Michael jak najciszej wszedł do mieszkania. Bał się, iż jeżeli obudzi brata, ten da mu reprymendę za późny powrót. Mężczyzna poszedł do salonu na palcach, a gdy zobaczył ledwo żarzące się drwa w kominie, postanowił rozniecić płomień. Sięgnął po leżąco obok drewienko w koszyku.
-Niech dogaśnie.
Michael podskoczył z cichym krzykiem, po czym odwrócił się, upuszczając drewno na ziemię. Zobaczywszy Castora, odetchnął z ulgą i zaczął się śmiać.
-Ale mnie wystraszyłeś- powiedział- Już myślałem, że ktoś się włamał.
-Myślałeś, że słodko śpię?- zapytał ostro Castor.
Młodszy, wciąż się śmiejąc, odpowiedział:
-Nie jesteś moja niańką, zatem nie spodziewałem się, iż będziesz czuwał do mego powrotu.
-A jednak- mężczyzna uspokoił ton głosu.
Michael Tuttiholmes z zaczesanymi do tyłu włosami, rozpiętą kamizelką, na tle światła, docierającego jedynie z palącego się jeszcze kominka, prezentował się przerażająco tajemniczo, jednakże chytry uśmiech oraz rozentuzjazmowane spojrzenie dodawały mu młodzieńczego polotu. Castor przez chwilę widział w nim normalnego człowieka- brata, którego zawsze chciał mieć; sympatycznego, rodzinnego, miłego. Nie egoistę, smarkacza i dziwaka, żyjącego z picia i leków.
-Nigdy nie dostajemy tego, kogo chcemy- wyszeptał mężczyzna w natchnieniu.
-Co?- roześmiał się Michael, siadając na swoim fotelu- O czym ty mówisz?
-Co wiesz o Collete z Whitechapel?- zmienił temat detektyw.
Wesoły uśmiech natychmiast zniknął z twarzy młodego Tuttiholmesa. Spoglądał na brata coraz to bardziej zdenerwowanym wzrokiem. Lecz w tym momencie jego złość skierowana była w stronę Zeldy, która nie umiała trzymać języka za zębami. Postanowił zatem improwizować.
-Z Whitechapel?- znów się uśmiechnął- Masz powiązania z prostytutkami? A może to twoja nowa klientka?- śmiał się, akcentując zaimek dzierżawczy.
-Nie próbuj mi wmawiać, iż jej nie znasz- denerwował się Castor.
-Nic nie próbuję.
Michael wstał i podszedł do szklanej witryny, by wyjąć z niej butelkę whisky. Butelka w istocie była, lecz whisky- nie.
-Uuuu…- mężczyzna obrócił butelkę do góry dnem- Skończyło się- spojrzał z rozbawieniem na brata- Na pewno masz jakieś zapasy- udał się do pokoju starszego.
Castor czym prędzej pobiegł za bratem, który akurat plądrował jego szafki, w poszukiwaniu alkoholu.
-Tu nic nie znajdziesz- ostrzegł go mężczyzna- Tu trzymam swoje dokumenty, więc bądź łaskaw zostawić te akta w spokoju.
Michael odwrócił głowę w stronę starszego i uśmiechając się słodko, aczkolwiek sztucznie, powiedział:
-Naturalnie- i zwrócił się znów w poprzednim kierunku.
Castor obserwował, jak młodszy w zaskakującym pośpiechu przeszukuje wszystkie szafy, szuflady, a nawet odsłonięte półki.
-Dlaczego w twoim pokoju nic nie ma?!- uniósł się nagle, spoglądając na brata z wściekłością w oczach.
-Co wiesz o Collete z Whitechapel?- Castor powtórzysz zadane wcześniej pytanie, na które nie doczekał się odpowiedzi.
Michael wziął się pod boki i spojrzał na podłogę; nie chciał patrzeć na brata, lecz nie ze wstydu a chęci wymyślenia stosownej wymówki.
-Kolejna kobieta, która posądza mnie o ojcostwo?- zapytał, tym razem patrząc na brata.
Castor westchnął- miał dość krętactw młodszego, które spotykał w każdej jego wypowiedzi.
-Collete mówiła mi o testamencie- pokazała mi go- mężczyzna zignorował próby brata od odsunięcia od siebie podejrzeń.
-Masz go ze sobą?- zapytał dość naiwnie Michael.
Detektyw mierzył młodszego wzrokiem i bez mrugnięcia powieką, skłamał:
-Nie.
Mick z ulgą przyjął kłamstwo.
-Co zamierzasz z tym zrobić? Pójdziesz do Cullena?- zapytał, patrząc z ukosa, a jego oddech stawał się coraz płytszy.
-Nie wiem- powiedział Castor z niekłamaną satysfakcją; chciał odejść, lecz brat go zatrzymał.
-Jest jeszcze jedna sprawa, o której chciałbym cie powiadomić- zaczął Michael niepewnie.
Detektyw przysiadł na łóżku, założył nogę na nogę i przybrał nauczycielska minę.
-Słucham- powiedział tonem dyrektora.
Mick również usiadł i odetchnął.
-Zamierzam się w najbliższej przyszłości wyprowadzić z naszego domu i zamieszkać gdzieś z Christine- powiedział jednym tchem.
Castor spodziewał się wszystkiego, ale nie tego.
-Co takiego?- zapytał ze zdziwieniem.
-Wiem- skinął głową młodszy- Wspominałem o twej wyprowadzce, jednak po śmierci lady Nathairy zdecydowaliśmy z Christine, by zamieszkać na własnym miejscu. Dodatkowo ze względu na ciąże Jackie nie może mieszkać w hotelu.
-Lecz tu miałaby dobrze- sprzeciwił się detektyw.
Mick wychwycił aluzję, zawartą w czasowniku ,,miałaby”.
-Panna Jackson zapewne czułaby się tu dobrze, lecz inne warunki skłoniły nas do podjęcia takiej, a nie innej decyzji- wytłumaczył spokojnie, rzeczowym tonem.
-Ciężarna mogłaby się tu zatrzymać, a ty- wyprowadzić- zaproponował bezczelnie starszy.
Na to Michael nie mógł już stoicko zareagować; wstał zza biurka i podszedł do brata, mierząc go wściekłym spojrzeniem.
-I co? Zostalibyście tete-a-tete?- powiedział z ironią oraz zazdrością- Spijalibyście sobie z dzióbków, żyli jak dwa gołąbki? Może jeszcze dziecko być uznał?!
-Dość- Castor wstał, starając się zachować spokój, co pozwalała mu satysfakcja z przebiegu rozmowy- Po prostu proponuję najlepsze rozwiązanie.
-Ach, tak?!- młody mężczyzna stał już na wprost brata- Bezinteresownie?
Starszy uśmiechnął się.
-Posłuchaj- Christine potrzebuje dojrzałego partnera, męża, towarzysza. Nie kolejnego dziecka do wychowywania.
-Dziecka?!- wściekł się Michael; nie cierpiał, gdy określano go takim wyrazem- Ja ci dam!- rzucił się na Castora.
Bracia przez chwilę się szamotali, znów zrzucili kilka książek z biblioteczki, lecz ta walka przeniosła się na korzyść Castora, który na koniec uderzył Micka w nos. Mężczyzna upadł na ziemię obok łóżka.
-Zrób coś ze sobą- powiedział ostrym tonem, po czym wyszedł.
Castor udał się do salonu, gdzie z sekretarzyka wyciągnął akta swojego dotychczasowego śledztwa. Próbował uspokoić się pracą, jednak ta sztuka nie wyszła mu na dobre. Nagle na myśl mężczyźnie przyszło zdanie, które mógł powiedzieć bratu, by kolejny raz przemówić mu do rozsądku. Wrócił do swej sypialni, lecz tam, gdzie zostawił Michaela, młodszego już nie było.
-Gdzie…- zaczął, obracać się i wtem go ujrzał.
Mick położył się wygodnie na brzuchu, na łóżku Castora i teraz smacznie spał w najlepsze. Mężczyzna machnął na niego ręką, po czym znów opuścił pokój, lecz przystanął w korytarzu niepewny, co ma teraz uczynić.
Castor Tuttiholmes patrzył na ścianę naprzeciw siebie, rozmyślając nad zaistniałą sytuacją.
-,,Śledztwo stoi w miejscu, podejrzany być może istnieje, lecz jest nim mój brat, który zachowuje się jak dziecko. W dodatku za niedługo sam ma zostać ojcem oraz mężem cudownej kobiety… kobiety, na której zależy mi najbardziej na świecie”- myślał.
Mężczyzna spojrzał w głąb swego pokoju i na ciemna postać na posłaniu. Zaczął się zastanawiać nad przyczyną takiego zachowania Michaela. Wtedy przypomniał sobie raut z okazji urodzin Charlesa LeFlay’a- omdlenie brata, zażycie leków przez niego.
-Leki…- wyszeptał Castor w nagłym olśnieniu.
Detektyw wbiegł na palcach do sypialni Micka. Zapalił jedynie lampkę na biurku i zaczął penetrację szuflad, półek oraz wszystkiego, co mogło mieścić przedmioty niepożądane dla cudzych oczu. Lecz nie znalazł nic, co w jakimś stopniu wydawałoby się podejrzane. W końcu jego uwagę przykuł maleńki sekretarzyk. Niestety był zamknięty na przysłowiowe cztery spusty.
-Cwaniak- westchnął; brat należał do zapobiegliwych.
Castor z ociąganiem zabrał się za przeszukiwanie miejsc, które mogły służyć za potencjalnie kryjówki. Po pół godzinie żmudnych poszukiwań, zrezygnował. Usiadł niechlujnie na podłodze, podłożył pięść pod brodę i począł myśleć.
-Muszę rozumować jak ty- mówił do siebie, lecz jak gdyby do brata.
Gdy mężczyzna przyjął taki tok rozumowania, wnet pojął, gdzie Mick najprawdopodobniej ukrył klucz.
-Przecie ty jesteś taki religijny- powiedział ironicznie.
Mężczyzna szybko podniósł się z podłogi, by podejść do biblioteczki, w której znajdywał się egzemplarz Pisma Świętego. Wyciągnął Księgę i natychmiast poczuł pod palcami wypukłość. Ewangelia praktycznie sama otworzyła się na fragmencie Apokalipsy świętego Jana, gdzie znajdował się ukryty klucz.
-Mam cię- z radością wyszeptał detektyw, zabierając znalezisko.
Klucz pasował idealnie do zamka sekretarzyka, który po otwarciu ujawnił wszystkie sekrety Michaela Tuttiholmesa. W środku znajdowały się szklane flakoniki, blaszane puzderka, drewniane pudełeczka itp., wszystko pieczołowicie i dokładnie opisane, ułożone według kolejności alfabetycznej. Taka skrupulatność zdziwiła Castora, który zawsze uważał swego brata za bałaganiarza i nieporządnego mężczyznę.
Detektyw zaczął delikatnie brać do rąk wszystkie te bibelociki i odczytywać nazwy.
-Metaamfetamina, haszysz, lit, marihuana, amfetamina, fenylopropanolamina, opium, kokaina- mężczyzna spojrzał nieobecnym wzrokiem przed siebie- Mick, coś ty z sobą zrobił?
VI
Następnego dnia wczesnym porankiem przed drzwiami posiadłości zmarłej Nathairy Lloyd stanęła jedna z jej siostrzenic. Młoda panna zgrabnie wydobyła kluczyk z malutkiej torebki stylizowanej na ozdobny woreczek, którym otworzyła ciężkie, grube drzwi. Pchnęła je z lekkim trudem, po czym weszła do środka.
Christine, będąc już wewnątrz budynku, poczuła się w starym domu jak we własnym. Ściągnęła nakrycie wierzchnie, kapelusz i rzuciła wszystko niechlujnie na pobliskie krzesło, stojące w hallu. Otrzepała ręce, jak gdyby miała brać się za czyszczenie sztućców, po czym z uśmiechem udała się na pierwsze piętro, mieszczące sypialnię ciotki. Tam dziewczyna spodziewała się znaleźć testament ciotki.
Niestety entuzjazm Jackie po pierwszych piętnastu minutach poszukiwań zgasł. Sypialnia była wypełniona mało gustownymi bibelotami oraz pamiątkami od znajomych z podróży i ich zdjęć. Lekko zrezygnowana Christine postanowiła zaryzykować, czyli poszukać w szafie. Jednak zgodnie ze swymi obawami znajdowała się tam tylko krynolina, turniura, stare aksamitne suknie, przybrudzone i wymięte, jedna w dość dobrym stanie z welwetu, parę gorsetów, stroje spacerowe, wizytowe oraz trzy szlafroki na rano. Choć były to rzeczy przestarzałe, kiedyś na pewno wzbudzały zazdrość innych dam. Niestety wśród tych toalet Christine nie znalazła tego, na czym jej najbardziej zależało.
Nagle wzrok młodej kobiety przykuła toaletka, na której znajdowały się dwie szkatułki ze starą biżuterią. Niestety przetrząsnąwszy ją, dziewczyna również nic nie znalazła- ani jednej dokładnie złożonej kartki w kosteczkę. Christine zrezygnowana wróciła na parter, do salonu. Tam jej uwagę przykuły pufy, zakupione krótko przed śmiercią przez ciotkę. Meble miały podnoszone siedzenia, w których łatwo było cos schować. Jackie z nagłym przypływem podniecenia upadła przed jedną z puf i z zamachem otworzyła, lecz tam- o zgrozo- tylko dziergane skarpetki.
-Co za baba- prychnęła Christine.
Dziewczyna zaczęła wyrzucać skarpetki ze środka, mając nadzieję na testament na dnie, lecz te działania również nie przyniosły zamierzonego rezultatu. Jackie z rezygnacją poczęła wrzucać ciepłe skarpety z powrotem, jednak już ze spokojem uchwyciwszy pierwszą w dłoń, poczuła, iż w środku coś zostało ukryte. Młoda dama domyśliwszy się, co to może być, wyrzuciła zawartość skarpety na podłogę.
Po opróżnieniu paru skarpet, na ślicznych brązowych panelach znajdowała się równowartość kilkunastu tysięcy funtów. Christine połowę z tego bogactwa schowała do książek o tytułach na literę ,,O”, a resztę postanowiła wpłacić na konto ciotki. Jednak przed wyjściem z posiadłości, dziewczyna raz jeszcze przeszukała sypialnię ciotki, gdzie po godzinie znalazła książeczkę czekową seniorki.
Po wyjściu z domu panna Jackson skierowała swe kroki do kancelarii prawnej Bick’n’Wellness. Zgodnie ze swymi oczekiwaniami, to prawnikom z tego urzędu Nathaira Lloyd powierzyła swój testament. W zapisie którego nie znalazło się wiele:
-,,Dla najmłodszego Jacka pozostawiam kolekcję puzzli, Theodorowi oddaję stare ubrania po mym sąsiedzie, które Ten szczodrze mi ofiarował, Jeremy dostaje ode mnie złocone papierośnice, Jane zostawiam całą mą biżuterię, a dla najstarszej Christine spisuję tę wyraźne wytyczne- wszystko, co nie zostało uwzględnione w mym testamencie należy spieniężyć, a sam dom- sprzedać, a zyski oddać naszej parafii.”
Miesiąc później; nastał grudzień, a wraz z nim nadeszły mrozy oraz śnieg. Przechadzając się po londyńskich ulicach, coraz częściej można było usłyszeć kaszlących i pociągających za nosy ludzi. Był to naturalnie wzmożony okres zachorowań.
Castor Tuttiholmes mógł pochwalić się końskim zdrowiem, które rzadko go zawodziło, dzięki czemu mógł w pełni wykonywać swe obowiązki. Rzecz miała się inaczej w stosunku do jego brata; Michael zaczął mieć duszności, wyraźną gorączkę, osłabł oraz schudł. Lecz wciąż zaprzeczał, jakoby cokolwiek mu dolegało- ignorował prośby starszego o skontrolowanie swego stanu zdrowia u lekarza.
Dopiero gdy pewnego dnia Castor zauważył, iż kamizelka Michaela, szyta na miarę, która leżała na nim idealnie, teraz wisiała na mężczyźnie jak na strachu na wróble, detektyw postanowił osobiście wezwać doktora. Ten nakazał mu odpoczynek, dużo snu i picie herbaty z cytryną lub mlekiem. To miało przywrócić pisarzowi siły, jednak po wyjściu lekarza Michael określił medyka mianem ,,konowała” i wrócił do pracy nad swą książką. Mimo wszystko w pewnym sensie zastosował się do jego zaleceń- podczas tworzenia dzieła pił herbatę z whisky- zawsze to jakiś sposób.
Do tego momentu Castor nie był do końca zdecydowany, czy zaufać Javierowi Cullenowi i dostarczyć mu testament Beatrice LeFlay. Jednak po tym zdarzeniu, mężczyzna następnego dnia skierował swe kroki na komisariat scotlandyardzkiej policji.
Detektyw niepewnie zapukał do drzwi biura Cullena, a ten uprzejmie zaprosił go do środka. Tuttiholmes ostrożnie podszedł do biurka; było to tak nienaturalne, że policjant natychmiast się zaniepokoił.
-Cóż się stało, mój drogi przyjacielu?- zapytał miło- Czyżby trapiła cię jakaś przykrość?
Castor westchnął i usiadł za biurkiem.
-Niestety, jednakże domyślam się, iż uzna pan to za dobrą kartę- zaczął detektyw.
-Zatem słucham- policjant wyraźnie się zaciekawił.
-Bardzo długo zajęło mi zdecydowanie, co w obecnej sytuacji mam czynić- mężczyzna starał się mówić spokojnie- Mimo wszystko dotyczy to moich spraw osobistych.
-Zaczynam domyślać się, co ma mi pan do powiedzenia- skinął głową Javier.
-Śmiem wątpić- Tuttiholmes sięgnął do poły marynarki, skąd wyciągnął dokument złożony na pół i podał przez biurko policjantowi- Proszę rzucić na to okiem.
Cullen zza uniesionych brwi niechętnie zabrał akt i ostrożnie otworzył. Szybko przeczytał pierwsze linijki tekstu i spojrzał ze zdziwieniem na detektywa.
-Przecież to testament Beatrice LeFlay- powiedział zdumiony.
Castor skinął głową.
-Zgadza się.
-Jak pan go dostał?- pytał, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, iż ma ten dokument w rękach.
-Niestety nie mogę ujawnić wszystkiego- mówił Tuttiholmes powoli- Lecz testament mniej więcej od czasu jego sporządzenia był przechowywany u znajomej M…- mężczyzna pokręcił głową- …mego brata- dokończył.
Zdziwienie odebrało policjantowi mowę; nawet nie sądził, iż to śledztwo będzie tak zawiłe.
-Jak to- pański brat przez ten cały czas był w posiadaniu tego dokumentu?- zapytał w końcu.
-W pewnym sensie.
-I od dłuższego czasu to pan zwlekał z oddaniem go władzom?- w głosie mężczyzny można było wyczuć gniew.
Detektyw spłonął rumieńcem wstydu.
-Musi pan zrozumieć mą trudną sytuację- ta sprawa dotyczy mego brata, ponadto jest jednym ze świadków jest panna Jackson, również osoba mi prywatna.
-Jak to?!- Javier Cullen ze zdenerwowaniem spojrzał na złożone podpisy- LeFlay, Jackson, Orix i Lewis- co to ma znaczyć?!
-No właśnie- wzruszył ramionami detektyw- Już wtedy musiała być w kraju.
W tym momencie Castor uświadomił sobie swój błąd- poinformował policjanta o związku jego ukochanej ze sprawą. Jednak przemógł osobiste uczucia i zmusił się do współpracy.
Cullen spoglądał z niedowierzaniem na kolegę.
-Kiedy pan się tak zmienił?- zapytał cicho- Jeszcze nie dawno był pan sentymentalistą, a teraz- donosi pan na własnego brata oraz przyjaciółkę.
-Trzeba oddzielić życie zawodowe od prywatnego- wzruszył ramionami Tuttiholmes, nie patrząc na policjanta.
-Lecz co pana do tego skłoniło?
Spokojny i miły głos policjanta zmusił Castora do spojrzenia na mężczyznę i otworzenia się przed nim.
-Michael to dziecko, którym nie mogę się wiecznie zajmować- musi dorosnąć i brać odpowiedzialność za swe czyny. Męczy mnie, brak mi przez niego sił, dlatego moja praca nie jest już tak charyzmatyczna, jak była kiedyś. Nie chcę go chronić, ponieważ nie jest pod moją opieką- wyrzucił z siebie, co przyniosło mu wyraźną ulgę.
Javier Cullen nic na to nie powiedział, jedynie skinął głową i podziękował detektywowi za wzorową postawę. Castor był zawiedziony- liczył na choć trochę współczucia ze strony znajomego.
Po wyjściu z komisariatu, detektyw przypomniał sobie treść testamentu lady, który omieszkał przeczytać. Zastanawiało go, dlaczego kobieta zapisała swemu mężowi jedynie roczne dochody; przecie powinna zachować pozory i przekazać więcej współmałżonkowi, nie kochankowi. Zapewne LeFlay również liczył na pokaźny spadek po żonie, znając bogactwo odziedziczone po rodzicach. Czyżby Beatrice miała inny powód rozdzielenia swego majątku w taki sposób, nie tylko ze względu na miłość do kochanka?
Beatrice LeFlay właśnie szykowała się na wyjście do teatru. Miała tam spotkać się z pewnym czarującym młodym człowiekiem. Na samą myśl o nim- o jego uśmiechu, oczach- na jej ustach rozciągał się błogi uśmiech. Shelby Keaton- pokojówka z Ameryki- wciąż w sytuacjach tete-a-tete z lady spostrzegała tę minę, ponieważ oczy pani przyjmowały skromny błysk, a policzki różowiały, czego sama nie mogła zauważyć. Jednak Shelby należała do świetnych obserwatorów, dlatego znała już każdy wyraz twarzy lady LeFlay, co pomagało jej zachować takt w różnych sytuacjach. Również tego wieczoru miało mieć miejsce wydarzenie, które wymagało od Amerykanki odpowiedniego zachowania.
Podczas gdy Murzynka pomagała ubrać się swej pani, do sypialni ktoś zastukał.
-Proszę wejść- odezwała się miękkim głosem pani domu.
Do sypialni wszedł Charles LeFlay. Jak zwykle zachowywał chłodny dystans, nie wykonując żadnych poufałych gestów. Jednak tym razem wydawał się spięty; trzymał ręce za plecami, marszczył czoło i zaciskał pięści. Shelby natychmiast zrozumiała, iż należy się wycofać. Pan nie wyprosił jej z pokoju- już kilkakrotnie zdarzało się, iż swe prywatne sprawy małżeństwo LeFlay’ów omawiało przy pokojówce. Może uważali, iż skoro jest Murzynką, nic nie zrozumie.
-Przyszedłem zapytać panią, czy aktualnie udaje się pani do opery?- mówił niezbyt głośno, aczkolwiek wyraźnie.
-Panią?- roześmiała się Beatrice, lecz szybkie spojrzenie męża na Amerykankę zmusiło ją do przyjęcia oficjalnego tonu- Tak, dostałam zaproszenie od Roberty Whitaker. To jest ,,Wesele Figara”; mam nadzieję, iż nie ma pan nic przeciwko temu.
-Jakże bym śmiał- mężczyzna próbował zatuszować sztuczność swej wypowiedzi, jednak było to aż nazbyt wyraźne- Interesuje mnie wyłącznie jedna rzecz, a mianowicie- kto będzie pani towarzyszył podczas spektaklu?
Beatrice wyczuła pułapkę. Odchrząknęła kilka razy, nim drżącym głosem zaczęła wyliczać zaproszonych przez lady Whittaker gości.
-Lady Roberta wraz z mężem, książę Kingstone z córką oraz pewien młody człowiek- Benjamin Carringhton. Być może został on zaproszony do towarzystwa dla młodej księżniczki Daisy- wzruszyła ramionami kobieta.
Lady Beatrice usiadła przy toaletce i sama zajęła się swym makijażem. Było to oznaką jej zdenerwowania- nie potrafiła stać spokojny, gdy szarpały nią nerwy, musiała natychmiast czymś się zająć.
-Księżniczka Daisy jest ponoć bardzo nieśmiała- zauważył Charles- Słyszałem, iż przy młodych, urodziwych dżentelmenach nie potrafi wydusić z siebie ani słowa. Jednak może to być wielką zaletą, nieśmiałość; podobno na balu u baronowej Princefield tańczyła z tym młodym pisarzem, panem Tuttiholmesem. Słyszałem, iż jest nią zainteresowany. To kawaler, prawda?
Beatrice zadrżała ręka z pędzelkiem; nagle jak przez mgłę ujrzała przed sobą swego kochanka, trzymającego w ramionach uroczą blondyneczkę. Daisy jest blondynką. Kobieta ocknęła się z zamyślenia i spojrzała pewnie na męża.
-W istocie- kawaler, a ona panna- skinęła głową.
Przez chwilę zapanowała cisza. Charles nie mógł się zebrać ze swym pytaniem, lecz uświadomił sobie gęstniejącą atmosferę, więc zbyt szybko zapytał:
-Pan Tuttiholmes również będzie?
Shelby wystraszyła się; wiedziała, iż zaraz wybuchnie awantura, a ona nie lubiła być ich świadkiem. Z jednej strony zawsze wspierała swą panią, z drugiej ta konwersacja wpływała na zbyt prywatny teren. Nagle lady Beatrice spojrzała na poczciwą Murzynkę z takim błaganiem w oczach, że kobieta natychmiast porzuciła myśl o wyjściu ukrytymi drzwiami sypialni.
Spojrzenie Beatrice trwało jedynie kilka sekund, a zawierało tyle emocji na raz. Kobieta zdawała sobie z tego sprawę, więc gdy tylko upewniła się, że Amerykanka ją rozumie, odwróciła głowę w stronę męża, lecz bez uprzedniego wyrazu oczu.
-Podobno ma pojawić się z Caroliną Jefferson. Urocza młoda dama, choć nie z wyższych sfer. Zastanawiam się, jak wypadnie dzisiejszy wieczór- kobieta wróciła do pudrowania policzków.
-Tak, ja również- powiedział powoli LeFlay, kiwając się w przód i w tył- Zwłaszcza, jak się zakończy- zrobił dłuższą pauzę- Gdzie będzie pani spała?
Beatrice z zaskoczenia złamała trzymany w dłoniach drewniany pędzelek. Lady zaczęła szybciej oddychać, pochyliła się do przodu i zamknęła oczy, a w dłoni wciąż trzymała przerwany na pół pędzelek, który wbijał w jej skórę drzazgi.
-Proszę przestać mnie dręczyć- wyszeptała, tym razem nie patrząc na współmałżonka- Proszę zadać to pytanie, które widzę w pana oczach.
Cisza, będąca odpowiedzią na jej żądanie, miała na kobietę gorszy wpływ niż największe upokorzenie.
-Proszę!- krzyknęła, spoglądając na męża ze łzami w oczach.
Shelby drgnęła, lecz nie wycofała się.
-Pani spotyka się z nim potem- nie zapytał, stwierdził- Mogłaby pani zachować resztki godności i przerwać ten związek.
-Nie wiem, o czym pan mówi- Beatrice LeFlay zaczęła zawzięcie się perfumować- Wraz z Michaelem Tuttiholmesem pozostajemy na stopie towarzyskiej.
-Proszę przestać kłamać!- mężczyzna podszedł do toaletki i uderzył w blat mebla- Proszę zachować resztki godności- powtórzył ciszej.
Lady nie patrzyła na niego; wstydziła się, lecz nie siebie, a upokorzenia przy służbie. Postanowiła zatem ratować swe dobre imię- postawiła na szczerość.
-Kocham go- wyszeptała, jednak uświadomiła sobie, iż Shelby jej nie usłyszała, powtórzyła więc głośniej- Kocham go całym swym sercem, a on odwzajemnia me uczucie. Jest dla mnie dobry i czuły. Nie to co…- zawiesiła głos.
Mąż spojrzał na nią swym najsurowszym spojrzeniem.
-Nie ma pani prawa wyrażać się o mnie w ten sposób- mówił chłodno- Nie życzę sobie również, by spotykała się pani z tym mężczyzną. Żądam, aby zakończyła pani tę znajomość oraz zachowywała się jak przykładna żona- pan domu odwrócił się na pięcie i zamierzał wyjść.
-Jako przykładna żona?!- wzburzyła się kobieta, wstając od toaletki- Pana zdaniem przykładna żona jest nieszczęśliwa i trwa w obłudzie, byleby dać towarzystwu wrażenie przykładnego małżeństwa?! Przykładna żona jest jedynie połową takiego małżeństwa, a drugą jego połowę stanowi mąż- przerwała, by zaczerpnąć tchu oraz zebrać w sobie odwagę- Definicja męża nie oznacza kogoś oziębłego i obojętnego- powiedziała już ciszej.
Charles natychmiast odwrócił się ku współmałżonce. Zbladł ze złości, zacisnął szczęki i wpatrywał się w kobietę z taką złością, że ta cofnęła się.
-Definicja przykładnej żony oznacza kobietę gospodarną oraz płodną- zmierzył ją wzrokiem- A o ile mi wiadomo, pani nie może mieć dzieci- mężczyzna uśmiechnął się złośliwie, po czym wyszedł, zostawiając małżonkę pełną wstydu oraz upokorzenia.
-Gdyby nie to wszystko, co się tu wydarzyło, zapewne teraz planowałabym mój powrót do Bordeaux- mówiła Christine, popijając herbatę.
Panna Jackson siedziała w saloniku księżnej Dariowny, która to zaprosiła ją na podwieczorek. Właśnie przed chwilą kobiety zjadły najlepsze włoskie lody, sprowadzane z Rzymu, a teraz raczyły się herbatą oraz ciasteczkami anyżowymi.
-Zatem co teraz zamierzacie?- zapytała księżna, bez żadnej nadgorliwej nuty w głosie.
-Planujemy kupić jakieś małe mieszkanko, zabrać wszystko, co możemy i wyprowadzić się z miejsc, w których aktualnie rezydujemy- wyjaśniła młoda dziewczyna.
-Jednakże doszły mnie słuchy, iż dom paniczów Tuttiholmesów jest zapisany na tego młodszego, czy to prawda?- kobieta zabrała z talerzyka jedno ciasteczko, co sprowadziło jej wypowiedź do zwykłego, towarzyskiego pytania.
-Istotnie, to prawda- skinęła głową dziewczyna- Lecz chcemy być niezależni, a nie chcemy wyrzucać Castora z posiadłości- wszak to również jego dom.
-Ale nie z prawnego punktu widzenia.
Christine uśmiechnęła się.
-Ten dom zawiera w sobie wiele zróżnicowanych wspomnień, niektóre z nich są miłe, lecz przeważa szala przykrych doświadczeń- chcemy mieć je wszystkie za sobą.
-Rozumiem- skinęła głową Theresa Dariowna- A co z twym rodzeństwem, moja droga? Gdzie aktualnie zamieszkuje?
-Na ten moment zajmuje się nimi dziadek- Joseph Jackson. Jest trochę rygorystyczny i w dodatku to konserwatysta, lecz lepsze to niż ciotka Nathaira- dziewczyna z późno ugryzła się w język- To znaczy…
-Nic nie mów- księżna położyła swą dłoń na dłoni młodej kobiety- Wszyscy wiedzą, jaka była Nathaira Lloyd- nie ma nic na jej usprawiedliwienie. Każdy z was, nawet mały John, doświadczył na swej skórze jej charakteru. Choć on zapewne nie zdawał sobie z tego sprawy i być może wręcz lubił ciotkę.
-Nie ma pani racji- pokręciła głową Christine, robiąc łyk herbaty- Nawet John jej nie lubi.
Kobiety roześmiały się, co nie przystoiło damą.
-A jak tam… hmmm… twój stan, moja kochana?- zapytała z lekkim zacięciem księżna.
-Jeżeli chodzi pani o me zdrowie, to czuję się dobrze- jeszcze mi nie dokucza zbyt dotkliwie- zaśmiała się młoda dziewczyna.
-A co ze ślubem?
-Dość szybko- na początek roku, gdy jeszcze nie wiele będzie widać- wyjaśniła Christine, rumieniąc się lekko.
-Który tydzień?- zapytała Theresa Dariowna z nieukrywaną radością w głosie.
-Najprawdopodobniej siódmy- odpowiedziała dziewczyna z podekscytowaniem.
-To znaczy, iż podczas ceremonii zaślubin…- przerwała starsza kobieta, czekając na dokończenie zdania przez gościa.
-…będę w około trzynastym tygodniu ciąży.
-Trzynastym? Hmmm….- zamyśliła się gospodyni domu- To pechowa liczba.
-Nie wierzę w zabobony- pokręciła głową Christine, nie dowierzając w naiwność przyjaciółki; naturalnie jej tego nie powiedziała.
-Naturalnie, ja również- skłamała księżna- A sama ceremonia? Przecież ty, moja droga, jesteś anglikanką, a pan Tuttiholmes to podobno… to jakieś nowe wyznanie…- zamyśliła się.
-Jest świadkiem Jehowy- podpowiedziała panna Jackson.
-No właśnie!- ucieszyła się kobieta- Zapewne mają jakieś inne obrzędy niż my, prawda?
-Eee, tam!- machnęła ręką Christine- Michael jest świadkiem Jehowy tylko z nazwy; oni podobno nie piją, nie palą, są wstrzemięźliwi do ślubu… a przynajmniej tak słyszałam, a Mick…- dziewczyna nawet nie musiała kończyć zdania.
-No tak- skinęła głową Theresa- Wszyscy w Londynie wiedzą, jaki z pana Tuttiholmesa jest gagatek. Dlaczego zatem wyznaje taką wiarę?
-Nie wiem- wzruszyła ramionami Jackie- Wie pani- to artysta; oni zawsze mają coś nie po kolei w głowie. Jeśli ma zachciankę uczęszczać do takiego Kościoła, to po prostu ją spełnia. Kto wie- może za tydzień przejdzie na chrześcijaństwo?
-Co racja, to racja- nagle księżna chwyciła w swą ubraną w rękawiczkę dłoń delikatną dłoń Christine- Pamiętaj, moya dorogaya, iż zawsze znajdziesz we mnie swą najbliższą i najwierniejszą przyjaciółkę- bez względu na swe czyny, ja nigdy cię nie potępię.
Panna Jackson wzruszyła się; po wyjeździe do Bordeaux straciła kontakt z wieloma osobami, a ci nie szukali sposobu, aby ponownie go nawiązać. Teraz, po oficjalnym stwierdzeniu, iż jest brzemienna, pozostało jej zaledwie kilku przyjaciół, którzy nie odwrócili się do niej plecami, uważając jej występek za haniebny. Poza tym bardzo zależało jej na przyjaźni z Theresą Dariowną.
-Dziękuję- wyszeptała, ściskając dłoń księżnej i powstrzymując się od uronienia łez- To wiele dla mnie znaczy.
Starsza kobieta uśmiechnęła się przyjacielsko i puściła dłoń młodej narzeczonej. Wtem zapadła niezręczna cisza; powietrze przesiąknięte było emocjami, przed chwilą uzewnętrznionymi. Theresa Dariowna zajęła się układaniem fałd sukni, a Christine sięgnęła po kolejne ciasteczko.
-,,Bardzo dobre- myślała- z anyżem. Ale nawet to, iż jest wspaniale wypieczone nie przekonałoby do niego Michaela- nie cierpi anyżu.”
-A, planowałam zapytać, co właściwie pani Nathaira Lloyd zapisała wam, drogie dzieci, jeżeli oczywiście możesz mi o tym powiedzieć- podjęła nowy temat księżna.
Christine wzruszyła ramionami.
-Niewiele- odparła- same graty, śmieszne rzeczy. Jack dostał puzzle, udławi się nimi, dla Theodora stare ubrania po zmarłym sąsiedzie- przecież są za duże, a w dodatku stare i poniszczone!- wzburzenie młodej kobiety rosło- Złote papierośnice dla Jeremy’ego, lecz żeby on chociaż palił, Jane dostaje biżuterię, ale za to jaką!- roześmiała się szyderczo dziewczyna- Równie starą, niekompletną i poniszczoną jak świętej pamięci nieboszczka.
-A ty?- przerwała jej przyjaciółka.
Tym razem Christine roześmiała się głośniej.
-Dom, ale z wyraźnymi wytycznymi- wszystko sprzedać, wraz z nim samym, a zyski oddać parafii, do której ciotka należała.
-To faktycznie skąpstwo- stwierdziła księżna tonem, jak gdyby mówiły o rzeczach błahych.
-A dom przydałby się któremuś z mojego rodzeństwa; za nie długo Jane i Jeremy będą dorośli, założą własne rodziny. Posiadłość jest duża, idealna dla rodziny.
-Zapewne- księża zaczęła błądzić myślami gdzie indziej- Lecz wspomniałaś, iż panna Jane dostaje biżuterię, tak?- zapytała z nienacka.
-Niby tak- westchnęła dziewczyna- ale w bardzo złym stanie.
-To się jeszcze okaże- uśmiechnęła się tajemniczo księżna Dariowna.
-Nie rozumiem.
Kobieta wstała, by zadzwonić na służbę, a gdy ta się zjawiła, kazała zaparzyć więcej herbaty, po czym księżna wróciła na swe miejsce.
-Proszę cię, przyślij do mnie jak najszybciej młodą pannę Jane Jackson, jak tylko otrzyma swój spadek. Ma dla niej pewną propozycję- oświadczyła.
-Dobrze, ale…- zawahała się Christine- jaka to propozycja.
Przyjaciółka pogroziła jej palcem z uśmiechem.
-Dowiesz się w swoim czasie, moja droga- Theresa Cecilia była szczęśliwa, że nareszcie to ona wpadła na pewien pomysł.
W tym momencie służąca wniosła imbryk z parującą herbatą.
-Musimy tu być?
-Taak…
-A czy…
-Cicho bądź.
-Żyjemy w wolny kraju i nie masz prawa mnie do niczego zmuszać.
-Akurat- wolność to pojęcie względne.
Bracia Tuttiholmes stali przed jedną z kamienic na ulicy w Liverpoolu. Mieszkała tu ich rodzina- ciotka Doris Pather, wuj Gregory, ich dzieci- najstarsza Irene, Thomas, David i najmłodsza Lucy oraz seniorka rodu, Xenobia Ulvesus. Ta rodzina wychowywała ich po śmierci państwa Tuttiholmesów.
Mimo iż na ulicy obecnie nikogo nie było, to każdy przechodzień uznałby braci za co najmniej dziwadła; Castor ubrał wysokie buty, krótką, sportową kurtkę oraz melonik. Michael zaś miał na sobie cylinder, długi do ziemi płaszcz oraz czarne kamasze, a na nosie popularne wówczas małe, okrągłe okulary przeciwsłoneczne.
Za trzecim kołataniem do drzwi, czekanie na reszcie się opłaciło- z domu wyszła sama ciotka Doris.
-Witajcie chło…- zauważyła ich odzienie- …pcy- uśmiechnęła się- Jak miło was widzieć po tylu latach. Wejdźcie.
Panowie rozebrali się z ubrania wierzchniego w hallu.
-Przypomnij mi, po co tu jesteśmy- zażądał Michael, ściągając okulary z nosa, co pozwoliło mu patrzeć na brata srogo.
-Z okazji dziewięćdziesiątych urodzin prababci Xenobii, zapomniałeś?- Castor lekko wściekł się na brata.
-Ach…- młodszy przybrał naturalny wyraz twarzy- Racja…
Bracia weszli do salonu, gdzie powitały ich nie tylko wyżej wymienione osoby, lecz również mąż Irene- Robert McKnight oraz ich paromiesięczny syn Harry.
Na widok nowych gości, Xenobia Ulvesus pochyliła się w stronę Irene.
-Kim są ci panowie?- zapytała; była już osobą schorowaną i niedowidzącą.
-To Castor i Michael Tuttiholmesowie, synowie cioci Vivian.
-Ach, mała Vivian Raichaster. Co z nią?
-Nie żyje, babciu.
Staruszka miewała również kłopoty z pamięcią.
Gdy wszyscy zasiedli do stołu, gospodyni podała zupę z krabów, potem zaserwowała pieczeń wołową z puddingiem Yorkshire, a na deser goście dostali tradycyjną, smaczną szarlotkę. W centralnym miejscu na stole swoje miejsce miał kompot śliwkowy domowej roboty.
Rozmowy toczyły się głównie wokół życia braci, o którym rodzina wiedziała tyle, ile dowiedzieli się z gazet.
-Słyszeliśmy o śledztwie w sprawie śmierci lady Beatrice LeFlay- zaczęła ciotka Doris- podobno było to morderstwo.
-Najprawdopodobniej, aczkolwiek nie chciałbym powiedzieć za dużo o toku śledztwa- powiedział wymijająco Castor.
Kobieta uniosła ręce do góry w obronnym geście.
-Nie śmiałabym cię wypytywać o tajemnice zawodowe- roześmiała się- Lecz w gazetach piszą dużo na ten temat.
-Ależ droga Doris, to wszystko są steki bzdur- wuj Gregory ostudził zapał żony.
-Co piszą?- detektyw zaciekawił się mimo wszystko.
Kobieta usiadła wygodniej i odchrząknęła, jak gdyby za chwilę miała opowiadać historyjkę na dobranoc.
-Piszą, iż popełniła samobójstwo, że miała problemy psychiczne- zaczęła- W jednej z gazet natrafiłam również na artykuł, jakoby jej kochanek miał brać w tym udział.
-Kochanek?- zapytał Castor, z lekka kpiąc, patrząc z ukosa na brata, który nagle zainteresował się serwetką na stole i nie mógł podnieść oczu na pozostałych.
-Takie kobiety jak one nigdy nie dochowują wierności swym mężom- mówiła Doris z pogardą- Jednak oni są zazwyczaj tacy sami- zimni i wyrachowani. Dlatego mi ich nie żal.
-Ja również uważam, iż zachowanie tych mężczyzn jest wielce egoistyczne- wcale nie myślą ani o swoich rodzinach, ani o mężach tych kobiet.
-A ty co o tym sądzisz?- zapytała nagle Michaela babcia Ulvesus, przysłuchująca się rozmowie.
-Ja?- mężczyzna wskazał na siebie, a gdy oczy wszystkich skupione były na nim, odłożył trzymaną w ręką szklankę z kompotem- Moim zdaniem…- zawahał się- jesteście niesprawiedliwi.
-My?- zdziwiła się ciotka oraz lekko oburzyła.
-Tak- skinął głową młody mężczyzna- Przecież jeżeli kobieta jest nieszczęśliwa w swym związku małżeńskim, szuka kogoś, kto może dać jej to szczęście.
-A jeżeli kochanek nie odwzajemnia jej uczuć- Castor spojrzał badawczo na brata.
-Wtedy…- Michael znów zrobił pauzę, szukając odpowiednich słów- Wtedy jest oszukiwana, lecz szczęśliwa.
-Jednakże kochanek musi tkwić w toksycznym związku- zaoponował zawzięcie starszy.
-O to nikt nigdy nie dba- powiedział mechanicznie Mick, patrząc przenikliwie na brata.
Doris Pather wyczuła rosnące napięcie; domyśliła się czegoś, lecz wyrzuciła to z głowy i zaproponowała:
-Czy ktoś ma jeszcze ochotę na szarlotkę? Może ty, Irene?
-Dziękuję, mamo, lecz musze odmówić- pokręciła głową dziewczyna.
-Właśnie, jak wam się wiedzie, Irene?- Castor zdał sobie sprawę, iż żaden z McKnightów jeszcze się nie odezwał, nie licząc Harry’ego.
-Dobrze- powiedziała niepewnie dziewczyna- Robert- spojrzała na męża- pracuje w manufakturze stolarskiej, a ja za niedługo zacznę pracę w fabryce odzieżowej. Dla Harry’ego wynajmiemy guwernantkę.
-To ciekawe- skłamał Castor- To znaczy, iż jesteście kontent ze swego dotychczasowego życia?- zapytał, niby z ciekawości.
-Och, tak, nawet bardzo- skłamała Irene.
Po pół godzinie ciotka Doris podała herbatę. W ten czas młoda pani McKnight udała się ze swym synem do jednej z sypialni, by go nakarmić, wujostwo wraz z Castorem i Robertem siedzieli przy stole, popijając trunek, a Michael zajmował się dziećmi. Razem grali w zgadywanie słów za pomocą ich pierwszych liter; używali do tego celu kolorowych, drewnianych klocków.
W kole siedzieli po kolei: Lucy, Thomas, David i Michael, na ich tle wyglądający komicznie. Gdy nadeszła pora na zagadkę Davida, chłopak ułożył litery:
-C, S, D, Z, I.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu.
-Dziwne- skomentowała słabym głosikiem Lucy.
Michael spojrzał na kuzyna, lecz ten skupiał swój wzrok na szwagrze.
-I oznacza Irene, prawda?- zgadywał.
Dopiero wtedy młody chłopak raczył na niego spojrzeć.
-Tak… tak- skinął głową.
-Dziwne to… coś- powtórzyła mała dziewczynka.
-Coś- tak, masz rację- potwierdził zamyślony David, który najwyraźniej nie usłyszał całej wypowiedzi siostry.
-Coś… się- powiedział Tom.
-Coś się D, Z Irene- bez sensu- snów skomentowała Lucy.
-Z Irene- sprostował Michael; zamyślił się na chwilę- Coś się dzieje z Irene, tak?
David skinął jedynie głową.
Kolej Michaela.
-C, M, N, M.
Układając zagadkę, mężczyzna patrzył wciąż na młodszego z siedzących w kole kuzynów. Ten już wcześniej domyślił się, iż Michael zada mu to pytanie.
-Co masz na myśli?- wyszeptał.
Mick skinął głową.
Przyglądający im się do jakiegoś czasu Thomas nie wytrzymał.
-Głupia ta gra!- wykrzyknął- David, zdajesz głupie pytania.
-Sam jesteś głupi!- wykrzyknął chłopak; wstał z podłogi i uciekł do ogrodu.
-David!- krzyknął za nim wuj.
-Pójdę sprawdzić, co się stało- zaproponował Michael, po czym wyszedł.
Mężczyzna znalazł kuzyna w samym sercu ogrodu, gdzie znajdywała się teraz zasypana śniegiem stara huśtawka. Mimo przeciwności Davidowi udało się odgarnąć większość śniegu z siedzenia i jedyne co- usiąść na nim.
-Ja także uwielbiałem tu przychodzić, gdy miałem problem, w czasach, kiedy mieszkaliśmy tu z Castorem- zaczął, podchodząc do chłopca- Ale teraz za wiele się na niej nie pohuśtasz- zauważył.
-Trudno- odburknął mu niemiło kuzyn- Nie jestem już dzieckiem- nie muszę się huśtać- założył ręce na piersi, co miało niby pokazać, jak bardzo jest dorosły.
-Właśnie widzę- westchnął Michael; stanął obok chłopca, lecz ten nawet nie niego nie spojrzał- Rozumiem, iż przyszedłeś tu z tych samych powodów, co ja kiedyś; jaki jest twój problem, Davidzie.
Dopiero, gdy mężczyzna zwrócił się do chłopca, jak do równego sobie, David uniósł wzrok na kuzyna.
-Nie lubię Toma- odrzekł wymijająco.
-Przecież to twój brat; niesnaski się zdarzają. Spójrz na mnie i na Castora- bez przerwy się kłócimy, lecz nadal się…- mężczyzna nagle zawiesił głos; przełknął ciężko ślinę i kontynuował- …kochamy, jak to bracia- spojrzał wnikliwie na chłopca- Chodzi o coś innego, prawda?
David milczał.
-O Irene?- zgadywał Michael.
David spochmurniał jeszcze bardziej i schował głowę w ramionach.
Mick odgarnął śnieg z drugiego siedzenia, co poszło mu sprawniej niż kuzynowi, po czym usiadł i nachylił się w stronę chłopca.
-Zapewne tęsknisz za nią, hm?- próbował go ośmielić.
Przez chwilę trwała cisza; w tym czasie Michael wspominał, z jakimi on przed laty problemami przychodził w to miejsce, natomiast David próbował się wyżalić. W tym celu jednak musiał wydobyć z siebie choć jedno słowo, co na razie stanowiło dla niego największe wyzwanie. W końcu przemógł się.
-Chodzi o to- zaczął- iż jeżeli działa mi się jakaś krzywda, czułem się smutny i samotny, Irene pomagała mi, rozśmieszała mnie; razem graliśmy w różne gry, bawiliśmy się- była moją najlepszą przyjaciółką. Teraz jej najlepszym przyjacielem jest Robert, a ja zostałem sam. Tom twierdzi, że jestem mazgajem i beksą, że prawdziwy mężczyzna nigdy nie okazuje słabości, lęku, że nigdy nie płacze. Wiesz, iż Tom podobno nigdy nie uronił ani jednej łzy?- chłopczyk nagle spojrzał na kuzyna.
-Niemożliwe- to pierwsze, co przyszło Mickowi do głowy.
-Też tak sądzę- skinął głową David- Ja często płaczę, zwłaszcza ostatnimi czasy, a ty?- znów spojrzał na mężczyznę- Ty też płaczesz?
-Oczywiście- wzruszył ramionami Michael.
-Często?
-Zależy.
-Dorosłe życie podobno jest bardzo ciężkie, więc pewnie często- chłopczyk odpowiedział sobie sam.
Jego kuzyn pozostawił to bez komentarza.
-Co się tyczy Irene- Michael zaczął po krótkiej ciszy temat na powrót- Ona ma teraz swoją rodzinę; twoi rodzice byli w takiej samej sytuacji, co twoja siostra.
-To znaczy?- David nie rozumiał.
-Wzięli ślub, twoja mama urodziła Irene… teraz Irene postępuje tak samo. Taka jest kolej rzeczy- mężczyzna wytłumaczył to dość niejasno.
-To znaczy, że Irene musiała wyjść za mąż i urodzić Harry’ego?- pytał dalej chłopak.
-Nic nie musiała- zaprzeczył Michael- Chciał- to najważniejsze. Chciała stworzyć taką rodzinę, jak wasza.
-Już ma rodzinę. Po co jej druga?
Mick westchnął, ale brnął dalej.
-Irene chciała stworzyć coś nowego, dać nowe życie. To po prostu… ją uszczęśliwia.
-Uszczęśliwia? A my jej nie uszczęśliwiamy?
-Oczywiście, że tak- mężczyzna znów westchnął; po co wdawał się w tę dyskusję?- Posłuchaj. Irene poznała Roberta, zakochała się, wzięła ślub, urodziła syna. To nie brzmi fascynująco i jakoś tak… magicznie?
-Dla dziewczyn może i tak, ale dla prawdziwych facetów- chłopczyk pokręcił głową- Nie.
-Chyba ci tego jednak nie wytłumaczę- Michael poddał się i odchylił do tyłu.
-No dobrze, załóżmy, że rozumiem ten cały ślub i Harry’ego, lecz przecież mogli mieszkać z nami. Po co się wyprowadzać.
-Bo byście się nie pomieścili.
-Sprawdzałem- jest wystarczająca ilość pokoi dla nas wszystkich.
-A jeśli urodzi się kolejne dziecko.
-Do tego czasu może Tom się wyprowadzi.
-No właśnie- Mick klasnął w dłonie, ponieważ znalazł rozwiązanie- Nie będzie ci wtedy przykro.
-Nie, bo nie lubię Thomasa. On mi dokucza.
-Również będziesz tęsknił.
-Nie tak, jak za Irene.
Michael przez chwilę wpatrywał się w kuzyna z uwagą.
-,,Jak cwaniakowi wytłumaczyć, na czym to polega?”- pomyślał; nagle znalazł rozwiązanie- Chcesz mieszkać z rodzicami całe życie?- zapytał na głos.
-Oczywiście, że nie- prychnął David z pogardą.
-No właśnie- Irene najwyraźniej również tego nie chce. Ale czy to wynika z braku miłości do rodziców lub rodzeństwa? Chcesz się wyprowadzić, bo kochasz ich mnie.
-Nie!- zaprzeczył natychmiast chłopak.
-No właśnie- skinął głową Mick; nareszcie znalazł rozwiązanie- Irene kocha cię tak samo mocno, jak kiedyś; wciąż jesteście najlepszymi przyjaciółmi, nawet Robert tego nie zmieni. Ale Irene chce podzielić się swoją miłością z dzieckiem i mężem, dlatego wyprowadziła się, by stworzyć nową rodzinę.
David przez chwilę analizował w głowie wszystko to, co przed chwilą powiedział mu kuzyn.
-Czyli Irene nie kocha mnie mniej?- zapytał w końcu, bliski płaczu.
Michale pokręcił głową.
-A Tomem się nie przejmuj- dodał- W tym wieku chce się popisać przed wszystkimi. Trzeba to ignorować.
-Postaram się- obiecał chłopak.
Przez chwilę obaj znów siedzieli w milczeniu. Nagle David wstał, podszedł do kuzyna i przytulił go.
-Dziękuję- wyszeptał, a pojedyncza łza spłynęła mu z oka.
-Nie ma za co- Michael odwzajemnił uścisk; nagle poczuł ogromną sympatię do tego chłopaka.
W tym samym czasie w salonie pozostali jedynie wujek Gregory oraz Castor, rozmawiający o mężczyźnie, przebywającym w ogrodzie.
-Michael coraz częściej zachowuje się jak dziecko- narzekał Tuttiholmes- Kompletnie go nie rozumiem; nie dba o nic, myśli jedynie o sobie. Muszę pilnować go na każdym kroku, boję się, że może sprowadzić na nas obu poważne kłopoty.
Wuj pokręcił głową.
-Nie możesz tak postępować- odrzekł- To dorosły mężczyzna, musi radzić sobie sam.
-Wiem- westchnął Castor- Problem w tym, iż nie wiem, czego się po nim spodziewać- przeraża mnie to.
Gregory wzruszył ramionami, po czym podał starszemu Tuttiholmesowi szklankę wypełnioną tonikiem.
-Częstuj się- powiedział.
Castor przyjął poczęstunek z udawaną uprzejmością; nie przepadała za tym trunkiem.
-Dziękuję- zrobił łyk toniku- Wracając do tematu. Michael przygotowuje się do, mam nadzieję, wejścia w dorosłość.
-Co masz na myśli?- wuj Gregory za to z zadowoleniem raczył się trunkiem.
-Oświadczył się, będzie ojcem…
-Stąd te oświadczyny?- wtrącił się mężczyzna.
Castor milczał.
-Wydaje mi się, iż dziecko przyśpieszyło oświadczyny- stwierdził w końcu detektyw.
Wuj jedynie skinął głową.
-To istotnie bardzo nieodpowiedzialne- powiedział po kilku minutach ciszy- Myślisz, że będzie w stanie zająć się żoną i dzieckiem?
-Właśnie tego się boję- westchnął Castor- Nie chcę po narodzinach wychowywać jego dziecka.
Nagle do salonu wpadła Lucy. Zaczęła biegać wokół pokoju, aż w końcu zauważyła swego tatę i podbiegła do niego.
-Tato, tato!- szeptała- Musisz mnie ukryć.
-Kto cię ściga?- mężczyzna również zniżył ton swego głosu do szeptu.
-Thomas- bawimy się w chowanego.
-W takim razie mam dla ciebie idealną kryjówkę- za zasłoną- wuj wskazał miejsce.
-Dziękuję tatku!- powiedziała dziewczynka, może trochę zbyt frywolnie.
Castor obserwował, jak Lucy chowa się za zasłoną, a będąc małą i zgrabną, kontury jej osoby zlały się z kotarą.
-Lubię wasze liberalne wychowanie- stwierdził Castor.
-Trzeba iść z postępem- przyznał skromnie Gregory Pather.
-Właśnie, właśnie- podchwycił Tuttiholmes- Nie tylko w sprawach społecznych, lecz również w polityce.
-Masz rację- wujek natrafił na swego ulubionego konika- Nie zgadzam się z faktem, iż to właśnie królowa decyduje o wszczęciu oraz rozpoczęciu wojny. To powinna być decyzja podjęta przez parlament.
-Zgadzam się z twoją postawą, wuju- mówił podekscytowany Castor- Ponadto patrząc na aspekt religijny, nie chcę, aby osoba, która może nie być odpowiednią na monarchę, wiesz, co mam na myśli, decydowała o mojej religijności.
-Przecież ty nie jesteś anglikaninem, jeśli dobrze pamiętam- zaoponował Gregory.
-Istotnie, lecz rozmawiając z niektórymi mymi dobrymi znajomymi, odniosłem wrażenie, a w paru przypadkach nawet szczerze mi się przyznali, iż trzymanie w ryzach anglikanizmu przez królową nie odpowiada im, lekko powiedziawszy- mężczyzna mówił za szybko.
Przez chwilę pan Pather analizował w głowie powyższą wypowiedź krewniaka, aż w końcu pojął jego słowotok.
-Mimo wszystko królowa Wiktoria, można by rzec, sprowadziła swą osobę do statutu symbolicznego, wiele jej zawdzięczamy, mamy wysoką pozycję na świecie- stwierdził w końcu Gregory.
-Lecz to za jej panowania nastąpiła wielka emigracja Irlandczyków, a to za sprawą zarazy ziemniaczanej- mi mieliśmy dostatek, oni- głód.
-Życie nie jest sprawiedliwe- pokręcił głową wuj, popijając tonik.
-Ach, skończcie te wasze polityczne rozmowy- powiedziała wesoło ciotka Doris, wkraczając do salonu z parującym czajnikiem z herbatą- Za godzinę Irene i Robert odjeżdżają- może porozmawialibyście z nimi o ich sprawach?- zaproponowała, siadając.
-W takim razie zawołaj ich, moja droga- powiedział czule wuj Gregory do swej małżonki.
Kobieta zrobiła półobrót w stronę hallu.
-Robert, Irene!- krzyknęła, lecz niezbyt głośno- Proszę, przyjdźcie tu.
W tym samym momencie, w którym młode małżeństwo weszło do salonu, do pokoju wpadł David.
-Castorze! Ojcze!- mówił zdenerwowany, przestraszony- Coś się stało z Michaelem.
Tuttiholmes raptownie wstał.
-Co? Mów szybko!- wykrzyknął.
-Nie wiem- wzruszył ramionami chłopak- Chyba zasłabł; nagle zaczął ciężko oddychać i gdyby nie oparłby się o drzewo, zapewne upadłby.
Castor czym prędzej pobiegł do ogrodu, gdzie istotnie znalazł swego brata, opartego o jedno z drzew. Zmartwiony i przerażony w jednej sekundzie znalazł się przy nim.
-Co się dzieje?- wyszeptał, podnosząc twarz brata ku sobie, by lepiej widzieć jego oczy, które nigdy nie kłamały.
-Nic- wydyszał Michael, nie mogąc nabrać porządnie tchu.
-Łżesz- wysyczał Castor, zmęczony zabawami brata.
-Trochę zrobiło mi się słabo- przyznał mężczyzna.
-Widzę, ale dlaczego?- naciskał.
-Nie wiem- wzruszył ramionami z wysiłkiem.
-Doskonale wiesz- powiedział detektyw powoli, kładąc nacisk na przysłówek; zmierzył go wzrokiem- Brałeś coś, racja?
-Nigdy- mężczyzna mówił coraz ciszej.
-Nie pomogę ci- Castor odwrócił się na pięcie.
-Zaczekaj!- krzyknął Michael ostatkiem sił- Tylko morfinę na nerwy i fenylopropanolaminę na niedociśnienie.
-Ty nie masz niedociśnienia- zaprzeczył starszy.
-Niedawno doktor stwierdził, że mam- upierał się Michael przy swoim.
-Nie wierzysz w lekarzy- drążył Castor, lecz jedynie rozwścieczył brata.
-Zamknij się i pomóż mi!- krzyknął, opierając dłonie na kolanach.
Starszy stał, wpatrzony w Michaela, który również mierzył brata wściekłym, aczkolwiek zamglonym wzrokiem. Castor podszedł do niego niechętnie i pomógł młodszemu wrócić do domu. Zaprowadził go do sypialni, lecz zrazu po jego wyjściu Michael rzucił się do szafy, w której trzymał ubrania. W szaleńczym tempie zaczął wyrzucać z niej zawartość, aż w końcu natrafił na małe zawiniątko.
Przed wyjazdem mężczyzna zawinął w jedną ze swych koszul małą sakiewkę, pełną białych, niedużych tabletek. Teraz z radością rozsypał zawartość sakiewki na kolana i zażył dwie pastylki litu. Michael bardzo teraz potrzebował, a przynajmniej tak mu się wydawało, czegoś, co poprawi mu samopoczucie, a raczej wróci stan jego umysłu do tego z początku wizyty. Na wszelki wypadek popił dawkę leku morfiną, która powoli wprowadzała go w błogi stan, odczuwalny przed zapadnięciem w sen.
Jednak im dłużej tak siedział w ciszy, tym głośniejsze wydawały mu się odgłosy z parteru; śmiechy wszystkich przybyłych, głos babci Ulvesus opowiadającej stare historie, tembr głosu wujka Gregory’ego, gdy mówił, śmiech małego Harry;ego charakterystyczny dla każdego niemowlaka, wesołe piski dzieci oraz Irene bawiącej się z nimi- istna sielanka.
-,,Nie potrzebują mnie”- pomyślał Michael, na co jego oczy natychmiast wypełniły się łzami.
Mężczyzna przycisnął chłodną butelkę morfiny do czoła i pozwolił sobie na płacz. A wiedząc, iż nikt go nie usłyszy, zaniósł się naprawdę ogromnym płaczem.
Gdy się uspokoił, lit nareszcie zaczął działać, a wypiwszy jeszcze trochę morfiny, Michael zapadł w głęboki sen. Obudziło go dopiero szturchanie jego osoby za ramiona.
-Wstawaj. Mick, wstawaj- mówił głos.
Zbyt późny pisarz uświadomił sobie, że to brat wtargnął do jego oazy spokoju i wstał. Jednak po ujrzeniu Castora mężczyzna natychmiast stracił humor.
-Znowu ty- wyjęczał, próbując znów ułożyć się do snu.
Castor jedną z książek uderzył go mocno w głowę.
-Wstawaj- McKnightowie za chwilę odjeżdżają- mówił ostrym, władczym tonem- Rusz dupę i zachowuj się jak człowiek.
Michael tylko patrzył na brata spod uniesionych brwi, lecz w końcu dał za wygraną i po doprowadzeniu swego wyglądu do ładu, zszedł ze starszym na dwór. Tam zastali całą rodzinę, żegnającą się z Irene oraz jej mężem i synem.
-Jaka szkoda, że nie zostajecie na noc- żaliła się Doris córce.
-Jeszcze nie raz będziemy mieć okazję pomieszkać z wami chwilę- odpowiedziała jej na pocieszenie Irene.
Kobiety uściskały się na pożegnanie, a wtedy sponad ramion matki, dziewczyna zauważyła nadchodzących kuzynów.
-Och, jak dobrze, iż zdążymy się pożegnać- powiedziała, podchodząc do nich.
Cała trójka wymieniła uściski dłoni, a kiedy tylko Castor odszedł pożegnać się z Robertem, Irene wzięła Michaela na stronę.
-Chciałam jeszcze z tobą porozmawiać, drogi kuzynie- zaczęła- Właściwie chciałam prosić się o przysługę.
-Słucham- mężczyzna próbował być miły, lecz jego znudzony i niechętny ton głosu był tak wyraźny, że Irene natychmiast straciła całą swą pewność siebie, jaką posiadała przed chwilą.
-Słyszałam, iż twoja książka odniosła wielki sukces w stolicy- powiedziała, choć wcale nie tak chciała rozpocząć składanie prośby.
-To prawda- skinął głową Mick, wiedząc już, o co chce go poprosić kuzynka- Co ma to wspólnego z twą prośbą.
-Wiesz…- kobieta wciąż czuła się speszona- Mnie i Robertowi ostatnio się nie przelewa, to znaczy… mamy sporo wydatków, które znacznie przekraczają nasze dochody. Nie chcemy prosić rodziców o pomoc, ponieważ ani Patherowie, ani McKnihgtowie nie należą do ludzi majętnych. Pomyśleliśmy zatem…
-Tak…?- ponaglał ją kuzyn; chciał już skończyć tę rozmowę.
-Może wraz z Castorem pożyczylibyście nam kilka funtów? Wszystko oddamy- dodała natychmiast- Lecz gdybyście byli skłonni użyczyć nam pożyczki, bylibyśmy waszymi dłużnikami do końca życia, ponieważ jedynie w taki sposób będziemy w stanie okazać naszą wdzięczność- łgała.
Michael udawał, że zastanawia się nad tym.
-Nie- odrzekł w końcu.
Mina Irene zrzedła.
-Dlaczego?- zapytała głupio.
-Wiesz, ile kosztuje wydanie takiej książki? Opłacenie całego nakładu?
-Przecież są sponsorzy…
-W dodatku nie jesteście jedynymi osobami z długami.
-Ale myśleliśmy…
-To źle myśleliście- przerwał jej Michael; zamierzał odejść.
-Chociaż kilka szylingów.
-Nie; ani pensa- to było ostatnie, co powiedział to kuzynki.
Irene z ciężkim sercem pożegnała się z resztą rodziny, lecz już ani razu nie spojrzała na kuzyna. W drodze powrotnej opowiedziała o wszystkim mężowi, lecz przecież ten nie był już w stanie nic zrobić.
Nazajutrz rano Castor Tuttiholmes obudził się przed godziną siódmą. Dla niego była to naturalna pora wstawania, lecz dla jego brata równała się ona z trzecią w nocy. Mężczyzna postanowił zatem naprzykrzyć się młodszemu i zrazu po przyodzianiu się w szlafrok, wpadł do pokoju na drugim końcu korytarza.
Michael spał sobie w najlepsze, gdy nagle na jego plecy zwaliło się coś ciężkiego, co okazało się jego bratem.
-Spierdalaj zboczeńcu- wymamrotał, przekręcając głowę w drugą stronę.
-Pora wstawać- krzyknął mu do ucha Castor.
Młody pisarz usiłował zrzucić z siebie natręta, lecz ten- silniejszy i większy- nie dał łatwo za wygraną. W końcu Michaelowi udało się jedynie przekręcić na plecy.
-Czego chcesz?- wydyszał, zmęczony bezsensowną potyczką.
-Muszę nauczyć cię wstawać o normalnej porze- wzruszył ramionami starszy.
-A która godzina?- ziewnął Mick.
-Dochodzi siódma rano.
-Co?!- mężczyzna zerwał się na tyle, na ile mógł; przyglądał się przez chwilę bratu, aż w końcu zrzucił go z nienacka ze swego łóżka.
-Zwariowałeś?- zapytał lekko podniesionym głosem Castor, chwytając się za łokieć, w który uderzył przy spadaniu.
Bracia spojrzeli na siebie i w tym samym momencie obaj poczęli się śmiać, prawie jak za dawnych czasów.
-Głupiś jest- stwierdził Michael, rzucając poduszką w starszego.
-Wal się- Castor oddał mu.
Mick krzyknął swoim cienkim głosem, ponieważ brat idealnie wycelował w jego twarz. Mężczyzna zdjął z głowy poduszkę, przeczesał swe długie włosy i znów uderzył w Castora, tym razem nie wypuszczając podgłówka z rąk.
-Jak to się wyrażasz?- próbował naśladować starszego, który nie raz karcił go za słownictwo.
-Za dużo czasu spędzam z tobą- wyjaśnił detektyw, wciąż się śmiejąc.
-Brakuje ci kobiety- powiedział uszczypliwie Mick.
Mężczyzna tym razem nie mógł uderzyć młodszego, który trzymał poduszkę w garści, więc rzucił się na niego; zaczął go szczypać i delikatnie bić. Michael próbował się bronić, jednak śmiech skutecznie mu to utrudniał.
-Dość, przestań!- zaczął krzyczeć.
Mick uzyskał to, co chciał- Castor przestał się nad nim ,,znęcać”. Młody mężczyzna wykorzystał chwilę nieostrożności brata i sam zaczął go bić. Wtedy wywiązała się tradycyjna braterska bójka. To znaczy- tradycyjna, jeżeli rodzeństwo żyje ze sobą w standardowej zgodzie. Trudno coś takiego stwierdzić o tych dwóch.
Jednakże na ten moment nawiązała się między nimi maleńka nić porozumienia; śmiali się, robili coś razem, nie kłócili się. Właśnie tak Castor wyobrażał sobie współżycie z bratem- normalny dzień, pełen śmiechu i radości. Przez chwilę mężczyzna zląkł się tak dziecinnego podejścia, jednak chęć normalnego życia była dla niego ważniejsza niż zachowanie pozorów człowieka poważnego.
Wtem, wiedziona podejrzanymi głosami, do sypialni weszła ciotka Doris. Myślała, iż bracia znowu się kłócą, jednakże widok ich dobrze się ze sobą rozumiejących i śmiejących, wprawił ją w niemałe zaskoczenie.
-Co tu się dzieje?- zapytała wraz z pojawiającym się uśmiechem zadowolenia.
-Ten wariat na mnie napadł- wyjaśnił Michael, zrzucając ponownie starszego z łóżka.
-Ja jedynie próbuję nauczyć go wstawać przed dziesiątą- wzruszył ramionami Castor, śmiejąc się.
-I słusznie- Doris roześmiała się- Śniadanie już gotowe, zejdźcie proszę.
-Dobrze, tylko się przebierzemy- Castor wstał, by to uczynić.
Nagle wzrok ciotki padł na postać Michaela, który akurat ściągał koszulę od pidżamy, aby ubrać się w coś przyzwoitego; przyglądała się jego żebrom, które wydawały się, jak gdyby miały przebić jego prawie białą skórę, dziwnie wyraźnie widocznym talerzom biodrowym, ledwo unoszącej się przy każdym oddechu klatce piersiowej, zapadłemu brzuchowi, sterczącemu kręgosłupowi. Potem przeniosła wzrok w górę, ku jego twarzy- widziała kości policzkowe potęgujące wrażenie trupiej czaszki, wyblakłe oczy w oczodołach, sterczące podbródek i nos, uśmiech umarlaka. Dopiero głos chłopaka wyrwał ją z przykrego zamyślenia.
-Ups, foux pas- nie powinienem rozbierać się przy kobiecie, nawet jeżeli jest ona mą rodzoną ciocią- roześmiał się, po czym zaszył się w łazience.
Castor mijając ciotkę Doris, zauważył jej przerażoną minę.
-Coś się stało?- zapytał zlękniony; przyjrzał się bacznie kobiecie.
-Nic… nic…- pani Pather pokręciła głową i wyszła, jak gdyby będąc w transie.
Kobieta zeszła na dół i w milczeniu poczęła przygotowywać śniadanie. Przez cały czas jednak jej uwaga była skupiona głównie na siostrzeńcu oraz jego problemach. Mimo wszystko nie wiedziała o nich za wiele, zatem zwróciła uwagę na kłopoty najstarszej córki. Z zamyślenia wyrwał ją ukochany mąż, który czule się z nią przywitał.
-Coś cię trapi, najdroższa?- mężczyzna szybko zauważył, że żona zachowuje się inaczej.
-Słucham? Nie, nie…- pokręciła głową z uśmiechem- Myślałam o naszej biednej Irene; nie jestem do końca przekonana, czy w istocie dzieje się u nich w domu dobrze. Mam wrażenie, iż oboje z Robertem chcą stworzyć tylko takie pozory.
-Masz słuszność- Gregory wziął gazetę do ręki.
-Powinniśmy z nią szczerze porozmawiać- drążyła dalej Doris.
-Porozmawiamy; jedziemy przecież do nich na weekend- mówił wciąż spokojnie mężczyzna,
Ciotka wróciła do swych zajęć. Po chwili znów obróciła się w stronę męża.
-Może masz rację, zachowując taki spokój- stwierdziła, aczkolwiek niepewnie.
-Naturalnie, że mam, moja złota. Co na śniadanie?
W tym momencie do kuchni wszedł Castor.
-Dzień dobry ciociu, dzień dobry wujku- skłonił się obojgu- Jak tu pięknie pachnie.
-Proszę, usiądź- ciotka wskazała gestem krzesło.
-Dziękuję. Co tam nowego w prasie?- zagadnął Castor.
-Prócz zwyczajowych spraw politycznych, znów piszą o domniemanych świadkach, którzy widzieli albo Spring Heeled Jacka, albo Kubę Rozpruwacza.
-Od sprawy w Liverpoolu o tym pierwszym nic nie mówiono, a od listopada o drugim- mężczyzna pokręcił głową nad rodzajem ludzkim- A może wy widzieliście Jacka? W końcu jesteśmy w Liverpoolu.
Wuj Gregory roześmiał się.
-My nie, ale podobno stara Klara Wrostberry twierdzi, iż w zeszłym roku istotnie widziała przez okno taką diabelską postać- powiedziała ciotka.
-Klara Wrostberry nie mieszka przypadkiem na Salisbury Street?
-Owszem, mieszka- przytaknął Gregory.
Cała trójka na raz zaczęła się śmiać.
-Czego ludzie nie wymyślą- pokręcił głową Castor, ocierając załzawione od śmiechu oczy.
Do kuchni wkroczył Michael.
-Ciszej, na Boga- zaczął od uskarżania się- Szaleju można przy was dostać.
-Nie marudź- skarcił go starszy, lecz że dobry humor wciąż się go trzymał, zapytał- A może ty widziałeś ostatnio Spring Heeled Jacka?
-Tę poczwarę, o której od roku nie było nic słychać?- mężczyzna opadł ciężko na krzesło- Przykro mi, ale nie.
-Szkoda- myślałem, że znów miałeś jakieś halucynacje- żartował dalej Tuttiholmes.
Ale Michaelowi nie było do śmiechu.
-Ha, ha, ha- powiedział ironicznie- Doprawdy, wyborny żart- wziął gazetę od wujka i uderzył nią brata w głowę- Przez ciebie teraz boli mnie głowa, zboczeńcu.
-Spokój- ciotka podeszła do stołu z tacą pełną jedzenia- Zachowujcie się przy stole.
-Jakbym znów miał czternaście lat- skomentował Michael, patrząc przymilnie na ciocię.
Kobieta nie mogła zignorować tego spojrzenia ani czarującego uśmiechu siostrzeńca. Wbrew sobie uznała, iż jest on faktycznie bardzo intrygujący i ujmujący. Doris pokręciła lekko głową, jakby chcąc strącić te myśli z głowy; spojrzała na swego męża i nagle spostrzegła, jak bardzo się on postarzał. Pożałowała przez chwilę, że Michael jest jej siostrzeńcem. W tym momencie jakaś jej część, odpowiedzialna za moralność skarciła myśli kobiety i kazał powrócić do pozy gospodyni idealnej.
-Komu kawy?- zapytała i zaczęła zbierać ,,zamówienia”.
Gdy śniadanie dobiegało końca i nareszcie można było o czymś porozmawiać, okazało się, iż żadne z nich nie ma tematu do konwersacji. Nastała dziwna cisza, mącona jedynie przez szczęk sztućców. W końcu wuj, który z natury był gadułą, postanowił rozpocząć rozmowę. Jednak lepiej by było, gdyby jej nie zaczynał.
-To jakie macie, moi drodzy chłopcy, plany na przyszłość?- zagaił.
Castor nim odpowiedział, wgryzł się zębami w kromkę chleba, wyrwał kęs i połknął go; jakby nigdy nie jadł śniadania.
-Wciąż pracuję nad sprawą lady LeFlay, a ponadto nadal dostaję różne zlecenia, choć nie są one tak zajmujące jak morderstwo.
-Wiadomo- skinęła głową ciotka, rozbijając skorupkę jajka- A jakieś palny prywatne? Ktoś zabawił ci w głowie?- zapytała z figlarnym uśmiechem, nieprzystojącym kobiecie w jej wieku.
Mężczyzna zaczął się rumienić, speszył się. Odpowiedzi na to pytanie udzielił za niego brat.
-Podoba mu się mała Christine Jackson; wróciła parę tygodni temu do Londynu- wytłumaczył Michael.
Wujostwo spojrzało ze zdumieniem na Castora. Nie domyślali się, iż specjalnie młodszy Tuttiholmes poprowadził rozmowę na temat zauroczenia brata Christine. Mężczyzna chciał w końcu usłyszeć, co tak naprawdę starszy myśli o Jackie.
-Spotykacie się?- zapytała ciotka Doris, gdy Castor nic na ten temat nie mówił.
-Czasem. Zazwyczaj wszyscy troje- spojrzał na brata.
-Podoba ci się?- zapytał wuj, raczej w celu wydobycia od młodego mężczyzny więcej informacji na temat Christine.
-Ta-tak…- Castor wciąż czuł się speszony- Jest bardzo ładna, dziewczęca; wciąż te długie blond włosy, piękne, niebieskie oczy, które rzucają czułe spojrzenie, często się rumieni, co bardzo mi się podoba, to znaczy…- odchrząknął- bardzo może się podobać.
-Jest… powabna?- zapytał wymijająco Gregory.
Nim odpowiedział, Castor wpierw się uśmiechnął.
-Wielce powabna- wyrosłą na naprawdę piękną, młodą kobietę.
-Oświadczysz się pannie Jackson?- zapytał, raczej niepotrzebnie Gregory Pather.
Starszemu Tuttiholmesowi zrzedła mina.
-Już mnie ktoś uprzedził- powiedział z wyrzutem.
-Och!- westchnęła Doris, jak bohaterka taniego romansu- Któż to? Znamy go?
-Siedzi tu- Castor skinął głową na brata.
Michael, akurat popijający kawę, powoli odciągnął filiżankę od warg i dopiero potem raczył spojrzeć na resztę zebranych w kuchni.
-Jesteś zaręczony z Christine Jackson?- zapytała powoli Doris Pather- Dlaczego nic nie powiedziałeś przy wczorajszym obiedzie? Przecież była to najodpowiedniejsza okazja do oznajmienia tej nowiny, zważywszy na obecność babci Xenobii.
-Właśnie- dlaczego?- Castor odwrócił się w stronę brata, odbijając posłaną wcześniej piłeczkę.
-To nie jest wasza sprawa- Michael odpowiedział cichym, ostrym, lodowatym głosem.
-Jak to nie nasza?- zbulwersował się Gregory- Przecie jesteśmy twą najbliższą rodziną.
-Nie wasza sprawa- powtórzył mężczyzna, wstając od stołu.
-Mick, siadaj- rozkazał Castor.
-Nie mam zamiaru, jak również nie mam zamiaru opowiadać wam o moich planach życiowych, które w absolutnym stopniu was nie dotyczą- Michael z każdym słowem mówił szybciej.
-Może wydaje cie się tak, ponieważ decyzję o ślubie przyśpieszyła ciążą Christine?- drążył okrutnie starszy.
-Ciąża?!- ciotka wstała, chwytając się za głowę- Jak mogłeś do tego dopuścić?
-Stało się, trudno!- Michael wyrzucił ręce w górę- Nie wasza sprawa- powtórzył, wychodząc.
-Wracaj tu!- krzyknął za nim brat.
Ale Michael nie posłuchał. Wyminął osłupiałego Davida w drzwiach, który w domu nigdy nie słyszał takiej kłótni i pobiegł do sypialni. Tam z zapakowanej już walizki wyciągnął butelkę morfiny i pociągnął z niej głęboki łyk, który po chwili go uspokoił.
Tymczasem na dole Doris próbowała w salonie uspokoić Davida, a w kuchni Gregory uspokajał Castora.
-Nie martw się- mówił- Być może ta sytuacja zmusi Michael do podjęcia poważnych decyzji i wydoroślenia. Znajdź pozytywy.
-Nie mogę; za dużo mnie to kosztuje- Castor próbował się nie pobeczeć.
-Casie- Gregory pogłaskał go czule po głowie.
To zdrobnienie, pamiętane z dzieciństwa, wyzwoliło w Castorze uczucie spokoju, które pozwoliło mu trzeźwo spojrzeć na sytuację.
-Być może masz rację- stwierdził- Postaram się znaleźć pozytywne strony takiego stanu rzeczy.
-Lecz nie Michaela najbardziej ci szkoda, racja?- mężczyzna ściszył głos do szeptu, aby Doris ich nie słyszała- Chodzi o Christine. Zależy ci na niej.
Castor jedynie skinął głową. Samotna łza spłynęła mu po policzku.
Bracia w milczeniu wracali pociągiem do Londynu. Castor miał za złe bratu jego poranne zachowanie w stosunku do wujostwa, lecz z drugiej strony czuł się poniekąd winny całej zaistniałej sytuacji. Jednakże Michael najwyraźniej nic sobie z tego nie robił; siedział naprzeciw starszego, lecz wzrok zwrócony miał w stronę okna i podziwiał widoki, azaliż udawał. Trudno było odgadnąć to z jego oczu czy mimiki.
Po godzinie takiej jazdy Castor uświadomił sobie, iż dłużej tego trwającego od poranka napięcia nie wytrzyma. Jednakże gdyby była to jedna z nielicznych takich sytuacji, zapewne by ją zignorował, lecz fakt, że coraz częściej odczuwał napiętą atmosferę, kazał mu interweniować. Postanowił zacząć od luźnego zagadnienia.
-Piękną mamy dziś pogodę, nieprawdaż?- zapytał na wstępie.
Michael rozwarł szeroko oczy ze zdumienia, uniósł lewą brew i spojrzał pytająco na brata, nie zmieniając jednak pozycji, dalej będąc zwróconym ku oknie i podpierając brodę na pięści.
-Słucham?- zapytał jedynie.
-Pytałem…- zaczął starszy
-Wiem, o co pytałeś- przerwał mu ostro mężczyzna- Lecz nie pojmuję celu twego pytania.
Castor zmieszał się.
-Chciałem po prostu… porozmawiać- odpowiedział, kładąc uszy po sobie jak pies.
-O pogodzie?- prychnął Michael- Mamy bardzo wiele bardzo poważnych tematów do rozmowy, a ty wybrałeś akurat ten o pogodzie? Najbardziej błahy ze wszystkich?- pokręcił głową z niedowierzaniem.
Starszy odchrząknął, aby zyskać choć trochę czasu do namysłu. Zdecydował w końcu, iż musi być bardziej stanowczy, jeśli chce uzyskać zamierzony efekt.
-Chciałem zagaić rozmowę, lecz widzę, że najlepiej przejść z tobą od razu do rzeczy- zaczął.
Michael usiadł tak, by być całym zwróconym w stronę brata, założył ręce na piersi i spojrzał wyzywająco na starszego.
-Zatem mów- rozkazał.
Chwila ciszy. Jak zwykle Castor musiał przemyśleć swoją wypowiedź.
-Wpierw chciałem rozmówić się z tobą w sprawie dzisiejszego poranka- Michael nie odpowiadał, więc mężczyzna ciągnął dalej- Kolejny raz muszę dać ci reprymendę za twe zachowanie. Zachowujesz się jak małe dziecko.
Michael jedynie przewrócił oczami, na co jego brat westchnął.
-Ludzie, którzy po części nas wychowywali mają prawo wiedzieć o tak szerokich planach, jak zakładanie przez ciebie rodziny. Jest to etap w twoim życiu, w którym mają prawo uczestniczyć, zwłaszcza, że mogą ci pomóc.
-Och, daruj sobie- przerwał mu w końcu młodszy- Sam naciskasz, aby, wydoroślał, bym stał się samodzielny, a teraz na siłę wmawiasz mi, że potrzebuję ludzi do pomocy?
-Bo właśnie tak postąpiłby człowiek poważny i odpowiedzialny- dopuścił by do siebie ludzi, przyjął ich pomoc i dobrze ją wykorzystał, a nie chował się po kątach, uparcie twierdząc, iż jest samowystarczalny.
-Tacy właśnie są dorośli- zaoponował Mick- Samowystarczalni, nie szukający podparcia z każdej strony, bo nie umieją sobie poradzić z kolejnym życiowym etapem.
-Co ty wiesz życiu- prychnął Castor.
-Właśnie mam okazję nauczyć się o nim najważniejszego i nie chcę, alby ktokolwiek dawał mi rady jak małemu dziecku.
-Ale właśnie ty taki jesteś i potrzebujesz tej pomocy- Castor poczuł, iż ma przewagę nad młodszym- Spójrz na siebie; obibok, wydający książki, o których nikt za dziesięć lat nie będzie pamiętał. Pijak, lekoman o wahaniach nastroju, nieodpowiedzialny, żyjący z dnia na dzień, raczący się pannami z Wchitechapel, marny amant, rozbijający małżeństwa, zamieszany w morderstwo, przez społeczeństwo uważany za degenerata, nieumiejący poczekać z robieniem dzieci do ślubu pozer. Jak można traktować cię poważnie?
-Wal się- odpowiedział Michael, nie czując skruchy.
-Nie odzywaj się tak!- ryknął Castor, wstając.
Mężczyzna podszedł do brata i z całej siły spoliczkował go. Cios był tak silny, że powalił Micka na kanapę. Przez chwilę młodszy trzymał się jedynie za bolący policzek i ciężko oddychał. Po chwili spojrzał na starszego spod zasłony czarnych loków. Lecz ten siedział już wygodnie na swojej kanapie; założył nogę na nogę i spoglądał dumnie na brata. Nagle do przedziału wszedł konduktor.
-Coś się stało, panowie? Inni pasażerowie słyszeli krzyki- oznajmił niskim tonem głosu.
-Wszystko w porządku- odpowiedział mu Castor, zimnym jak lód głosem.
-Na pewno?- mężczyzna spojrzał na Michaela, który dźwigał się, by usiąść poprawnie.
-Brat jedynie się przewrócił- skłamał detektyw.
-Ach tak…- skinął głową konduktor, lecz nie dowierzał; ale nie była to jego sprawa- Proszę zatem alarmować, gdyby panowie czegoś potrzebowali- ukłonił się na pożegnanie i wyszedł.
Gdy Michael usiadł już na swoim miejscu, Castor kontynuował rozmowę.
-Jest jeszcze jedna sprawa do wyjaśnienia.
-Słucham- odparł już grzecznie młodszy.
-Wieczorem dostałem list od Irene- mówił mężczyzna spokojnie- Prosiła w nim o pożyczkę, wyjaśniła swą trudną sytuację oraz wspomniała o rozmowie z tobą i twym nieudzieleniu jej pomocy. Skomentujesz to jakoś?- ton jego głosu stawał się coraz bardziej zuchwały i pewny siebie; czuł przewagę nad bratem i jak najbardziej chciał ją wykorzystać, aby ten się ukorzył.
-Nie mogłem udzielić pożyczki, ponieważ nie mam środków, aby to uczynić- powiedział w końcu Michael, chowając wzrok.
Castor zdziwił się.
-Przecież teraz twoja nowa książka góruje na rynku, dostajesz za nią niebotyczne pieniądze? Jakim sposobem nie masz środków, by pomóc najbliższej rodzinie?
-Wydanie takiej książki również kosztuje i to sporo. W dodatku z tych pieniędzy spłaciłem połowę długów. To, co mi zostało oszczędzam na ślub i mieszkanie.
-Naturalnie, zapomniałem, że jesteś również zadłużonym idiotą- westchnął ciężko starszy Tuttiholmes- Powinieneś skorzystać z mojej propozycji- hotel mniej cię wyniesie.
-Nigdy- powiedział Mick z naciskiem- Nie zajmiesz mojego miejsca.
-Ale w taki sposób mógłbyś udzielić pomocy naszej kuzynce, a ja jedynie wyświadczyłbym ci przysługę- wzruszył ramionami detektyw.
-Zapomnij- młodszy był nieugięty.
-Dobrze, skoro tak- Castor w pewnym stopniu dał za wygraną- Jeszcze dziś wieczór wyślę te pieniądze Irene. Dołączę również list z przeprosinami za twe skąpstwo oraz niepoważne podejście do sprawy. Napiszę, jak bardzo jesteś nieodpowiedzialny i przestrzegę Irene przed kolejnymi prośbami kierowanymi do ciebie; chcę jej oszczędzić upokorzeń- mężczyzna przerwał, a po namyśle dodał- Jak mogłeś odmówić kuzynce w potrzebie, gdy ta zawżdy traktowała cię jak brata?- pokręcił głową i wstał- Nie ruszaj się stąd, bo jeszcze narobisz kłopotów- po czym wyszedł.
Po wyjściu brata Michael opadł ciężko na oparcie kanapy i odetchnął ciężko. Jego stosunki z bratem stają się coraz gorsze, lecz on nie ma zamiaru nic naprawiać.
-Wredny sukinsyn- mści się za Christine- powiedział do siebie; tak to postrzegał.
Gdy Castor wrócił do przedziału, młodszy udawał, że śpi, aby już więcej nie rozmawiać z bratem. Tak minęła im cała podróż.
Zrazu po powrocie do Londynu, Castor wezwał dorożkę i udał się do Mayfair, do pewnego jegomościa. Mijając ekskluzywne kamienice wyobrażał sobie, iż ma fortunę sięgającą ceny kilku mieszkań, mieszczących się w nich. Spoglądał na bogatych ludzi w pięknych futrach i biżuterii. Nagle zobaczył kobietę, która odgarniając włosy za uszy, ukazała swe piękne kolczyki- z daleka wyglądały jak diamenty. Mężczyzna wyobraził sobie te ślicznotki na uszach Christine; westchnął na wspomnienie urody przyjaciółki.
Nagle dorożka zatrzymała się przy Bond Street 17 przed nowobogacką kamienicą. Castor podziękował, zapłacił i wdrapał się na czwarte piętro. Drzwi mieszkania numer 82 otworzył mu lokaj. Gdy poprosił o godność, detektyw podał jedynie swe nazwisko, przeczuwając reakcję gospodarza.
Castor czekał w hallu, gdy z impetem wpadł rozwścieczony właściciel mieszkania.
-A, to pan- zdziwił się Charles LeFlay- Spodziewałem się tego sukinsyna, pańskiego brata. Przepraszam, iż tak się o nim wyrażam w pańskiej obecności, jednakże liczyłem na choć trochę godności z jego strony, że zechce się ze mną rozmówić w wiadomej sprawie.
-Nie liczyłbym na to- wzruszył ramionami Castor.
Charles LeFlay przypomniał sobie o braku kultury w stosunku do gościa.
Proszę przejść do salonu- wskazał ręką pomieszczenie- Napije się pan czegoś? Mam wspaniałe brandy.
-Z chęcią- ucieszył się detektyw.
Castor Tuttiholmes usiadł w jednym z miniaturowych foteli.
-Witam w mych skromnych progach.
Określenie ,,skromne progi” było wielce odbiegające od rzeczywistości; przepych bijący z każdej strony przytłaczał mężczyznę, jednak przez grzeczność nie zaprzeczył.
Charles LeFlay podał swemu gościowi szklaneczkę pełną brandy, po czym usiadł naprzeciw niego. Jednak mężczyźni nie przeszli od razu do sedna wizyty detektywa, lecz rozpoczęli lekką konwersację.
-Słyszałem, iż David Walles kupił niedawno nowego konia- zaczął Castor.
-W istocie; w naszym klubie pokerowym aż huczy od tej nowiny- mężczyzna zaakcentował pierwszy zaimek- Nie jest szacowany zbyt dobrze; ma co prawda ładnie ścięty zad i długi pysk, ale szerokie boki i grube nogi.
-Podobno nazwał ją, bo to klacz, Victoria- detektyw zrobił łyk napoju.
-Tak, jednakże wedle życzenia lady Walles piszę się to przez dwa ,,t”, czyli V-i-t-t-o-r-i-a- przeliterował.
-To w jej stylu- roześmiał się Castor; lady Anna była znana ze swej ekscentryczności i słabości do przesady.
-Na najbliższym wyścigu przekonamy się, czy ten koń jest coś wart- uśmiechnął się gospodarz z kpiną- Wybiera się pan?
-Zobaczę, na ile moje obowiązki mi pozwolą; chciałbym ujrzeć tą Vittorię w całej jej okazałości.
-Mimo wszystko wiele zakładów przewiduje jej wygraną- klubowcy uważają, iż młoda, pełna werwy klacz pokaże się z najlepszej strony. Co innego tyczy się jej późniejszych dokonań, a przynajmniej rokowań.
-Postąpiłbym wielce podobnie- roześmiał się Castor, popijając brandy.
Pomimo iż konwersacja trwała w najlepsze, Charles LeFlay frapował się obecnością detektywa w swym mieszkaniu. Ostrożnie przyglądał mu się bystrym spojrzeniem, co nie uszło uwadze Tuttiholmesowi.
-Tak, tak, temat nowego konia Davida Wallesa jest istotnie interesujący, lecz moja obecność tu sprowadza się jedynie do kwestii zawodowych.
-Tego się spodziewałem- gospodarz odchrząknął i usiadł wygodniej- Zatem proszę pytać- czego jeszcze chce się pan dowiedzieć o mej świętej pamięci żonie? A może ma pan już przypuszczenia związane z mordercą? Przed pójściem spać wciąż się łudzę, iż następnego dnia w gazecie przeczytam jego nazwisko, które brzmi Tuttiholmes, a nie odnosiłoby się do pańskiej osoby.
-Rozumiem, lecz aby ustalić nazwisko bez omyłki, potrzebuję pewnych informacji- mówił powoli detektyw.
-Słucham zatem.
Castor odchrząknął, poukładał swą wypowiedź w głowie i zaczął mówić:
-Proszę powiedzieć mi, kiedy zaczęły się kłopoty ze zdrowiem lady LeFlay. Chciałbym dowiedzieć się więcej o objawach.
Krótka wypowiedź, lecz dzięki przemyśleniu jej, Castor wypowiedział się niezwykle zwięźle i szybko.
-Wie pań, iż będzie się to w znacznej części dotyczyło pańskiego brata- odparł gospodarz.
-Istotnie, spodziewałem się, że temat wejdzie na osobę M…- zaczął detektyw, ale pokręcił głową ze zrezygnowaniem- mojego brata- dokończył.
Charles LeFlay milczał dłuższą chwilę. Podobnie jak detektyw, postanowił poukładać sobie w głowie wszystkie fakty; niczego nie chciał pominąć- przecież każda informacja mogła być kluczową do ustalenia tożsamości mordercy.
-Wydaje mi się…- mówił powoli- iż mogło to zacząć się jakoś pół roku temu, gdy zmarła matka lady Beatrice. Ma małżonka była wielce przywiązana do swej rodzicielki… Mocno przeżyła uroczystości pogrzebowe, lecz…- mężczyzna zamyślił się na chwilę- lecz teraz pamiętam, iż swe apogeum jej zły stan osiągnął dopiero miesiąc później. Stała się apatyczna, małomówna, przygnębiona i bez jakichkolwiek chęci do życia. Jednakże w obecności gości była zupełnie inną osobą; chodziła wśród przybyłych ze swym najpiękniejszym uśmiechem na ustach, jej śmiech niósł się przez cały pokój, a ruchy Beatrice przypominały taniec malutkiej driady- mężczyzna wyraźnie zatracił się w swych wspomnieniach; przekrzywił głowę i uśmiechnął się błogo- ruchy porcelanowej laleczki połączone ze zwiewnością jej sukienki, wydawały się najdelikatniejszym, najbardziej ekspresyjnym wrażeniem, jakiego kiedykolwiek człowiek może doświadczyć- nagle stosunek Charlesa LeFlay’a do swej opowieści zmienił się radykalnie- A ten sukinsyn, pański brat- mężczyzna skrzywił się z obrzydzenia- Odebrał nawet nie mnie, lecz Beatrice całą jej osobę- ona oddała mu się beznamiętnie, wtem on- prychnął- Kiedyś śledziłem ją, gdy udała się do teatru. Po spektaklu spotkała się z nim, naturalnie wpierw rzucając mu się na szyję. Widziałem to oraz jego minę, gdy lady powiedziała coś w rodzaju: ,,Jesteś całym moim szczęściem”- mimo iż odpowiedział jej tym samym, cała twarz tego okrutnika wyrażała obrzydzenie. Chciałem rozmówić się z nim, jak tylko opuścił budynek teatru. Szedłem za nim, aż do jednej z ciemnych uliczek, gdzie postanowiłem wyrównać rachunki, lecz tam on spotkał się z pewną młodą damą. Wydawała się porządna, aczkolwiek nie dorównywała mej Beatrice do pięt- starszy człowiek westchnął- To chyba wszystko, co powinien pan wiedzieć.
Castor wpatrywał się tępo w rozmówcę; nigdy nawet by nie przypuszczał, że Charles LeFlay mógł darzyć swą żonę takim uczuciem. Nagła cisza wyrwała go z zamyślenia.
-Tak, tak- skinął głową.
-Nie przeczę, iż jestem kontent z ostatnich plotek na temat słabego zdrowia pańskiego brata; mam nadzieję, iż są one prawdziwe i zaprowadzą go do grobu. Wiem, że jest to pański brat i może być panu przykro tego słuchać, ale prawda jest jedna- Michael Tuttiholmes to okrutnik i sukinsyn.
Detektyw uniósł szklankę brandy w geście toastu.
-Nie przeczę, iż niedawno również nabieram na to coraz większej ochoty- powiedział.
Panowie spełnili okrutny toast.
W tym czasie Michael siedział na kozetce u doktora Whittingtona, który- jako jedyny- był w stanie całkowicie zachować zasady tajemnicy lekarskiej.
Doktor podszedł do swego pacjenta z niewyraźną miną, jednak w tym momencie Mick nie odczuwał niczego innego, prócz znudzenia.
-I…?- nie miał zamiaru rozwijać pytania.
-Nie mam dobrych wieści- zaczął lekarz.
-Może trochę jaśniej, na litość boską- niecierpliwił się Michael.
-Jest pan chory na gruźlicę- wypalił lekarz, nie dbając już o takt.
Pisarz wciąż nic nie czuł.
-Aha…- skinął powoli głową- No… to wiele wyjaśnia- stwierdził prosto.
-Musi pan wyjechać w jakieś ciepłe miejsce; proponuję riwierę francuską.
-Na pewno się nad tym zastanowię- skłamał młody Tuttiholmes, co lekarz zrazu poznał.
-Zapewniam, iż to poprawi pański stan zdrowia- próbował przekonywać.
Michael jedynie uśmiechnął się sztucznie, wziął płaszcz w dłonie i zamierzał wyjść.
-Dziękuje i dowidzenia- te słowa były równie sztuczne jak jego uśmiech.
Pisarz wyszedł z malutkiej kamieniczki, mieszczącej gabinet doktora Whittingtona, i skierował swe kroki na tramwaj. Tym razem nie wziął dorożki, więc musiał posługiwać się takim rodzajem transportu. Był w tym jeden plus- mógł nareszcie podziwiać Londyn, jego elewacje, zabytki, a co najważniejsze- ludzi. Ile osób Michael poznał! Już choćby po futrze czy wyglądzie cylindra na głowie. Zdziwił się, jakim wzrokowcem się okazał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz