sobota, 25 kwietnia 2015

(Jedna mała rzecz- popełniłam wcześniej błąd- Collete tak naprawdę nazywa się Cosette, więc nie zdziwcie się, jeżeli zobaczycie inne imię:) ).
Ale mniejsza o to; Michael Tuttiholmes wysiadł przy Trafalgar Square. Tam przy fontannie siedziała jego ukochana; promienie słoneczne igrały w blond pasmach jej włosów, a postura dziewczyny skrywała taką dziewczęcą beztroskość, że nikt nie zgadłby, jaki ciężar nosi na plecach.
-Witam panią- skłonił się lekko przed narzeczoną, ujął jej dłoń i pocałował delikatnie- Uroczo dziś pani wygląda.
-Dziękuję panu- Christinie zachowywała skromność; w tej sytuacji w miejscu publicznym musieli utrzymywać pozory przyzwoitości.
Kobieta wstała i pozwoliła, aby to mężczyzna wyznaczał trasę ich spaceru.
-A zatem, co zawyrokował lekarz?- zapytała, próbując być wesołą.
-Nie jest źle- skłamał Michael, co jego narzeczona natychmiast wyczuła.
-Co powiedział?- naciskała, akcentując czasownik.
Tuttiholmes przez chwilę milczał, nie chcąc ranić ukochanej, zwłaszcza, iż później ten wyrok miał okazać się dla niej bolesnym ciosem, który mógł na zawsze przekreślić ich wspólną przyszłość.
-Gruźlica- powiedział cicho.
Christine stanęła, nie mogła uwierzyć.
-Jak to- gruźlica?- zapytała, jak gdyby nie rozumiała tego słowa.
-Po prostu- wzruszył ramionami mężczyzna.
-I mówisz to z takim spokojem?- kobieta denerwowała się coraz bardziej; nie cierpiała, gdy Michael próbował się wymigać od prawdy i odpowiedzialności.
-Będzie dobrze- mężczyzna pociągnął za sobą narzeczoną.
-Puść mnie- Christine wywinęła się z jego uścisku.
-Proszę cię- Tuttiholmes rozejrzał się wokoło- nie rób scen.
Dziewczyna nagle zdała sobie sprawę z tego, jak ta scena może wyglądać. Pozwoliła się poprowadzić dalej.
-Zatem wróćmy do rzeczy ważnych- zmienił temat Michael- Znalazłem dość interesujące i tanie mieszkanie przy Warwick Street. Jest to stara kamienica, ale jeszcze w dobrym stanie.
-Cena?
Michael wymienił cenę.
-Nie tak drogo- pokręciła głową kobieta z zastanowieniem- pewnie warunki trochę liche?
-Nie jest źle- wzruszył ramionami mężczyzna- Ale za to kąt własny.
-Racja- Christine była już całkowicie przekonana.
Po oględzinach mieszkania oboje byli dość skonsternowani, lecz wybór mieli dość mały, zatem zdecydowali się na zakup. Już jutro rano mieli zabrać się za pakownia swoich rzecz, a wieczorem tam zamieszkać.
Po powrocie do domu Michael jedynie uprzedził brata o swej jutrzejszej przeprowadzce i poszedł po raz ostatni spać do swej sypialni.
Wcześnie rano Castor został obudzony przez wszechobecny hałas w posiadłości. Po wyjściu z sypialni okazało się, iż do domu została sprowadzona ,,ekipa” od przeprowadzki, czyli wujek Christiny- John Brown- oraz jego sąsiedzi.
Na środku salonu stał Michael- ubrany, umyty i uczesany, co się nigdy nie zdarzyło o tej porze- dający rozkazy.
-Z salonu zabierzcie jedynie ten fotel- nie ten- drugi- oraz tą komodę. Z mojej sypialni wszystko, oprócz- dał nacisk na przyimek- sekretarzyka. Z jadalni…- ciągnął dalej.
W efekcie tego wszystkiego na furmance Johna Browna znalazło się wiele, tak naprawdę gratów. Ale Michael wiedział, że Christine nie ma praktycznie nic, a z domu ciotki również nie może zabrać żadnej rzeczy. Chciał jej w skromnych warunkach mieszkania zapewnić wszystko, czego kobieta jej- właśnie jej- pokroju by pragnęła. Bo dla Michaela jej szczęście było najważniejsze. A jako że nie miał on tak szerokiego pojęcia o świecie, jakiego by się spodziewał, myślał, iż te wszystkie rzeczy będą wstanie doprowadzić jego ukochaną do ekstazy.
Suma sumarum- po przyjeździe bryczki pod hotel Binkley, na furmankę zostały zapakowane jedynie walizki z toaletą i osobistymi rzeczami panny Jackson, ponieważ nic więcej, a nawet te rzeczy, nie zmieściły się na powóz. Mimo całej niezdarności tego przedsięwzięcia, Christine doceniała starania ukochanego. Z największą rozkoszą rozsiadła się obok niego na tyle, na ile to było możliwe, i poczęła rozkoszować się chwilą, która miała być jedną z nielicznych miłych chwil w ich przyszłym życiu.


Zatem Castor Tuttiholmes został sam na sam z wielkim domem oraz pustką, jaka go po wyjeździe brata ogarnęła. Naprawdę chciał się tym nie przejmować- ale nie mógł. Być może, gdyby wnętrze domu pozostało nietknięte, wrażenia byłyby inne, lecz brak niektórych z wyraźnie rzucających się w oczy mebli sprawił, iż mężczyzna poczuł się jak w muzeum.
Zwłaszcza ten samotny fotel w niegustowne kwiatki- jeszcze dziś ramo stały tam dwa, jakoby symbole więzi braterskich, które wraz z wczorajszą decyzją młodszego Tuttiholmesa zostały brutalnie przerwane.
Castor pokręcił jedynie głową ze smutkiem, próbując nie uronić łez tęsknoty, po czym udał się do swej sypialni, usiał za biurkiem i począł rozmyślać.
Pierwsza jego myśl jawiła się ekstremalną wręcz zmianą w toku rozumowania mężczyzny; pomyślał, iż pusty pokój po Michaelu może wykorzystać jako swoje biuro. Być może nawet ucieszył się z powodu takiej perspektywy; być może nawet uśmiech pojawił się na jego twarzy, lecz nawet jeśli tak było, Castor czym prędzej wrócił na tory poprzednich myśli, kierując je nieznacznie jednak na inną sferę życia, a mianowicie na sprawy zawodowe detektywa.
-,,A więc sytuacja przedstawia się następująco- Michael miał przez cały czas w posiadaniu, a przynajmniej częściowym, testament lady LeFlay. Christine złożyła na nim swój podpis, a to oznacza, iż była w Londynie o wiele wcześniej niż w dzień morderstwa lady Beatrice, a Mick doskonale o tym wiedział. Ponadto podejrzewam, iż już od tego czasu związani byli ze sobą. Zatem jeżeli jedno z nich ma coś wspólnego z morderstwem, to drugie również. Beatrice LeFlay, ja nie mam do tego wątpliwości, zażywała jakieś medykamenty, najprawdopodobniej dostarczane przez mego brata. A jeżeli w dzień swej śmierci zażyła coś, co później wywołało skutki wręcz szaleństwa, które doprowadziło ją do desperackiego kroku odebrania sobie życia? Ale bajeczka..- westchnął detektyw i pokręcił głową- lecz jeżeli jest prawdziwa? Mój brat to dziecko- lata z głową w chmurach, więc pomysły tego typu mogły mu wpaść do tego jego głupiego łba. Ale że Christine się na to zgodziła? A może i ona ma coś nie po kolei w głowie?- mężczyzna aż się wzdrygnął- Nie moja Christine…- odetchnął głęboko- Nie- muszę być obiektywistą. Wracając do sprawy… powód tych nikczemnych czynów jest jasny- pieniądze płynące z testamentu. Jakże oni są pazerni! Pozostaje jedynie sposób; czy taki, o jakim pomyślałem przed chwilą- chęć Beatrice LeFlay ucieczki od realnego świata, a może ktoś jej pomógł? Przed udaniem się na górę wyszła z Michaelem- już wtedy musiał mieć na nią potężny wpływ. Zatem wszystko jasne, ale skąd mam wziąć na to dowody? Chyba jedynym wariantem na to jest rozmowa z Christine, lecz naprawdę nie wiem, jakie skutki ona odniesie. Natychmiast napisze do niej- zdecydował, wstając od stołu.
Lecz zdążył jedynie nakreślić do kobiety krótkie zaproszenie do kawiarni na rozmowę, gdy rozległ się dźwięk kołatki. Mężczyzna pozostawił list na stoliku w hallu i poszedł otworzyć drzwi.
W progu stała przepiękna kobieta; drobna blondynka o przenikliwych niebieskich oczach, których refleksy wpadały lekko w szarość. Miała malutką, szczuplutką główkę, z której opadały blond fale niczym fale wodospadu oraz szerokie, chude usta, koloru zakwitłej dopiero co róży. Jej policzki- szczupłe i zaróżowione, jak gdyby była małą, speszoną dziewczynką, nadawały jej uroku nimfy ze starogreckich mitów. Drobna rączka o chudych paluszkach, gdy podawała ją na powitanie, wydawała się zrobiona z najbardziej kruchej porcelany- Castor aż bał się jej dotknąć, aby się nie stłukła. W pierwszej chwili mężczyzna jej nie poznał, lecz istotnie wydawała mu się znajoma. Ale te usta jak płatki róży…
-Pan mnie nie poznaje?- kobieta przerwała czar, który sama nieświadomie wytworzyła.
-Muszę przyznać, że nie- powiedział z niekłamanym żalem detektyw.
-To ja- Cosette.
I nagle cała magia, jaka jeszcze pozostała, ulotniła się wraz z tym jednym imieniem. Castor Tuttiholmes nagle poczuł wstręt, obrzydzenie do tej kobiety. Przypomniał ją sobie wśród kurzu, przykrytą starym płaszczem, leżącą na brudnym materacu; czy przed chwilą te pomarszczone ręce nie wydawały mu się niczym porcelana, a popękane usta jak kwiat róży? A te oczy- pełne biedy i choroby- czy przed chwilą nie wzbudzały w nim zachwytu nad istniejącym światem? Czy przed chwilą nie porównywał jej do nimfy ze starogreckich mitów? Przesz to potwór- ewidentny potwór.
-Czego pani chce?- zapytał zimnym, niczym lód arktyczny, głosem.
-Chciałam oddać dług- powiedziała drętwo, podając kopertę z pieniędzmi.
-Och…- Castor zmieszał się w sobie- Dzię- dziękuję- odchrząknął- Może pani wejdzie.
-Pyta pan jedynie z grzeczności- to nawet nie było pytanie.
Mężczyźnie robiło się coraz bardziej wstyd.
-Przemilczmy tą kwestię- powiedział w końcu- Jednakże chciałbym zapytać, jakim cudem pani się tak szybko zmieniła- spojrzała na jej aksamitną sukienkę.
-Poznałam dobrego człowieka- powiedziała Cosette, nie wyrażając chęci dalszego prowadzenia tej sztucznie- uprzejmej konwersacji.
-Kogo, jeśli mogę wiedzieć?- drążył mężczyzna.
Kobieta westchnęła.
-Zelda zaprowadziła mnie do doktora Jamesa Whittingtona; okazał się nie tyle dobrym lekarzem, co bardzo dobrym człowiekiem. Na początku byliśmy przyjaciółmi, lecz niedawno pan James mi się oświadczył- pokazała pierścionek- Wystarczająco satysfakcjonująca odpowiedź?
-Tak… tak- skinął głową Castor zmieszany- Może pani już iść.
-Ależ dziękuję bardzo -nie obyło się bez sarkazmu.
Tuttiholmes zatrzasnął drzwi, wciąż czując odrazę. Przez to wszystko zapomniał o liście, wciąż leżącym na stoliku. Przypomniał sobie o nim dopiero wieczorem, aczkolwiek wtedy, gdy skończył porządkować dokumenty związane z prawą pana Alberta Cage’a. Zatem Castor posłał jeszcze po kuriera, który dostarczył pannie Jackson zaproszenie.
Następnego dnia rano Londyn oraz jego mieszkańców zaskoczyła porządna zamieć śnieżna. Ulice zostały unieruchomione, urzędy nie pracowały i nikt nie wychodził z domu. Miasto opustoszało, jedynie gdzieniegdzie można było zobaczyć bezdomnych lub odważnych, mierzących się z wiatrem i śniegiem. Zatem jakiekolwiek działania na terenach Londynu okazały się niemożliwe.


Siódmego wieczoru okropnej zamieci, państwo Jackson- Tuttiholmes spędzali czas w saloniku przy rozpalonym kominku. Christine dziergała kolorowy szalik, a Michael pisał fragment swej nowej powieści. Rozmawiali o rzeczach błahych.
-Wiesz, mój drogi, ostatnio zaczęłam się zastanawiać, dlaczego właściwe nie zabrałeś ze sobą swych instrumentów?- pytała dziewczyna.
-Pianino było zbyt ciężkie do przeniesienia- mówił Mick, nie odrywając wzroku od maszynopisu.
-A wiolonczela?- młoda narzeczona nie dawała za wygraną.
Przez chwilę mężczyzna wpatrywał się w pannę Jackson, zastanawiając się nad jej pytaniem.
-Nie mam czasu- odparł w końcu.
-Akurat- prychnęła Christine- Widzę przecież, że od godziny napisałeś dopiero jeden akapit, a miast tego mógłbyś umilić nam czas muzyką, nieprawdaż?
Michael uśmiechnął się do ukochanej w sposób wielce sztuczny i sarkastyczny.
-Być może kochanie, lecz jest pewien szczegół związany z naszą niedawną przeprowadzką do tego miejsca- mówił słodko.
-Zatem słucham?- Christine próbowała brać wszystkie jego słowa żartobliwie.
Mick pochylił się w stronę narzeczonej i oświadczył na jednym tchu:
-Sprzedałem oba instrumenty, by mieć pieniądze na to cholerne mieszkanie.
Podejście Jackie do całej tej sytuacji diametralnie się zmieniło; siedziała i nie mogła wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Trwało to dopóty, dopóki nie zapytała:
-Dlaczego mi nie powiedziałeś?
-Bo nie chciałem cię martwić, moje słońce- irytujący ton głosu przybierał na sile.
-Przestań mówić z sarkazmem!- wykrzyknęła, uderzając pięścią o oparcie fotela.
Michael w porę uświadomił sobie swoje zachowanie; w sekundzie znalazł się przy narzeczonej, by ją uspokoić.
-Przepraszam cię, najdroższa, przeprasza- ujął jej dłoń.
Christine dała się ułagodzić. Niestety późnym wieczorem miała odkryć kolejną tajemnicę narzeczonego.
Młoda dama szukała w szufladach wielkiej, starej komody, zabranej z domu Tuttiholmesów, obszernej koszuli po jej babce, która mogła się przydać na przestrzeni kilku następnych miesięcy. Chciała ją jedynie zobaczyć, rozłożyć, by sprawdzić jej szerokość i wyobrazić sobie, jak będzie wyglądać. Niestety nie było jej to dane, ze względu na wcześniej wspomniane nagłe odkrycie.
Christine wyciągnęła zwiniętą w kłębek koszulę, po rozłożeniu której na podłogę wypadł słoiczek pełen ziół. Dźwięk tłuczonego szkła przywołał jego prawdopodobnego właściciela do sypialni.
-Co to jest?- zapytała Christine, próbując zachować naturalny ton głosu.
-Nie mam pojęcia- skłamał Michael.
-Co to za zapach?
  Woń unosząca się ze słoika nareszcie dotarła wyżej, co pozwoliło dziewczynie poczuć ostry, ziołowy zapach, który z czasem stawał się mdlący, wywołujący zawroty głowy.
-Co to jest?- powtórzyła, lecz ton jej głosu przybrał nutę strachu i zniecierpliwienia.
Michael milczał długo, podobnie jak brat próbując uporządkować sobie słowa w głowie. Jednak w przeciwieństwie do Castora, młodszy nie chciał ubrać swej wypowiedzi w jak najpiękniejsze słowa, lecz wytłumaczyć wszystko tak, aby wyrządzić najmniejszą szkodę narzeczonej.
-Hmmm… pamiętasz tego mężczyznę z balu, Sebastiana Kluskina? No właśnie; parę dni później spotkałem go w jednym z pubów i tak się złożyło, iż powiedziałem mu zbyt dużo niż powinienem.
-Mów jaśniej- przerwała mu Christine.
Michael odetchnął głęboko.
-Suma sumarum- opowiedział mi o swej babce Polce, która jest znachorką. Dała mu kilka słojów takich ziół, by dał sobie radę z tymi wrednymi Anglikami, jak nas nazwała. Podarował mi jeden z nich.
-W jakim celu?
Mężczyzna podrapał się po karku i spuścił wzrok, aby już teraz okazać swą skruchę.
-Najprawdopodobniej wspomniałem coś o tym, iż mógłbym na coś zachorować, ponieważ ułatwiłoby to spełnienie obowiązku, jak to ująłem. W tedy dał mi ten słoik, mówiąc, że nie do końca wie, jak działają akurat te zioła. Gdy lekarz zdiagnozował u mnie gruźlicę, to…- zawahał się- już wiedziałem.
Christine wpatrywała się w narzeczonego. Nie mogła uwierzyć w jego nieszczerość. Bez słowa wyminęła go i schowała się w łazience.
Michael był załamany- dlaczego teraz? Młody człowiek chciał wyjść na papierosa, mimo swego postanowienia, lecz nawet nie posiadał przy sobie ani jednej sztuki. Podniósł zatem z podłogi największy kawał potłuczonego słoja i rzucił nim o ścianę.
Pół godziny później Michael siedział na fotelu w salonie, wpatrując się w szalejący ogień w kominie. Nagle klucz w zamku drzwi łazienki przekręcił się i z pomieszczenia wyszła zapłakana Christine, lecz ze zdecydowaniem w oczach. Podeszła powoli do kochanka, na co ten wstał. Jak to kobieta, w najbliższych pięciu sekundach wykazała się dwiema skrajnościami- wpierw spoliczkowała narzeczonego, by zaraz potem przytulić się do niego i zapłakać ze szczęścia.
-Przynajmniej nie umrzesz- powiedziała.
-Przynajmniej- prychnął mężczyzna.
Christine zignorowała to; pociągnęła Micka na najbliższe krzesło, by samej usiąść na wygodnym fotelu.
-Teraz musimy to wykorzystać- zaczęła mówić o czymś, o czym najwyraźniej myślała przez ostatnie pół godziny- Nie wykorzystałeś tych leków, które ci dałam w tedy, w kawiarni?
Michael pokręcił głową, zastanawiając się pilnie, co znowu wymyśliła jego przyjaciółka.
-W takim razie oddasz mi je. Będziesz zażywać te zioła od Kluskina, rzadziej wychodzić z domu i sprawiał wrażenie ciężko chorego- dziewczyna zrobiła pauzę, by przygotować ukochanego na najgorsze- Upozorujemy twoją śmierć.
Tuttiholmes przez chwilę wpatrywał się w nią z niekłamanym zdziwieniem. Jak jego delikatna Jackie mogła wpaść na tak horrendalny pomysł?
-Zwariowałaś?- powiedział w końcu, pochylając się do przodu.
-Zobaczysz, jaki odniesie to skutek; masz spadek po rodzicach, prawda? Będziemy mieć więcej pieniędzy niż w zawartej umowie- dziewczyna wstała i z tajemniczą miną udała się do sypialni- Swoją drogą- zatrzymała się nagle- Proszę cię , byś nie wykorzystywał tego do jakiejś swojej powieści- taka historia nigdy by się nie sprzedała.
Michael przez chwilę siedział jak zaklęty; to rzekome zadanie zaczyna wykraczać ponad jego wyobrażenie.
Christine usiadła na łóżku i próbowała się uspokoić; to co przed chwilą powiedziała wymagało od niej nie lada odwagi. Kobieta patrzyła na swe trzęsące się ręce, odetchnęła głęboko, uszczypnęła się, ale zabolało. Ta sytuacja, choć nie lubiła tego słowa, wydawała jej się snem- już samo istnienie takich dziwnych ziół było dla niej jak z bajki (najwyraźniej Polak potrafi), ale fakt, iż mogły one spowodować takie reakcje na organizmie jej narzeczonego, aż w końcu ten autorski pomysł o głupim bawieniu się w śmierć… komu się to przydarza? Kto by przewidział coś takiego w swoim życiu? Christine Jackson na pewno nie. Ale trzeba żyć dalej.
-Zrobiło się A, trzeba zrobić B- wyszeptała do siebie.
-Mówiłaś coś?- w tym samym momencie do pokoju wszedł Michael.
Kobieta uśmiechnęła się, chcąc pocieszyć i jego, i siebie.
-Tylko do siebie- wzruszyła ramionami.
Mężczyzna poznał się na niej.
-Mnie również się to nie podoba- powiedział, po czym wyszedł.
Christine westchnęła i rzuciła przelotne spojrzenie na sypialnię. Nagle wzrok Jackie zatrzymał się na szufladzie jej toaletki, tanio kupionej niedawno. Przypomniała sobie o schowanym tam liście od Castora, o istnieniu którym Michael nie miał pojęcia. Postanowiła, że jeżeli jutro pogoda się poprawi, pójdzie na spotkanie z prawie- szwagrem.
Faktycznie; następnego dnia już od świtu ludzie zaczęli pojawiać się na dworze, a około godziny ósmej ulice zostały zalane przeróżnymi pojazdami. Christine z zadowoleniem wysłała Castorowi bilecik, w którym zgadzała się na spotkanie. Naturalnie nie powiedziała o niczym narzeczonemu, ale ten musiał wyjść wcześnie, więc po co mu mówić?
Christine Jackson poświęciła całe przedpołudnie na strojenie się. Największy problem stanowił dobór toalety. W końcu dama zdecydowała się na atłasową suknię koloru lila oraz stosownie dobrane do niej dodatki. A przynajmniej tak jej się wydawało; kobieta założyła pasujące do sukni rękawiczki, biżuterię z onyksu oraz czarne pantofelki na obcasie. Christine czuła się jak najwyższej klasy dama i prawie poprosiła nieistniejącą służbę o założenie na jej ramiona płaszcza ze sztucznego futra. Jednak obróciwszy się, Jackie spostrzegła, iż jest w pokoju sama. Zatem z niemałym żalem musiała samodzielnie się ubrać.
Panna Jackson postanowiła nałożyć na swe liczka delikatny makijaż, aczkolwiek podkreślający jej urodę oraz piękno toalety. Lekko się przypudrowała, podkreśliła kredką oczy i nałożyła delikatnie różową pomadkę na usta. O włosy zadbała ze szczególną pieczołowitością; po umyciu i wysuszeniu, nałożyła na blond fale kwiatową pomadkę, ułożyła włosy w wysoką fryzurę, a kilku pasmom pozwoliła spływać wokół jej twarzy. Na koniec spryskała się resztkami Eau do Cologne, przywiezionymi z Francji. Pachniały bergamotką, cytryną i pomarańczą; takie połączenie natychmiast wywoływało u kobiety miłe wspomnienie Bordaux.
Ostatnimi wykończeniami stroju Jackie były: perfumowana chusteczka, zawieszona na jej nadgarstku oraz modny ostatnimi czasy nieduży kapelusz w czarnym kolorze z woalką. Tak wypiękniona Christine Jackson wyszła ze swego mieszkania. Mimo iż na miejsce podróżowała dorożką, każdy oglądał się za nią przez niezasłonięte okno. Christine bardzo to schlebiało; ostatnimi czasy Michael nie interesował się nią tak, jak na początku ich związku.
Kobieta dotarła do małej kawiarenki o nazwie ,,John’s House”, w której czekał już Castor. Wiedziała, że czeka, bo on był punktualny, a ona spóźniła się całe piętnaście minut.
Christine Jackson weszła do kawiarni wraz z całą swą poświatą, szczegółowo dopracowaną rano, i zamieniła pomieszczenie w duszny, ciasny kąt. Kobieta natychmiast spostrzegła swego przyjaciela, siedzącego w głębi sali za jednym z parawanów.
-Witam, panie Tuttiholmes- przywitała się, podając zgrabną rączkę do ucałowania.
-Witam, panno Jackson- mężczyzna pochylił się, aby spełnić kulturalny obowiązek.
Para usiadła i zamówiła kawę wiedeńską oraz zieloną herbatę. Jednak do czasu, gdy nie przyniesiono trunków i kelner nie zalał herbaty, panowała cisza. Dopiero po ściągnięciu przez Christine siteczka z zaparzonymi już ziołami oraz odłożeniu go na bok, młoda kobieta spojrzała wymownie na swego towarzysza, aby ten zaczął mówić. W końcu to on ją zaprosił.
-Wielce jestem kontent, iż zgodziłaś się tu dziś zjawić- zaczął- Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie pani poranny bilecik. Czym prędzej odwołałem umówione na dziś spotkania, które zwlekały już tydzień.
-Skoro aż siedem razy musiałeś je przekładać, to ósmy raz im nie zaszkodzi, prawda?- zapytała kobieta z kokieteryjnym uśmiechem, popijając herbatę.
-W rzeczy samej- uśmiechnął się Castor.
-A zatem- Christine odłożyła filiżankę- po co mnie pan tu dziś zaprosił?
Mężczyzna odchrząknął.
-Właściwie moje pobudki są czysto zawodowe- przyjrzał się siedzącej na przecie i szybko dodał- Może nie wszystkie, lecz owszem- większość.
-W takim razie słucham- zabrzmiało to zbyt szorstko.
Castor oparł łokcie na stole i objął swą jedną dłonią drugą dłoń.
-Niedługo po przeprowadzce Michaela doszedłem do pewnych wniosków. Zanim je pani przedstawię muszę rzec, iż są one dla mnie niebywale zaskakujące i niekoniecznie zadowalające z osobistego punktu widzenia. Zebrałem wszystkie fakty uzyskane w śledztwie morderstwa Beatrice LeFlay, które pozwoliły mu stworzyć zarys wydarzeń wieczoru zabójstwa, motywów oraz sprawców.
-Co ja mam z tym wspólnego?- Christine zaczęła się bać.
-Chciałbym, abyś nic nie miała- Castor spojrzał przenikliwie na swą przyjaciółkę; ta wytrzymała jego wzrok.
-Mów prędko- kobieta machnęła ręką, na której znajdywała się chusteczka.
-Moja hipoteza przedstawia się następująco: podstawowym motywem morderstwa jest zysk płynący z tej zbrodni, a jak wiemy największą kwotę lady przekazała Michaelowi.
-Chyba pan nie mówi poważnie- przerwała mu ostro młoda dama, po czym zasłoniła się filiżanką.
-Ponadto na testamencie widnieje również pani podpis oraz jest pani spadkobiercą.
-Puderniczek, flakoników i haftowanych poduszek- aż kuszą, aby kogoś za nie zabić- powiedziała Christine z niekrytym sarkazmem.
-Nie biorę pod uwagę spadku, lecz faktu, iż aby złożyć podpis na dokumencie, musiała pani zjawić się w Londynie co najmniej półtora miesiąca wcześniej niż w dzień, gdy się spotkaliśmy- odparł z niejakim żalem, zwłaszcza to ostatnie- W dodatku pan Charles LeFlay powiedział mi, że po jednym ze spektakli udał się za mym bratem, by rozmówić się z nim, aczkolwiek nie miał takiej możliwości, ponieważ Michael spotkał się z pewną blondynką- spojrzał znów na przyjaciółkę- Z tobą, prawda?
Christine przez chwilę milczała, targały nią sprzeczne uczucia. Powiedzieć prawdę? A może nie całą? A może dalej iść w zaparte i twierdzić, że nic się o sprawie nie wie? Ale mimo wszystko wciąż żywiła przyjazne uczucia do Castora Tuttiholmesa i nie lubiła go okłamywać. Mało nie lubiła- czuła się z tym okropnie, zawsze ufała starszemu z braci, zawsze mogła na niego liczyć, a teraz spiskowała przeciwko niemu. Lecz jeśli powie mu prawdę, wiedziała, że ten nie od razu pobiegnie z tym do Scotland Yardu; będzie wybierał między nią a sprawiedliwością. Nie chciała obarczać go kolejnymi problemami. Już i tak maił ich zbyt dużo. Zatem może trzecia opcja- nie cała prawda? To chyba najbezpieczniejsze wyjście z sytuacji, a przynajmniej na ten moment.
-Faktycznie- odezwała się w końcu- Byłam tu wcześniej i już wtedy między mną a Mickiem było coś bliższego niż przyjaźń, lecz, by cię nie martwić, nie chciałam ci mówić.
-Martwić?
Kobieta skinęła lekko głową.
-Bał byś się o moją przyszłość u boku kogoś takiego jak Michael- wyjaśniła.
-I tak się boję- przyznał Castor- A teraz nawet bardziej, gdy ty…- spojrzał wymownie na jej brzuch.
-C’est la vie- wzruszyła ramionami Jackie.
-Zwłaszcza teraz moje obawy wzrosły- ciągnął dalej detektyw- Moje wnioski wyraźnie malują przede mną postać mordercy.
Christine zdziwiła się, a przynajmniej udawała zdziwioną.
-Co masz na myśli?- zapytała.
-Mam na myśli twojego narzeczonego, a mojego brata- powiedział, bez jakichkolwiek emocji.
Kobieta nie od razu pojęła.
-Zatem ty myślisz, że Michael jest…- nie potrafiła dokończyć; przełknęła ciężko ślinę, bo musiała to wypowiedzieć- …mordercą lady LeFlay?- dokończyła z bólem.
Castor powoli skinął głową.
-Niestety tak- westchnął; zrobił krótką pauzę, ponieważ teraz czekało go najtrudniejsze- Pewnie byłby to dla ciebie, moja droga Christine, potężny cios, gdybyś o wszystkim nie wiedziała- powiedział szybko.
Panna Jackson odsunęła woalkę z twarzy. Teraz mogła wyraźnie spojrzeć na mężczyznę, który jeszcze przed chwilą był jej przyjacielem. Patrzyła na niego nie ze zdziwieniem lub złością, lecz ze smutkiem i żalem. Ten wzrok wzbudził w młodym detektywie tak skrajne uczucia, jakie może wywołać tylko osoba, którą się kocha; wpierw poczuł wstręt, ponieważ dziewczyna niczego się nie wyparła, a zaraz potem odczuł niekłamaną, silną litość i chęć zabrania stąd kobiety jak najdalej, by ją ukryć. Musiał niestety ukryć przed ukochaną oba odczucia, by zapytać:
-Zatem jaki był pani wkład w to…- pokręcił głową z bezsilności; nagle stracił całą swą pewność siebie- Nie, nie mogę, Christine… . Powiedz, dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego dałaś wciągnąć się w coś tak obrzydliwego? Dlaczego pozwoliłaś, by zmieniono cię w twą całkowitą odmienność? Wszystkie cechy, które teraz posiadasz są skrajnie różne od tych, które posiadałaś dawniej. Dlaczego, mon bien-aimé?- to ostatnie powiedział całkowicie przypadkowo, lecz nie żałował.
Christine spojrzała na niego tym razem z kompletnym zdziwieniem. Domyślała się uczuć Castora, lecz w tej chwili nie miała głowy do takich wyznań. Zamknęła oczy.
-Proszę cię, przestań- wyszeptała.
-Jackie…- zaczął Castor, kładąc swą dłoń na jej dłoni.
Dziewczyna momentalnie cofnęła rękę.
-Muszę iść- powiedziała, dopijając herbatę.
-Jeszcze nie skończyliśmy- odparł ostro detektyw.
Castro nigdy w ten sposób nie odnosił się do panny Jackson, co niezmiernie ją zafrapowało, zatem postanowiła zostać jeszcze na chwilę.
-Słucham- powiedziała unosząc dumnie głowę.
-Chcę wiedzieć wszystko, ponieważ na chwilę obecną są to jedynie moje przypuszczenia- odparł.
-Jeśli chcesz rozmawiać o jakichkolwiek szczegółach, to niestety musisz skontaktować się ze swym bratem- ja niewiele wiem- skłamała Christine.
-Rozumiem…- mężczyzna udał, że jej wierzy- Michael podał lady Beatrice jakieś świństwo, prawda? Pewnie nie pierwszy raz, lecz na raucie dawka była tak silna, że wywołała u niej zachowanie, które doprowadziło do jej samobójstwa, tak?
-Nic nie wiem- kobieta założyła ręce na piersi i szła w zaparte.
-Nie przyjechałaś tu w dzień morderstwa lady lecz by podpisać testament musiałaś być w Londynie już we wrześniu. Gdyby to nie było zaplanowane, oboje z Michaelem wiedzielibyśmy o twej wcześniejszej wizycie, a nie tylko mój brat- nagle detektywa całkowicie ogarnęła złość na tę kobietę- Jesteście mordercami- wypalił.
-Jak śmiesz?- Christine poczerwieniała na twarzy.
-Powiem więcej- być może spędzasz w Londynie cały rok- Castor zaczął mówić hipotezę, która dopiero przed sekundą pojawiła się w jego głowie, azaliż bardziej z powodu gniewu niż własnego przekonania- Niedawno po Londynie ktoś rozniósł plotkę, iż Kuba Rozpruwacz jest kobietą. Mam solidne przypuszczenia do podejrzewania pani osoby, panno Jackson.
-Tego już za wiele- Christine wstała, zabrała płaszcz i sama narzuciła go sobie na ramiona- udało jej się bez niczyjej pomocy- Jeżeli sądzi pan, iż może mnie obrażać w miejscu publicznym, to ma pan o sobie za wysokie mniemanie. Nie życzę sobie podobnych przypuszczeń w kierunku moim lub mego narzeczonego, ponieważ nie ma pan żadnych uprawnień do wyciągania wniosków tego typu. Żegnam pana- powiedziała to wszystko bardzo szybko, po czym jak strzała wypadła z kawiarni.
Wtem w Castorze obudziły się wyrzuty sumienia- jak mógł podejrzewać swą najlepsza przyjaciółkę, a zarazem miłość swojego życia o tak nikczemnie czyny? Jednakże Christine nie zaprzeczyła wyraźnie, ponadto bardzo rozgniewała detektywa, zatem kara jej się należała.


-Czy życzy pan sobie, aby wypomadować panu włosy, sir?- zapytał fryzjer z przesadną uprzejmością; być może wiedza, jakiego gościa przyjmuje, działała na niego w sposób odurzający.
-Nie, dziękuję- odparł Michael.
Młody pisarz wstał, zapłacił kilka szylingów fryzjerowi- który nawiasem mówiąc prawie padł za to na kolana- po czym wyszedł. Zadowolony ze swego porządnego i świeżego wyglądu, Tuttiholmes skręcił w uliczkę, gdzie stała jego dorożka.
-Mick!- krzyknął kobiecy głos.
Michael odwrócił się i ujrzał swą narzeczoną.
-Co ty tu robisz?- zapytał, gdy ta zbliżyła się do niego.
-Spacerując spotkałam w dwukółce mą starą znajomą, Laurę Jekyll- zaproponowała wspólne kupno wstążeczek do kapeluszy. Nie udało mi się nic wybrać, a wiedząc, iż zapewne wybierzesz się do tego właśnie fryzjera, udałam się w tę stronę, licząc na spotkanie z tobą. Jak widać, moja intuicja mnie nie zawiodła- wzruszyła ramionami Christine.
Michael wpatrywał się w ukochaną z niedowierzaniem; mówiła zbyt szybko, była przesadnie rozradowana i sztucznie się uśmiechała. Takie zachowanie od razu wzbudzało podejrzenie mężczyzny- tak było i teraz.
-Stało się coś?- zapytał powoli, wpatrując się narzeczonej z ukosa.
Christine roześmiała się lekko histerycznie.
-Oczywiście, że nie- wzruszyła ponownie ramionami; dziewczyna oplotła ramiona rękami- Zimno jest, nie uważasz? Może zaprowadzisz mnie do pojazdu?
Mick stał z założonymi rękami, próbując wzrokiem odgadnąć myśli narzeczonej. Przez chwilę trwała cisza- oboje wpatrywali się w siebie z zacięciem, a dopiero po chwili Michael skinął głową.
-Istotnie, masz rację- chodź- wyciągnął do niej rękę.
Para szła pod ramię kilka kroków do powozu, a gdy stangret pomógł młodej damie wejść i ruszyli, rozmowa stanęła w martwym punkcie. Lecz zamyślony i smutny wzrok narzeczonej zmusił Michaela do wyciągnięcia z niej całej prawdy. Musiał do tego użyć podstępu.
-Wcale nie spotkałaś Laury Jekyll- zaczął- Laura wyjechała do Bath na zimę. Nawet nie poszłaś do pasmanterii, ponieważ niedawno sprawiłaś sobie kilka nowych wstążek. Twoja dzisiejsza toaleta wskazuje, iż spotkałaś się z kimś, na kim ci zależy.
Christine wpatrywała się w ukochanego ze strachem- skąd on wie? Bała się, iż wysunie zbyt daleko idące wnioski, w następstwie czego zaręczyny zostaną przerwane.
-Po co spotkałaś się z Castorem?- zapytał Michael cicho.
Nie patrzyli na siebie, każdy spoglądał przez okno, mimo iż pytanie zawisło w powietrzu. Michael wywarłby presję na narzeczoną, lecz jej stan błogosławiony zmusił go do zmiany taktyki.
-Co się dzieje?- zapytał spokojnie, odwracając się ku Christine.
-Nic, do diabła- zdenerwowała się młoda kobieta.
Mick ujął delikatną dłoń narzeczonej.
-Co ci powiedział?- wyszeptał.
Panna Jackson wreszcie odważyła się spojrzeć na ukochanego, lecz natychmiast w jej ślicznych oczach pojawiły się błyszczące łzy.
-On wszystko wie- powiedziała, powstrzymując łkanie.
-Kto? Castor?- Michael wpierw nie zrozumiał- Jak to- wie?- na jego twarzy pojawia się oznaka strachu.
-Domyśla się wszystkiego, prócz Zleceniodawcy, o którym przecież nie może wiedzieć- łzy zaczęły spływać po jej gładkich policzkach- Uważa mnie za potwora, za bezduszną krwiopijcę. Nawet nie wiesz, jak bardzo musiałam się powstrzymywać w kawiarni, by nie wybuchnąć. W sumie i tak zrobiłam wystarczające przedstawienie, by wzbudzić w nim poczucie winy, lecz znasz Casiego- nie da za wygraną, zwłaszcza w obecnej sytuacji, gdy jesteście poważnie skłóceni- Christine mówiła coraz szybciej.
-Uspokój się kochanie- Michael objął ramieniem dziewczynę.
-Być może oszczędzi mnie, dla dobra dziecka, lecz nie chcę, by wychowywało się bez ojca- szlochała.
-To się zdarza- rzadko, jednakże istnieją podobne przypadki- narzeczony próbował ją uspokoić.
-Jeśli wszystko wyjdzie na jaw- będzie stryczek- powiedziała Christine, prawie szeptem.
Michael również tego się obawiał; tulił do piersi ukochaną, zastanawiając się, czy w przyszłości również będzie mu to dane.
Para resztę drogi do mieszkania pokonała w absolutnej ciszy. Michael pomógł narzeczonej wyjść z dorożki, a stangreta odprawił z kilkoma szylingami. Mimo pomocy, Christine trudno było wejść na piętro. Zaraz po wejściu kobieta udała się do sypialni, jednak nawet nie doszła do łóżka, gdy poczuła silny ból brzucha.
-A, Mick!- krzyknęła.
Ukochany natychmiast znalazł się przy narzeczonej.
-Co się dzieje?- zapytał zlękniony.
-Boli- dziewczyna przełknęła ciężko ślinę- Okropnie boli.
-Sprowadzę Lace'a- zdecydował natychmiast mężczyzna.
Doktor Hector Lace był ginekologiem, zajmującym się ciążą panny Jackson.
Michael posłał telegram do lekarza, a ten w ciągu godziny był na miejscu. Powziął odpowiednie środki, aby powstrzymać skurcze u ciężarnej. Teraz Christinie leżała w wannie, w gorącej wodzie, a Mick opierał się o ścianę obok.
-To wszystko przez stres- mówił, krzyżując ręce i nogi- Musisz wycofać się z działania w sprawie, jeśli masz na uwadze zdrowie swoje oraz naszego dziecka.
-Zaczęliśmy zadanie razem i skończymy razem- młoda dama zaznaczyła ostatnie dwa słowa.
-Jednak okoliczności się zmieniły...
-Nie- przerwała mu narzeczona, próbując wyjść z wanny.
-Dobrze, dobrze, spokojnie- ukochany zainterweniował, pomagając Christine ułożyć się znów w wygodnej pozycji.
-Po prostu trwa to już tak długo; nie chcę zostać z tego wyłączona- powiedziała kobieta smutnym głosem.
-Rozumiem- Mick przeczesał włosy- Tylko nie chcę cię stracić; jesteś jedynym, co mam.
Christine rozrzewniła się.
-Och, kochany mój- zaczęła starannie dobierać słowa- Wiem, iż nasza powoli tworząca sie rodzina jest dla ciebie ważnym lub najwyraźniej najważniejszym priorytetem i właśnie dlatego cała sprawa, w którą oboje jesteśmy wmieszani, powinna zostać wykonana przez nas- razem.
Przez chwilę znów milczeli; Michael opierał brodę o krawędź wanny, a Christine bawiła się jego czarnymi lokami.
-Nawet nie powiedziałam ci, jak dobrze wyglądasz z ułożoną fryzurą- powiedziała nagle Jackie, a gdy ukochany uniósł głowę, posłała mu najpiękniejszy ze swych uśmiechów- Jestem kontent, że nie zaszyłeś się na dobre w czterech ścianach.
-Mój nowy wygląd też mnie zadowala- mężczyzna również uśmiechnął sie do ukochanej; odetchnął ciężko i powrócił do poprzedniego tematu- Postaraj się nie myśleć ani o Castorze, ani o sprawie; zbyt wiele tym ryzykujesz.
Christine, wciąż się uśmiechając, skinęła pogodnie głową.
-Swoją drogą- Mick spojrzał podejrzanie na narzeczoną- zauważyłem, iż ubrałaś dziś swą najlepszą toaletę- czyżby umyślnie?
-Lubię sie podobać- wzruszyła ramionami Jackie, śmiejąc się.
Młody Tuttiholmes zaraził się tym śmiechem.
-Sądziłem, że najważniejsze zdanie w kwestii twego wyglądu mam ja- udawał zdenerwowanego.
Teraz oboje się śmiali. Michael natchniony i oczarowany swą narzeczoną, nachylił sie w stronę Christine, objął jej twarz swą dłonią i pocałował. Kobieta odwzajemniła pocałunek i tak to się skończyło.


                                                                          VIII
Castor siedział w salonie i porządkował pocztę, wśród której większość stanowiły zaproszenia na zbliżające się święta Bożego Narodzenia. Jak zwykle jedno z nich przysłała ciotka Doris, lecz po ostatnich niezbyt udanych odwiedzinach, mężczyzna zdecydowanie odrzucił propozycję. Następny list był od baronowej Princefield, która urządzała wielki bal bożonarodzeniowy; Castor nie przepadał za tego typu zabawami- pełno nieznanych sobie ludzi, wszechobecna sztuczność oraz doskonale grająca swoją rolę Susanne Princefield. Nie- to nie było miejsce dla niego.
Trzy zaproszenia napisane zostały przez jego przyjaciół, również oferujących swoje towarzystwo. Castor zapewne by przyjął jedno z nich, lecz na te święta miał inne plany. Mężczyzna podszedł do aparatu telefonicznego, aby pierwszy raz z niego skorzystać, choć miał go już od dawna. Wybrał numer doktora Whittingtona i z drżeniem rąk czekał na odpowiedź.
-Słucham?- odezwał się głos po drugiej stronie.
-Halo?!- krzyknął Castor; miał nadzieję, iż mężczyzna z drugiego końca miasta go usłyszy.
-Kto mówi? Proszę nie krzyczeć.
Detektyw zdziwił się- przecie nawet pani Nicecat go nie usłyszała. Jakim cudem usłyszał go doktor?
-Ha-halo, tu det… to znaczy Castor Tuttiholmes- mówił wciąż głośno- Czy mógłbym rozmawiać z doktorem Jamesem Whittingtonem?
-Przy telefonie- mówił spokojnym głosem.
-Mam dla pana propozycję… może trochę nietypową, lecz ciekawą.
-Słucham zatem.
-Zacznę od pytania. Z kim pan spędza nachodzące święta Bożego Narodzenia?
Mężczyzna po drugiej stronie zawahał się na chwilę nim udzielił odpowiedzi.
-Z mą narzeczoną Cosette. Czy coś się stało?- to pytanie musiało mu nagle przyjść do głowy, więc spontanicznie ją zadał.
-Z nikim więcej? Nie zaprasza pan rodziny?
-Nie…
-To dobrze- odetchnął z ulgą Castor- Zatem to ja zapraszam pana na kolację bożonarodzeniową.
Cisza po drugiej stronie słuchawki.
-Panie Whittington?- detektyw przestraszył się, że coś zepsuł.
-Słucham, słucham… tak, w istocie to dość zaskakująca i nietypowa propozycja, lecz…- w tym ostatnim słowie kryło się całe zaciekawienie mężczyzny- wydaje mi się, iż Cosette nie będzie miała nic przeciwko temu. Jeszcze naturalnie wyślę do pana bilecik lub telegram z potwierdzeniem lub odmową naszego przybycia.
-Wielce mnie to cieszy- rozpromienił się Castor- Do widzenia!- krzyknął, zapominając iż doktor doskonale go słyszy.
Tuttiholmes odłożył słuchawkę, po czym nieświadomie uśmiechnął się chytrze; miał cudowne wyobrażenie świątecznego wieczoru, szatańską ideę doprowadzoną do perfekcji.
Mężczyzna, gdy tylko przestał się szczerzyć, usiadł ponownie przy stoliku, lecz nadesłane listy odsunął od siebie, zabrał czysta kartkę papieru, kałamarz i zaczął pisać zaproszenie:
-,,Moja najdroższa Christine. Wiem, iż wciąż czujesz do mnie żal za me ostatnie oskarżenia, dlatego chciałbym załagodzić to napięcie. Proponuję zatem, byś wraz ze swym narzeczonym pojawiła się w mej posiadłości dnia dwudziestego piątego grudnia, czyli w Boże Narodzenie, w południe. Życzyłbym sobie, abyśmy zakopali ten topór wojenny, który od lat towarzyszy nam w codziennych dniach. Jeśli uważasz, iż me towarzystwo ugadza w jakiś sposób w twą osobę- zrozumiem. Szanuję Cię nad wyraz, jesteś dla mnie, jak zapewne wiesz, wyjątkową osobą. Proszę o szybką odpowiedź. Jeśli informacja o tym, iż na kolacji pojawia się doktor Wallace z narzeczoną ułatwi Ci podjęcie decyzji, liczę na odpowiedź jeszcze dziś. Twój
                                                                                                                           Castor Tuttiholmes

Mężczyzna zaadresował kopertę, po czym wysłał list. Najchętniej zorganizowałby ten wieczór tylko dla siebie i Christine, lecz przeszkadzała mu w tym jego wrodzona moralność osobista oraz jej narzeczeństwo z, tak się nietrafnie składało, jego młodszym bratem.


Christine do ostatniej chwili zwlekała z odpowiedzią na list przyszłego szwagra. Jednak Michael nalegał, aby jednak się tam pojawić, ponieważ to mogłoby pomóc wyplenić z jego brata podejrzenia.
Lecz dwa dni przed umówionym spotkaniem, młody pan Tuttiholmes stwierdził przy kolacji:
-A może, by uwiarygodnić nasze plany, nie poszedłbym do Castora i został w domu?
Młoda panna Jackson wpatrywała się w narzeczonego ze zdziwieniem.
-Przecież sam nalegałeś- zaczęła.
-No wiesz…- mężczyzna odłożył sztućce i odchrząknął, nim zaczął mówić- Zacząłem dziś myśleć o prawdopodobnym przebiegu tej kolacji i… to chyba nie przejdzie.
Christine wstała ze złością, podeszła do mężczyzny i spojrzała na niego ostro.
-Żartujesz sobie?!- krzyknęła, co rzadko jej się zdarzało.
-Nie denerwuj się- Mick zaśmiał się głupio- Naturalnie, że z tobą pojadę, moje kochanie- pochylił się do przodu, w celu powrotu do konsumpcji- Mogę zjeść, czy mi zabronisz?
Christine zmieszała się.
-Oczywiście, że możesz- kobieta wróciła na swoje miejsce.
Narzeczeni w ciszy dokończyli kolację, lecz przed pójściem spać, wznowili dyskusję na wcześniejszy temat.
-Może to nie byłby zły pomysł- wyszeptała Christine, gdy oboje już leżeli w łóżku.
-Z czym?- Michael już prawie spał.
-Może wtedy upozorowalibyśmy…- nie dokończyła.
-Nie.
-Dlaczego?- kobieta podniosła się na łokciu- To byłby idealny moment, Castor niczego by nam nie odmówił. Poza tym mielibyśmy już to z głowy.
-Przedziwne; przecież był to twój pomysł- powiedział z lekka kpiąc Michael.
-Pamiętam- westchnęła kobieta, opadając na poduszki- Właściwie nie wiem, dlaczego daliśmy się w to wciągnąć.
-Ponieważ ta osoba obiecała nam pięćdziesiąt procent zysku oraz pomoc w zmianie nazwiska- wyjaśnił jej spokojnie narzeczony- To szaleństwo, wiem, ale w naszej sytuacji nie mamy zbyt dużego pola do manewru- potrzebujemy czyjejś pomocy.
-Lecz skąd ten ktoś- ten cały Zleceniodawca- się wziął?
-Musieliśmy wcześniej zachowywać mniejszą dyskrecję niż teraz. Najwyraźniej kiedyś ktoś usłyszał, o czym rozmawiamy i postanowił nam pomóc, a zarazem zyskać- mężczyzna starał się mówić pewnie.
-Nie wierzysz w to, prawda?- zapytała Christine, lecz bardzo chciała usłyszeć zaprzeczenie.
Michael spojrzał na narzeczoną; przedzierające się przez zasłonkę światło księżyca padało na jej twarz i mężczyzna mógł wyraźnie ujrzeć nadzieję, malującą się na obliczu dziewczyny.
-Oczywiście, że wierzę- ścisnął jej rękę- wszystko się uda.
A zatem dwa dni później- 25 grudnia w południe- państwo Jackson- Tuttiholmes zjawili się przed posiadłością, w której miał odbyć się uroczysty obiad. Zawahali się przez chwilę, poczym oboje równocześnie zastukali do drzwi. Prawie natychmiast zostały one otworzone przez właściciela domu, który wyjątkowo dziś promieniał.
-Ach, witam moi drodzy!- przywitał się, jednak może trochę zbyt sztucznie- Czekaliśmy na was z niecierpliwością; doktor Whittington wraz z narzeczoną chcą was ogromnie poznać. Wejdźcie, zapraszam.
Michael i Christine z pewną dozą nieufności weszli do hallu, by tam ściągnąć okrycie wierzchnie przyozdobione płatkami śniegu, który właśnie padał. Gdy Castor oddalił się na kilka metrów, Mick szepnął do narzeczonej.
-Coś mi się tu nie zgadza, Casie jest zbyt miły i pogodny.
-Mnie również napawa to swoistymi podejrzeniami, lecz musimy zachować spokój.
-Stało się coś?- zapytał troskliwie Castor.
-Ależ nic, pomagam jedynie narzeczonej w ściągnięciu płaszcza- odpowiedział szybko Michael i wziął się za wymienioną przez siebie czynność.
Christine z ochota pozwoliła ściągnąć ze swych ramion futro; kobieta spojrzała na swój brzuch.
-Za niedługo będzie widać coraz więcej- szepnęła do ukochanego.
-Mam nadzieję- mężczyzna szybko pocałował ją w policzek i uśmiechnął się.
Na razie Christine wybierała takie sukienki, które skrzętnie maskowały coraz większy brzuch, lecz zaraz po ślubie miała zamiar eksponować go jak najbardziej się da.
Narzeczeni weszli do salonu, gdzie został umieszczony prostokątny, szeroki stół, u szczytu którego siedział gospodarz, a po jego prawej stronie- pan James Whittington wraz z narzeczoną. Michael nie rozpoznał Cosette w całej tej nowobogackiej oprawie. Przywitał się z nią kulturalnie, po czym zasiadł do stołu po lewej stronie brata. Christine za to natychmiast coś uderzyło w wyglądzie nowo poznanej dziewczyny; jej twarz wydała się kobiecie za bardzo znajoma. Nagle poczuła, jak gdyby rozmazana postać z koszmarów sennych za sprawą tej panny stała się ostra i wyraźna. Christine wzdrygnęła się; nie chciała jej znać, poznawać ani się z nią zaprzyjaźniać. Jednakże przywitała się ze stoickim sposobem, po czym usiadła. Wtedy głos zabrał James Whittington.
-Chciałem zatem serdecznie przedstawić państwu moją narzeczoną Cosette- powiedział, jak zwykle spokojnie i cicho.
Wtem do Michaela dotarło, kim jest ta piękna nieznajoma. Doznał podobnych uczuć, jak jego brat, lecz w przeciwieństwie do starszego nie mógł ich uzewnętrznić.
-Bardzo mi miło- odrzekła Cosette, starając się sprawić wrażenie skrytej, cichej panny.
Imię narzeczonej doktora nic Christine nie mówiło. Kojarzyło jej się jedynie z jedną z bohaterek ,,Nędzników” Victora Hugo. Lecz ta twarz…
-Zacznijmy zatem od indyka, moi mili- odezwał się nagle Castor, przerywając rozmyślania wszystkich zgromadzonych- Emilio!- zawołał na wynajętą służącą- Proszę podać danie główne.
Emilia Greenwald wniosła na srebrnej tacy całego indyka nadziewanego warzywami, a zaraz potem wróciła po imbryki z herbatą.
-Częstujcie się- gospodarz wskazał ręką danie- A herbata została sprowadzona prosto z Asamu. Chciałem podać ją teraz, ponieważ wydaje mi się, iż pasuje idealnie do tego wybornego indyka.
James Whittington spróbował dania głównego; lekko skrzywił się, lecz starał się tego po sobie nie pokazać- indyk był suchy na zewnątrz, ale dzięki rozmokłym warzywom miękki w środku. Farsz był gorzki, skórka mdła. Sam indyk pewnie kilka dni leżał, nim ktoś się za niego raczył wziąć. Co do herbaty- wielce wątpił, by naprawdę była uprawiana w Asamie; bez smaku prawdziwej herbaty, jedynie z dziwną goryczą i słodkością cukru. Mężczyzna nie wiedział, nie znał się- może to była wina wody, ale najwyraźniej Castor Tuttiholmes został oszukany lub sam oszukał, by ukryć fakt kupna najtańszej lury na rynku.
Reszta gości miała podobne odczucia, jednak ze względu na etykę musieli przytakiwać gospodarzowi, gdy pytał, czy smakuje oraz uśmiechać się nad talerzami. Azaliż nikt nie poprosił o dokładkę- usprawiedliwiali się chęcią zostawienia miejsca na pudding.
-Skoro o puddingu mowa- zaczął Castor- zrobiła go, a właściwie podzieliła się nim ze mną, pani Nicecat.
Wszyscy przyjęli to z wielką ulgą- nareszcie się najedzą.
-Emilio, podaj specjał naszej drogiej sąsiadki- rozkazał pan domu.
Panna Greenwald wniosła misę z parującym puddingiem. Już z samego zapachu, przyjemnie drażniącego nozdrza, można było wywnioskować, iż składające się na danie trzynaście składników komponują się w wyborny specjał.
-Czy bawimy się w szukanie migdała?- zapytała nieśmiało Cosette.
-Ależ oczywiście!- wykrzyknął, może znów zbyt entuzjastycznie, z chytrym uśmiechem na ustach- Mam nadzieję, że mnie się nie trafi, ponieważ siedzę wśród samych par- wybuchnął śmiechem mężczyzna.
Wszyscy również się roześmiali, lecz jedynie z grzeczności.
-Częstujcie się- powiedział Castor, gdy udawane śmiechy ucichły.
Każdy nałożył sobie porządną porcję puddingu- jak się tego spodziewali, bardzo wybornego- i ostrożnie zajęli się konsumpcją.
-Mam!- wykrzyknęła nagle radośnie Christine- Znalazłam połowę migdała.
Teraz wszyscy patrzyli z wyczekiwaniem na Michaela, aby ten znalazł drugą połówkę nasiona. Było to lekko krępujące.
-Ojej!- wykrzyknął nagle Tuttiholmes- Znalazłem.
Wszyscy zwrócili wzrok nie na Michaela, lecz na Castora.
-To w mojej porcji znalazła się druga połowa- roześmiał się; nikomu innemu nie było do śmiechu- Może powinienem ci go oddać, co Michael? Nie chcesz?- spojrzał na brata z ukrywaną złością i zazdrością; wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby to jego pierścionek nosiła na palcu Christine.
-Nie trzeba, braciszku- Mick uśmiechnął się sztucznie, a w jego głosie wyraźnie słychać był sarkazm- Połowa migdała należy do ciebie, ale narzeczona- do mnie- powiedział uszczypliwie.
Castor przez chwilę spoglądała na młodszego, po czym roześmiał się sztucznie.
-Wyborne żarty dziś się państwa trzymają, naprawdę- odrzekł.
Rozmowa jako tako się potoczyła, lecz za każdym słowem kryła się inna interpretacja bądź ironia. Mówiono przeważnie o sprawach zawodowych i domowych, lecz gdy ten drugi temat się wyczerpał, konwersację przejęli panowie. Panie Cosette oraz Christine zatem zaczęły wypytywać o siebie nawzajem.
-Podobno przez dłuższy czas mieszkała pani we Francji- zagaiła Cosette- W Bordeaux, nieprawdaż?
-Owszem, pracuję jako guwernantka u różnych państwa, najczęściej bardzo zamożnych- wyjaśniła Christine, kładąc nacisk na to ostatnie- A pani miała kiedyś sposobność być w tych rejonach? Lub w ogóle we Francji?
-Ależ naturalnie- przytaknęła młodsza- Będąc dziewczynką często spędzałam wakacje w Prowansji. Najczęściej w Saint- Tropez, lecz czasem wraz z rodzicami wyjeżdżałam na kilka dni do Nicei. Jest tam pięknie. Byłą tam pani kiedyś?
-Zdziwi się pani, aczkolwiek ja również w okresie letnim spędzałam czas we Francji, właśnie w Nicei- uśmiechnęła się Christine.
-Być może kiedyś się spotkałyśmy, a nawet o tym nie wiemy- wzruszyła ramionami Cosette i roześmiała się.
Jackie dołączyła do niej, choć dla niej cała ta rozmowa wiała nudą.
-Pamiętam- mówiła dalej Cosette- iż podczas jednego z ostatnich wyjazdów do Nicei, spotkałam tam pewną dziewczynkę. Była raczej w moim wieku, więc dobrze się rozumiałyśmy i szybko zostałyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Najczęściej rozmawiałyśmy z ta dziewczyną o jej siostrze, której- nazwijmy ją Camila- bardzo nie lubiła. Wręcz nienawidziła.
-Co takiego robiła ta siostra?- zapytała Christine z udawaną ciekawością.
Nagle od strony mężczyzn dobiegł je śmiech.
-Naprawdę, muszę panów tam zabrać- mówił Castor- Najlepiej teraz, zaraz… Drogie panie, czy zechcecie jechać z nami do ,,Budki Suflera”? To nowo otwarty klub, podają tam świetne drinki, a goście są zawsze wyborowi. To co?- spojrzał na zebranych- Jedziemy- rozkazał.
I tak trzy dorożki jechały teraz w stronę centrum Londynu do klubu o nazwie ,,Budka Suflera”. W jednej Christine i Michael rozmawiali na temat dziwnego zachowania starszego Tuttiholmesa, w drugiej James Whittington krytykował podanego indyka, a Cosette mu przytakiwała, a w trzeciej Castor odpoczywał od roli, jaką grał od dwóch godzin, a była to rola niezmiernie męcząca.
,,Budka Suflera” przedstawiała się imponująco, głównie za sprawą panującego dokoła przepychu. Nikt się nie dziwił, dlaczego gospodarz zagustował w tym lokalu. Będąc już w środku panowie udali się do jednego z pokoju gier, a panie usiadły w małej bibliotece przy kominku.
-A zatem może dokończy pani swą opowieść?- zaproponowała Christine; nudziła ją ta panna i jej historyjka, ale lepsze to niż cisza lub, co gorsza, próba zachowywania się jak dwie stare przyjaciółeczki i wypytywanie jej o związek z młodszym Tuttiholmesem- Wielce jestem ciekaw.
-Na czym to ja skończyłam?- zapytała Cosette samą siebie- Ach, tak, siostra. Więc Camila żywiła tak ogromną niechęć do swej siostry, z powodu jej zachowania; wywyższała się, ignorowała, a zauważała jedynie wtedy, gdy czegoś potrzebowała. Ponadto miały wspólnych dwóch przyjaciół. Jeden wielce się Camili podobał, lecz jej siostra, naturalnie wiedząc o zauroczeniu młodszej, zakręciła sobie tego chłopca wokół palca. Camila jakoś to przebolała, ponieważ został jeszcze drugi przyjaciel. Tym razem nie powiedziała o niczym siostrze, lecz ta przeczytała notatki z jej pamiętnika, o czym Camila również się dowiedziała.
-I jak to się skończyło?
Cosette wzruszyła ramionami.
-Camila pewnego dnia widziała, jak jej siostra całuje się z tym drugim przyjacielem w ogrodzie. To był dla niej cios- obie sympatie zostały pożarte przez Chimerę- tak ją potajemnie nazywała.
-To… straszne- nagle Christine zdała sobie sprawę, że wciągnęła ją ta opowieść; jak gdyby znała ją i jej zakończenie; pewne obrazy zaczęły przewijać się w jej głowie; z trudem zapytała- Jak to się skończyło?
-Tragicznie- mówiła Cosette, prawie ze łzami w oczach- Camila zachorowała bardzo ciężko. Z powodu złego stanu zdrowia przewieziono ją jedynie do Saint- Tropez. Tam Camila umarła. Była bardzo młoda- kobieta wciągnęła głęboko powietrze- Domyślam się, iż jej siostrę to niewiele obeszło.
-Nie- pokręciła głową Christine- Na pewno rozpaczała, pewnie nawet po dziś dzień.
-Spójrz mi w oczy- rozkazała nagle Cosette.
Christine posłuchała; ten błękit tęczówek- taki kolor miało jedynie Morze Śródziemne na Lazurowym Wybrzeżu. A oczy tej barwy mogły należeć tylko do jednej osoby. Do…
-Nie byłabym tego taka pewna- przerwała jej rozmyślania Cosette; wstała i ruszyła w głąb biblioteki, oświetlanego jedynie światłem dobiegającym z kominka; były same- Pewnie teraz wciąż łamie serca innym, wykorzystując drugich. Bawi się w panią życia i śmierci- nagle odwróciła się w stronę rozmówczyni- Nieprawdaż?
Christine nie odpowiedziała, lecz również wstała i podeszła do młodej kobiety.
-Znamy się, prawda?- zapytała, po czym wyszeptała- Proszę, powiedz, że nie.
Cosette uśmiechnęła się chytrze.
-Oczywiście, że się znamy…- zrobiła pauzę; wspięła się na palcach, przytuliła się do Jackie i szepnęła jej do ucha-… siostrzyczko.
Christine natychmiast odepchnęła dziewczynę od siebie, ta uderzyła plecami o jeden regał z książkami; kilka spadło. Starsza z kobiet zaczęła się cofać.
-Niemożliwe…- wyszeptała, przyciskając dłoń do ust.
-Niemożliwe jest to, że ci dwaj kretyni wciąż cię kochają- powiedziała dość głośno Cosette, idąc w kierunku siostry.
-Ale jak…? Przecież ty nie żyjesz- Christine nie mogła opanować biegnących po jej głowie myśli.
-Czary- mary, jednak żyję i mam się świetnie- Cosette rozłożyła ręce, by zaraz potem je opuścić- Nie wiesz, że są na to różne sposoby? A twój narzeczony niby jak choruje? Może naprawdę?
-Skąd wiesz?- przeraziła się Jackie.
-Och, to pani mnie nie poznaje?- zmieniał barwę głosu.
-Co?- Christine natrafiła plecami na ścianę; czuła się jak w potrzasku.
-A gdybym miała rude włosy, zarost i piegi? Albo długie, pożółkłe paznokcie i polski akcent?- Cosette spojrzała znacząco na siostrę.
-Nie… nie…- kobiecie zaczęło się kręcić w głowie.
-Naprawdę mnie pani nie poznaje?- Cosette podeszła do starszej panny i podała rękę do uścisku- Moje nazwisko Sebastian Kluskin, miło mi.
-Nie!- wykrzyknęła Jackie.
Kobieta odepchnęła od siebie siostrę i uciekła z pomieszczenia. Wypadłszy na korytarz nareszcie mogła odetchnąć świeżym powietrzem.
Cosette, bądź też Camii, roześmiała się okrutnie po ucieczce siostry.
-Co za temperament, chyba po mamusi- powiedziała do siebie.
Kobieta podeszła do stolika, na którym stało whisky oraz dwie szklanki i nalała trunku do jednej z nich. Zrobiła łyk, który natychmiast wypełnił jej ciało przyjemnym ciepłem.
-Jakże sprytnie Cose- mówiła wciąż do siebie- Słodka Christine dostanie po nosie.
W tym samym czasie panna Jackson starała się spokojnie odnaleźć pokój gier, w którym przebywał aktualnie jej narzeczony. Po kwadransie znalazła go, grającego w pokera z bratem i lekarzem.
-Och, któż to do nas zawitał!- wykrzyknął Castor, zobaczywszy ją- Najjaśniejsza z wszystkich Angielskich gwiazd, nasza Christine.
-Dziękuję za twe słowa Castorze, lecz obawiam się, iż właśnie przygasam- żartem próbowała ukryć zdenerwowanie.
-Coś się dzieje?- zaniepokoił się natychmiast Michael.
-Nie, jedynie jestem zmęczona i brak mi sił- skłamała kobieta- Czy moglibyśmy już wracać do domu?
-Ale…- mężczyzna spojrzał na niedokończoną partię pokera.
-Lecz jakże to tak? Odmówisz kobiecie w stanie błogosławionym?- zainterweniował Castor.
-Oczywiście, że nie- pokręcił głową Michael- Jeśli sobie tego życzysz- jedźmy.
-Dziękuję za wspaniały dzień- zwróciła się Christine do Castora- oraz towarzystwo- tu do Whittingtona.
-A gdzież to podziewa się moja narzeczona?- zapytał lekarz, lecz kobieta mu nie odpowiedziała.


                                                                         IX
Christine milczała całą drogę do domu. Mimo to jej narzeczony wyczuł, że to nie z powodu zmęczenia kobieta zażądała powrotu. Jednak znał ją na tyle dobrze, by domyśleć się, iż na ten czas, póki nie znajda się tete- a- tete, nic mu nie powie. Więc czekał potulnie, lecz zrazu po przekroczeniu progu mieszkania, zaatakował swą ukochaną pytaniem:
-Dlaczego kazałaś nam wracać? Co takiego się wydarzyło?- ton jego głosu był bardzo ostry.
Christine, które do tego czasu stała plecami do Michaela, odwróciła się. Na widok jej zapłakanych oczu oraz przerażonej miny, mężczyzna złagodniał; podszedł do ukochanej i przytulił ją.
-Co się dzieje?- wyszeptał.
-Ta cała Cosette… to Camii- wyrzekła z trudem Jackie przez łzy.
-Co?- Michael zmarszczył brwi; nic nie pojmował- Jaka Camii?
-Moja Camii!- wybuchła dziewczyna- Moja siostra, uważana od tylu lat za zmarłą! A żeby wszystko jeszcze bardziej skomplikować- żaden Sebastian Kluskin nie istnieje, ta kobieta podszyła się pod niego i to ona dała ci te zioła. Trzeba je wyrzucić, mogą naprawdę wywoływać chorobę- Christine natychmiast pobiegła do sypialni, odszukała słoik i wrzuciła do niego podpaloną zapałkę.
-Co ty wyprawiasz?!- naskoczył na nią Michael; mężczyzna wyrwał słoik z dłoni narzeczonej i próbował zagasić ogień, lecz zawartości nie dało się już uratować- Mogły nam się jeszcze przydać, zrujnowałaś nasz plan!
-Czy ty nic nie rozumiesz?!- Jackie spojrzała na niego z przerażeniem w oczach- Ona chce nas zniszczyć! Mści się za jakieś swoje chore wyobrażenia z dzieciństwa!
-Jesteś pewna, że to Camii?- Michael próbował uwierzyć kobiecie.
-Sama mi to powiedziała- przytaknęła młoda ciężarna- W dodatku opowiedziała mi pewną historię.
Kobieta streściła opowieść siostry, jak najszybciej mogła.
-To niesamowite- skwitował Mick- Coś bardziej absurdalnego niż nasz pomysł.
-To prawda- skinęła głową Christine- W dodatku wydaje mi się, że…
-No?- zachęcił ją ukochany- Jest coś jeszcze?
-Tak- wydaje mi się, że to właśnie Camii czy tam Cosette, jak ją zwał, jest naszym Zleceniodawcą, bo któżby inny?- wzruszyła ramionami zrozpaczona- Weszliśmy w paszczę lwa jak głupcy, jak ślepcy, jak…
-Uspokój się, moja droga, błagam- Michael zaprowadził narzeczoną na jedyny fotel w tym mieszkaniu- Fakt, nic już z tym nie możemy zrobi, lecz możemy zapobiec dalszemu rozwojowi.
-Niby jak?- łkała Christine.
-Musimy rozprawić się z Cosette, to znaczy Camii.
-Ale jak?- zapłakała rzewnie kobieta.
Narzeczony przytulił ją.
-Za tydzień koniec roku- zabawy, rauty, bale…
-I…?
-Zaprosimy Castora, Whittingtona i Cosette…
-Camii.
-…i Camii na wieczór tutaj i rozprawimy się z nią.
-Jak się z nią rozprawimy?- Christine powoli uniosła głowę i spojrzała na narzeczonego ze strachem w oczach- Co masz na myśli?
-To co robiliśmy do tej pory z Beatrice, Nathairą…
-O nie- kobieta wstała- Nie popełnię kolejnego morderstwa.
-Nie, nie, oczywiście, ja się tym zajmę- Michael również wstał.
-Nie o to chodzi!- uniosła się Jackie- Chcę z tym skończyć! Ciotka miała być druga i ostatnia, mieliśmy doczekać farsy z twoją śmiercią, wypłacić pieniądze, zmienić nazwiska i uciec, a nie pchać się w kolejną zbrodnię.
-Dobrze, dobrze- Michael doskoczył do ukochanej i objął ją- Błagam, tylko nie krzycz. Ktoś może usłyszeć.
-No tak…- odetchnęła głęboko Christine; poczęła wachlować się leżącą na stole gazetą- Przepraszam.
-Niestety napotkaliśmy przeszkodę na swojej drodze, której musimy się pozbyć- wyjaśnił jej Michael- A Camii jest ostatnią osobą, która wie o całej sprawie.
-Lecz jeżeli to ona jest Zleceniodawcą, kto nam pomoże ze zmianą nazwiska?
-Jest wiele osób w Londynie, znających się na takich rzeczach.
-Racja, racja…- Christine jak w transie udała się do sypialni- Pójdę się położyć.
Lecz nie spała prawie całą noc. Kobiecie udało się zasnąć dopiero nad ranem. Lecz nawet wtedy nie dany był jej spokój. Śniła o Camii. Nie tej, odkrytej na nowo wczoraj, ale o swej małej siostrzyczce. Czyżby naprawdę była dla niej taka okrutna? Przecież Christine chciała tylko jak najszybciej wyplenić z niej dziecko, by stały się sobie równe. Trzy lata to mimo wszystko spora różnica wieku. Jednak nie można obarczać wina Christine, iż ona również zakochała się w Michaelu, a zaraz potem równocześnie w Castorze. A to, że pamiętnik siostry trafił w jej ręce, było absolutnym wypadkiem. Kobieta nie przypominała sobie żadnego wykorzystywania swej siostry, aczkolwiek to zawsze najmłodszemu przypada rola ,,chłopca na posyłki‘’. Nie- to Camii jest egoistką.
Nagle Christine przebudził czyjś głos.
-Wstawaj, śpiochu- mówił.
Do sypialni wdarło się ostre światło, ponieważ nieznajomy odsunął zasłony.
-Nie trać dnia na spanie.
-Kto ty…- zaczęła kobieta, lecz otworzyła oczy i ujrzała nieznajomego.
U stóp łóżka stała Camii. Christine natychmiast podniosła się i podkurczyła nogi, by być jak najdalej od intruza.
-Kto cię, do jasnej cholery, wpuścił?- próbowała krzyczeć, lecz ze strachu jej głos jedynie podwyższył się o dobre kilka tonów.
-Panno Jackson- nagle do sypialni wkroczył James Whittington- Przepraszam, ze panią niepokoimy, lecz mam wizytę kontrolną pana Tuttiholmesa. Wpuścił nas, lecz kazał na siebie czekać, wyszedł gdzieś. Wystraszyliśmy panią?- spojrzał na nią zmartwiony.
-Trochę…- Christine przetarła oczy i zdała sobie sprawę, iż to nie sen.
-Przepraszam, mogłam delikatniej panią obudzić- nagle Camii przybrała swą maskę- Pomyślałam, iż odsłonię zasłony- dzień jest taki piękny! A ja lubię dzielić się pięknymi rzeczami.
-Cudowna jest, prawda?- Whittington spojrzał czule na narzeczoną.
-Taaak- skinęła powoli głową gospodyni- Przepraszam, lecz chciałabym coś przyodziać, więc może…- wskazała drzwi.
-Ależ naturalnie- wnet pojął lekarz i wycofał się, ciągnąc za sobą ukochaną i zamykając drzwi.
-To nie może być prawda- wyszeptała do siebie Christine po ich wyjściu, po czym wstała i ubrała się w wygodną, bawełnianą sukienkę.
Stosownie przyodziana gospodyni wyszła z sypialni i zaszczyciła gości swą obecnością.
-Może kawy, herbaty?- zapytała jeszcze sennym głosem, przygotowując sobie w międzyczasie śniadanie.
Goście odmówili.
-Nie mamy pokojówki, musze wszystko sama robić- próbowała się usprawiedliwić, aczkolwiek niezbyt przekonującym tonem.
-To nic, to nic- odparł natychmiast pan James; po chwili ciszy zapytał- Czy mógłbym skorzystać z ustępu?
-Korytarzem na lewo- odpowiedziała Christine spod uniesionych brwi; kto jeszcze mówi ,,ustęp”?
Gdy panie zostały same, gospodyni próbowała zając się posiłkiem, lecz siostra nie dała jej spokoju. Zaczęła się przechadzać po pokoju i zaglądać w każdy kąt. Po oględzinach usiadła z powrotem na swym miejscu i skwitowała:
-Niezbyt pochlebną opinię budzi już sama kuchnia; reszty chlewu chyba nie chcę zwiedzać.
-Uważaj, co mówisz- nachyliła się w jej stronę Christine ze złością- Pamiętaj, że ty mieszkałaś w ruderze na Wchitechapel
-Kto mieszkał, to mieszkał- wzruszyła ramionami młodsza z kobiet- Cosette może i tak, ale Sebastian Kluskin pławił się w luksusach i to za państwowe pieniądze.
-Co?- nie zrozumiała Jackie.
-Widzisz, jaka jestem zdolna?- uśmiechnęła się Camii- Wszystko potrafię załatwić, jeśli oczywiście zapłaci się odpowiednią sumę. Te wasze nowe tożsamości również mogę machnąć, ale musicie dać minimum pięćdziesiąt procent, taka była umowa.
-Jesteś bezczelna- pokręciła głową Christine- Ktoś wychował cię na potwora.
-Sama się wychowałam- Camii wstała od stołu i obeszła go; stanęła za siostrą- Żadne bogactwa nie były mi potrzebne, tak jak tobie.
-Nigdy nie twierdziłam, iż jest mi to niezbędne.
-Tak?- zadrwiła młoda dziewczyna- A kto zabił ciotkę dla pieniędzy.
-Dosyć!- Christine uderzyła ręką o blat stołu i wstała.
Wtedy do kuchni powrócił James Whittington.
-Coś się stało?- zapytał.
-Nie, jedynie pannie Jackson rozprzestrzeniają się karaluchy po kuchni, nic wielkiego- odpowiedziała szybko Camii.
-Och- zniesmaczył się doktor.
C.D.N...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz