacje motylkowej spinki.
-Och, Christine- westchnął mężczyzna- Naprawdę wyładniałaś przez te kilka lat; zawsze byłaś śliczna, lecz teraz jesteś zaiste piękna.
-Dziękuję- dziewczyna zachichotała, a na policzki zaczął wypływać rumieniec- Może zechcielibyście wybrać się ze mną jutro na kolację?- zapytała.
-Chcielibyście? To znaczy- ja i Michael?- Castor miał nadzieję usłyszeć dezaprobatę.
-Naturalnie- odparła kobieta- Przecież to was obu dawno nie widziałam. Chętnie spędzę jutrzejszy wieczór na rozmowie z wami.
-Ja, to znaczy, my również- Tuttiholmes czuł się zawiedziony.
Nagle rozmawiających zaskoczył dźwięk otwieranych drzwi. Na balkon spokojnym
krokiem wszedł młodszy z braci; nie widać było po nim żadnego odurzenia zażytymi wcześniej lekami, co trochę zdziwiło starszego.
Christine już kompletnie przestała interesować się Castorem- zwracał uwagę już tylko na drugiego przyjaciela.
-Michael, jak miło, iż ty również dołączyłeś do mojego towarzystwa tak, jak uprzednio twój braciszek- odparła wesoło dziewczyna- Właśnie zaproponowałam wspólną kolację jutro wieczorem. Przyjmujesz zaproszenie?
-Zawsze- mężczyzna podszedł do pozostałej dwójki- Która konkretnie restauracja cię interesuje?
Christine zastanowiła się przez chwilę, pozostawiając na twarzy swój kokieteryjny uśmiech. W końcu podjęła decyzję.
-Ciekawi mnie ,,Rules" przy Trafalgar Square- odparła.
-A masz na tyle funduszy?- było to raczej pytanie retoryczne, zważywszy na duży majątek, odziedziczony przez Christine.
Młoda kobieta tylko się roześmiała, a wraz z nią młody Tuttiholmes.
Castorowi zebrało się na konwulsje, z powodu tej sytuacji- był zwyczajnie zazdrosny o piękną koleżankę.
-Skoro tak- mówił dalej Michael- na pewno przyjdziemy, prawda Castor?
-Tak, tak- mężczyzna mechanicznie skinął głową, podpierając brodę ręką.
-W takim razie zaraz z rana odwiedzi was mój mały posłaniec, przynosząc umowną godzinę spotkania- poinformowała przyjaciół dziewczyna.
-Kogo masz na myśli?- zapytał detektyw.
-Theodora?- dodał drugi Tuttiholmes.
-Tak- skinęła głową Christine- Mojego małego braciszka Theodora Jacksona, który, nawiasem mówiąc, wcale już nie jest taki mały.
-Fakt, ma w końcu 12 lat- sprostował Castor.
-Racja- westchnęła młoda kobieta- Dawno go nie widziałam, na pewno ma mi to za złe.
-Nieprawda- Castor podszedł i objął przyjaciółkę ramieniem.
-Bredzisz- dodał Michael i uczynił to samo.
Taka mini- rywalizacja.
Drzwi balkonowe ponownie się otworzyły i do trójki przyjaciół dołączyła pani Emma Kimberly; była bardzo staroświecka, więc mężczyźni jak oparzeni odstąpili od swej dawnej znajomej.
-Nareszcie mam okazję poznać tę tajemniczą damą, która zwróciła uwagę wszystkich, odtrącając nas od zaistniałej tragedii- zaczęła pani Kimberly i spojrzała wyczekująco na panów- Może by w końcu któryś z was zapoznał mnie z młodą panną, hę? Proszę o choć trochę kultury, nic więcej.
-To jest panna Christine Jackson- odparł pośpiesznie Castor- Córka sławetnego finansisty pana Edgara oraz pianistki Melody Lloyd.
-Miło mi- dorzuciła dziewczyna, kłaniając się nisko.
Starsza kobieta spojrzała na pannę, ściągając lekko okulary, by lepiej jej się przyjrzeć.
-Ach!- westchnęła lady Kimberly- Więc to ty jesteś tą słynną młodą damą, która wbrew rodzinie, naturalnie zaraz po otrzymaniu majątku, wyjechała do Bordaux, by spełniać się, jak jej niedoceniona matka, mam rację?
Christine bardzo zabolała krytyka starszej kobiety, lecz znała ją, dlatego tylko się uśmiechnęła i potwierdziła jej słowa.
-Twój ojciec- staruszka opuściła już wymagane uprzejmości- wykorzystał nazwisko pani matki, prawda? Wszyscy w finansjerze, wraz z moim świętej pamięci Dusttinem, znali go jako Edgara Lloyd'a- Jacksona, co w sumie bardzo mu pomogło.
-Zapewne ma pani rację- stwierdził Michael, z nieznaczną nutą sarkazmu, za co Christine była mu bardzo wdzięczna.
-Właśnie- ucieszyła się lady Kimberly- No bo w końcu, co to za nazwisko- Jackson? Ani chwytliwe, ani wytworne, już nie mówiąc o jego zdolności do zapamiętywania; z takim nazwiskiem nic się nie osiągnie, zwłaszcza będąc kobietą, w dodatku artystką.
-Wezmę sobie do serca pani słowa- dziewczyna skłoniła się nisko, choć miast tego, miała ochotę wejść do domu, by już nie oglądać tej okropnej staruszki.
-Jeśli jest się pianistą, bądź pianistką, trzeba mieć nazwisko godne tej dziedzin sztuki- ciągnęła kobieta- Na przykład tak jak Chopin- ten Francuz.
-Raczej Polak- poprawił ją Michael.
-Tak?- zapytała przeciągle lady Kimberly- Cóż za dziwy! A ja zawsze uważałam go za Francuza... w każdym bądź razie wszyscy go pamiętają, nawet nie wiedząc, co napisał. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ nazywał się... jak miał na imię?
-Fryderyk- pomógł jej znów młodszy Tuttiholmes.
-Ach, tak- Fryderyk Chopin! Widzisz młoda damo, co potrafi uczynić nazwisko?- kobieta uśmiechnęła się sztucznie, a tym samym odwzajemniła się jej Christine.
Starsza pani skinęła głową w stronę panów Tuttiholmes na znak pożegnania oraz ścisnęła rękę młodej pannie. Jednak będąc już u drzwi, odwróciła się na moment.
-Proszę jeszcze pozdrowić ode mnie ciotkę Nathairę. Musimy kiedyś się spotkać na filiżance herbaty u Tonny'ego, podaje najlepszą! Do widzenia.
Cała trójka z uśmiechem pożegnała się z natrętną lady. Gdy w końcu jej sylwetka zniknęła za drzwiami, Christine odetchnęła.
-Cóż za babsztyl!- jęknęła- Jak może zachowywać się w ten sposób, i tylko dlatego, że ma więcej pieniędzy niż ja? Zero wychowania i zero kultury. Wiem, iż mój powrót do Londynu nie jest mile widziany, lecz kiedyś ja również muszę odwiedzić moją rodzinę, prawda?- kobieta z każdym słowem była coraz bardziej rozgorączkowana.
-Uspokój się, wariatko- Michael podszedł do niej i ujął swoimi dłońmi jej twarz- Przyjechałaś tu dla swojej rodziny i dla nas, więc nikim innym nie musisz się przejmować.
-Ale ciotka Nathaira też mnie nienawidzi- dziewczyna wyswobodziła się z objęć kolegi- i wcale mnie tu sobie nie życzy.
-Ale dzieciaki już od dawna na ciebie czekają; z niecierpliwości skaczą pod sufit waszego domu- odparł Castor- Poza tym, jest jeszcze wiele osób w Londynie, które tylko marzą, aby wypić z tobą herbatę lub pójść na kolację.
W czasie tego całego wywodu, Christine chodziła nerwowo w koło, lecz teraz zatrzymała się przed przyjacielem i spojrzała na niego płaczliwym wzrokiem.
-Naprawdę?- Christine przybrała dziecięcą minę.
-Absolutnie- detektyw uśmiechnął się delikatnie.
Niestety już nikt nie zdążył nic więcej powiedzieć, ponieważ na balkon wszedł pan  Willem Leatherwear- starej daty aktor, niezbyt urodziwy, lecz geny pozwoliły mu zatrzymać czarną, falującą czuprynę, z powodu której wciąż wzdychały liczne kobiety. Nazwisko pasowało do niego idealnie, ponieważ najczęściej nosił skórzane ubrania, nawet teraz, pomimo wytwornej kolacji, przyszedł w płaszczu ze skóry niedźwiedziej oraz w butach i kapeluszu, które niegdyś były wężami. Miał marne poczucie stylu, mimo to bardzo się nim szczycił.
Willem Leatherwear podszedł swym dystyngowanym, ze sceny teatralnej wziętym krokiem do trójki przyjaciół i zwrócił się do detektywa Tuttiholmes'a.
-Koroner stwierdził przyczynę śmierci i podpisał akt zgonu- mężczyzna mówił teatralnym szeptem- Zabierze denatkę do kostnicy, lecz nim to zrobi, chce jeszcze z panem porozmawiać. Mógłby pan...?- Willem wskazał drzwi balkonowe.
-Tak, tak- detektyw szybko skinął głową i poszedł za panem Leatherwearem.
Michael i Christine zostali sami. Lekko chłodny wietrzyk owiewał ich z każdej strony, a dodatkowego zimna dostarczała betonowa bariera, o którą oboje się oparli; było ciemno, jedyne światło docierające na balkon, wydostawało się z okien posiadłości, lecz to im wystarczyło, ponieważ atmosfera była już wystarczająco napięta. Christine czuła na skórze każdy delikatny podmuch wiatru, który wyzwalał z niej wszystkie skrywane emocje. Było jej na przemian zimno i ciepło- pierwsze uczucie powodowała pogoda, a drugie tak bliska obecność Michaela; obaj bracia bardzo dziewczynie imponowali, lecz to aura tajemniczości oraz ekscentryczna uroda młodszego działały wybitnie na jej imaginację.
Dla Michaela przebywanie tak blisko Christine również było nerwowe; jego oddech przyśpieszył i stał się płytki, co bardzo denerwowało mężczyznę, ponieważ to kobiety tak się zachowywały przy nim, a nie na odwrót; Michael, przez swoją szczupłą twarz, odczuwał delikatny wiatr jak wicher, mogący za chwilę rozerwać wszystkie jej mięśnie. Dobrze, że było tak ciemno, bo ani Christine nie mogła dojrzeć jego  nienaturalnie rozświetlonych zielonych oczu, ani Michael nie był w stanie zobaczyć pojawiającego się na twarzy dziewczyny rumieńca- była to dla nich bardzo wygodna sytuacja.
W końcu napięcie zaczęło działać na nich oboje, czego nie byli już w stanie znieść; pierwszy zabrał głos mężczyzna.
-Co do naszego planu...- zaczął, uporczywie wpatrując się w podłogę.
-Nie chcę teraz o tym rozmawiać- przerwała mu ostro kobieta- Na ten czas wszystko układa się pomyślnie, pierwszy punkt za nami; jestem zmęczona planowaniem go od początku do końca, dlatego teraz chcę cieszyć się ze swego triumfu.
-Jak sobie chcesz- Tuttiholmes z ulgą wzruszył ramionami.
Christine znów poczuła na skórze podmuch wiatru; czuła, jak delikatnie przemieszcza się po jej prawej ręce- nie odsłoniętej- sprawiając wrażenie cudzego dotyku. Uczucie przesuwających się w górę opuszków palców rozpaliło w środku dziewczyny potężną kulę, przez co Christine poczuła się jak buchający piec. Gorąco oraz delikatne pieczenie, podobne do przejeżdżania nożem po skórze, które zaczęło ogarniać jej drugą rękę, wywołało u niej dreszcze. Mrowienie jak wstrząs przeszło od opuszków palców do czubka głowy, jednakże rozpalając jeszcze bardziej ten dziwny wewnętrzny płomień, który rósł, rósł i rósł, w miarę zbliżania się do Christine jej towarzysza. Kobieta nagle poczuła na ramionach przyjemne ciepło, które okazało się marynarką mężczyzny- rozgrzaną od cudzego ciała, nasączoną zapachem ostrych, męskich perfum, które jakże dobrze znała. Woń bardzo drażniła nozdrza.
-Ty drżysz, moja droga- szepnął Michael do ucha dziewczyny; głośne mówienie wydawało mu się zbędne- Dopiero przyjechałaś i już miałabyś...- mężczyzna zawahał się i uśmiechnął.
-Niepotrzebne skreślić- Christine dodała tym samym tonem, co młody pisarz- Byłoby to przepełnione gorzką ironią, zważywszy na obecną sytuację.
Michael stanął przed przyjaciółką, opierając dłonie na barierce po obu stronach dziewczyny tak, że mogłaby mieć problemy z ewentualną ucieczką; spojrzał na nią spod uniesionej lewej brwi, co robił dość często.
-Po twoim zachowaniu wnioskuję, iż obecna sytuacja nie wywiera na tobie żadnego wrażenia- stwierdził.
-I vice wersa- Christine uśmiechnęła się kpiąco.
Młody Tuttiholmes powtórzył ten gest, w jego przypadku trwający nie więcej niż sekundę; mężczyzna nawinął na szczupły palec pasmo blond włosów, należące do jego przyjaciółki i wpatrywał się w nie przez chwilę. W końcu zapytał, z lekką ironią w głosie:
-W jaki sposób chcesz się cieszyć z tego swojego triumfu?
Tym razem usta młodej kobiety rozciągnęły się w bardzo szerokim uśmiechu, ukazując białe zęby oraz wyostrzając rysy jej twarzy.
-Coś się wymyśli- odparła cicho.
Christine pochyliła się w stronę Michaela i pocałowała go; młody mężczyzna oparł ręce na biodrach dziewczyny i przyciągnął ją do siebie. Mieli pecha- na dole stała lady Kimberly.


Lecz nie zajmujmy się teraz banalnymi romansami, tylko wróćmy do ważniejszych spraw.
Z powodu pojawienia się starej przyjaciółki, Castor został wyprowadzony z równowagi, w efekcie czego kompletnie zapomniał o jednym drobnym szczególe- śmierci Beatrice LeFlay. Mężczyzna czym prędzej popędził do małżeńskiej sypialni, gdzie znajdowało się mniej osób niż poprzednio; najwyraźniej znaleźli sobie inną rozrywkę.
-Który z panów jest koronerem?- Tuttiholmes zapytał zasadniczo wszystkich zgromadzonych.
Odpowiedzi udzielił mu marniutki, niski mężczyzna z bujnym, kasztanowym wąsem, czego nie można było powiedzieć o jego włosach- siwiejących i łysiejących. Człowieczek miał przenikliwe niebieskie oczy, które sprawiały wrażenie mogących wydusić nawet najgorszą prawdę od największego londyńskiego łajdaka. Chyba trochę marnował się jako koroner.
-Ach więc to pan- Castor uścisnął dłoń malutkiemu mężczyźnie.
-Istotnie- Arthur George Charles Rathbone, do usług- koroner skłonił się lekko- Być może miał pan już okazję poznać mego kuzyna? Willem'a Jeremy'ego Leatherwear'a?
-Och, jest on pańskim kuzynem?- Castor również starał się mówić w poważny, urzędowy sposób tak, jak jego rozmówca.
Rathbone skinął głową na znak aprobaty.
-Istotnie- powtórzył- Przejdźmy jednak do rzeczy. Chciałem, by przyjrzał się pan jeszcze raz ranie na ciele lady LeFlay.
Dżentelmeni przykucnęli przy zwłokach kobiety; Rathbone wyciągnął mały wskaźnik, kórym wskazał ślad po nożu.
-Widzi pan, jak precyzyjnie został zadany cios?- zaczął koroner- Zraniona tchawica natychmiast przerwała proces oddychania, w efekcie czego pani Beatrice zwyczajnie się udusiła. Zdążyła umrzeć, nim ktokolwiek znalazł się w tym pokoju. Dość szybka śmierć.
-Jednak co ma wspólnego precyzja z pana podejrzeniami?- zapytał ostrożnie detektyw.
-Pan Charles LeFlay jest znany ze swej dokładności, jednak nie jestem pewien, czy zachowałby tę cechę w kwestii morderstwa żony.
-Lecz spontaniczność nie leżała w jego naturze- zaoponował Tuttiholmes- Nie zdziwiłbym się, gdyby wszystko skrzętnie zaplanował.
-Może i ma pan racje- Arthur nie rezygnował- Mimo to lady LeFlay raczej nie dałaby się zabić ze spokojem; w takiej sytuacji precyzyjny cios nie ma miejsca, ze względu na sprzeczkę, która musiała się wywiązać.
-To faktycznie najbardziej racjonalne wytłumaczenie- Castor zamyślił się; nagle jego oczy rozszerzyły się ze zdziwienia, ponieważ zrozumiał, o czym chciał go poinformować ten mały człowieczek- Do czego pan dąży? Uważa pan, iż Beatrice LeFlay...
-...popełniła samobójstwo- dokończył ze spokojem Rathbone, kiwając lekko głową.
-Ale dlaczego?- detektyw zadał pytanie godne pięciolatka.
-Nie wiem- odparł koroner tonem guwernera- Moim zdaniem odpowiedzi na to pytanie udzieli nam albo Charles LeFlay, albo Michael Tuttiholmes.
-Aha- detektyw na początku nie zrozumiał, dopiero potem go oświeciło- To znaczy, mój brat?! Co on ma z nią wspól...nego...- gdyby Castor był samochodem, zacząłby hamować.
-Niestety ja również mam żonę, dlatego znam prawie wszystkie plotki, krążące po Londynie- nawet te na temat pańskiego brata.
-Któżby o tym nie wiedział- odparł mężczyzna przez zaciśnięte zęby.
-Podobno pan Michael był dość... hmm... w bliskich kontaktach z denatką, być może więc zwierzała mu się ze swoich problemów?- nagle koroner Rathbone wstał- Byłby pan w stanie się czegoś dowiedzieć? W sumie to pański brat; państwa rodzice nie żyją, logicznie powinniście zwierzać się sobie nawzajem.
-Chyba tak- Tuttiholmes wzruszył ramionami, po czym również wstał- Zrobię co w mojej mocy- w końcu jestem detektywem, prawda?- mężczyzna uśmiechnął się.
Koroner Arthur George Charles Rathbone nie odwzajemnił uśmiechu.

                                                                 II
Następnego dnia nad Londynem zawisła gęsta mgła, okraszona mżawką z dodatkiem chłodnego wiatru. Widząc pogodę ranka po feralnej nocy, braci Tuttiholmes ogarnęła niechęć do całego świata, a zwłaszcza Londynu, dlatego żaden z nich długo nie wychodził ze swojej sypialni. Pierwszy swoje nastawienie przełamał Castor, który o 10.00 był już ubrany, ogolony oraz wyperfumowany; właśnie siedział przy kominku, popijając herbatę i czytając gazetę, gdy do salonu wszedł Michael- wciąż w piżamie, nieogolony oraz zaspany. Młody mężczyzna usiadł na fotelu w malutkie kwiatki, rzucać nogi na oparcie, czego nie tolerował jego brat.
-Mógłbyś z łaski swojej usiąść jak Pan Bóg przykazał?- zapytał Castor znad gazety.
-Człowieku, daj żyć...- jęknął pisarz.
Nim wrócił w nocy do domu, wybrał się wraz z przyjaciółmi do jednego z londyńskich klubów, by ,,uczcić pamięć biednej Beatrice", jak sam się wyraził. Dlatego teraz wyglądał, jakby go czołg przejechał- minimum trzy razy.
-Nie wiń mnie, za swój późny powrót; nadszedł nowy dzień, na który trzeba być przygotowanym- odrzekł dyplomatycznie detektyw- Jeśli zapomniałeś, dziś spotykamy się z Jackie na kolacji w ,,Rules".
-Pamiętam- odparł Michael, przyciskając dłoń do rozpalonego czoła- O kur...
-Mick!- wtrącił Castor- Jak ty się wyrażasz?!
-Aaa tam!- mężczyzna machnął ręką, ignorując napomnienia brata.
-Twój stan jakoś mnie nie dziwi- ciekawe dlaczego?- zapytał retorycznie starszy- Na twoim miejscu wziąłbym zimny prysznic, ubrał się i zaczął robić coś pożytecznego, miast jęczeć na tym fotelu.
Michael ciężko się podniósł, po czym udał się do swojej sypialni. Po chwili Castor usłyszał szum wody; mężczyzna wrócił do przerwanej lektury.
Nagle w salonie rozległo się pukanie do drzwi. Detektyw złożył równo gazetę, by zaraz potem odłożyć ją do koszyka, znajdującego się przy kominku i podszedł do drzwi frontowych. Tuttiholmes wyjrzał przez wysoko umieszczoną szybę, lecz nikogo nie ujrzał. Mężczyzna uśmiechnął się do siebie; doskonale wiedział, kto stoi za drzwiami.
Na progu stał dwunastoletni chłopak, ubrany w szerokie spodnie i marynarską koszulkę. Bardzo przypominał swoją siostrę, aczkolwiek jego włosy były koloru matowej czerni, zakręcone i niezbyt długie. Chłopaczek uśmiechał się szeroko do pana domu.
-Witaj Theodorze- przywitał się Castor, podając młodemu człowiekowi dłoń, którą ten uścisnął.
-Witaj- odparł chłopak wesoło- Przynoszę wiadomość od Christine.
-Jak czuje się twoja siostra?
-Całkiem dobrze. Nocne wydarzenia nie wywarły na niej większego wpływu.
-Widzę, że na tobie również- zauważył detektyw.
-To nie moja sprawa- wzruszył ramionami Theodore; chłopak wyciągnął z kieszeni kopertę- Oto wiadomość.
Castor odebrał kartkę i zaproponował małemu Jacksonowi ciastko, upieczone i przyniesione osobiście przez panią Nicecat. Theodore przyjął poczęstunek, ale zaraz potem pobiegł w stronę domu swojego kolegi.
Detektyw uśmiechnął się; Christine miała szczęście, że trafił jej się taki kochający brat. Mężczyzna spojrzał w stronę sypialni Michaela- on miał zupełnie odwrotną sytuację. No ale cóż? Należy przecież cieszyć się z tego, co się ma, prawda? A tak się akurat składało, że Castor miał tylko krnąbrnego Michaela i musiał z nim żyć.
Mężczyzna wolał już dłużej o tym nie myśleć, a zająć się korespondencją. Tuttiholmes usiadł na swoim fotelu- koloru creme, ozdobionego w malutkie różyczki, od których odstawały soczyście zielone listki- gdzie w spokoju otworzył list.
 W tym samym czasie szum wody ustał.
-,,Moi najdrożsi przyjaciele; wysyłam ten list, jak obiecałam, by ustalić godzinę naszej dzisiejszej kolacji w ,,Rules". Otóż moim zdaniem najodpowiedniejsza będzie 18.30. Ja naturalnie przyjdę pięć minut później, ponieważ kobiecie nie wypada czekać na mężczyznę. Poproście o stolik dla palących, a po kolacji pójdziemy na mały bal do baronowej Princefield- dziś chcę zatańczyć z każdym z Was, nie wywiniecie mi się! Ubierzcie się, jak na dżentelmenów przystało, bym nie musiała się wstydzić za panów.

Castor uśmiechnął się do siebie; uwielbiał styl Christine- rozbrajający i pocieszny, a podpis, składający się z samego nazwiska, potęgował atmosferę, wytworzoną przez kobietę. Dodatkowa fascynacja starą przyjaciółką sprawiła, iż młody detektyw zapomniał o otaczającym go świecie; nawet nie zauważył, gdy pojawił się przed nim odświeżony, ogolony i ubrany Michael, który wpatrywał się w brata z podniesioną brwią.
-Obecność twojego szczęśliwego uśmiechu w tak ponurym dniu jest zaiste przedziwna- odezwał się pisarz.
Castor podskoczył na fotelu, wypuszczając list z rąk; papier został złapany w locie przez młodszego z Tuttiholmesów. Przewertował szybko tekst; na końcu sam się uśmiechnął.
-Nasza urocza Christine, hah!- Michael oddał bratu wiadomość, po czym przyjrzał mu się wnikliwie- Zakochałeś się w niej.
-Kto? Ja?- detektyw wstał i udał się do kuchni- Bzdury gadasz.
-Znalazłeś sobie idealny moment na miłość- stwierdził pisarz z sarkazmem, idąc za bratem.
-Powtarzam: nie- za- ko- cha- łem- się- Castor zaczął się denerwować.
-Aha...- Michael przyjrzał się wnikliwie starszemu- Czyli nie wzruszy cię fakt, iż wczoraj po twoim wyjściu całowałem się z Christine?
Castor z całej siły starał się powstrzymać wpływający na jego policzki rumieniec zdenerwowania. Mężczyzna poprawił kołnierzyk, który nagle zaczął go uciskać, blokując dostęp tlenu.
-Nie, nie- detektyw chrząknął- Naturalnie, że nie.
-Dobrze- pisarz uśmiechnął się lekko, a oddalając się do swojej sypialni dodał- Bardzo dobrze.
Castor odprowadził wzrokiem brata, a gdy ten zniknął mu z pola widzenia, detektyw uderzył pięścią w stół- stracił Christine.
-,,W związku z tym- pomyślał- Dzisiejszego wieczoru muszę udowodnić swoją wyższość nad Michaelem."
Nagle w mieszkaniu znów dało się słyszeć odgłos uderzania mosiężnej kołatki o drzwi. Castor poszedł otworzyć, nie spodziewając się nikogo o tej porze. Przez szybkę dostrzegł wysoką osobę, o szerokich ramionach, lekko wystającej szczęce, brązowych, zaczesanych do tyłu, jak panowało z ówczesną modą, włosach, ubraną w czarny płaszcz i brązowy garnitur.
-,,Javier Cullen"- odgadł detektyw.
Mężczyzna wpuścił jegomościa do domu, kłaniając się uprzejmie i podając rękę (oczywiście nie przez próg). Javier jednak tylko po to przeszedł przez drzwi domu Tuttiholmesów, by zaprosić starszego z nich na przejażdżkę w małej karocy. Detektyw zgodził się, aczkolwiek wpierw musiał powiadomić o swym wyjściu brata.
-Przyszedł inspektor Cullen, musimy porozmawiać. Wybieramy się w tym celu na przejażdżkę- odparł Castor, wchodząc bez pukania do sypialni brata- Nie będzie nie przez jakiś czas. Mam nadzieję, iż jesteś na tyle odpowiedzialny, że mogę pozostawić cię tu bez opieki.
-A idź w cholerę- skwitował Michael, nie odrywając wzroku od swojego rękopisu.
-Jak sobie chcesz- po detektywie spłynęło to jak po kaczce.
Obaj dżentelmeni byli zadowoleni z widoków, jakie ich otaczały; uwielbiali obserwować Londyn. Jednak nie to przede wszystkim zajmowało panów, siedzących w pięknym powozie, tylko rozmowa na wiadomy temat.
-Koroner Arthur Rathbone przekazał mi swoje przypuszczenia, co do okoliczności śmierci. Lekarze naturalnie zajmują sie tym dogłębniej, jednak chciałbym poznać pańską opinię na ten temat- zaczął Javier- Podobno zgadza się pan z tymi podejrzeniami?
-Nie do końca- zaoponował detektyw- Co prawda wersja pana Arthura jest jak najbardziej prawdopodobna, aczkolwiek ja jeszcze wstrzymałbym się z oczyszczaniem LeFlay'a z ewentualnych zarzutów- w końcu tylko on miał sposobność, by zabić swą żonę.
-Jeśli faktycznie było to samobójstwo, lady Beatrice nie potrzebowała nikogo do pomocy, prawda?- zapytał inspektor, niepewny wersji detektywa.
-Niby tak, jednak była kobietą czerpiącą z życia pełnymi garściami- mówił Tuttiholmes- Nie sądzę, iż chciałaby tak szybko zakończyć swój żywot.
-A jeśli miała problemy? I to dość poważne?
Castor przyjrzał się swojemu rozmówcy.
-Co ma pan na myśli?- zapytał niepewnie.
Javier zaczął kiwać lekko głową.
-Narkotyki- odparł tylko.
Detektyw był zaintrygowany; wcześniej o tym nie pomyślał, lecz miałoby to swego rodzaju sens. Mężczyzna postanowił drążyć temat.
-Lecz była osobą wysoko postawioną, wyłącznie z powodu urzędu męża- mówił Castor- To bardzo dobra koncepcja, lecz w związku z powyższym, skąd miałaby brać narkotyki, nie narażając przy tym pozycji współmałżonka?
Javier Cullen przez chwilę wpatrywał się w detektywa, bijąc się z myślami, czy przedstawić swoje stanowisko w tej sprawie, czy zwyczajnie odpuścić, ze względu na swoją sympatię do mężczyzny siedzącego obok niego. Decyzja była bardzo trudna, jednak morale posady, którą sprawował, zwyciężyły.
-Obawiam się, że mógł je dostarczać...- mężczyzna zawahał się na ułamek sekundy- pański brat.
-To znaczy, Michael?- detektyw nie mógł uwierzyć własnym uszom- Wiem, iż jego problemy z tego typu medykamentami są dość powszechnie znane, jednak wysuwanie takiej hipotezy jest już przesadą.
-Jak słusznie pan zauważył- odrzekł inspektor- to tylko hipoteza.
-Ale pan i wszyscy inni w nią wierzą.
-A pan nie?
To pytanie zaskoczyło detektywa. Mięśnie jego twarzy momentalnie się ściągnęły, postarzając go o parę lat. Castor krzyknął do woźnicy ,,Stój", a gdy tylko ten posłuchał, mężczyzna wyskoczył z powozu.
-Proszę zaczekać- Javier próbował go powstrzymać, lecz detektyw już zmierzał w stronę swojego domu.
Castor przez całą drogę powrotną był zbulwersowany jak najmniejszymi podejrzeniami kierowanymi pod adresem jego brata, jednak nastawienie mężczyzny zmieniło się, wraz z przekroczeniem progu swego domostwa.
Z sypialni Michaela wychodziła akurat pewna- jeśli w ogóle można ją tak nazwać- ,,dama". Zaraz za nią podążał młodszy Tuttiholmes; oboje śmiali się do rozpuku, lecz był to bardziej histeryczny, niż wesoły śmiech. Gdy tylko zauważyli pana domu, natychmiast przestali się śmiać. Młoda kobieta, ubrana tylko w gorset i dół spódnicy, momentalnie zabrała swój płaszcz, buty i wyszła, zostawiając braci sam na sam.
Michael nie bardzo przejął sie powrotem starszego. Z satysfakcjonującym uśmiechem udał się do hallu, gdzie na małej półce, zazwyczaj przechowującej kapelusze oraz klucze do mieszkania, znajdowała się srebrna papierośnica i zapałki. Młody pisarz odpalił papierosa, po czym zaczął przyglądać się nieobecnym wzrokiem swojemu bratu.
-Nie zdziwię się, jeśli za jakiś czas w gazecie umieszczą zdjęcie twojej ukochanej, całej zmasakrowanej przez Kubę Rozpruwacza- zaczął Castor.
-Przesadzasz- odparł Michael i momentalnie zaczął się śmieć, w tak samo histeryczny sposób jak poprzednio, równocześnie zaciągając się.
Dopiero teraz detektyw zauważył poważnie rozszerzone źrenice Michaela. A jeszcze przed chwilą podważał hipotezę inspektora Cullena.
-Ty ćpałeś- odrzekł w omdlewający sposób; mężczyzna oparł się o ścianę na przeciw swego brata.
-Tylko dla zabawy- pisarz dalej się śmiał, jednak reakcja brata trochę go zaniepokoiła. Michael podszedł do Castora. Trzymając papierosa między palcem serdecznym a środkowym prawej ręki, mężczyzna ujął bladą twarz brata, spojrzał swoimi zamglonymi, zielonymi oczami w brązowe, przeszklone ślepia Castora, który wcale nie stał prosto jak zwykle, dlatego teraz Michael mógł patrzeć na starszego z góry.
-Nie martw się o mnie, to tylko zabawa, nic więcej- pisarz zaczął mówić trochę nieskładnie- nic groźnego, co mogłoby zaprzątać twoją detektywistyczną główkę; my londyńscy artyści tych czasów tak mamy- zażywamy jakieś świństwo dla lepszej zabawy, a potem otaczamy się pełnymi wdzięku dziwkami, które i tak za parę dni dorwie ten cały Rozpruwacz, rozumiesz? W naszych kręgach to norma.
-Nie dość, że mnie przerażasz, to w dodatku bełkoczesz- skwitował Castor, odsuwając od siebie młodszego i taksując go wzrokiem- Ogarnij się, byś choć trochę wyglądał jak człowiek.
-Dobrze, panie dowódco- pisarz zasalutował i znów wybuchł śmiechem.
Michael ,podążając za starszym, zapiął koszulę oraz włożył ją do spodni, by ,,wyglądać jak człowiek". Potem runął na jeden z foteli w kiczowate kwiatki i wyciągnął bose stopy na podnóżek.
-Zrobię ci herbaty- odparł Castor, spoglądając krytycznie na brata i udając się do kuchni.
Przygotowując napój, starszy Tuttiholmes słyszał, jak Michael śpiewa coś kompletnie bez sensu; młodszy miał bardzo ładny, wysoki głos, jednak teraz zakłócał go ten wciąż powtarzający się histeryczny śmiech. Castor wychwycił wciąż powtarzające się słowo ,,liar" i ,,free".
-Ten tekst bardzo do ciebie pasuje- odparł mężczyzna, kładąc parującą porcelanę na stoliku i siadając na przeciwko brata- Ale nie o tym chciałem z tobą porozmawiać. Mam pytanie, drogi bracie.
-Dawaj- młody pisarz znów rozsiadł się wygodnie w fotelu i dla zwiększenia relaksu, zamknął oczy.
-Powiedz mi- zaczął Castor- Byłeś blisko z lady Beatrice?
-Przecież sam widziałeś list od niej- odparł beznamiętnie młodszy- Myślałem, iż stopień naszej znajomości po jego lekturze jest ci wiadomy, mój braciszku.
-Tak, ale...- detektyw zawahał się- W takim razie pewnie wiesz, czy zażywała jakieś... może.... swego rodzaju...
-Wykrztuś to w końcu, bo nie mam zamiaru sobie nic dopowiadać.
-Problem w tym, że to bardzo delikatna sprawa.
-Jesteś detektywem czy nie?
-No tak, ale ty jesteś moim bratem.
-I co z tego? Mów do mnie jak do jednego ze swoich klientów.
-Dobrze- Castor dał za wygraną; spokój brata go przytłaczał- Czy Beatrice LeFlay zażywała narkotyki?
-Może tak, może nie- odparł wymijająco jego brat.
-Mów jaśniej.
Michael roześmiał się.
-Czasem wydawała się... hmmm... lekko szurnięta, jeśli mogę tak powiedzieć o denatce. Być może zażywała coś na wzmocnienie, jednak nigdy mi się nie chwaliła.
-Na pewno?
Młody pisarz otworzył oczy. Ujrzał utkwiony w niego ze skupieniem wzrok brata. Wydało mu się to trochę podejrzane; jego dobry humor znikł bez śladu.
-O co ci chodzi?- zapytał podejrzliwie.
Castor postanowił nie owijać w bawełnę.
-Javier Cullen podejrzewa, iż mogłeś jej dostarczać narkotyki- odparł.
-Cullen? Ten inspektorzyna ze Scotland Yard'u?- odparł Michael kpiąco- Nie robi nic innego, prócz siedzenia za biurkiem w garniturku i spisywaniem niepotrzebnych raportów.
-A jednak wczoraj pofatygował się na miejsce zbrodni. Nie spotkaliście się?
-Byc może nie zwróciłem uwagi na tę łajzę.
-Jak tak możesz?- Castorowi nie podobało się zachowanie brata; starał się go jeszcze trochę wychować.
-O mnie na mieście mówią w nie mniej miły sposób- Michael wzruszył ramionami, siadając znów prosto i zapalając kolejnego papierosa- Pijak, palacz, narkoman, kobieciarz, nierób, oszust, kłamca, lekoman, fleja, hazardzista, złodziej, dziwkarz, sukinsyn... mam wymieniać dalej? Bo dalej jest tylko gorzej.
-Daruj już sobie- starszy Tuttiholmes nie chciał tego słuchać- Twoja zła reputacja istnieje dzięki twoim poczynaniom- jak cię widzą, tak cię piszą.
-Dziękuję za słowa, dzięki którym staję się lepszym człowiekiem- odparł sarkastycznie pisarz, znów sadowiąc się wygodnie i zamykając oczy.
-Nie ma za co- odpowiedział Castor tym samym tonem, co jego brat- A jak właściwie nazywa się ta twoja... znajoma?- zapytał, chcąc zmienić temat.
Michael uśmiechnął się z rozmarzeniem.
-Mary- powiedział.
-Co ty taki szczęśliwy?- Castor przyjrzał się młodszemu- Zakochałeś się?
-Phi!- prychnął mężczyzna- W niej? Nigdy... Ale przyznaj, iż jest bardzo ładna.
-Istotnie- detektywa zaczęła męczyć ta rozmowa; postanowił ją zakończyć- Musisz iść spać, by wieczorem prezentować się...
-...jak człowiek, wiem- dokończył pisarz- Chcesz, aby dzisiejszy wieczór nie przyniósł ci porażki, co ja mógłbym twojej osobie zapewnić; Jackie musi uważać cię za chodzący ideał.
-Nie o to chodzi.
-Wcale...
Przez chwilę w salonie panował spokój; Michael leżał z zamkniętymi oczami na jednym fotelu, Castor- rozmyślając o Christine- na drugim, filiżanki z chińskiej porcelany wciąż parowały, wypełnione do połowy najlepszą angielską herbatą, w kominku lekko trzaskały płomienie, a w szyby znów zaczął bębnić deszcz. Atmosfera idealna dla relaksu. Na zewnątrz słota i szaruga, podczas gdy obaj bracia mogli rozkoszować się ciepłem, dobiegającym z kominka. Żaden nieprzyjemny dźwięk nie przerywał tej chwili spokoju, jakże cennej w ówczesnych czasach.
Po pół godzinie relaksu, Castor przyjrzał się bratu, którego oddech bardzo się uspokoił, co wskazywało na zapadnięcie młodego mężczyzny w sen. Detektyw uśmiechnął się; ostrożnie przestąpił nad chudymi nogami Michaela i delikatnie zabrał go na ręce, by zanieść śpiącego do sypialni.
-,,Mam nadzieję, iż do wieczora przejdzie mu, hmm... ten stan- pomyślał- Przecież nie może narobić mi wstydu przed Christine."
Castor spojrzał na nareszcie spokojną twarz Michaela; mężczyzna przysiadł z westchnieniem na krańcu łóżka. Kiedy ten czas minął? Jeszcze niedawno byli tacy mali i jeździli konno po stadninie wujka Stewarta, grali w piłkę z najlepszymi przyjaciółmi na wsi, bawili się nad jeziorem z Christine, spędzali czas na riwierze francuskiej wraz z rodzicami- ojciec uczył tam pływać swoje oczko w głowie, czyli Michaela, a Castor budował zamki z piasku z matką. Potem wydarzył się ten straszny wypadek- Frederick i Vivian jechali dorożką do swoich przyjaciół w Walii, po drodze jeden z koni się spłoszył. Przerażone zwierzę pędziło dziko przed siebie, w finale spadając z jednego z walijskich klifów, niedaleko posiadłości Buckster'ów, znajomych państwa Tuttihlomes. Zmasakrowane ciała małżeństwa oraz woźnicy znaleziono po dwóch dniach, na brzegu plaży. Bracia mieli wtedy 13 i 17 lat i trafili pod opiekę ciotki Doris.
Teraz chuda twarz Michaela nie wyrażała nic- może za sprawą narkotyków, może czegoś innego, ale nareszcie nie rysowały się na niej żadne emocje.
Castor również chciał zapaść w taki sen, ostatnio bardzo źle sypia. Jednak detektyw nigdy nie mógł zasnąć spokoju, nawet teraz; w domu rozległo się ponowne pukanie do drzwi, a za nimi- Christine.
-Co ty tu robisz?- zapytał zdziwiony Castor- Mieliśmy się widzieć dopiero wieczorem; stało się coś?
Młoda kobieta wpierw weszła do środka, nim udzieliła odpowiedzi, z którą wcale jej śpieszno nie było; Christine ściągnęła okrycie wierzchnie, poszła do kuchni, by zrobić sobie herbatę, a gdy woda już się zagotowała, z parującą filiżanką usiadła na kanapie w podobne wzorki jak na fotelach. Castor bez słowa usiadł obok przyjaciółki i zaczął się w nią wpatrywać.
-Powiesz coś w końcu?- zapytał.
-Nudziło mi się- odparła wymijająco kobieta.
-Nie kłam- detektyw uniósł palec wskazujący.
-No dobrze- dziewczyna odłożyła porcelanę- Chciałam dowiedzieć się czegoś o morderstwie- spojrzała na przyjaciela- Widziałam cię w powozie z Javierem Cullenem.
-Masz rację- Castor przyniósł sobie swoją herbatę i ponownie usiadł obok rozmówczyni- Ale nie mogę ci nic zdradzić; tajemnica zawodowa.
-Proszę...- Christine zrobiła maślane oczy.
Detektyw wciąż milczał; kobieta obrała inną taktykę.
-To nie dobrze tak trzymać w sobie tajemnice- powiedziała.
-Co masz na myśli?
-Trzeba od czasu do czasu z kimś porozmawiać. Wiem, że Mickowi nic byś nie powiedział.
-Czemuż tak sądzisz?
-Skoro on milczy jak zaklęty w kwestii swoich spraw, ty chcesz zachowywać się tak samo- jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.
-Michael o wszystkim wie.
-W takim razie to dotyczyło również jego. Co to było?
-Nie dasz za wygraną, prawda?
-Nie- Christine uśmiechnęła się uroczo.
Castor westchnął i opowiedział przyjaciółce o wszystkim.
-Beatrice nie była osobą, potrzebującą jakichkolwiek środków- zauważyła dziewczyna- ale Michael... nie dziwię się, iż Javier podejrzewa go o to.
-I to mnie martwi najbardziej.
-Nie dziwię ci się.
Na chwilę zapanowała cisza. Nową konwersację rozpoczęła Christine.
-A gdzie właściwie jest Mick?- zapytała.
-Śpi naćpany w swojej sypialni- odparł bez ogródek detektyw.
-Oj, oj, oj- dziewczyna pogroziła przyjacielowi palcem- Jak człowiek tak dobrze ułożony jak ty, może się tak wyrażać?
-Kiedy nie znam innego określenia na stan, w jakim obecnie znajduje się mój brat- Castor chciał zakończyć rozmowę łykiem herbaty, lecz stara przyjaciółka nie dała się zbyć.
-Można to poniekąd nazwać euforią- stwierdziła.
Detektyw przyjrzał się bacznie kobiecie; czyżby ona również...? Nie, to niemożliwe, a może...? Wiele by to tłumaczyło.
-Dlaczego nagle zaczął mi się pan tak przyglądać?- nic nie uszło oczu dziewczyny.
-Po prostu podejrzewam panią o najgorsze- mężczyzna odparł tym samym tonem, co przyjaciółka, ale jemu nie było tak do śmiechu.
Oboje wybuchli śmiechem, mimo iż w przypadku mężczyzny był on raczej wymuszony.
-No nic, pójdę już- zadecydowała nagle Christine- Do widzenia, mój drogi.
-Do widzenia?- Castor był kompletnie zbity z tropu jej reakcją.


O 18.30 młodzi ludzie ponownie się spotkali; Castor nie wspomniał Michaelowi o wcześniejszej wizycie Christine, ponieważ uważał to za swego rodzaju sekret, a skoro brat nie chciał dzielić się swoimi sekretami z nim, mężczyzna chciał zachować się w ten sam sposób.
Obawy Christine przed kompromitacją ze strony braci Tuttiholmes nie potwierdziły się; obaj zachowywali się wzorowo, co doprowadzało kobietę do śmiechu, ze względu na poważne potraktowanie jej słów.
Za to Michael zdążył do 18.30 wydobrzeć ze swego poprzedniego stanu i opanować się przed, np. nagłymi wybuchami śmiechu. Aż dziw, że nie widać było po nim skutków porannego wyskoku. Być może to długa drzemka poprawiła jego wygląd, lecz mężczyzna nawet nie chciał tego dociekać- zwyczajnie go to nie interesowało.
Kolacja minęła w miłej, a w dodatku wesołej atmosferze, co najbardziej odpowiadało Castorowi- może jako najstarszemu, a może ze względu na uroczą Christine Jackson, do której uczuć nie miał już żadnych wątpliwości, i jak tylko w najbliższych dniach nadarzy się sposobność, Castor oświadczy się ukochanej.
Konwersacja toczyła się na różne tematy; polityczne, socjalne, prywatne oraz ogólnonarodowe. Rozmowa przeplatana była często żartami na dany jej temat, co nie pozwalało trójce przyjaciół się nudzić, czego w ogóle nie lubili. Po zakończeniu dyskusji o warunkach i standardach życia różnych warstw społecznych w Bordaux (w tej kwestii główny głos miała Christine), Castor chciał wypytać przyjaciółkę o jej życie, ponieważ inni ludzie liczyli się dla niego w tym momencie najmniej- tylko ona.
-Jak w takim razie utrzymujesz się w tym francuskim mieście?- zaczął młody mężczyzna.
-Pewnie prowadzisz winiarnię z potencjalnym kandydatem na męża?- zażartował Michael, co wcale nie miało urazić jego starszego brata, a jednak lekko uraziło; Castor mimo wszystko zachował pogodny nastrój- nie chciał psuć kolacji.
-Wiesz...- zaczęła Christine- Ty jesteś pisarzem, ty detektywem... wy mężczyźni macie szeroko rozwiniętą paletę potencjalnych zawodów, ale my, kobiety, ograniczamy się do zaledwie dwóch, może trzech zawodów, i to jeszcze w sytuacji, gdy nie wyjdziemy za mąż i nie zaczniemy być kurami domowymi.
-Ależ jest więcej zawodów, trzeba tylko przełamać pewną barierę- zaoponował Castor.
-Właśnie barierę, tylko jaką? Społeczną z męskiego punktu widzenia- kobieta nie dawała za wygraną- Paru kobietą się to udało.
-Na przykład Jane Austen- Michael podał ten przykład jako pisarz.
-Tak, w istocie- pisarka, wykraczająca poza konwenanse...- młoda dziewczyna zamyśliła się na moment- Szkoda takiego talentu.
-Co w takim razie porabiasz w Bordaux?- Castor nie chciał wchodzić na tematy poza życiem doczesnym.
-Jestem...- Christine zawahała się lekko- guwernantką.
-O!- zdziwił się detektyw, lecz nie dał tego po sobie poznać- To bardzo dobry zawód.
-Racja- kobieta skinęła głową- Pracuję u bardzo zamożnych rodzin- Vernier, Casile, Dazarte, Lagarde oraz Tissout. Niestety większość tych bogatych dzieci jest bardzo nieznośna, zwłaszcza dla mnie, gdy przychodzą goście- istne aniołki. Mam nadzieję, iż za parędziesiąt lat to się zmieni.
-Nie sądzę- stwierdził Michael, niepoprawny pesymista.
-W dodatku jedna z tych zamożnych dam- madame Nicole Casille- wciąż nie jest w stanie zapamiętać wymowy mojego nazwiska- miast ,,Dżekson" woła na mnie ,,Mademosille Żaksą". Nie poprawiam już madame, ponieważ parę razy dostałam po uszach od mensieur Louise'a Casille.
-Ktoś w końcu musiał to zrobić- zażartował młody pisarz.
Christine spojrzała na niego z udawanym gniewem, lecz nie zdolna była długo się nie uśmiechać.
Castor nie mógł już tego dłużej znieść; zaczepił mijającego ich stolik kelnera i poprosił o najlepszą rosyjską wódkę, jaką tylko lokal posiadał. Młody Turek zdziwił się lekko, lecz niezauważalnie, ponieważ od dawien dawna nikt tu takiego specjału nie zamawiał. Jedynie od czasu do czasu goszczący tu komuniści z zachodu.
Dopiero po podaniu trunku i polaniu go do trzech ozdobnych kieliszków, brat i sympatia detektywa zauważyli jego zamówienie.
-No, no, no- pierwsza odezwała się Christine- Nie podejrzewałam pana o tego typu skłonności alkoholowe; myślałam, iż gustuje pan jedynie w winie i likierze. Szczerze powiedziawszy, nigdy nie widziałam pana w stanie upojenia alkoholowego. Na zdrowie- kobieta wychyliła swój kieliszek.
-Mnie za to bardzo cieszy ta sytuacja- odparł Michael, już zresztą nieco wstawiony- Nareszcie mój święty braciszek zrozumie, jak potrafię się czuć następnego ranka po suto zakrapianym raucie- już bez zbędnych domówień, mężczyzna uniósł kieliszek w znaczącym geście, po czym jednym haustem wypił jego zawartość.
-Istotnie- Castor odrzekł tylko tyle, co chyba przejął od koronera Rathbone'a i dołączył do reszty, wypijając ostry trunek; nigdy przedtem go nie pił, dlatego gdy tylko wódka wdarła się do jego ust, mężczyźnie łzy stanęły w oczach.
Christine i Michael od razu zaczęli wyśmiewać się z najstarszego, a zarazem najmniej doświadczonego w piciu wódki. Oliwy do ognia dorzucił komentarz delikwenta:
-Ale pali.
Młodsi musieli zatykać sobie rękami usta, by nie zacząć śmiać się na cały głos, ponieważ znajdowali się w jakże gustownym miejscu.
-Teraz wiesz, jak to jest- odparł Michael, dolewając do wszystkich kieliszków, a najwięcej do szkła brata.
-O nie, nie, nie- Castor jedną ręką trzymał się za wciąż palące gardło, a drugą zaprzeczał dalszym działaniom młodszego.
Christine tylko się śmiała, popierając tym samym postępowanie pisarza.
Michael nie zrażał się zaprzeczającym gestom brata; kończąc napełnianie jego kieliszka, spojrzał na starszego szeroko otwartymi oczami- ich spojrzenie było hipnotyczne, a zarazem, mówiąc prosto, nienormalne. Atmosferę dziwactwa potęgował szaleńczy uśmiech Michaela, który rozciągał mięśnie jego chudej twarzy oraz wydobywał kilka zmarszczek w kącikach ust, postarzając go o jakieś 5 lat.
-Pij- rozkazał szeptem młodszy, spoglądając szybko na kieliszek, później na starszego.
Castor zafascynowany tak szybką zmianą wizerunku brata, uległ mu i wychylił drugą porcję wódki. Znów poczuł pieczenie w gardle, oczy zaszły mu łzami, a jego twarz wykrzywiła się w grymasie.
Dla Christine czas nagle się zatrzymał. Być może pod wpływem charyzmy Michaela, a może wytworzonej przez mężczyznę aurę szaleństwa i tajemniczości; powietrze zrobiło się ciężkie, głosy innych ludzi zlały się w jedno i razem ucichły, każdy ruch powodował napięcie się mięśni, co wywoływało ból i, nie wiedzieć czemu, mrowienie, a oddech każdego z nich wydawał się płytszy niż w rzeczywistości. I mimo iż ta chwila trwała zaledwie 3 sekundy- tyle zajęło Castorowi picie- dla młodej kobiety przedłużyła się ona nawet do minuty.
-Idzie ci coraz lepiej- odarł Michael, ale już głośno.
Wraz z tymi słowami, wytworzona przed chwilą atmosfera znikła jak bańka mydlana. Christine faktycznie czuła się, jakby przed chwilą coś niewidzialnego pękło przed jej twarzą.
-Ma okropny ostro- gorzki smak- skomentował Castor- Nie pasuje mi.
-Mięczak- skwitował Michael, wychylając już trzeci kieliszek.
Christine znając ich na wylot, wiedziała, że z tego błahego powodu może wyniknąć nawet potężna kłótnia między braćmi. Wtrąciła się zatem do narastającej dyskusji.
-Z waszego dotychczasowego zachowania wnioskuję, iż nie zapamiętaliście mojej wiadomości- odparła nagle.
Bracia Tuttiholmes spojrzeli na starą przyjaciółkę z niekłamanym zdziwieniem. Ta zrozumiała ich pytanie.
-Tańce- wypaliła- Pisałam, że chcę zatańczyć dziś z każdym z was, lecz przecież to panowie proszą panie, prawda? Co za dżentelmeni!- prychnęła.
-Masz rację- nic innego starszemu nie przyszło do głowy.
-W tym celu musimy zapłacić i wyjść oraz udać się do baronowej Princefield, czyż nie?
-Oczywiście- mężczyzna wyciągnął z poły marynarki skórzany, zdarty portfel.
Widząc, co przyjaciel chce zrobić, Christine powstrzymała go ruchem ręki.
-Ja zapłacę- zaproponowała.
-Nie- uciął krótko Castor- To będzie rekompensata za przypominanie nam o tańcach.
Kobieta spojrzała czule na przyjaciela i odsunęła rękę.
Troje przyjaciół wyszło z restauracji, żegnanych bardzo miło przez obsługę, głównie ze względu na dość hojny rachunek ze strony najstarszego z nich, po czym skierowali swe kroki do dorożki panny Jackson. Tym pojazdem, ciągniętym przez dwa piękne rasowe konie- gniadego i śnieżnobiałego- dotarli do posiadłości baronowej Princefield.
Wszyscy bardzo dobrze znali baronową; była to kobieta na pozór o dobrym sercu oraz bardzo miłym usposobieniu, jednak powszechnie twierdzono, iż dba wyłącznie o opinię wyższych sfer. Jej dom zdobiły najnowsze francuskie meble, hiszpańskie dzieła sztuki, chińskie zastawy z porcelany, pruskie arrasy (sprowadzane z terenów dawnej Polski), włoskie firany, austriacki fortepian oraz belgijskie bibelociki, a wszystko zbudowane było z ,,solidnego angielskiego budulca", jak zwykła mawiać baronowa.
Susanne Princefield była dość korpulentną damą, po cichu uważającą siebie za chodzący ideał. Oznaki starości starała się ukryć za pudrem oraz różem, a także doczepiając do swych naturalnych blond loków, sztuczne pukle włosów. Uwielbiała przyozdabiać się w przeróżnego rodzaju kokardki, falbanki, koraliczki, wstążeczki itd. oraz by jeszcze bardziej uwydatnić swoją światowość (baronowa bardzo często wyjeżdżała), do każdej wypowiedzi wtrącała francuskie frazesy, wypowiadając je z wysoką namiętnością. Nabyła tego czytając powieści tamtejszych pisarzy.
Po wejściu do tego wystawnego salonu, trójka młodych ludzi natychmiast została otoczona przez gospodynię.
-Ach! Mon petit Christine!- ucałowała dziewczynę w oba policzki- Jakże się cieszę z twego arrivee. Och! Jak tu smutno płynęły dni bez ciebie!
-Również się cieszę, że panią widzę.
-Ach! Detective Castor!- kobieta podała dłoń do ucałowania, wypowiadając imię mężczyzny z charakterystycznym francuskim ,,r"- Jak tam sprawa madmoiselle Beatrice?
-Staramy się ją rozwikłać.
-Ach! Pan Michael!- tym razem kobieta podała lewą rękę- I jak tam pańska nouveau roman? Nie mogę się doczekać, aby ją przeczytać.
-To jeszcze trochę potrwa.
Kobieta błyskawicznie zmieniała rozmówcę, nie poświęcając poprzedniemu wiele swej uwagi.
-Jak tam ,,Rules"?- zwróciła się do Christine- Pewno dawno tam panny nie było, prawda? Fakt, zmienił się właściciel, lecz moim zdaniem wyszło mu to mieux niż poprzednikowi; lepsza atmosfera- cette confortable! Mam rację?
-Naturalnie- odpowiedział Michael, z typową dla siebie galanterią oraz lekkim ukłonem.
-Wiedziałam, że podzieli pan moje zdanie. Ale cóż to?- wróciła znów do młodej damy- Państwo przecie przyszli na danse, prawda?
Christine skinęła głową.
-Właśnie, a za chwilę kwintet polecony przez lady Kimberly zacznie grać rouleau- baronowa roześmiała się- Kto pierwszy porwie pannę Jackson do tańca?
Castor, nie porozumiawszy się z bratem, stanął na przeciw przyjaciółki, delikatnie objął jej śnieżnobiałą, delikatną dłoń i ucałowawszy ją, spojrzał znacząco w oczy dziewczyny. Christine zrozumiała prośbę; razem oddalili się w stronę parkietu.
-W takim razie może mogę potowarzyszyć madame na jakiś czas?- zapytał Michael, lekko zdenerwowany zachowaniem brata.
-Niestety, mon bon, poprosił mnie już mensieur Cotton. Być może zechce pan zaproponować to mej siostrzenicy?
-Księżniczce Daisy?- mężczyzna miał wyrobione zdanie na temat tego podlotka, mimo wszystko baronowej nie mógł odmówić- Z wielką przyjemnością.
-Delicieux!- baronowa Princefield zeszła po schodach, jak gdyby parę małych myszek ją niosło lub jakby lewitowała w powietrzu.
Po chwili do Michaela podeszła mała, drobna dziewczynka. Miała około siedemnastu lat i był to jej pierwszy bal. Mężczyzna zmierzył ją spojrzeniem; miała włosy koloru mysiego blond, zaczerwienioną twarz i piegi na nosie. Dyszała, jakby przebiegła maraton, w dodatku nie śmiała spojrzeć na starszego od niej partnera. Miała malutki, trochę świński nosek oraz maluczkie, niebieskie oczka.
-,,Szlag by to trafił"- pomyślał Michael, a już na głos, z przemiłym uśmiechem zapytał- Pozwolisz, księżniczko Daisy?- i podał jej swe ramię.
Dziewczynka skinęła szybko głową, jednak jej mina wskazywała na chęć jak najszybszej ucieczki.
Para zeszła po schodach i ustawiła się na samych obrzeżach parkietu. Daisy była o wiele niższa od Michaela- znajdowała się na wysokości jego klatki piersiowej. Mimo to, gdy pierwszy skrzypek odliczył ,,raz, dwa" i kwintet zaczął grać walca wiedeńskiego, ta osobliwa para starała się- nie da się tego inaczej nazwać- dotrzymać poziomu innym tańczącym, co było trudne, ze względu na wciąż potykającą się księżniczkę Daisy.
W końcu Michael musiał chwycić ją w pasie mocniej. Ta zrozumiała to nieco opatrznie, w efekcie czego jeszcze bardziej spłonęła rumieńcem oraz zaczęła czkać; teraz ta para wydawała się już całkiem absurdalna.
-Przyniosę księżniczce wody- pisarz w ten sposób wybrnął z krępującej sytuacji.
Michael wpierw wyszedł na dwór, by zapalić papierosa, dopiero potem udał sie po napój dla księżniczki, usprawiedliwiając swą długą nieobecność brakiem kelnera.
-Dziękuję panu bardzo- to były pierwsze słowa, wypowiedziane przez Daisy do partnera; jej głosik był piskliwy, czym bardziej upodobniła się do myszy.
Na tym konwersacja stanęła. A że walc trwał w najlepsze, to Michael, nie chcąc do niego wracać, zaproponował, by razem usiedli na jednej z kanap, znajdujących się pod piętrem. Daisy bardzo zaskoczona, przyjęła propozycję.
Młodzi usiedli na wyściełanej skórą kanapie; Michael stwierdził w duchu, iż może rozmawiać z księżniczką o czymkolwiek, byleby przestała się czerwienić.
-To pierwszy bal księżniczki?- zagadał.
-Ta- tak- młoda dama zawahała się- Ciocia Susanne przyjechała karocą specjalnie do naszego domu, by mnie zaprosić. Naturalnie papa musiał wyrazić zgodę, czego nie chciał zrobić, lecz maman go przekonała, a ciocia zagwarantowała im moje bezpieczeństwo. Razem z Lopi (tak nazywano jej siostrę, Leopoldę) kupiłyśmy tę sukienkę, buciki oraz karnecik. Zechce pan się wpisać? Pokażę Lopi, ale będzie zazdrosna!- powiedziawszy to, Daisy znów przybrała kolor dojrzałego pomidora i schowała głowę w ramionach- Przepraszam, to było trochę... niegrzeczne- dokończyła, coraz bardziej się pesząc.
Młody pisarz westchnął w duchu, lecz znów z czarującym uśmiechem ujął małą, niezgrabną dłoń dziewczyny i na bileciku przy walcu napisał: ,,Michael Tuttiholmes". Opuszczając rękę, Daisy patrzyła na starszego o 7 lat mężczyznę jak zaczarowana. Michael musiał to przerwać; przeprosił młodą księżniczkę i odparł, że w końcu sali widzi swojego dawno nie wdzianego przyjaciela. Daisy Kingstone wciąż z rozbłyszczanymi oczyma, pozwoliła mu odejść.
                                                       
                                                                      III
Christine wnet pojęła pytające spojrzenie przyjaciela i bez żadnych charakterystycznych dla siebie komentarzy na temat jego zachowania, dała mu się zaprowadzić na parkiet. Chwilę przed tym, jak pierwszy skrzypek odliczył rytm, kobieta spojrzała na drugiego z braci Tuttiholmes; widziała schodzącego go po schodach, pod rękę z mało atrakcyjną Daisy Kingstone- ale jakże majętną- oraz zauważyła jego wzrok, bo choć na ustach gościł wciąż ten szarmancki uśmiech, w oczach Michaela nie żarzył się żaden płomyk podekscytowania, wręcz przeciwnie- jego tęczówki przybrały barwę głębi oceanicznej, przez którą przebijał się lekki brązowy kolor.
-Mick zaciągnął małą Kingstone do tańca- skomentował Castor; w tym samym momencie kwintet zaczął ciąć walca standardowo na dwa.
-Raczej ona jego- odparła Christine- Tak w ogóle to chyba cały ten incydent zawdzięczają baronowej Princefield; w końcu to jej siostrzenica.
-W istocie mogło tak być- Castor przez chwilę milczał, po czym znów wszczął rozpoczętą dyskusję- Ależ oni karykaturalnie wyglądają!
-Fakt- Christine roześmiała się uroczo- Mimo wszystko, to nieładnie tak wyśmiewać się z rodzonego brata.
Właśnie w tym momencie księżniczka Daisy zaczęła czkać, na co partner oddalił się od niej w stronę stolika z napojami.
-Tym razem szczęście mu dopisało- skwitowała Christine.
-Nie mówmy już o tej cholerze- tak Castor określił brata- Mów, czyś tęskniła za nami, będąc w Bordaux?
-W mych listach nie było za mało tęsknoty i rozpaczy?- kobieta roześmiała się.
-Naturalnie, lecz mogłaś udawać, by nas zwieść.
-Cóż... nie śmiałabym.
Teraz oboje się roześmiali, jednak musieli to stłumić, ze względu na otaczających ich ludzi, a zwłaszcza starych, konserwatywnych par.
Rozmowa toczyła się dalej, wciąż w duchu humoru. Żadne nie spostrzegło, gdy kwintet wykończył utwór subtelnym diminuendo oraz durowym akordem. Oboje rozejrzeli sie zdumieni po reszcie tańczących, którzy albo udawali się do różnych grup rozmawiających, albo czekali na kolejny taniec.
-Powinnam teraz dać szansę na popis swego talentu tanecznego twemu bratu- odezwała się Christine.
-Tak, tak, niestety... -odparł Castor cicho, czego dziewczyna nie dosłyszała- to znaczy, tak-  poprawił się, niepotrzebnie.
Christine uśmiechnęła się do przyjaciela, po czym zaczęła szukać wzrokiem Michaela. Zauważyła go, rozmawiającego nie z księżniczką Daisy, a z Ianem Kowalskim. W ich towarzystwie kręcili się również ten Amerykanin- Orix, oraz pół Polak, pół Rosjanin- Sebastian Kluskin, bardzo wesoły człowiek.
Nagle Michael spojrzał przeszywającym na wskroś wzrokiem na Christine. Mimo iż oczy mówiły co innego, jego wargi wygięły się w uśmiechu. Kobieta widziała, jak mężczyzna mówi coś do towarzyszy, po czym udał się w jej stronę.
Gdy podszedł do niej, Christine odparła:
-Teraz będzie zapewne mazur.
-Dobrze- powiedział beznamiętnie mężczyzna- W takim razie, czy zechce pani ze mną zatańczyć?- skłonił się lekko.
-Naturalnie- młoda kobieta również się ukłoniła i oboje ustawili sie na parkiecie.
Mazur, bardzo skoczny i wesoły, wywoływał na twarzach tańczących wyraz zadowolenia oraz szczęścia, a młodsze pary co chwilę wybuchały śmiechem, uwydatniając tym swoje szczęście, trwające w chwili obecnej i uważane przez nich za najważniejsze.
Castor zajął miejsce brata wśród rozmawiających dżentelmenów, którzy również wydawali się zadowoleni. Najszczęśliwszy wydawał się Kluskin, który widząc działania swoich rodaków, przedstawiał się od tego czasu jako Polak.
Sebastian Kluskin był niewysokim mężczyzną (zaledwie 155 centymetrów) o burzy lśniącorudych loków oraz bardzo słabo widocznych paru piegach na nosie. Jego oczy miały przyjemny, niebieski kolor i wesołe ogniki. Sylwetka oraz twarz nie wyróżniały go z tłumu; prosta, szczupła postura, lekko umięśniona budowa ciała, a twarz o spokojnych rysach, średnim czole, szerokich, małych ustach i prostym nosie. Może jeszcze jedynie dłonie różniły się od dłoni przeciętnego człowieka- chude, nienaturalnie długie palce, choć mogło być to jedynie złudzenie, wywołane przez długie, pożółkłe paznokcie.
Gdy Castor podszedł do zebranych, całą trójka wpatrywał się w tańczących i klaskała do rytmu.
-Ach, mazur!- krzyknął Kluskin do detektywa- Moje strony!
-Nasze- poprawił go Kowalski.
-A, racja- mężczyzna zamilkł, ale bacznie przyglądał się nowemu znajomemu- A pan, to kto?- zapytał.
-Detektyw Castor Tuttiholmes- przedstawił się uprzejmie, ignorując bezczelny ton Polaka.
-Sebastian Kluskin- mały człowieczek podał większemu dłoń; Castor uścisnął- Pan zajmuje się morderstwem tej całej Beatrycze?
-Beatrice LeFlay- poprawił go mężczyzna, coraz mniej zadowolony z jego obecności.
-No, tak, tak...- Kluskin umilkł; po chwili znów podjął próbę rozmowy z nowym znajomym- Pan tańczył z tą uroczą blondynką, prawda? To mała Jacksonówna, która uciekła do Francji?- mężczyzna nie dał mu odpowiedzieć- Trafiła się panu ładna... towarzyszka.
-Istotnie- Castor przybrał poważny ton.
-A ten chudy, który z nią tańczy teraz, to kto?
-Mój brat.
Kluskin otaksował rozmówcę wzrokiem.
-Trochę mało podobni jesteście- skwitował.
Castor nic na to nie odpowiedział, tylko dalej wpatrywał się w tańczących, bawiących się doskonale.
Nagle mazur zakończył się kolokwialnym ,bum", popularnym w klasycyzmie. Każdy z panów pocałował kulturalnie swoją partnerkę w wierzch dłoni, a niektóre z tych par pozostały na parkiecie.
Castor już, już przymierzał się do wejścia na parkiet, gdy zauważył, że Michael mówi coś do Christine i oboje zostali na swoich miejscach. Zdezorientowany mężczyzna wycofał się i oparł o ścianę. Szybko jednak opanował nerwy i powrócił do wcześniej opuszczonej grupy panów.
Sytuacja powtórzyła się; pierwszy skrzypek wyliczył rytm kadryla i kwintet zaczął grać. Tym razem romantyczny utwór był w tonacji mollowej i bardziej poważny od wcześniej granych utworów.
Castor z zazdrością obserwował jak brat oraz przyjaciółka wykonują różne figury. Oliwy do ognia dolał Sebastian Kluskin, który znów zaczął nastręczać się detektywowi.
-Widzę, że wciąż obserwuje pan brata i tę Jackson...
-Christine- poprawił go Castor; jak o niej można mówić ,,ta Jackson"?
Kluskin uśmiechnął się, po czym wrócił do przerwanego wątku.
-Od jak dawna znają sie panowie z panną Christine?- zapytał.
-Od dzieciństwa.
-Fiu!- gwizdnął mężczyzna- Znaczy się- długoletnia przyjaźń, tak?
-Tak.
Na chwilę zapadła cisza; temat znów rozpoczął Kluskin.
-Ja również obserwuję tych dwoje od dłuższego czasu- zaczął- To tak pięknie wygląda.
-Co?- Castor spojrzał podejrzliwie na Kluskina.
-Gdy tańczą zakochani.
-Zakochani?- odparł detektyw piskliwym głosem, po czym spojrzał na nich.
Castorowi zaczęło być w sali zbyt duszno. Wyszedł do ogrodu, gdzie usiadł na jednej z ławek i gdzie mógł być choć na chwilę sam.


Christine po mazurze była bardzo ożywiona i szczęśliwa; co chwila wybuchała śmiechem, tak chciała okazać swą radość całemu światu. Michael również, jej zdaniem, wydawał się wesoły i podekscytowany; podczas jednego z obrotów zauważyła błysk w oczach partnera, co musiało oznaczać zadowolenie.
Gdy ty jesteś zadowolony, chcesz, by inni również okazywali podobne podekscytowanie, więc gdy tylko zauważasz jakiekolwiek oznaki tegoż zadowolenia i podekscytowania u drugiej osoby, twoje szczęście wzrasta dwukrotnie. Tak samo czuła się Christine, widząc podobne zaangażowanie u Michaela.
Pod koniec mazura dziewczyna zaczęła szukać wzrokiem drugiego z braci. Zauważyła go w obecności Sebastiana Kluskina, co bardzo ją zdziwiło, a dodatkowo niezadowolona mina jej przyjaciela rozśmieszyła ją. Christine wiedziała, iż towarzystwo ludzi nazbyt pewnych i pogodnych działa Castorowi na nerwy- wolał ciszę i spokojnych towarzyszy.
Mimo wszystko po zdecydowanym ,,bum" kwintetu, Christine poczuła lekką żałość, na myśl o przerwaniu tańca z Michaelem, ponieważ był on wymarzonym partnerem do pląsów. Zatem gdy poprosił ją o kadryla, dziewczyna wiedziona bardziej sercem niż instynktem, który mówił, by podeszła do Castora, zgodziła się z niekłamaną radością. Nawet nie zauważyła później wychodzącego przyjaciela.
Taniec rozpoczął się; jak już wcześniej wspomniałam, ten utwór był bardziej poważny od reszty. Christine wnet wyczuła budującą się już atmosferę powagi oraz tajemniczości. Teraz wszyscy chcieli wykazać się jak największym profesjonalizmem, by inni, stojący z boku sali, poczuli zazdrość, widząc ich, poruszających się tak swobodnie i delikatnie, jak gdyby tańczyli na najdroższym chińskim jedwabiu.
Chwilę przed wybiciem rytmu, Christine spojrzała w brązowe oczy Michaela; chciała go o coś zapytać- może o coś istotnego?- jednak głębia jego tęczówek, mimo iż nie patrzył na nią, tak pochłonęła pannę Jackson, że bez zbędnych pytań dała mu się unieść w tańcu.
Taniec rozpoczął się; pomiędzy dwójką starych przyjaciół od razu dało wyczuć się napięcie. W dodatku oboje wyglądali olśniewająco. On- w czarnym fraku, kamizelce oraz muszce dodawał sobie aury tajemniczości, ona- w starej, również czarnej sukience matki (z falbaniastymi rękawkami, asymetrycznie zawiązaną w pasie chustą, dekoltem w karo i prostym dołem), a na głowie z przyczepioną przepaską oraz wielkim, farbowanym ptasim piórem, prezentowała się jak największa europejska elegantka.
Para tańczyła blisko siebie, prawie dotykali się klatkami piersiowymi. Jednak wizualnie trzymali się wyłącznie za ręce i trzymali ramę. Mimo wszystko oddechy obojga przyśpieszyły do tempa kadryla, który nie był wcale wolnym utworem.
Michael i Christine tańczyli po kole, wykonując różne figury, co wymagało od nich pewnego wysiłku, w efekcie czego ona zaczęła się czerwienić, a on blednąć. Ale nie spuszczali z siebie wzroku.
Wykonywali coraz więcej obrotów, coraz bardziej kręciło im się w głowach, coraz bardziej się męczyli. W końcu zaczęło im się wydawać, że zostali na sali absolutnie sami. Stanęli w miejscu, bo przyszła pora na bardziej statyczne figury. W tedy para lekko oddaliła się od siebie, by jak najlepiej je wykonać, ale wciąż pozostawali złączeni rękoma. Muzycy grali teraz pianissimo, więc oboje usłyszeli swoje oddechy, co trochę ich speszyło, na co oderwali od siebie wzrok. Na szczęście teraz nadszedł finał, gdzie kwintet musiał zagrać zdecydowanym forte fortissimo, ponieważ było ich tylko pięciu, jednak dali efekt małej orkiestry symfonicznej.
Pary znów ruszyły po kole; coraz więcej obrotów, coraz więcej podnoszeń, coraz szybciej. Obrót, podskok, obrót, podskok, coraz szybciej, obrót, podskok, obrót, podskok, coraz szybciej, szybciej i szybciej... obrót, obrót, coraz bardziej zmęczeni, coraz bliżej siebie, coraz szybciej, szybciej, szybciej... wszystko wiruje... coraz szybciej...
Nagle wszyscy panowie unieśli swoje partnerki wysoko w górę, co zwiastowało koniec tańca. Michaelowi drżały ręce, ale dzielnie podtrzymywał Christine, która również starała się utrzymać równowagę, opierając równie drżące ręce na jego ramionach.
Podczas gdy ci, nie biorący udziału w zabawie, klaskali tańczącym, Michael powoli pomagał stanąć Christine na posadzce. Nie odrywali od siebie wzroku i wciąż dyszeli ze zmęczenia. Stali teraz twarzą w twarz, jakby badając każdy swój szczegół. Błądzili wzrokiem po swoich twarzach, nie wiedząc, czy sie odezwać. W końcu Christine poczuła, że Michael unosi jej dłoń i całuje jej delikatny wierzch. Przez ten ułamek sekundy patrzył na rękę dziewczyny, po czym znów skupił się na jej oczach, spoglądając w nie głęboko.
Christine uśmiechnęła się do Michaela i chciała przytulić się do niego po przyjacielsku. Przy wykonywaniu tego manewru, nagle z jej przepaski spadło farbowane pióro. Kobieta nie zdążyła się nawet po nie pochylić, ponieważ zrobił to Michael. Gdy wstał, wpiął z powrotem ozdobę.
-Nie powiedziałem ci jeszcze, jak pięknie dziś wyglądasz- odparł tylko, po czym znów pocałował ją w rękę i oddalił się.
Christine zarumieniona i zdyszana, ale mimo wszystko szczęśliwa, poczęła znów szukać wzrokiem drugiego przyjaciela, by zrekompensować mu utracony taniec. Jednak tam, gdzie ostatni raz go widziała, stali tylko ci dwaj Polacy i Amerykanin. Zatem dziewczyna musiała zejść z parkietu, aby po pierwsze ustąpić miejsca innym, a po drugie- by odnaleźć Castora. Pomyślała, iż Michael mógłby jej w tym pomóc, jednak on również się ulotnił.
Christine podeszła do trzech zagranicznych dżentelmenów i zaczęła ich wszystkich wypytywać o Castora; Orix od razu przyznał, że nie zwracał na niego żadnej uwagi. Kowalski jedynie zdziwił się, ponieważ myślał, iż wciąż z nimi przebywa. Jedynie Kluskin był w stanie zeznać relację z wydarzeń. Streścił całą swą rozmowę z nim.
-I po słowie ,,zakochani" Castor się ulotnił?- chciała się upewnić młoda kobieta.
Kluskin skinął tylko głową.
-Być może wyszedł do ogrodu- zasugerował po chwili.
-Dziękuje panu bardzo- odarła machinalnie Christine i podążyła w ślad za przyjacielem.
Faktycznie znalazła go wśród różanych klombów. Siedział na ławce, pogrążony w myślach. Nawet nie zauważył, gdy Christine usiadła przy nim.
Przez chwilę siedzieli tak, pogrążeni w milczeniu. W końcu Christine nie wytrzymała.
-Dlaczego wyszedłeś?- zapytała.
-Aby się przewietrzyć- odparł Castor bezbarwnie.
-Akurat- prychnęła dziewczyna; zrobiła małą pauzę, po czym ciągnęła dalej- Wiem, o czym rozmawiałeś z Sebastianem Kluskinem.
-I co w związku z tym?
Dziewczyna zaczęła bujać się w przód i w tył; to pomagało jej się uspokoić, a bardzo tego spokoju teraz potrzebowała.
-Powiedz mi- zaczęła, z lekkim wahaniem- czy ty... czy jesteś...- pokręciła głową i postawiła wszystko na jedną kartę- Kochasz mnie?
Castor spojrzał zdziwionym wzrokiem na przyjaciółkę, ale nic nie odpowiedział, tylko patrzył w jej zaszklone oczy.
-Nie becz- odparł tylko; to było bardzo w stylu Michaela i jedynie to przyszło mu do głowy; chyba tak chciał zrazić do siebie dziewczynę.
-Ja wcale...- Christine zaczęła się plątać, wycierając oczy- Powiedz, tylko szczerze- zażądała, kładąc nacisk na słowo ,,szczerze".
Detektyw skinął głową.
-Tak- wyszeptał, przełykając ciężko ślinę.
Christine nie zdążyła juz nic więcej dodać, ponieważ nagle jak spod ziemi stanął za nimi Michael; dym papierosowy owiał siedzących na ławce.
-I co, moje gołąbeczki?- zagadnął- Spijacie sobie z dzióbków. Oh, pardon- nie przy ludziach!- mężczyzna zasłonił usta dłonią, niby to z zażenowaniem, ale spomiędzy palców wyłaniał się kpiący uśmiech.
-,,Musiał coś wziąć"- pomyślał Castor.
Michael zgasił papierosa i usiadł po lewej stronie Christine, tak że tamta dwójka nie mogła już swobodnie porozmawiać. Ich skrępowanie zauważył młody pisarz, zawodowo obdarzony spostrzegawczością.
-Ależ nie przeszkadzajcie sobie- odparł- zachowujcie się, jakby mnie tu nie było.
-Nierealne- stwierdził tylko Castor i odszedł zdenerwowany na brata.
Michael podążył za nim zdziwionym wzrokiem.
-Coś się stało?- zapytał Christine, która miała łzy w oczach.
Młoda kobieta była już zmęczona tymi wszystkimi swoimi tajemnicami.
-On mnie kocha- wyszeptała.
-No... to sobie znalazł idealny moment na miłość- Michael miał na myśli morderstwo Beatrice LeFlay, jednak zauważył minę przyjaciółki- Domyśliłem się; ostatnio nie mówi o nikim innym, prócz o tobie.
Christine zaczęła płakać.
-No już, już...- Michael starał się ją pocieszyć, dlatego przytulił przyjaciółkę.
-Nie jestem pewna, czy odwzajemniam jego uczucia- stwierdziła, wtulając się w ramiona przyjaciela; nagle Christine odsunęła się od niego i spojrzała w jego brązowe oczy- Jesteś jeszcze ty.
Michael chwilę później odprowadził Jackie do jej wynajmowanego pokoju w hotelu na obrzeżach Londynu, znajdującego się niedaleko posiadłości baronowej Princefield. Został na noc.


Castor zasnął, będąc całym w nerwach, ponieważ Michaela wciąż nie było, a to bardzo rozbudzało jego wyobraźnię, co nie rzutowało dobrze na jego organizm.
Detektyw postawił przy swoim łóżku cynowe wiaderko, w razie torsji, do których bardzo chciał, by doszło, ponieważ ból brzucha i mdłości stawały sie powoli nie do wytrzymania. W końcu zdecydował się wypić napar z mięty, co natychmiast spowodowało zamierzony efekt i chwilę później cynowe wiadereczko wypełniło się w 1/3. Castor wystawił je na zewnątrz- wiedział, iż pani Nicecat, będąc równocześnie ich gosposią, posprząta to z samego rana.
Ponad linia horyzontu zaczęło majaczyć słońce.
-,,Wschód"- pomyślał wycieńczony Castor, po czym natychmiast zasnął.
Obudził go dopiero ktoś, kto strzelał mu przed twarzą na palcach.
-Uuu- odezwał się budzący.
Dopiero wtedy detektyw rozpoznał głos brata.
-Gdzieś ty do cholery był całą noc?- zapytał półprzytomny Castor.
-Raczej to ja powinienem zadać ci pytanie, dotyczące twoich nocnych ekscesów- odparł trochę niepewnie Michael.
-Źle się poczułem- odrzekł detektyw wymijająco.
Na szczęście Michael nie domyślił się prawdziwego powodu niedobrego stanu zdrowia brata.
-I właśnie dlatego nie powinieneś pić wódki- stwierdził, wstając z krawędzi łóżka.
-Przecież praktyczni wlewałeś mi ją do gardła- oburzył się lekko starszy Tuttiholmes.
-Skądże znowu- Michael odezwał sie głosem niewiniątka i wyszedł z sypialni brata.
Mimo wszystko Castor nie dostał odpowiedzi na swoje pytanie. Ruszył zatem za bratem do salonu, ponieważ paliła go ciekawość, a przy okazji i zgaga.
Mężczyzna usiadł w swoim fotelu; w kominku już palił się ogień, co bardzo umilało ciężki poranek, ze względu na problemy oraz deszczową pogodę.
-Dobrze, iż poszedłeś za mną- stwierdził Michael, wchodząc z dwiema bawarkami w ręku; jedną postawił przed obliczem brata, a drugą uraczył się sam.
-Czemuż tak twierdzisz?- zapytał Castor, robiąc łyk herbaty.
-Ponieważ dziś rano spotkałem twego dobrego znajomego- młodszy przyłączył się do starszego.
-Kogóż to?- detektyw nie ukrywał zdziwienia.
-Ulubionego inspektora Londyńczyków- odparł pisarz z nutą kpiny w głosie.
-Ach!- Castor zrozumiał- I co tam u Javier'a Cullena?


Michael utwierdził sie w przekonaniu, na kim tak naprawdę zależy Christine. Po spędzonej razem nocy, postanowili poświęcić sobie jeszcze poranek. Dziewczyna poczęstowała go specjałami, przywiezionymi z Francji- głównie croissantami oraz kawą- co jeszcze bardziej umilało im wesołą pogawędkę, podczas której Christine wcale nie wydawała się załamana zachowaniem Castora.
Oboje znali się jak łyse konie, więc ten czas spędzony razem był dla nich czystą przyjemnością. W efekcie tego rozstanie było bardzo trudne, nie mogli przestać obdarowywać się pocałunkami, ani wciąż powtarzać słów pożegnania.
Dopiero teraz Michael uświadomił sobie, jak bardzo zależy mu na Christine, a zarazem jaką wyrządza tym krzywdę bratu. Dlatego po wyjściu od dziewczyny, mężczyzna odetchnął głęboko- nie przyszło Castorowi, by zrobić pannie Jackson niezapowiedzianą wizytę, co byłoby tragiczne w skutkach.
Naturalnie tę część poranka Michael pominął, z wiadomych względów. Zatem zaczął od razu od swego spotkania z inspektorem Cullenem.
Młody pisarz szedł raźnym krokiem przez obrzeża Londynu, nie licząc się z czasem powrotu do domu. Nagle zza jego pleców wyjechała dwukółka, a w niej naturalnie inspektor Javier, zapraszający młodszego z braci Tuttiholmes do środka. Ten drugi nie do końca chciał przyjąc zaproszenie, ze względu na streszczenie ostatniej rozmowy brata z policjantem. Jednak kultura oraz dobre wychowanie nie pozwalały mu odmówić.
-Witam, panie Tuttiholmes- inspektor skinął głową, podając rękę gościowi.
-Dzień dobry, inspektorze Cullen- odpowiedział Michael bez entuzjazmu.
-Ciężka noc?- Javier próbował nawiązać sympatyczną rozmowę.
-Coś w ten deseń- pisarz rozsiadł się, po czym odchrząknął- Czemu zawdzięczam to zaproszenie?
Mężczyźni ujechali kilka jardów w ciszy; Michael wpatrywał się z wyczekiwaniem w inspektora, na co ten odwrócił głowę w stronę okna, jak gdyby coś go tam zaciekawiło.
-Pański brat na pewno opowiadał panu o naszym ostatnim spotkaniu- mówił, dalej obserwując angielską przyrodę o poranku- Pewnie był pan wzburzony moim stwierdzeniem, dotyczącym zgonu lady LeFlay?
-Być może- Michael coraz bardziej dystansował się od Cullena.
-Niestety mam najwyższe prawo posądzać pana o tę rzecz- inspektor wciąż nawet nie rzucił okiem na rozmówcę.
-Tę rzecz?- Michael przedrzeźnił Javiera, na co ten w końcu spojrzał na młodego pisarza.
-O narkomanię- odparł policjant poważnie.
Tuttiholmes roześmiał się w charakterystyczny dla siebie, histeryczny sposób.
-Rzadko zażywam tego typu specyfiki- czasem tylko piję laudanum- wytłumaczył się Michael- Pomaga mi to zebrać myśli lub dobrze się bawić. Ale to nie jest zabronione.
-Niby nie, zwłaszcza w waszej bohemie...- zaczął inspektor Cullen- ale może to laudanum zaszkodziło lady LeFlay?
-Nie rozumiem waszego uporu- młodszy miał na myśli Scotland Yard oraz brata- Przecież to jasne- zabił Charles LeFlay.
-Jednak on twierdzi, iż małżonka popełniła samobójstwo, a tę tezę również musimy sprawdzić- odrzekł Cullen.
Michael Tuttiholmes prychnął.
-Zajmujecie się takimi bzdurami, podczas gdy groźni przestępcy dalej biegają swawolnie po ulicach Londynu.
-Ma pan na myśli Kubę Rozpruwacza, prawda?- Javier przejrzał go na wylot.
Młody mężczyzna otworzył lekko usta ze zdziwienia, wyginając je w bladym uśmiechu oraz przekręcając głowę w bok o kilka stopni, a w jego oczach odmalowało się niedowierzanie i zachwyt.
-Być może- odparł wymijająco.
Javier Cullen również się uśmiechnął, ale triumfalnie.
-Jedno nazwisko- Mary Kelly, tak?- pytanie inspektora było raczej retoryczne.
Tym razem zachwyt zniknął i Michael zaczął podejrzewać policjanta o szpiegostwo.
-Skąd pan o tym wie?- zapytał z rezerwą.
-Jest od pewnego czasu obserwowana przez naszych śledczych- wytłumaczył mu Cullen- Dlatego wiemy, co robi o każdej porze.
Michael wystraszył się; Javier miał go w garści. Młody mężczyzna chciał wyskoczyć z powozu, ale policjant chwycił go za kołnierz i przygwoździł do ozdobniej obitego siedzenia.
-Posłuchaj, wariacie- inspektor mówił ostrym, groźnym tonem, który potęgował wyciągnięty w stronę bezbronnego scyzoryk- Nie mam na to dowodów, ale znajdę je; będę cię śledził, aż do upadłego, lecz dowody znajdę i to na tyle wystarczające, że zawiśniesz.
Na początku Michael chciał mu się wyrwać, ale gdy Javier zaczął mówić, słuchał go z uśmiechem pełnym zadowolenia.
-Ale na razie nic na mnie nie masz- skomentował pisarz- Tak więc proszę mnie łaskawie wypuścić.
Dobitny ton młodego człowieka oraz wyraz jego twarzy, pełen satysfakcji, sprawił, że inspektor musiał spełnić jego prośbę, dla bezpieczeństwa.


Naturalnie Michael zakończył swoją opowieść w inny sposób; nałgał, że gdy przyznał się do znajomości z Mary Kelly, policjant dal mu spokój.
-Szkoda tylko, iż skłamałeś- stwierdził nieoczekiwanie Castor.
Młodszy zbladł. Skąd on może wiedzieć? Mężczyzna pochylił się do przodu, ponieważ zaczęło mu się kręcić w głowie.
-W jakiej kwestii?- zapytał lekko ochrypłym głosem.
-Powiedziałeś, że tylko czasem palisz laudum, a to nie jest zgodne z prawdą- Castor pokręcił głową.
Młodemu człowiekowi natychmiast ulżyło; jednak nie wiedział. Jednak zaraz potem spojrzał ze zdziwieniem na brata.
-Jak to- nie jest?- zapytał ostro.
-Przecież wiem- starszy uśmiechnął się lekko- że w twojej sypialni stoi bateria butelek po morfinie.
-To tylko lekarstwo na nerwy i sen- bronił się Michael zaciekle.
-Tak jak amfetamina?- Castor wciąż zachowywał pogodny ton, co wyprowadziło młodszego z równowagi.
-Nie masz prawa osądzać ani mnie, ani mojego stylu życia- mężczyzna podniósł głos, wstając z łóżka- Pilnuj własnego nosa, bo kiedyś może stać ci się coś gorszego niż mnie.
-Co masz na myśli?- starszy nie tracił humoru.
-Kto, ja?- Michael przybrał niewinny, a zarazem sarkastyczny ton- Nic, jak zwykle.
Młody mężczyzna wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.
Michael oparł się o ścianę i zaczął masować skronie dla rozluźnienia.
-,,Jeszcze tylko kilka dni, bo dłużej już nie wytrzymam"- myślał, zamykając oczy.
Nagle otworzył je, ponieważ podjął decyzję; Michael poszedł do swojej sypialni, gdzie spod łóżka wyciągnął nieotworzoną butelkę z morfiną. Wziął kieliszek z nocnego stolika, nalał napoju do połowy i wypił duszkiem.


Od tych wydarzeń minął miesiąc; w sprawie śledztwa niewiele się działo, jedynie wypuszczono Charles'a LeFlay, z powodu braku dowodów jego winy. W tym samym czasie trójka przyjaciół spotykała się regularnie, a Christine i Michael nawet częściej.
Castor dostawał nowe zlecenia, jednak jego myśli codziennie krążyły wokół morderstwa lady LeFlay. Przez to żadne zadanie nie wydawało się tak interesujące jak wcześniej. Mimo wszystko przyjmował zamówienia, by nie stracić swych dochodów.
Michaelowi lepiej się wiodło; jego nowa powieść przygodowa schodziła jak świeże bułeczki, co dostarczyło mu w końcu odpowiednio wysoką sumę pieniędzy. Niestety wraz z sukcesem przyszła pora na kryzys twórczy.
-Nie mam absolutnie żadnego pomysłu na książkę- narzekał Michael, odpoczywając w swoim fotelu- Może powinienem sięgnąć do kryminału? Jak myślisz?- zwrócił się do brata, zajętego notatkami trwającej sprawy.
-To dobry pomysł- Castor nawet nie zastanawiał się nad słowami młodszego.
-A może ty byś mi opowiedział historię jednego ze swych śledztw, hę?- zapytał z nadzieją w głosie.
Dopiero teraz starszy zdał sobie sprawę, o czym mówi jego brat.
-Moje śledztwa są nudne- odparł prosto, podnosząc głowę.
-Praca detektyw nie może być nudna- Michael coraz bardziej zapalał się do swojego pomysłu- A ludzie chcą znać kulisy zawodu detektywa.
-To jest absolutnie wykluczone- Castor wrócił do swego zajęcia.
Michael oparł się ciężko o oparcie fotela i westchnął.
-W taki sposób natchnienie nigdy do mnie nie powróci- narzekał.
-Pograj sobie na pianinie lub wiolonczeli- to ci pomoże- doradził mu starszy, przyglądając w międzyczasie swoje notatki.
-I może jeszcze Chopina albo Beethovena?- zapytał Michael sarkastycznie, wstając z fotela- Grać te same koncerty i etiudy po tysiąc razy?- mimo wszystko mężczyzna poszedł do swojego pokoju, gdzie zaczął grać Boccheriniego.
-Chwila spokoju- westchnął Castor Tuttiholmes, po czym skupił się na nowym zleceniu.


Christine siedziała przy toaletce w swojej sypialni, w hotelu ,,Binkley" na obrzeżach Londynu. Właśnie przed chwilą boy hotelowy przyniósł jej liścik oraz paczkę od księżnej , dobrej przyjaciółki jej ciotki. Dziewczyna wpierw zajęła się odczytywaniem wiadomości.
-,,Moja najdroższa, ukochana Christine Emmo Jackson. Gdy miesiąc temu dowiedziałam sie o Twym przyjeździe, natychmiast poczęłam przygotowywać przyjęcie, specjalnie na pani cześć. Nie jest to zatem zaproszenie, a informacja o dzisiejszym balu, na którym nie może Cię zabraknąć, naturalnie. Bal jest organizowany w stylu rosyjskim- wiele przepychu i suknie na stelażach- mam nadzieję, iż znajdziesz jeden w hotelowej szafie. Musisz uczynić mi ten zaszczyt, nie ze względu na charakter przyjęcia, ani na odmowę Twej ciotki Nathairy, lecz ze względu na naszą wieloletnią przyjaźń. Liczę na pani obecność, która uszlachetni nasz bal.
P.S. W dołączonym do wiadomości pudełku znajduje się specjalna sukienka- jako jedyna sprowadzana z Petersburga, wyjątkowo dla Ciebie. Twoja oddana przyjaciółka- księżna Theresa Cecilia Dariowna."
Panna Jackson odłożyła list i miast napisać od razu odpowiedź, zaspokoiła swą ciekawość, otwierając pudełko. W środku znajdowała się cudowna, biała sukienka balowa, iście z czytanych przez nią zagranicznych książek.
Miała ażurkowy dekolt, falbaniaste, krótkie ramiączka, koronkową spódnicę, warstwowo podbijaną muślinem oraz mnóstwo tiulu w pierwszej warstwie. Do tego dołączony był petersburski gorset, prosto z manufaktury oraz halka i bluzka, bez żadnych wzorów, również muślinowa. Christine była nią zachwycona- nigdy nie miała w rękach nic równie pięknego.
Po wyjęciu stroju, dziewczyna zauważyła na dnie równie śliczne, zdobione butki oraz mniejsze pudełko, zawierające najprawdziwsze białe perły. Christine wzięła je do ręki i nie mogła przestać się im przyglądać- były tak piękne! Jednak nagle panna Jackson uświadomiła sobie, o nie napisaniu odpowiedzi do księżnej Dariowny.
-,,Na wstępie chciałam Pani bardzo podziękować za pamięć o mnie. Idea zorganizowania przyjęcia na moją cześć wielce przypadła mi do gustu, ponieważ nikt jeszcze nie uczynił czegoś podobnego dla mej osoby. Pojawię się u Pani z największą przyjemnością. Mam tylko jedno pytanie- czy mogłabym zaprosić swoich przyjaciół, panów Tuttiholmes?
W tym momencie Christine przerwała pisanie; to było niestosowne, aby zapraszać ich obu. Jednak pojawienie się wyłącznie z jednym groziło podejrzeniami oraz utratą poważania ze strony drugiego, a młoda kobieta nie chciała robić któremukolwiek z nich przykrości. Mało powiedziane- wywołanie żalu lub smutku u jednego z tak drogich jej mężczyzn sprawiłoby jej wielką udrękę. Tak więc wykreśliła ostatni zdanie i zamiast tego napisała:
-Na koniec chciałam przeprosić ciotkę za okropne zachowanie oraz podziękować za najpiękniejszą suknię, jaką kiedykolwiek widziałam. Pani najdroższe przyjaciółka

Christine znów poczuła mdłości- miewała je od paru tygodni. Ponadto dokuczały jej ciągłe zawroty głowy. Jednak nie to martwiło ją najbardziej- największym zmartwieniem dla dziewczyny był brak menstruacji, a powinna się pojawić już 9 dni temu. Jednak młoda kobieta machnęła na to ręką i wróciła do listu.
Panna Jackson otworzyła szufladę, w której trzymała koperty, włożyła wiadomość do jednej z nich. Chciała odpisać adres księżnej z bileciku, jednak na odwrocie natknęła się na nowe informacje:
-,,Godzina 21.00, Klubnika Hall"
Christine uśmiechnęła się do siebie- uwielbiała humor księżnej Dariowny, a zwłaszcza przywiązanie w nim do swych rosyjskich korzeni, n.p.: Theresa Cecilia kosztowała w truskawkach, dlatego nazwała tak swą posiadłość. By jednak zaznaczyć swoje pochodzenie, nadała jej nazwę w języku rosyjskim.
Dziewczyna przyzwała do siebie boya hotelowego i nakazała mu dostarczenie listu, w jakikolwiek sposób- wiedziała, że to nie należy do jego obowiązków.


List Charles'a LeFlay'a do Michaela Tuttiholmes'a:
-,,Szanowny Panie. Dopiero niedawno sąd powziął słuszną decyzję o wypuszczeniu mej osoby na wolność. Wiem, iż może to zachwiać Pańskim bezpieczeństwem. Rozumiem, jeśli w kolejnych dniach będzie Pan sobie życzył spotkania ze mną, dlatego powziąłem decyzję o uprzednim napisaniu do Pana.
Jak powszechnie wiadomo, jestem wyrozumiałym, spokojnym i prostym człowiekiem, więc powiem krótko- nie mam do Pana żalu, za utrzymywanie nieetycznych stosunków z moją współmałżonką, jednak sprowadzanie jej na drogę fałszu i obłudy jest wysoce niestosowne. Niestety musi Pan spojrzeć prawdzie prosto w oczy- to Pan doprowadził stan psychiczny lady Beatrice do zszargania, przez co byłem świadkiem jej niespodziewanego aktu desperacji, znajdującego skutek w śmierci.
Powszechnie znane są Pańskie problemy- nie ukrywajmy- lekomania- jednak to nie może oddziałowywać na osoby pośrednie, takie jak moja zmarła małżonka. Mam nadzieję, iż ten incydent zmusi Pana do podjęcia stosownych kroków, zmieniających swe postępowanie. Pewnie uważa Pan, że śmierć Pani Beatrice jest dla mnie czymś obojętnym, jednak to wydarzenie odcisnęło głębokie piętno na mej psychice, głównie dlatego pisze ten list.
Mimo wszystko to przedsięwzięcie ma również swój drugi powód- ostrzeżenie; wiem o Pańskim Tajemniczym Zleceniodawcy oraz o wysokiej kwocie nagrody. Przestrzegam Pana, z dobroci serca- proszę nie wikłać się w tą jakże podejrzaną sprawę. Niech Pan nie pyta, skąd mam te informacje proszę po prostu mnie posłuchać.
Nie obarczam Pana całkowitą winą za śmierć mej współmałżonki- to była samodzielna decyzja lady Beatrice, by stoczyć się do tego poziomu, na jakim jest Pan. Ponadto proszę, by panna Christine Jackson oraz pan Castor Tuttiholmes zostali oszczędzeni przez pana egoizm i narzucanie swych dziwactw.
Proszę przystosunkować się do mej prośby oraz przemyśleć wszystkie za i przeciw prowadzeniu takiego trybu życia, jakie obecnie pan stosuje. Z najwyższym poważaniem

Michael zgniótł list i wrzucił go do ognia, palącego się w kominku. Był bardzo wytrącony z równowagi.
-Skąd ten LeFlay wie o Zleceniodawcy?- mówił do siebie- Przecież wiem o nim tylko ja i Christine, skąd mógł wiedzieć?
Nagle ktoś zastukał do drzwi sypialni pisarza.
-Proszę- odparł mężczyzna, na co do pokoju wszedł starszy.
-Przyszedł do ciebie Tony Cuddy, z wydawnictwa ,,Tony'n'Sally"- powiedział Castor; nagle jego uwagę zwrócił palący sie list- Co to?- zapytał.
Michael spojrzał w tamtą stronę, po czym szybko wrócił oczami do brata.
-Nic- wzruszył ramionami.

                                                                           IV
Wieczorem Christine kazała się wieźć stangretowi do Klubnika Hall, na przyjęcie. W czasie podróży rozmyślała nad stanem swego zdrowia, jednak ewentualną myśl o ciąży zbagatelizowała. Nie dlatego, iż była pewna o zastosowaniu wszelkich środków ostrożności, lecz dlatego, że to bardzo skomplikowałoby jej obecne życie; nie była osobą mile widzianą w Londynie, ze wzlędu na swą ucieczkę przed laty oraz ze względu na uczucia ciotki Nathairy, żywione do niej. Ponadto Michael nie cieszył się wcale dobrą opinią o sobie, tak więc dziecko już od dnia narodzin zyskałoby piętno ojca. Była jeszcze jedna przeszkoda- status panny z dzieckiem, co było hańbiące dla jakiejkolwiek kobiety, a zwłaszcza tak młodej. Więc Christine wyparła myśl o ciąży. Wolała uważać to za zwykłe zmęczenie.
Jeśli jednak była w stanie błogosławionym, jak to zwykło się rzecz? Ta hipoteza nieustannie wracała do Christine, zaraz po jej wyparciu. Czy powiedziałaby o wszystkim Michaelowi? A może zachowałaby tę jakże istotną informację dla siebie? Jednak w tedy można by ją uważać za kobietę rozwiązłą, co zmusiłoby młodą dziewczynę do wyjazdu. Ale nie mogła opuścić Londynu, do póki nie zakończy wszystkich niezbędnych spraw. Decyzja była bardzo trudna.
-,,Nie, nie jestem w ciąży- myślała- Dziecko pojawi się dopiero, gdy będę na to gotowa, a ten czas nie jest odpowiedni. Nie, ze względu na okoliczności, nie jestem w ciąży."
Nagle dorożka przystanęła, a woźnica oświadczył, że są już na miejscu. Na to Christine wzięła głęboki wdech i z promiennym uśmiechem wysiadła z powozu.
W drzwiach powitał ją lokaj, prosząc o płaszcz. Christine specjalnie pożyczyła to nakrycie od swej kuzynki Rozalii, która niedawno wróciła z Moskwy. Panna Jackson z dumą oddała płaszcz, oglądając się na inne przybyłe damy, czy ich futra dorównuję jej; nie- żadne nie prezentowało się równie wytwornie jak to moskiewskie.
Christine w pełnej glorii wkroczyła do salonu. Wraz z jej wejściem, wszystkie tańczące pary zatrzymały się, nawet muzyka przestała grać. W oczach zebranych panna Jackson widziała podziw i zazdrość. Kobieta wygładziła muślinową spódnicę, podciągnęła lekko do łokci swoje francuskie rękawiczki- swojej własne- i zeszła po stopniach na parter. Zrazu przystąpiła do niej gromada dżentelmenów, aby prosić ją do tańca. Christine z udawaną skromnością kazała się każdemu po kolei wpisać na bilecik i czekać na swoją kolej.
Kwartet smyczkowy wrócił do walca, którego Christine nie tańczyła, ponieważ najpierw chciała zobaczyć się z księżną Theresą i podziękować jej.
-Moja najdroższa Christine Emma Jackson!- wykrzyknął ktoś za plecami dziewczyny.
Młoda kobieta odwróciła się i ujrzała kroczącą w jej stronę księżnę Theresę Cecilię Dariownę, przyodzianą w piękną, warstwową, szafirową sukienkę. Biżuteria księżnej składała się z kamieni onyksu, a dodatkowo jej ręce zdobiły rękawiczki, o odcieniu sukni, długie- do połowy ramion. Fryzurę księżnej przyozdabiał diadem z szafirami, zbierający kasztanowe fale kobiety w niesfornego, a jakże gustownego koka.
Szła jak zwykle bardzo szybko i raźnie, emanując energią, której zawsze miała pod dostatkiem.
-Moja najdroższa!- powtórzyła, całując Christine w oba policzki- Uwielbiam, gdy podpisujesz się w listach jedynie swym nazwiskiem, to takie zabawne!- roześmiała się.
-Ja natomiast podziwiam pani humor- nazwać willę ,,Truskawką"- nigdzie indziej nie napotkałam na równie oryginalną nazwę.
-Ach, dziękuję- księżna machnęła ręką- Podoba ci się- wskazała ręką dokoła.
-Ogromnie- Christine przycisnęła dłonie do piersi- Chciałam pani wielce podziękować za to przyjęcie na mą cześć- jak pisałam, nikt jeszcze tego dla mnie nie zrobił.
-Tak właśnie chciałam wyrazić mój szacunek, w stosunku do twej osoby- starsza kobieta wsunęła rękę pod ramię młodszej i obie zaczęły iść po obrzeżach sali- Wiem, iż wielu z londyńczyków uważa cię za osobę uwłaczającą ich towarzystwu, jednak ja żyję w przekonaniu, że ktoś tak uroczy jak ty, nie może być nikim złym.
-Och- dla Christine te słowa były zbyt dosadne, jednakże bardzo pocieszające- Dziękuję za pani przyjaźń, tak szczodrze okazywaną.
-To dla mnie zaszczyt- roześmiała się Theresa Cecilia.
Nagle konwersację pań przerwał młody oficer Nathaniel Walken, przypominający młodej pannie o zamówionym tańcu. Zatem Christine musiała przeprosić księżną Dariownę i uczynić zaszczyt oficerowi.
Podczas tańca panna Jackson świetnie się bawiła, zamieniła parę słów z Nathanielem, jednak brakowało jej jakiegoś impulsu, wyróżniającego ten taniec od innych, a było ich tyle, że dopiero po szóstej kolejce, Christine mogła zrobić sobie na tyle długą przerwę, by porozmawiać jeszcze z Theresą Dariowną.
Po wypiciu kieliszka ponczu, młoda kobieta rozpoczęła poszukiwania; znalazła gospodynię, wśród innych kobiet w jej wieku podobnych- Jessica Beer, pani Nicecat, Linda Hustle, Alexandra Cage oraz, niestety, Emma Kimberly.
-Uważam, że takie zawody jak guwernantka lub pielęgniarka to dla kobiet za małe możliwości- mówiła właśnie Linda Hustle, która nigdy w życiu nie pracowała.
-Naturalnie można rozwinąć skrzydła na polu artystycznym- odparła jak zwykle beznamiętnie Jessica Beer- Wziąć przykład ze mnie i malować.
-Albo pisać jak panny Bronte, Louisa May Alccot i wiele innych- dodała pani Nicecat- Osobiście uwielbiam ich twórczość.
-Mimo wszystko to mężczyźni zrewolucjonizowali każdą sferę życia, np.: pisarstwo- Tołstoj, Dickens, Balzac, Dumas, Hugo, Carroll, Verne, Twain, Czechow- mogłabym wymieniać bez końca, a to tylko artyści naszego wieku- dołączyła się Alexandra Cage.
-Do tego grona naturalnie można dołączyć naszego drogiego pana Tuttiholmes'a- odparła zaczepnie Emma Kimberly, pod wpływem już kilku kieliszków szampana- Ma on niewątpliwy talent, co wróży mu pewną karierę. Ale coś więcej na ten temat może nam powiedzieć panna Christine Jackson, która od dłuższego czasu skrada się do nas.
Wszystkie zebrane panie odwróciły się, by ujrzeć młodą kobietę. Christine dopiero teraz zorientowała się, iż Emma Kimberly stała na przeciw lustra.
-Jak miło znów panią widzieć- Alexandra Cage pocałowała dziewczynę w oba policzki.
-Z wzajemnością- odwdzięczyła się młoda kobieta, po czym zwróciła się do reszty zgromadzonych- Panie również bardzo przyjemnie widzieć.
Każda odpowiedziała na swój sposób, co wywiązało niezrozumiały szum. Christine roześmiała się.
-Dawno nie spędzałam czasu w tak miłym towarzystwie- stwierdziła- Ponadto zdążyłam zatańczyć już z całą męską śmietanką towarzyską.
Starsze panie roześmiały się chórem.
-Ach, jaką ma pani piękną suknię- zaczęła nowy temat Linda Hustle.
Konwersacja potoczyła się w duchu nowinek toaletowych, uwielbianym przez to grono. Rozmowa toczyła sie dopóty, dopóki wszystkie panie, prócz Christine i Theresy Cecilii, zostały poproszone do tańca. To był odpowiedni moment dla panny Jackson, by porozmawiać tete a tete z księżną o swych podejrzeniach (urodziwszy siódemkę dzieci, Theresa Dariowna była najlepszym doradcą).
Christine opowiedziała księżnej o swych niedawnych dolegliwościach zdrowotnych, nie wspominając jednak o obawach, które ją nękały, mając nadzieję, iż doświadczona kobieta nawet  nie poruszy tego tematu. Dziewczyna myliła się.
-Mam dla ciebie, mpja droga, bardzo dobrą nowinę- odparła, uśmiechając się; kobieta nachyliła się do Christine i szepnęła jej do ucha- Jesteś brzemienna.
Panna Jackson spojrzała na księżną Dariownę oczami pełnymi łez. Starsza kobieta to spostrzegła.
-Ale dlaczego płaczesz, moya dorogaya?- zapytała, używając rodowego języka.
-To nie jest dobry moment na dziecko- mówiła, ocierając łzy- Poza tym w Londynie jestem niemile widzianą osobą, a jeśli do tego zostanę panną z dzieckiem, będę musiała wrócić do Bordaux.
-Rozumiem- skinęła głową księżna- Powinnaś porozmawiać z ojcem; może to wpłynie na niego i poprosi cię o rękę- kobieta przewidywała najbardziej optymistyczny przebieg wydarzeń.
Christine pokręciła głową, nie mogąc już powstrzymać łez. Theresa Dariowna wyprowadziła młodą dziewczynę na zewnątrz, by ta nie czuła się tak skrępowana, i aby trochę ochłonęła.
Gdy kobiety znalazły się w końcu w ogrodzie i zaczęły się po nim przechadzać, Cecilia Dariowna objęła Christine za ramię, dodając jej otuchy.
-Tu nie chodzi o samą ideę panny z dzieckiem, prawda?- zapytała cicho, jak gdyby świerszcze cykające w trawie miały je podsłuchać.
-Niestety- potwierdziła Jackie, pomiędzy kolejnymi łkaniami.
-Jest tylko dwóch mężczyzn w Londynie, kórzy mogliby być potencjalnymi ojcami- stwierdziła naukowym tonem księżna Theresa- Pan Castor wpierw poprosiłby cię o rękę, nie odważyłby się nadszarpnąć swej reputacji, i to w taki sposób. A zatem... pan Michael.
-Tak...- łkała Christine.
-To nie jest dobra partia- mimo swych sukcesów, ma bardzo poważne problemy z sobą samym, nie będzie w stanie udźwignąć rodziny.
Panna Jackson już nic nie odpowiedziała, tylko przytuliła się do księżnej Dariowny, która odwzajemniła uścisk, domyślając się, jak ciężkie chwile teraz przeżywa Christine.
-Wszystko będzie dobrze- szepnęła we włosy dziewczyny- Lecz musisz mu powiedzieć.
-Wiem- Chsristine zaczęła powoli sie uspokajać; jednak teraz, po upewnieniu się, brzemię niechcianego dziecka ciążyło na niej jeszcze bardziej.


Michael, nieświadomy swego przyszłego problemu, zmierzał właśnie na komisariat Scotland Yard'u, gdzie wezwał go inspektor Cullen. Jeszcze tego samego dnia Castor dostarczył Javierowi szukany od dawna list od lady Beatrice, więc nareszcie policjanci mieli powód, by wezwać młodszego Tuttiholmes'a.
Więc Michael siedział teraz na przeciwko Javiera Cullena i wpatrywał się w niego wzrokiem pełnym uporu i zawziętości. Inspektor odwdzięczał mu się tym samym.
-Wezwałem pana z powodu tego dokumentu- podał pisarzowi list- Jest to namacalny dowód na pański związek ze świętej pamięci lady LeFlay. Zmusiło mnie to do przesłuchania pańskiej osoby, która aktualnie stała się podejrzana.
-Myślałem, iż moje powiązania z lady są powszechnie wiadome- odparł beznamiętnie Michael.
-Gdybyśmy mieli kierować się miejskimi plotkami, Tower byłoby przepełnione- wyjaśnił Javier, jak gdyby mówił do dziecka.
-Racja- mężczyzna uśmiechnął się sztucznie do policjanta- Co w takim razie chce pan wiedzieć?
Cullen odchylił się w fotelu, dla zwiększenia swej wygody.
-Podobno dnia siódmego października, na przyjęciu państwa LeFlay, w trakcie tak zwanych ,,tańców" wyszedł pan wraz z lady Beatrice z salonu. Proszę to wytłumaczyć.
-Wytłumaczyć, hmm...- Michael udawał, że się zastanawia- Jeśli wychodzi się z kimś, z kim ma się romans, wiadome jest, co się robi.
-Nie miałem romansu, więc nie wiem- wybrnął inspektor.
Młody pisarz roześmiał się, na swój histeryczny sposób.
-Obsypywałem ją namiętnymi pocałunkami, pasuje panu?- odparł drwiąco.
-To nie w pana stylu- zaoponował Cullen.
Michael nachylił się w jego stronę.
-W ogóle mnie nie znasz, Cullen- wyszeptał, po czym wrócił do poprzedniej pozycji.
Inspektor spoglądał czujnie na młodego mężczyznę, próbując odgadnąć jego myśli. Wiedział, iż miał wiele wspólnego z ofiarą i na jakim prawdopodobnie stopniu panowały ich stosunki, jednak za tym musiało się kryć o wiele więcej i właśnie tego inspektor Javier Cullen nie był w stanie odgadnąć.
-Wie pan o testamencie lady LeFlay?- zapytał po chwili przerwy.
-O tym zaginionym? Coś słyszałem- machnął ręką Tuttiholmes.
-Właśnie- Cullen splótł ręce na piersi- Krótko przed śmiercią Beatrice LeFlay spisała testament, najprawdopodobniej impulsem przewodnim był stan jej zdrowia. Charles LeFlay zeznał, iż choroba objawiała się stanami lękowymi, bezsennością, zaburzeniem żywienia, depresją oraz omamami. Wiedział pan o tym?
-Czasem wydawała się... poddenerwowana- odparł Michael wymijająco.
-Poddenerwowana?- oburzył się policjant- Jej nerwy były na skraju wytrzymania, a pan używa takiego przymiotnika do określenia jej stanu?
Mężczyzna zrobił niewinną winę.
-,,On coś wie. Bardzo dużo wie."- pomyślał inspektor; postanowił wrócić do poprzedniego tematu.
-Testament podpisało dwóch świadków- pan Philip Orix, od którego otrzymaliśmy te informacje, oraz panna... Christine Jackson- Javier Cullen zrobił pauzę- Naturalnie również notariusz, o nazwisku...- sprawdził w notatkach- Paul Lewis. Krótko po tym akt zaginął- kolejna pauza- To zastanawiające, że jednym ze świadków była panna Jackson, prawda?
-Przecież obie panie się przyjaźniły- odparł Michael- Dla mnie nie ma w tym nic dziwnego.
-No tak, tak- pokiwał głową Cullen- Jednak nie wydaje się panu, iż mogłaby ona mieć coś wspólnego ze zniknięciem dokumentu?
-Nie, wcale- odparł zadziwiająco spokojnie Michael- Wydaje mi się wręcz, że z powodu swego ciężkiego stanu zdrowia, lady Beatrice mogła nieumyślnie zapodziać gdzieś akt.
-Sugeruje pan zażycie czegoś przez damę, co spowodowało u niej być może chwilowy zanik racjonalnego myślenia?- zapytał podchwytliwie inspektor.
-Nigdy nie użyłem takich słów- mówił wciąż spokojnie Tuttiholmes- Jednak taka sytuacja mogła zaistnieć, aczkolwiek moim zdaniem spowodowała to jej choroba.
-Ale mogła zażywać jakieś leki? Powinien pan o tym wiedzieć, prawda? Może chciała rzucić nałóg? A może to właśnie pan wplątał ją w uzależnienie?
-Znów mi coś pan sugeruje bez dowodów?- Michaela zaczęło to śmieszyć.
-Ależ skąd- Javier sięgnął pod biurko, skąd wyciągnął woreczek pełen białego proszku- Zna to pan?- położył dowód przed podejrzanym.
-Nie- mężczyzna zachowywał kamienną twarz.
-Szkoda, ponieważ pan Castor znalazł to w pańskiej sypialni- Cullen czuł się ,,wyższy" nad młodym Tuttiholmesem- A jest to kokaina.
-Doprawdy?- Michael nie zmieniał tonu głosu, choć miał ochotę dopaść Castora i udusić go, za naruszanie jego prywatności.
-Nigdy pan nawet nie zażywał tego specyfiku?- inspektor wciąż zadawał te swoje cholerne, w mniemaniu pisarza, pytania.
-Lekarz przepisał- Michael w końcu lekko się załamał.
-A... medyk- westchnął Cullen- Problemy ze snem?
-Z nerwami- wyjaśnił mężczyzna ze sztucznym uśmiechem- Ale nikomu innemu ich nie udostępniałem.
Javier Cullen spisał zeznania.
-Coś jeszcze?- Michael zaczął się niecierpliwić.
-Tak...- inspektor sprawdził notatki- Znał pan Mary Jane Kelly?
-Wie pan dobrze, że tak- pisarz stracił cierpliwość; chciał wyjść.
-Mam dla pana informacje.


Kilka godzin po powyższym wydarzeniu, Christine zajechała dorożką przed hotel ,,Binkley". Pożegnała się oschle ze stangretem, choć wcale nie miała tego w pamięci, i weszła zawiedziona do hallu. Minęła służbę, ignorując ją, po czym weszła na drugie piętro do swego apartamentu. Zamknęła z trzaskiem drzwi i nawet nie zapaliła światła.
Futro, które dotychczas kobieta trzymała pod ręką, spadło na ziemię. Christine Jackson położyła się na ziemi, podpierając liczko na skrzyżowanych rękach. Nie łkała, jedynie samotna łza spłynęła po jej policzku.
Gdyby ktoś teraz wszedł do pokoju, ujrzałaby wyciągniętą na podłodze postać w białej sukience. Równie dobrze mógł uznać ją za ducha.
Christine nie wiedziała, jak długo leżała na zimnej ziemi- godzinę, może dwie? Nagle wstała gwałtownie. Musiała jednak chwilę odczekać, by jej odrętwiałe ciało wróciło do swojej jędrności. Skoro tylko była w stanie, zadzwoniła na boya; przed jego przybyciem nakreśliła krótki liścik.
-,,Przybądź jak najszybciej do mnie. To sprawa życia i śmierci. Jeśli mnie zignorujesz, postaram się, byś nie dożył poranka.

Zaadresowała wiadomość do Michaela. W tym samym momencie wszedł boy hotelowy.
-Zanieść to pod podany adres- zażądała, co nie było w jej zwyczaju.
-Dobrze, panno Jackson- młody chłopak był zdezorientowany nagłą odmiennością kobiety.
Po wyjściu boya, Christine usiadła przy oknie i cały czas wpatrywała się w widok odległego centrum Londynu. Zachowywała wciąż minę zdecydowanej kobiety.


Gdy Castor wrócił do domu po obiedzie z klientem, zastał otępiałego Michaela, siedzącego w swoim fotelu. Brat nie odpowiedział na jego powitanie. Starszy stanął przed młodszym, by dopiero wtedy ten zauważył jego obecność.
-Co się stało?- zapytał troskliwie, siadając w swoim fotelu.
Nim Michael się odezwał, musiał najpierw wszystko przemyśleć, co trwało około dwie minuty. W końcu jednak odpowiedział:
-Mary nie żyje.
Castor nie zrozumiał na początku.
-Jaka Mary?- zapytał, jednak w tej samej chwili, jak to zwykle bywa, przypomniał sobie- Ta prostytutka?
Młodszy skinął głową.
-Czemuż się tak przejmujesz?- Castor nie rozumiał brata.
Młody pisarz otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, jednak zrezygnował. Starszy nie naciskał; była to okazja do rozmowy.
-Jak mniemam- robota Kuby Rozpruwacza?
-To musiało sie stać wczoraj wieczorem lub w nocy- zaczął Michael- Dziś rano znalazł ją pomocnik Johna McCarthy'ego, by pobrał czynsz. Nie otwierała, więc spojrzał przez okno- wtedy zobaczył ją, a raczej to, co z niej zostało.
-Co jej zrobił?- wtrącił Castor.
-Coś przerażającego to zbyt delikatne słowo- młody mężczyzna pokręcił głową- Twarz Mary zwrócona była w stronę w kierunku tych, którzy weszli; morderca poderżnął jej gardło, obciął piersi, usunął skórę i mięśnie z powierzchni brzucha oraz ud. Ułożył wycięte płaty na stole, obok łóżka, a wokół zwłok rozmieścił jej wnętrzności. Na koniec zmasakrował twarz- została z niej jedynie trudna do rozpoznania masa krwawej tkanki. Nie znaleźli serca; albo zabrał je sobie na pamiątkę, albo spalił na kominku, gdzie znaleziono ślady dużego ognia.
Po zakończeniu opisu przez brata, Castor wybiegł z salonu do łazienki, by zwymiotować do wiaderka, stojącego tam. Michael słyszał odgłosy, wydawane przez starszego; przez cały ten czas miał zamknięte oczy i przypominał sobie Javiera Cullena, gdy mu to opowiadał ze stoickim spokojem.
Castor wrócił do salonu cały blady, jednak usiadł z powrotem na fotelu, by wysłuchać opowieści brata do końca.
-Ten sukinsyn Cullen pokazał mi zdjęcie z miejsca zbrodni i próbował wyciągnąć ode mnie, co łączyło mnie z Mary- kontynuował Michael, słabym głosem.
-Była twoją dziwką- stwierdził detektyw- To chyba jasne.
-Jasne, jasne, oczywiście- młodszy znów zamknął oczy- Jednak ona mieszkała z jakimś gachem, chyba miał na imię Joe Flemming. Utrzymywali się z jej prostytucji. Podobno Mary mówiła temu całemu Joe'mu, że kończy z tym, ponieważ znalazła inny dochód. Pewien mężczyzna miał jej płacić za załatwianie swych interesów. Javier twierdzi, iż ja jestem tym, nazwijmy go, dżentelmenem.
-Jakiego rodzaju sprawy miałyby to być?- Castor wrócił trochę do życia.
-Nie wiedzą- Michael wzruszył ramionami- Podejrzewają, że po części nielegalne. Idiota Cullen łączy słowo ,,nielegalne" z narkotykami, a co za tym idzie...
-... z tobą- dokończył za niego starszy.
-Dokładnie tak.
Przez chwilę bracia siedzieli w zupełnej ciszy i skupieniu, jak gdyby analizując sytuację, z którą przed chwilą się zmierzyli. Wydawali się opanowani, poważni, pełni spokoju oraz racjonalnych zamierzeń. Jednak w tym momencie Michael nie wytrzymał; pochylił się do przodu, chowając głowę w kolanach i zaczął histerycznie płakać. Castorowi zrobiło się żal brata. Podszedł do niego, by go przytulić.
-Nie martw się- szepnął mu do ucha, jednak Michaela to nie uspokoiło.
-Przecież ją znałem- łkał- Znałem ją dobrze.
-Nie cofniesz czasu- Castor dalej zachowywał spokój- Jej już nie ma, a życie płynie dalej. Rozumiem, że coś do niej czułeś...
-Nie, nieprawda- pokręcił głową młodszy- Sam fakt, iż zmarł ktoś, z kim miałem wiele wspólnego doprowadza mnie do płaczu.
-Nie tylko to- mruknął starszy.
-Co mówiłeś?- Michael wysunął głowę z pomiędzy kolan.
-Nic, nic, Mick- Castor objął głowę brata- Tak tylko sobie mamrotałem. Uspokój się.
-Dobrze- Michael otarł oczy i wstał- Postaram się.
-Ale Mick...- detektyw pogroził palcem- Najlepiej połóż się spać. TO pozwoli ci zachować racjonalne myślenie.
-Nic innego nie miałem na myśli, drogi bracie- młodszy uśmiechnął się smutno, po czym odszedł do swej sypialni.
Michael zaryglował drzwi. Surowość jego pokoju pozwoliła mu odzyskać panowanie nad sobą. Jak najprędzej sięgnął do szafy po butelkę morfiny. Wypił dwa kieliszki, co nareszcie dało mu upragniony spokój. Odurzony narkotykiem opadł na łóżko i z zadowoloną miną zasnął.


Michael został obudzony przez Castora. Brat szarpał go za ramiona z całej siły, ponieważ pod wpływem morfiny młodszy zasnął kamiennym, aczkolwiek niespokojnym snem.
-Co ty wyprawiasz?- zdenerwował się budzony.
-Przyszedł boy z hotelu ,,Binkley", w którym zatrzymała się Christine- mówił Castor szeptem.
-Która godzina?- wymamrotał Michael, przecierając oczy.
-Prawie 02.30- starszy wciąż zachowywał spokój; może dlatego, iż nie zauważył butelki po morfinie, stojącej na ziemi.
-Co jej strzeliło do głowy?- młodszy wygramolił się z łóżka, założył marynarkę, buty i udał się do salonu, w którym posłusznie czekał boy.
-Wiadomość dla pana od panny Jackson- powiedział nieskładnie młody chłopak, o południowej urodzie.
Michael rzucił okiem na krótką informację, po czym kazał się wieść do hotelu.
-Si, sir- skinął głową boy, używając partykuły w swoim ojczystym języku.


Christine wciąż siedziała przy oknie, gdy wezwany wszedł do pokoju.
-Chciałaś mnie widzieć- odparł.
-Istotnie- skinęła głową bardzo powoli- Mam dla ciebie niezmiernie ważny komunikat.
-Ja dla ciebie również- Michael mówił już swobodniej; usiadł na jednej z poduszek, leżącej na ziemi obok Christine.
-W takim razie- mów- zdecydowała dziewczyna, wciąż wpatrując się w okno.
-Mary nie żyje- mężczyzna starał się to wymówić bez żalu w głosie.
-Jaka Mary?
-Kelly, ta prostytutka.
-Ach!- Christine uniosła nieznacznie rękę- Słyszałam, będąc w mieście. Faktycznie, bardzo smutne. Jednak co w związku z tym?
Michael zdziwił się- przecież jego przyjaciółka dobrze wiedziała, jakie nastąpią teraz konsekwencje śmierci Mary Kelly.
-Jakim sposobem mamy teraz sprowadzać meskalinę? Nie znam osoby, która dostarczała ją Mary- mówił Tuttiholmes, wciąż niedowierzając złej pamięci przyjaciółki.
Christine nareszcie zrozumiała. Cały ich plan mogą diabli wziąć- czy to odpowiedni moment na szczerość?
-Co z twoją nowiną?- zapytał Michael po chwili ciszy.
-To nic takiego...- machnęła ręką kobieta.
-Mów- naciskał Tuttiholmes, patrząc jej w oczy.
Christine przełknęła ślinę, zamknęła oczy, wzięła głęboki wdech.
-Jestem w ciąży- wyrzuciła z siebie.
Michael na początku nie zrozumiał. Gdy jednak przeanalizował w swojej głowie słowa ukochanej, uśmiechnął się najszerzej w swoim życiu.
-To cudownie- wyszeptał.
Christine po raz pierwszy podczas całego tego spotkania spojrzała na przyjaciela. Ujrzała na jego twarzy powyższy uśmiech, a w oczach blask entuzjazmu oraz najprawdziwszego szczęścia.
-Słucham?- zapytała; nie mogła uwierzyć w jego reakcję- spodziewała się czegoś zgoła odmiennego.
-Nawet nie wiesz, jak się cieszę- mężczyzna wstał i pocałował ukochaną.
-Ale to wszytko skomplikuje.
-Nie- Tuttiholmes pokręcił głową- To wszystko ułatwia.
-W jaki sposób?- w oczach kobiety zaczęły wzbierać łzy- łzy szczęścia.
Michael przedstawił jej swój plan. Ta słuchała przyjaciela i zaczęła nabierać entuzjazmu, równe jego entuzjazmowi.
-Zgadzasz się?- zapytał na koniec.
-Oczywiście- Christine przytuliła ukochanego z całych sił- Będziemy rodziną- wyszeptała.
Rodzina- przez chwilę dla Michaela to słowo sprawiało wrażenie przerażającego, jednak w dwie sekundy później było ono dla niego podstawowym wyrazem w prywatnym słowniku.
-Wyjdziesz za mnie?- zapytał z największą nadzieją w swym głosie, jaką kiedykolwiek posiadał.
-Tak, tak- łzy Christine zaczęły spływać po karku ukochanego.


Takie patetyczne i beznadziejnie romantyczne sceny nie leżały w naturze Castora, który od czasu pamiętnego przyjęcia u baronowej Princefield porzucił jakąkolwiek nadzieję na miłość Christine. Wiedział, gdzie Michael znika w nocy oraz wiedział- a przynajmniej tak mu się wydawało- w jakim celu pojechał teraz do Christine.
Mężczyzna postanowił zatem, skoro już został obudzony przez niespodziewanego gościa, trochę popracować nad stojącą w miejscu sprawą lady LeFlay.
-,,Charles LeFlay jest wolny, co oznacza brak dowodów jego winy- myślał- Być może Scotland Yard się myli, jeśli jednak nie, potrzebny jest inny podejrzany. Kto?- mężczyzna zmarszczył brwi w zamyśleniu- Przed morderstwem lady wyszła z Michaelem. Mimo wszystko to nie miało ze sobą związku. Potem źle się poczuła i udała się wraz z mężem do sypialni. Chwilę później Jenevieve Clochard usłyszała jej krzyk. LeFlay twierdzi, iż tego nie zrobił. Rathbone wysuwa teorię o samobójstwie. Może to prawda?- Castor starał się przypomnieć sobie wygląd domu i kondygnacji państwa LeFlay- Do okna ich sypialni pamiętam sięga dzika róża oraz drabinka podtrzymująca roślinę. Ktoś mógł po niej wejść. Mimo wszystko to wciąż nie ma związku. Nikt nie zniknął z salonu w trakcie zbrodni. Może osoba z poza towarzystwa? Ktoś, o kim ani Charles, ani ja, ani policja nie wie- detektyw przez chwilę siedział w zupełnej ciszy; w końcu postanowił pomyśleć to, co od dawna kołatało mu się w podświadomości- Może... Michael ma z tym coś wspólnego?- jednak prawie natychmiast Castor pokręcił głową, próbując wyrzucić tak irracjonalną myśl z umysłu- Nie, na pewno nie on. Pamiętam jego reakcje- przestraszony niedowiarek, jak reszta, a przecie oni są niewinni. Być może ktoś popełnił morderstwo, wchodząc po drabince, by później jak nigdy nic pojawić się na przyjęciu ,,przypadkiem"- Castor zamarł- Przecież właśnie tak zachowała się Christine. Do tego wykazywała przesadne zainteresowanie całym zajściem- mężczyzna uśmiechnął się do siebie; taka sytuacja bardzo mu odpowiadała- Gdybym wysunął Cullenowi taką hipotezę, mógłbym skutecznie zemścić się na Jackie. Naturalnie podtrzymywałbym moje oskarżenia przez krótki czas, by następnie je wycofać. Może łątka kryminalistki odstraszyłaby Michaela od mojej- nałożył nacisk na zaimek dzierżawczy- Christine."
Castor zabrał się do spisywania odpowiednich argumentów, gdy usłyszał ciche zamykanie drzwi. Po chwili do salonu na palcach wszedł Michael. Zobaczywszy brata, zaprzestał podchodów.
-Oj- zdziwił się- Byłem przekonany, iż będziesz spał.
-Postanowiłem popracować- odparł starszy, z lekką satysfakcją, którą wychwycił młodszy.
-Wciąż lady LeFlay?- zapytał ostrożnie.
Detektyw skinął głową.
-Zgadzam sie z tezą Rathbone'a- Michael zaczął strzelać palcami, jednocześnie siadając na przeciw brata- Beatrice musiała popełnić samobójstwo, skoro mister Charles został wypuszczony przez naszą najlepszą policję.
-Jest w tym źdźbło prawdy- Castor podszedł do zagadnienia spokojnie; zdążył przewidzieć wściekłość brata- Jednak właśnie wysunąłem pewną teorię.
-Słucham- jestem nad wyraz jej ciekaw- Michael usiadł wygodniej.
-Mym skromnym zdaniem- w tym zdaniu nie było żadnej skromności; detektyw poruszył karkiem dla rozluźnienia- Christine mogła mieć z tym wiele wspólnego- mężczyzna jak gdyby wypluł ostatnie zdanie.
Michael Tuttiholmes patrzył na brata z niedowierzaniem w oczach. Nie mógł uwierzyć w przed chwilą wypowiedziane- bądź wyplute- zdanie.
-Ocipiałeś?- nie mógł powstrzymać języka.
-Mick, na Boga!- Castor wstał oburzony- Jak widać moje metody wychowawcze nie wpłynęły na ciebie w żaden sposób. W dodatku pomyśl, jak zareagowaliby nasi znajomi, słysząc...
-Nie pierdol- Michael wstał- o etyce moralnej. Myślałeś o tym, co przed chwilą wypowiedziałeś? Jak niedorzeczną teorię wysunąłeś, byleby jedynie zemścić się na Christine za odrzucenie twoich śmiesznych zalotów!
-Jak śmiesz!- starszy przystąpił do brata, gotów się bronić w razie ewentualnego ataku- Należy mi się wymagany szacunek, a jeśli nie jesteś w stanie się do tego dostosować, natychmiast opuść mój dom!- mężczyzna wskazał drzwi.
Michael roześmiał się nisko.
-Twój dom?- zapytał z niedowierzaniem- Twój?- powtórzył i pytanie, i śmiech- Ojciec zapisał w testamencie dom dla mnie, a wszelkie inne dobra materialne dla ciebie. Tak więc- tym razem to młodszy wskazał drzwi- To ty możesz opuścić MÓJ dom.
-Jednak do twego ożenku, mam prawo tu mieszkać- detektyw wysunął kontrargument.
-W takim razie już niedługo- Michael wypowiedział to zdanie bezmyślnie, ponieważ natychmiast zapragnął je cofnąć.
Castor nic na to nie odpowiedział, jedynie patrzył szerokimi oczyma na młodszego brata. Nie zapytał, kim jest ta wybranka- wiedział. Nie zapytał, czy to nie przypadkiem korzyści materialne skłoniły go do propozycji materialnej- wiedział. Nie zapytał, co wywołało u niego spontaniczną decyzję oświadczyn- wiedział.
-Jest w ciąży?- to było pytanie retoryczne.
Michael skinął wystraszony głową.
-Tydzień przed zaślubinami poinformuję cię o nich oraz o twej wyprowadzce- oświadczył i wyszedł na papierosa.
Stojąc na dworze , Michael podjął drugą najważniejszą decyzję w swym życiu- przestaje palić papierosy.

                                                                 V
Następnego dnia Londyn ogarnęło kolejne morderstwo- śmierć Nathairy Lloyd, siostry świętej pamięci Melody Lloyd, żony Edgara Jacksona.
Theodor przebywał cały kolejny dzień u siostry. Po południu Christine zobowiązała się odwieść brata dwukułką do domu. Tam w salonie natknęli się na ciotkę, siedzącą przy stole. Gdy ta nie chciała odpowiedzieć na powitanie, Jackie dotknęła ramienia krewnej, by zwrócić na siebie uwagę. Właśnie wtedy postać odwróciła się, ukazując przecięty brzuch wzdłuż oraz zakrwawione oczy. Na ten widok Christine krzyknęła, powstrzymując konwulsje. Wyprowadziła Theodora, błagającego o dopuszczenie go do ciotki, po czym kazała się wieść na scotlandyardzki posterunek. Chłopiec został u sąsiadki, zajadając się tam ciasteczkami oraz popijając je kompotem.
Sprawę skierowano do Javiera Cullena. Przesłuchał on szczegółową młodą kobietę, nie zwracając uwagi na jej stan psychiczny.
-Nie wiem- odpowiadała raz za razem- Nie wiem...
-Czy ciotka zostawiła testament?- zapytał niespodziewanie policjant.
-Pewnie tak- łkała dziewczyna; to nie było na jej nerwy.
-Postara sie pani go znaleźć i dostarczyć tu?- mężczyzna pytał spokojnie.
Mimo wszystko Christine starała się myśleć racjonalnie.
-W jakim celu?- zapytała podejrzliwie, ocierając oczy.
-Mam pewne przypuszczenia, co do powiązania tego morderstwa ze sprawą Beatrice LeFlay- wytłumaczył- Testamentu lady wciąż nie odnaleziono.
-Mam panu dostarczyć testament?- zapytała, starając się zachować powagę.
-Bardzo bym prosił- Javier okazał przesadny entuzjazm- To znaczy... nawet jeżeli dokument będzie jedynie kopią, to w zupełności wystarczy.
-Dobrze- szepnęła Christine, wstając- Zrobię, co w mej mocy, by spełnić pana wolę.
-Mam jeszcze jedną prośbę- Cullen odchylił się na krześle- Mogłaby pani skontaktować się z panem Michaelem Tuttiholmesem? Proszę przekazać mu, iż z chęcią spotkałbym się z nim jeszcze dziś. Muzeum Madame Tussod, szesnasta. Postara się pani?
-Naturalnie- kobieta wyszła, ocierając krokodyle łzy.


Półtora miesiąca wcześniej; Beatrice kończyła pisać list do Jenevieve Clocharde, siedząc przy toaletce w pokoju opery. Właśnie zakończył sie spektakl- dzieło Griega- i kobieta oczekiwała kochanka. Nagle rozległo się pukanie do drzwi.
-S'il vous plait- odparła od niechcenia, kryjąc iskry podekscytowania.
Do pokoju wszedł Michael Tuttiholmes, cały przybrany w czerń, z grzywką opadającą na oczy- darował sobie eleganckie loczki- i z nonszalanckim uśmiechem.
-Bonjoure- odpowiedział jej mężczyzna również po francusku.
Kobieta przygładziła włosy, co miała w zwyczaju, po czym podeszła do ukochanego, by ten mógł ją w końcu pocałować. Podczas trwania spektaklu, jak i antraktów, żadne z nich nie wykazywało wobec drugiego jakiegokolwiek zainteresowania. Jedynie w trakcie aktów, Beatrice śledziła ruchy Michaela przy użyciu lornetki, a ten odpłacał jej się tym samym.
-Wyglądasz dziś zjawiskowo- odparł Michael, po oderwaniu sie od ust kochanki.
-To miłe- kobieta znów usiadła przy toaletce, aby zająć się swą urodą- Przyniosłeś to, o co cię prosiłam?
Michael podszedł do kobiety, pochylił się nad nią, wpatrując się równocześnie w ich odbicie oraz postawił przed obliczem ukochanej puderniczkę.
Beatrice wciąż pudrując liczka, otworzyła naczynko; z zadowoleniem spojrzała na
znajdujący się wewnątrz proszek.
-Hmm...- rozmarzyła się- Moja moskalina.
-Nie teraz- mężczyzna zamknął wieczko- Teraz czas na notariusza. Za parę minut powinien się tutaj pojawić.
-Och, to dobrze- Beatrice ścisnęła rękę kochanka- Nie poradziłabym sobie bez ciebie; Charles mnie nie wspiera w taki sposób, jak ty to czynisz. Identyfikuje mą chorobę na równi z przeziębieniem- jest niesprawiedliwy; mam prawdziwe problemy. Nie jem, nie śpię, nie myślę racjonalnie... Umarłabym, gdyby myśl o tobie nie była mym ostatnim promykiem nadziei.
Michael uśmiechnął się. W myślach chwali się za swą przebiegłość.
-Zobaczysz- gdy tylko Charlie da ci rozwód, uciekniemy stąd i weźmiemy ślub- obiecał; było to jednak z jego strony czcze gadanie.
-Tak myślę- tak bym chciała myśleć- poprawiła się.
Mężczyzna nic na to nie odpowiedział, jedynie raz jeszcze pocałował czule kochankę. W tem czas rozległo się ponowne pukanie do drzwi.
-Proszę wejść- Beatrice darowała sobie francuski.
Do pokoju wszedł notariusz Paul Lewis- mały, zgarbiony człowieczek, z łysina na czubku głowy oraz siwizną po bokach, zaczerwienionej twarzy i błękitnych oczach.
-Witam, Paul Lewis- mężczyzna wytarł spoconą rękę o spodnie, po czym podał ją lady LeFlay; ta niechętnie ją uścisnęła.
Notariusz wyciągnął papier, pióro, kałamarz i postawił wszystkie te elementy na toaletce, odsuwając kosmetyki klientki.
-Proszę zastosować się do wszystkich moich wskazówek- zaczął energicznie; rozejrzał się szybko po pokoju- A gdzież drugi świadek? Trzeba dwóch, by akt był ważny.
Beatrice spojrzała na Michaela, szukając pomocy; nie chciała go na świadka.
-Podczas drugiego aktu zauważyłem Philipa Orixa- zaimprowizował Michael- Poszukam go- i wyszedł.
-W takim razie- odparła lady LeFlay- Udam się teraz do pokoju mojej przyjaciółki- będzie drugim świadkiem.
-A pan Tuttiholmes?- notariusz wskazał drzwi, przez które niedawno wyszedł mężczyzna.
-Wolałaby, aby nie widniał na tak ważnym dokumencie- Beatrice mrugnęła porozumiewawczo.
Paul Lewis nie zrozumiał, jednakże wzruszył tylko ramionami i usiał na pięknie zdobionym krzesełku, w stylu rokoko. Po chwili do pokoju wszedł pan Orix rześkim krokiem. Przeczesał złocistą czuprynę oraz obrzucił wszystkich śnieżnobiałym uśmiechem- wszystkich, czyli Paula Lewisa.
-A gdzież pan Tuttiholmes?- notariusz dalej był zdezorientowany.
-Zniknął- wzruszył ramionami Amerykanin, którego nic to nie interesowało.
Wtem do pokoju weszła Beatrice LeFlay, ciągnąc za sobą Christine Jackson, która w tym czasie powinna przebywać w Bordaux, jednak to nie rzutowało na jej humor; po wejściu do pokoju powachlowała się przez dwie sekundy ozdobnym wachlarzem koloru burzowego nieba, odpowiadającego jej sukience. Widząc notariusza, kobieta dygnęła, a gdy mężczyzna sięgnął po jej rękę do ucałowania, zgodziła się bez wahania.
-Oto mój drugi świadek- panna Christine Jackson- przedstawiła nieznajomą notariuszowi.
-Paul Lewis- skinął głową mężczyzna.
-Tak więc czym prędzej zabierajmy się do pracy- zadecydowała Beatrice, siadając przy toaletce- Chciałabym mieć tę sprawę już za sobą.
Notariusz postawił przed petentką papier oraz kałamarz z piórem i zaczął dyktować formułę testamentu. Standardowo kobieta wpisała datę, dane osobowe- takie jak Beatrice Lucy Geraldine z domu Eastside, urodzona 18 lipca 1856 roku w Glasgow. Następnie zainteresowani przeszli do formuł ostatniej woli.
-,,-Roczne dochody w niewielkiej kwocie tysiąca funtów przekazuje memu małżonkowi Charles'owi Benedictowi LeFlay'owi.
-3/4 spadku po Lucy oraz Geraldzie Eastside'ów powierzam mojemu najbliższemu przyjacielowi Michaelowi Frederickowi Johnowi Tuttiholmesowi.
-Pozostałą część spadku ofiaruję Dianie Justine Nathalie Eastside- mojej bratanicy, jako jej matka chrzestna.
-Swą bogatą toaletkę, włącznie z wstążeczkami do kapeluszy oddaję w ręce Jenevieve Edith Clocharde.
-Moje pamiętniki w liczbie trzydziestu sześciu powierzam Emanuell de la Negrojos, córce ciotecznej siostry najlepszego przyjaciela mego ojca.
-Na koniec w ręce Christine Emmy Jackson oddaję me zdobione puderniczki, flakoniki po perfumach oraz ręcznie haftowane przez mą babkę poduszki w liczbie siedmiu."
Prawnik, po przemyśleniu decyzji przez kobietę o właściwości woli, podyktował końcowe formuły, po czym złożono podpisy:


-I po sprawie- notariusz uśmiechnął się pocieszająco do petentki, przybił pieczątkę i wyszedł, pozostawiając Beatrice LeFlay wraz z jej zmartwieniami oraz przyjaciółmi; ci opuścili ją na równi w czasie z urzędnikiem.
Po chwili do pokoiku wszedł po cichu Michael.
-I jak?- zapytał równie cicho, jak wszedł.
Beatrice wzdrygnęła się z obrzydzeniem, odsuwając od siebie dokument, jak gdyby był biletem do śmierci i wiecznego w jej mniemaniu niebytu.
-Nie chciałabym przechodzić przez to raz jeszcze- mimo wszystko wzięła akt do ręki, by pokazać go kochankowi- Spójrz- zgodnie z twą wolą, Mick, mój drogi.
-Nie musiałaś, aczkolwiek jestem ci wielce wdzięczny- mężczyzna przejął dokument i przyjrzał mu się- 3/4 to niezbyt wiele?
-Dla ciebie wszystko- kobieta pocałowała Michaela.
Beatrice wpatrywała się w Tuttiholmes'a zachęcająco, zbliżając się znacząco do posłania, jednak ten tylko spojrzał na nią przepraszająco, zostawił testament i wyszedł, bez zbędnego pożegnania.
Kobieta nie mogła w to uwierzyć; pierwszy raz Michael zachował sie w ten sposób- w ten karygodny sposób. Beatrice stała obok swego łoża, nie poddając nawet twarzy żadnej mimice. W końcu z furią podeszła do okna, przewracając po drodze rokokowe krzesło oraz depcząc spód sukienki. Spojrzała w dół- ujrzała i jego, i ją.
-Nie!- zdołała wykrzyczeć; usiadła przy toaletce i chowając głowę w ramiona, zalała się łzami; nagle spostrzegła puderniczkę.
-Tylko ty mi pozostałaś- powiedziała, personifikując moskalinę.
Dawka nie była duża, jednak wystarczyła, by lady LeFlay opadła bezwładnie na łóżko oraz obudziła się rano, nie pamiętając, co tak właściwie doprowadziło ją do takiego stanu bytu.


Powrót do listopada; Castor wracał właśnie od klienta, mieszkającego niedaleko Whitechapel. Detektyw wybrał spacer, by dotlenić umysł przed pracą umysłową. Niestety droga główna została zablokowana z powodu wypadku dwóch dorożek. Mężczyzna musiał wybrać boczne uliczki, aby ominąć kolizję.
Castor starał się przejść niezauważalnie, czyli tak, by swego rodzaju ,,damy" nie wzięły go za jednego ze spragnionych klientów, a pora była późna, więc w Whitechapel kręciło się wielu takich.
Niestety plan detektywa nie powiódł się; co chwilę zaczepiały go wulgarne kobiety, proponując wiele niestosownych ofert. W dodatku jedna z nich rozpoznała mężczyznę.
-Castor Tuttiholmes!- zawołała kobieta, stojąca na rogu; miała rude loki, spięte nieskładnie, pobrudzoną i poszarpaną spódnicę w żółtym kolorze oraz brązowy gorset.
Umalowana była wielce niestarannie, brudna na twarzy, śmierdząca i wyraźnie pod dużym wpływem alkoholu. Lewą dłoń miała obwiązaną starą szmatą, wyraźnie zakrwawioną.
Detektyw udał, iż nie słyszał kobiety, ta jednak wystąpiła przed niego i szła tyłem, aż mężczyzna się nie zatrzymał.
-Nie jestem zainteresowany- odparł szybko Castor, gdy ,,dama" otworzyła usta, by coś powiedzieć.
-Wiem- odparła zbyt ujmująco, jak na swój zawód- Ale ja jestem.
-Nie rozumiem- mężczyzna próbował wyminąć natręta.
-Znam kogoś, kto jest bardzo zainteresowany pańską osobą, detektywie- kobieta patrzyła bystro na Tuttiholmes'a dopóty, dopóki ten się nie poddał- Proszę za mną- wskazała drzwi do jednej z kamienic.
Nim detektyw zdecydował się pójść za nią, rozejrzał się, czy równie przypadkiem nie wszedł tu któryś z jego znajomych. Nie- po drugiej stronie ulicy stał jedynie pijany mężczyzna, całujący po szyi jedną z prostytutek.
Weszli do mieszkania numer 13; było w tragicznym stanie- sterta brudnych, nieraz zakrwawionych szmat leżała na podłodze, smród zgnilizny unosił się w całym pomieszczeniu. Mieszkanie składało się z jednego pokoju kuchenno- bawialnego, małej sypialni i jeszcze mniejszej łazienki. Para weszła do sypialni- rozbite okno, stół, przełamany na pół oraz rozpadający się materac, na którym leżała postać, opatulona jedynie w czarny, stary- najprawdopodobniej kradziony- płaszcz.
-Cole- ,,dama" potrząsnęła ramieniem młodej osoby, która najwyraźniej spała- Cole...
Dziewczyna nazwana ,,Cole" przebudziła się. Zaczęła rozglądać się po pokoju, a gdy zauważyła eleganckiego mężczyznę, nie pasującego do opisu znanych jej dotąd mężczyzn, zlękła się i wycofała do kąta.
-Nie bój się- kobieta zbliżyła się do dziewczyny- Jak się dzisiaj czujesz?
-Do... dobrze- pokiwała głową.
-Panience musi być niewiarygodnie zimno- odparł troskliwie Castor, choć brzydził się młodą kobietą; mimo wszystko zdjął swój płaszcz i nakrył nim nieznajomą- Jak masz na imię?
-To jest Collete- wyjaśniła starsza prostytutka- A ja jestem Zelda.
-Moja matka uwielbiała Victora Hugo- dodała Collete, uśmiechając się blado.
Zapadła cisza; Castor przyglądał się pomieszczeniu oraz kobietą. W końcu gdy Zelda nie miała zamiaru nic tłumaczył, sam postanowił dowiedzieć się wszystkiego.
-Po co mnie tu przyprowadziłaś?- zapytał starszej- Abym wam pomógł?
-Oczywiście, że nie; nie potrzeba nam niczyjej pomocy- odparła sucho Zelda- Aczkolwiek Cole ma coś dla pana; to niewiarygodne szczęście, iż dziś pana spotkałam.
-Skąd mnie znasz?- zwrócił się do Collete.
-Wszyscy pana znają- odparła młoda kobieta wymijająco.
-Proszę nie kłamać- mężczyzna zaczynał tracić cierpliwość.
Przez chwilę dziewczyna wpatrywała się w detektywa.
-Znam Michaela- wyjaśniła w końcu, poruszając się, co było błędem; Castor zauważył plamy krwi na spódnicy Colellet oraz pociążowy brzuszek.
-Masz z nim dziecko?- zapytał wprost.
-Nie, nie!- Collete natychmiast zaprzeczyła- Dziecko było pewnego kupca, z któym przez pewien czas się spotykałam. Wyjechał do Szwajcarii, zostawił mnie.
-Dziecko było?- Castor wychwycił najbardziej te słowa.
-Zamarzło- wyjaśniła dziewczyna bez cienia żalu- Wyrzuciłyśmy je do Tamizy.
-Co w takim razie Michael ma z tobą wspólnego?- detektywowi coraz mniej się to podobało.
-Nie prostytuuję się- zaczęła Collete- Michaela poznałam przypadkiem, za sprawą Jackie. Poznałyśmy się we Francji, gdy byłyśmy jeszcze dziećmi i spędzałyśmy tam wakacje.
-Znałaś Camii?- wymsknęło się mężczyźnie; Camii Jackson zmarła młodo na gruźlicę.
Collete skinęła głową i wróciła do tematu.
-Miesiąc temu Michael powierzył mi pewien dokument. Po śmierci Beatrice LeFlay zaczęłyśmy pana szukać, jednak przerwałyśmy nasze działania, ponieważ urodziłam. Przypadkiem dowiedziałyśmy się o zaginionym testamencie- młoda kobieta sięgnęła pod materac, skąd wyjęła skrawek papieru; podała go detektywowi- Oto on.
Castor otworzył usta ze zdziwienia. Nie przypuszczał, że to Michael mógł być w posiadaniu aktu. Odebrał go z sinych, posiniaczonych rąk dziewczyny.
-Dlaczego mi to dajesz?- zapytał, wciąż w wielkim zdziwieniu.
-Zapłacisz mi za niego- odparła Collete, zaczynając ciężko dyszeć- Potrzebuję lekarza, a Michael nic by mi za to nie dał. Jest pan moją ostatnią nadzieją.
Castor wpatrywał się w chorą; zaczęła mu kogoś przypominać. Mężczyzna pokręcił głową, by pozbyć się kolejnych podejrzeń. Bez słowa dał Collete pięćdziesiąt funtów. Dziewczyna chwyciła je łapczywie.
-Dziękuję ci- rzuciła się do nóg detektywa- Uratowałeś mnie.
-To nic takiego- mężczyzna wstał, czując coraz większy wstręt do obu kobiet i wyszedł.
-Zelda, spójrz- Collete pokazała przyjaciółce pieniądze, rozdzielając je na pół- Twoja dola- podała kwotę kobiecie- A teraz zawołaj lekarza.


Kilka godzin wcześniej; Michael dostał zawiadomienie od Christnie o spotkaniu z Javierem Cullenem. Tak więc juz o szesnastej młody pisarz spacerował po muzeum, podzwiając woskowe figury. Przy podobiźnie królowej zauważył znajomą postać.
-Chciał się ze mną pan widzieć- odparł bez przywitania- A zatem jestem.
-Zapewne panna Jackson zdążyła pana powiadomić o jakże niespodziewanej śmierci swej uroczej ciotki Nathairy Lloyd?- zapytał policjant, nie odrywając wzroku od figury królowej.
-Istotnie- Michael również nie patrzył na rozmówcę- Jakże wielką stratą jest to dla rodziny Jacksonów; mały Theodor był głównie pod jej opieką.
-Właśnie; dobrze, iż zwrócił pan uwag na ten element- skinął niezauważalnie głową Cullen- Mam pewne podejrzenia, co do wielkiej wagi testamentu lady Nathairy. Jak mniemam, a za nie długo osobiście się o tym przekonam, że większość spadku urocza staruszka przepisała właśnie siostrzeńcowi. Naturalnie do osiągnięcia przez Theodora Jacksona pełnoletności, cały spadek najprawdopodobniej przechodzi na pannę Christine. Chyba że pozostałe rodzeństwo panny osiągnęło już pełnoletność.
Michael przekalkulował wszystko w głowie; Jane został rok do pełnoletności, Jeremy był dwa lata starszy od Theodora, a najmłodszy Jack skończył niedawno dopiero piąty rok.
-Jedynie Jackie- odrzekł w końcu mężczyzna, po dłuższej ciszy.
-Dobrze...- inspektor przeszedł do innej sali; Michael podążył za nim- Nie zna pan wysokości dochodów lady Jackson?
-Najprawdopodobniej 2,5 tysiąca rocznie- odparł młody pisarz bez wahania; nie dodał, iż stara sknera trzymała swój cały dobytek po mężu, rodzicach oraz rodzeństwie głównie w dzierganych skarpetkach, schowanych po wszystkich kątach domu- Nic wielkiego, czyli Christine nie miałaby z tego zysku.
-Skąd pan wie, iż miałem coś takiego na myśli?- Javier zaczął udawać osobę niewinną.
-Znam pana już dość dobrze- wzruszył ramionami Michael- Poza tym jestem pisarzem- idealnym obserwatorem.
-Niech pan nie będzie taki skromny- policjant zakpił z ego pisarza, po czym zmienił zgrabmie temat- Wie pan coś więcej na temat testamentu lady LeFlay?
-Nic mi na ten temat nie wiadomo- Tuttiholmes zobojętniał- Szczerze nawet mnie nie interesują akta notarialne lady Beatrice.
-Doprawdy?- Cullen przeszedł do kolejnego pomieszczenia; znajdowały się w niej figury złoczyńców z całego świata.
-Żeby pan wiedział- Michael dalej drążył nieskończoną dyskusję- Moje dochody w przeciągu ostatniego miesiąca wyraźnie wzrosły; prócz testamentu braciszka, żadne inne dokumenty mnie nie interesują.
-Pańskiego brata, tak?
-Właśnie; on również ma wysokie dochody, którymi szczerze nie pogardzę.
-Dobrze wiedzieć- na chwilę zapadła cisza; obaj mężczyźni wpatrywali się zaciekle w sobowtóry światowych zbrodniarzy; pierwszy odezwał się policjant Scotland Yard'u- Każdy z tych mężczyzn musiał nosić maskę, by ukryć swoją prawdziwą naturę; nawet teraz wiele ludzi tak czyni- spojrzał na Tuttiholmesa.
-Zaiste- Michael nie dał się zbić z tropu.
-Muszę się już z panem pożegnać- stwierdził Javier Cullen, wiedząc, iż niczego więcej się od tego mężczyzny nie dowie.
-Jaka szkoda- skwitował bezczelnie młody Tuttiholmes.
Inspektor Cullen bez komentarza oddalił sie w stronę wyjścia. Michael patrzył za nim, aż mężczyzna nie zniknął z pola widzenia. Dopiero wtedy pisarz wrócił do poprzedniego zajęcia.
-,,Być może kiedyś ja stanę w tym szeregu"- pomyślał, wpatrując się w figury woskowe.
Michael wracał do domu bardzo okrężną drogą, ponieważ wstąpił do swego dawno nie widzianego przyjaciela na ,,jednego". Z jednego zrobiły się dwa, potem trzy, aż w końcu żona znajomego musiała wypraszać mężczyznę z domu. Z powodu wypitej dużej ilości alkoholu, Michael stracił całkowicie zdolność orientacji w terenie, w efekcie czego dostał się na Whitechapel.
Alkohol wzmógł jego już i tak wybujałe ego, więc Michael zaczepiał każdą napotkaną kobietę. Gdy rozmawiał z pewną bardzo atrakcyjną, jak na tamte kobiety, ,,damą" zauważył sytuację wykraczającą poza jego wyobraźnię, nabrzmiałą od pewności siebie i zdecydowania; po drugiej stronie ulicy stał Castor i rozmawiał z Zeldą. Nagle starszy spojrzał w stronę, gdzie stał Michael. Ten nie wiele myśląc pochylił się nad prostytutką i zaczął ją całować po szyi.
-To jaka stawka?- zapytała kobieta, licząc na zysk.
Młodszy Tuttiholmes odepchnął kobietę.
-Spierdalaj- odparł wysoce niestosownie i niekulturalnie.
Obrażona prostytutka odeszła, zostawiając pisarza na rogu ulicy, gdzie ten nie zważając na brud, usiadł i zapalił papierosa.
Michael czekał... czekał... czekał... . Choć całe wydarzenie trwało niecałą godzinę, dla młodego mężczyzny trwało to wieczność. W końcu Castor wyszedł z kamienicy, lecz nie zauważył brata.
Pisarz natychmiast po tym wbiegł do kamienicy i jak szalony wpadł do mieszkania numer 13. Prawie od razu wpadł na Zeldę.
-Co to miało być?!- zapytał wściekły, zagradzając kobiecie wyjście.
Zelda zaczęła się cofać, jednak nie wykazała żadnego zakłopotania.
-Musiałam to zrobić- odparła pewnie- Collete jest chora, poza tym naprawdę potrzebujemy tych pieniędzy, by nie musieć kraść, a ty nie dasz nam ani pensa.
-Nie będę utrzymywać dziwek- Michael uniósł palec wskazujący w geście groźby, przypierając kobietę do ściany.
-To zrób coś, byśmy nimi nie były- Zelda podniosła głos.
Michael podniósł rękę, lecz prawie natychmiast ją opuścił.
-Nie mam w zwyczaju bić kobiet- powiedział cicho- Jednak może się to zmienić.
Przez chwilę oboje wpatrywali się w siebie zaciekle. Nagle z sypialni dobiegł ich jęk Collete.
-A teraz przepraszam, ale idę po lekarza dla biednej Cole- wycedziła Zelda przez zęby, wymijając pisarza i wychodząc.
CDN...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz