Scarlett wszedł do prywatnego pokoju króla- pogrążonego w ciemności, mąconej jedynie słabym światłem słońca, próbującego przebić się przez ciężkie, burzowe chmury. Mężczyzna chciał zaświecić światło, lecz musiało nastąpić kolejne zwarcie, ponieważ po naciśnięciu pstryczka nie nastała wyczekiwana jasność.
Młody Tom podszedł do stolika, na którym leżało mnóstwo nieaktualnych już gazet i między brukowce schował kopertę, do której uprzednio włożył kartki z nieskładnie zapisanymi notatkami. Jednak miast wyjść, książę rozejrzał się jeszcze po komnacie. Szukał dokumentów, które pozwoliłyby mu pogrążyć panowanie ojca; wskazówek, ukazujących staczającą się mentalność króla, niezdolną do podejmowania tak trafnych decyzji jak za czasów jego glorii. Teraz Scarlett chciał rozpocząć swoją własną złotą erę, najlepiej od znieważenia poprzednika, zwłaszcza że idealna sposobność została wyznaczona przez samego Izyrosa.
Jednak o ile drzwi komnaty pozostały otwarte, tak szuflady, szafy i komody zostały przez władcę zamknięte, a młody następca tronu nie posiadał takiej mocy, by otworzyć wymienione wyżej meble, choć wydawało mu się, iż zrobi to bez problemu. Jednak król wziął taką ewentualność pod uwagę i wykorzystał umiejętność strzeżenia czegoś przed złymi duszami, które mocą był w stanie ujrzeć, a że synowi wprost powiedział, iż jego dusza z dnia na dzień staje się mroczniejsza… Scarlett był zawiedziony brakiem zaufania ze strony ojca.
Młody mężczyzna po raz ostatni przeszedł po dość niewielkiej komnacie, jak na pałacowe standardy. W pewnym momencie zauważył kontrast z jasnymi kolorami pomieszczenia- leżącą na kanapie, zgniecioną niezapominajkę. Scarlett szybkim krokiem podszedł do sofy i podniósł kwiat, który od razu rozpoznał, zwłaszcza po bezbarwnej gumce, która przytrzymywała ozdobę na ręce Dominy Pater, właśnie odjeżdżającej sprzed pałacu.
Twarz księcia stężała z szoku. Nie było innego wytłumaczenia znajdywania się niezapominajki w tym miejscu i w takim stanie. Mężczyzna aż usiadł z wrażenia, jakie wywołało nagłe odkrycie prawdy, składającej się w jedną całość z wszystkimi przypuszczeniami i poglądami. Scarlett zdał sobie sprawę, że nie zazna spokoju, jeśli czym prędzej nie rozmówi się z ojcem. Pozostał zatem na kanapie, choć było to dla niego rzeczą trudną; jedynie zmienił pozycję, siadając na środku i rozkładając ręce, jak gdyby w geście gotowości do konfrontacji z wrogiem, którym stał się przed chwilą Izyros.
Król niczego nieświadom wracał zadowolony do swej komnaty, spodziewając się wytchnienia i laby, rozkoszowania się minionymi chwilami. Lecz, jak to rodzic krnąbrnych pociech, miał szybko zapomnieć o wizji idyllicznego popołudnia. Wszedł do ciemnego pokoju i podobnie jak syn zawiódł się na . Izyros odwrócił się, mamrocząc pod nosem i ujrzawszy rozpostartą na kanapie postać, podskoczył z przerażenia, wydając głuchy krzyk.
-Ach, to ty- odetchnął, przyjrzawszy się mrocznej osobie- Wystraszyłeś mnie.
-Naprawdę?- zapytał Scarlett, uśmiechając się sztucznie i mrugając dwa razy- Nie zamierzałem, przepraszam- odetchnął głęboko z mniejszą pewnością siebie- Ty zapewne również nie zamierzałeś łamać powinności męża, prawda?- zapytał, patrząc wprost w ojcowskie oczy, pełne zumienia i niezrozumienia.
-Co masz na myśli? Dlaczego znów coś insynuujesz?- król miał dość swego najmłodszego syna; mógł postąpić tak jak jego przodkowie i pozbyć się go w wieku niemowlęcym.
-Nic nie insynuuję, jedynie stwierdzam fakty- Scarlett spokojnie wzruszył ramionami, choć w środku drżał z nerwów, zarówno skierowanych w stronę władcy, jak i spowodowanych niepewnością- Złamałeś przyrzeczenie wierności.
-Jak śmiesz oskarżać mnie o niewierność, nie mając nawet dowodów- prychnął Izyros, głowiąc się, dlaczego Scarlett celuje, by ugodzić króla w prywatności niźli polityki; to nie pasowało do chłopaka.
-Chcesz dowodów? Możesz się śmiać, lecz uznaję za nie to- pokazał niebieski kwiat ojcu- Wiem doskonale właścicielkę tej oto niezapominajki oraz na własne oczy widziałem zachowanie dziewczyny po powrocie z twej komnaty, z którego pozwoliłem wyciągnąć stosowne wnioski, znajdujące potwierdzenie w tym kwiacie, a właściwie w miejscu jego położenia oraz aktualnego stanu.
Władca zbladł; chciał znaleźć kontrargument, lecz równocześnie zdawał sobie sprawę ze swego fatalnego położenia. Wiedział, iż łatwo nie zwiedzie Scarletta, a nie miał sił na grę w fałszywość.
-Zdajesz sobie oczywiście sprawę z wartości posiadanej przez ciebie informacji?- zapytał król, przysuwając sobie fotel tak, by siedzieć na wprost syna.
-Jak najbardziej- Scarlett wydawał się być spokojnym jak stoik, lecz powyższa wypowiedź ojca nasiliła w nim tłumiony gniew zarówno na Izyrosa oraz Dominę, jak na swoją głupotę i chwilowy afekt, przyćmiewający jego zdolności logicznego myślenia.
-Powiem wprost rzecz absolutnie wiadomą- nie życzę sobie, aby królowa znała prawdę o czymś, co nie ma dla mnie większego znaczenia- odrzekł władca swym autorytarnym tonem.
-To zależy od tego, czy spełnisz moje żądania- książę czuł, że pomimo wyrzutów wobec samego siebie, narasta w nim duma.
Izyros westchnął.
-Nie spodziewałem się innej odpowiedzi z twej strony- król zwiesił głowę, lecz zaraz ponownie ją uniósł, by nie okazywać zbytniej słabości- Jak zatem brzmią twoje warunki?
-Jeden warunek- zaznaczył młody mężczyzna- Chcę, byś wstrzymał się z wymierzeniem kary Enaretowi za jego niesubordynację przynajmniej na czterdzieści osiem godzin.
Król uniósł wysoko brwi ze zdumienia i otworzył szerzej oczy.
-Szantażujesz mnie, by uzyskać coś dla kogoś innego?- zapytał, powoli dobierając słowa- Nie rozumiem, jaki miałbyś mieć w tym interes?
-Zrozumiesz po upłynięciu terminu- odparł Scarlett stanowczo- Nigdy nie myśl, że chcę zrobić coś dla innych, nie osiągając dzięki temu niczego.
-Jakbym śmiał- władca nie krył ironii, wynikającej ze zdenerwowania z postępowania syna; jak on mógł być tak nieostrożny, bagatelizując kwiat Dominy? To naprawdę nie przystoi królowi.
-Jednak nie powiem nic matce nie po to, by chronić ciebie, lecz by chronić ją przed zawodem- oświadczył książę poważnie.
Izyros próbował powstrzymać układające się w uśmiech usta.
-Jeszcze przed chwilą zaprzeczałeś przejawom bezinteresowności ze swej strony, a teraz deklarujesz na swój sposób, że interesują cię uczucia Mitis- Izyros próbował być surowy, lecz słowa syna były gwarancją jego bezpieczeństwa.
-Najwyraźniej jest ona jedyną osobą, na której mi zależy- odparł Scarlett bez emocji.
-Chociaż ona- westchnął Izyros- Jednak gnębi mnie jedna sprawa- czy zależy ci na tej dziewczynie?
Książę spuścił wzrok i ściągnął usta w rurkę, co uwydatniło jego kości policzkowe. Wydawał się zastanawiać nad odpowiedzią, lecz w rzeczywistości próbował stłumić odzywające się w podświadomości uczucia.
-Nie- odparł, spoglądając na ojca- Jest mi całkowicie obojętna; miło było spędzić wieczór w towarzystwie pięknej kobiety, ale jedyne, co czuję do niej jest powierzchowne i trywialne.
-Wolałbym, byś trochę pocierpiał- oświadczył wyjątkowo szczerze król- Nie mogę uwierzyć, że jesteś aż tak nieczuły.
-Tylko dla tego, co mi się nie przyda, czego nie będę mógł wykorzystać- Scarlett nie krył zbulwersowania.
Książę wstał i wyprostował się dumnie.
-Zatem mamy umowę- podał rękę ojcu jak biznesman.
Król wstał równie dumnie i uścisnął wyciągniętą w jego stronę dłoń.
-Liczę na twoją dyskrecję; mam nadzieję, że nie zawiedziesz mnie tak, jak swego brata-odparł Izyros poważnie.
Scarlett spojrzał poważnie na władcę.
-Jego nie szantażowałem, więc prawda nie przysporzyła mi więcej kłopotu niż kłótnia z bratem, teraz- zaakcentował- grozi mi co najmniej wygnanie.
-A ja bym tego solennie dopilnował- dodał stanowczo król.
Młody mężczyzna wyszarpał rękę z uścisku. Przez chwilę jeszcze świdrował ojca wzrokiem, po czym bez pożegnania ulotnił się cicho z komnaty.
Domina czekała na przedmieściach Exilum, ubrana w długą, czarną pelerynę. Nie miała ze sobą latarki, ani nawet świecy, która i tak zgasłaby przez nasilający się deszcz. Dziewczyna marzła, w dodatku coraz bardziej denerwowała się na swojego kompana. Chodziła w kółko, aby ogrzać się choć trochę, a przynajmniej nie zziębnąć całkowicie oraz by zabić czas. W końcu ujrzała ruch w oddali- niewielki, aczkolwiek wyraźny. Już po chwili usłyszała kroki zbliżającej się do niej postaci.
-To ty?- wyszeptała.
-A któżby inny chował się pod płaszczem rodem ze średniowiecza i umawiał się w takim grajdole?- odezwał się głos, który młoda kobieta natychmiast rozpoznała.
-Szanuj coś, co przyniesie ci wygraną- Domina skarciła Scarletta- A teraz chodź za mną, tylko cicho; musisz podążać dokładnie za moimi śladami, ponieważ nie możemy iść przez środek miasta.
-Chciałaś powiedzieć- miasteczka- poprawił ją książę, podnosząc rangę Exilum.
Panna Pater zignorowała słowa Toma. Para szła w milczeniu, przerywanym jedynie odgłosami nocnych żyjątek, deszczu oraz kroków, a czasem łamania gałęzi. Podążali w nieznanym dla Scarletta kierunku ponad dwa kwadranse; tak zwany Okręg Exilum, czyli zabudowania rybaków i ich rodzin nie należał do rozległych i szerokich w swym obwodzie, jednak teren okalający wioskę był porośnięty gęstymi zaroślami, a gdzieniegdzie nawet bagnisty, co albo Domina i Scarlett okrążali, albo- jeżeli był na tyle bezpieczny- przechodzili przez niego, jedynie brodząc po kostki. Tak dotarli do samych krańców Exilum- nie mylić z jeziorem- które znajdowało się w bliskim sąsiedztwie z ziemiami zaanektowanymi przez Wyklętych.
-Tutaj mieszkasz?- zapytał Scarlett, patrząc na mrugające w oknach domów światła niewielkich lamp.
-Nie, mój dziadek- Domina postąpiła kilka kroków na przód i przyjrzała się przestrzeni przed sobą- Ja tu tylko spędzałam czas w dzieciństwie.
-Zatem nie dziwię się, dlaczego twoje poglądy polityczne uformowały się w ten sposób- Scarlett spojrzał w dal- Widać stąd ogniska Wyklętych.
-Żyją w jeszcze większej biedzie niż my- dziewczyna podeszła do współtowarzysza i z rzewnością przyjrzała się odległej wiosce- Mój dziadek należał do nich, lecz uciekł, gdy dowiedział się, że jego syn, a mój ojciec zrobił dziecko mieszkance Exilum, to znaczy mojej matce.- opowiadała Domina w zamyśleniu.
-Nie domyśliłbym się- odparł szorstko książę.
- Dobrzy ludzie ulitowali się nad nim- Domina ciągnęła dalej, jakby nie słysząc kpin księcia- dostał fałszywy akt urodzenia oraz dokumenty tożsamości, zmienił nazwisko i rozpoczął pracę jako rybak. Nie zapomniał jednak o swoich towarzyszach zamierzchłej niedoli, jednak niedołężność nie pozwoliła mu działać. Mój ojciec ma naturę tchórza i miast pomóc Wyklętym, zaczął zawierać umowy z królem, zapominając o swym pochodzeniu. Ja jednak dostałam szansę od bogów, by poprawić los mych braci- spojrzała na Scarletta żarliwością- Nie zawiodę ich, choćby za cenę życia.
Mężczyzna chciał znów odmruknąć coś w swym kpiącym stylu, lecz wzrok i zapał dziewczyny kazał mu choć raz się nie odzywać.
-Zatem prowadź, bym jak najszybciej mógł zapoznać się ze sprawą od najważniejszego źródła- powiedział tylko, co wywołało kilkusekundowy uśmiech na twarzy Dominy, która zraz potem znów spoważniała.
-Mój dziadek- Nykuru Pater- mieszka w tamtej małej chatce- wskazała na ostatni z domków, oddalony od kompleksu trzech domostw, jakby budowniczy zaznaczał odmienność pana Patera- Prosiłam, aby zjawił się również Ogetis Exegers, tymczasowy przywódca Wyklętych- Domina zaczęła iść we wskazanym kierunku.
-Którym ty masz zostać- dodał Scarlett, podążając za dziewczyną.
-Jeżeli wgram z Megalem Chamenem, moim największym, a zarazem jedynym rywalem- wyjaśniła młoda kobieta, postępując powoli na przód- Teraz cicho- odwróciła się, przykładając palec wskazujący do ust.
W milczeniu para szła tylko chwilę, dopóki istniało zagrożenie przypadkowego podsłuchania rozmów kolaborantów. W końcu presja skończyła się wraz z wpuszczeniem zamaskowanych postaci do małego domku Nykuru Patera.
Chata składała się z dwóch izb- większej traktowanej jako salon, a mniejsza służyła za sypialnię, mimo połączenia z aneksem kuchennym. W prowizorycznym pokoju gościnnym na dużym, zapadłym fotelu siedział leciwy mężczyzna, wysuszony, chudy, wysoki, z kilkoma kłakami siwych włosów na głowie, spoglądający dużymi, zapadniętymi oczami na nowo przybyłych. Na sobie miał gruby sweter w kratę oraz sztruksowe spodnie i stare, wychodzone kapcie. Poza tym w pomieszczeniu znajdował się dwa razy starszy od księcia mężczyzna, również chudy, lecz średniego wzrostu z gołym plackiem na środku głowy oraz bujnym, czarnym wąsem. Ubrany był w stary, brązowy garnitur, wiszący na mężczyźnie jak na wieszaku.
-Moja Dominka- na wysuszonych ustach Nykuru zagościł szeroki uśmiech- Chodź przytulić starego dziadka- wyciągnął wątłą dłoń w stronę dziewczyny- Czy to jest ten twój książę, który jest naszą przepustką do zamku?- zapytał, gdy Domina spełniła jego życzenie.
-Tak- Scarlett Tom, najmłodszy, ale równie zbuntowany jak my- panna Pater uśmiechnęła się zachęcająco w stronę młodego mężczyzny.
Nykuru powoli przesunął wzrokiem po młodym mężczyźnie, poczynając od stóp, a kończąc na rozczochranych, bujnych włosach.
-Będziesz w stanie poprowadzić nas do walki?- zapytał z konsternacją ochrypłym głosem.
-Jeżeli pierwszy punkt naszego planu się powiedzie…- zaczął Scarlett.
-Pierwszy punkt?- starszy mężczyzna spojrzał ze zdziwieniem na siedzącą na oparciu fotela wnuczkę- O czym on mówi, skarbeńku?
Domina wyjaśniła wszystko dziadkowi na ucho. Po usłyszeniu tej informacji Nykuru Pater zmienił swój stosunek do młodego księcia.
-Jeżeli jesteś gotowy na taki krok- mówił pewniejszym tonem- byłbym skłonny przyjąć cię do naszego grona Wyklętych, którym ty również się staniesz, gdy prawda wyjdzie na jaw.
-Zdaję sobie z tego sprawę- Scarlett zrobił dwa kroki w stronę rodzinnego duetu- Przyznam szczerze, że taka perspektywa niezmiernie mnie ekscytuje i jest motorem napędzającym mnie do działań.
-Taka postawa bardzo mi się podoba- Nykuru znów się uśmiechnął.
Scarlett czuł, że zaskarbił sobie sympatię starca.
-Jak zatem przedstawia się nasz cały plan; chyba już mogę mówić o sprawie jako ,,nasza”?- zapytał książę.
-Masz moje pozwolenie- Nykuru skinął głową.
Plan został przedstawiony w czasie niewiele krótszym niż dwie godziny. Jednak zostały omówione tylko jego pierwsze podpunkty, które pan Pater chciał zanalizować bardzo szczegółowo.
-Jeżeli wszystko zostanie zrealizowane z taką dokładnością- przyznał Scarlett, który podczas całej dyskusji siedział na jednym z wyszczerbionych krzeseł- nasz plan nie może się nie powieść.
-Jesteśmy sprawni i dyskretni- Domina spojrzała z powagą na księcia; ta sprawa była dla niej najważniejsza- Za kilka dni udowodnimy ci to w najśmielszy sposób.
-Fakt, pański sposób na przejęcie zamku jest trudny, lecz wielce efektowny- Scarlett uśmiechnął się do Nykuru Patera.
-Efektowność często równa się efektywności, którą my stawiamy na piedestale i która jest priorytetem w naszej najbliższej akcji- wytłumaczył starzec unosząc palec wskazujący.
-Skoro mówimy o naszych najbliższych działaniach- Domina spojrzała surowo na Scarletta- Mam nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem i nas nie zawiedziesz; gdybyś jednak miał zamiar wszystko zrujnować…
-Jeżeli jesteś taką fatalistką to nie zabieraj się za interesy wymagające mocnych pleców- książę odgryzł się, nie lubiąc drwin z własnej osoby.
-Ważysz się ubliżać mej wnuczce w moim towarzystwie?- zapytał pan Pater podnosząc głos.
Młody mężczyzna zrobił wielkie oczy, przełykając ciężko ślinę.
-Musisz być odważny- stary uśmiechnął się delikatnie.
Scarlett odetchnął ciężko.
-Jutro udowodnię, że jak nikt inny, albo chociaż w niewiele mniejszym stopniu niż Domina- odparł.
-Teraz się nie podlizuj- ton głosu dziewczyny był poważny, lecz próba powstrzymania unoszących się kącików ust ją zdradziła.
Ogetis, stojący za fotelem Nykuru, nachylił się do starca i zapytał na ucho:
-Czy na pewno możemy mu ufać?- patrzył raz na Patera, raz na księcia- Przecież to jeden z nich- francuskich piesków Tomów. Nie jestem do niego przekonany, mimo zapewnień, że jutro…
-Czy nie widzisz determinacji na twarzy tego młodego Milleńczyka?- Nykuru jawnie przyjrzał się obgadywanemu- Jest wyraźnie przeciwko rządom ojca, da temu wyraz za kilka dni.
-Wiem, widać to wyraźnie- syknął Exegers- A co jeżeli nas zdradzi? Jest zapalony do władzy, poznaję po jego oczach i właśnie to napawa mnie niepokojem.
-Przecież to my będziemy rządzić- przy tych słowach starzec zachowywał się bardziej dyskretnie- On jest tylko naszym pionkiem, przepustką, bramą do pałacu, potem stopniowo odsuniemy go od władzy i przejmiemy kontrole nad całym Mainem- mówił wybitnie cicho tak, że nawet Domina go nie rozumiała.
-Czyli jednak celujemy w ogół?- w oczach Ogatisa zaświeciły się dwa ogniki.
-Z tym młodym Millenia będzie jedynie kolejnym punktem na naszej liście- Pater uśmiechnął się demonicznie, odsłaniając prawie bezzębną szczękę.
Exegers odwzajemnił uśmiech, prostując się na tyle, na ile pozwalała mu przygarbiona sylwetka.
W trakcie tej krótkiej wymiany zdań Scarlett i Domina spoglądali na siebie zdezorientowani; nie podobały im się szepty dwóch starszych facetów, zwłaszcza wiedząc, na czyj temat plotkują. Nykuru zauważył konsternację na twarzy wnuczki.
-Scarlett- zwrócił się donośnie do młodego następcy tronu- oficjalnie uznajemy cię za jednego z naszych współbraci- spojrzał na Dominę- Dokonałaś słusznego wyboru- skinął głową z uznaniem.
-Dziękuję- dziewczyna wydawała się pokorna- Czy zajmiemy się kolejnym szczegółem planu?
-Nie- Nykuru westchnął ze zmęczenia- Jest zbyt późno, ponadto nie chcę zdradzać za wiele.
-Może to i lepiej- książę wstał- Nie mówmy zbyt wiele, gdy wszystko może się jeszcze zmienić.
-Dokładnie- starzec zaśmiał się ochryple- Coraz bardziej zaczynasz mi się podobać… jak na księcia- dodał szybko, by nie wyjść na pochlebcę.
Domina i Scarlett z szacunkiem ukłonili się Nykuru Paterowi oraz Ogatisowi Exegersowi, po czym wyszli. Na zewnątrz odetchnęli głęboko.
-Nie wiedziałem, że jest gorszy od ciebie- skomentował mężczyzna, nie kryjąc jednak nuty rozbawienia.
-A znasz go tylko ponad dwie godziny- dziewczyna najwyraźniej podzielała zdanie młodego chłopaka- Musimy wrócić tą samą ścieżką- odparła poważniej, kierując kroki w stronę powrotną.
Scarlett potulnie szedł za piękną kobietą, myśląc nad wymówką, lecz jedyne, co przyszło mu do głowy do proste pytanie.
-Która właściwie jest godzina?
-Nie wiem- westchnęła Domina, przekraczając wystający konar- Około trzeciej w nocy- nagle w jej głowie pojawiła się pewna myśl, wynikająca oczywiście z troski- Będziesz teraz wracał do zamku?- zapytała niby to z obojętnością.
-Taki miałem zamiar- Scarlett uśmiechnął się do siebie zwycięsko.
-Masz powóz?
-Coś… w ten deseń- nic nie miał.
-Może zatem nie powinieneś tułać się w nocy po tak rozległej przestrzenni, w której niezmiernie łatwo się zgubić.
-Proponujesz coś?
Zimny pot oblał Dominę.
-Znajdę dla ciebie miejsce… mam nadzieję- dodała z westchnięciem.
-Dziękuję za troskę- odparł miło książę, triumfując w środku.
Para szła tym razem około dwadzieścia minut do jednego z ładniejszych, średnio dużych domków w sąsiedztwie. Dom pogrążony był w ciemności; Domina z największą delikatnością otworzyła drewniane drzwi i wpuściła wybitnego gościa do środka.
Pojawienie się Scarletta w pałacu o wczesnej godzinie porannej nie przeszło niezauważone. Na skradaniu się do własnej komnaty przyłapała go Mitis. Młody książę wykpił się przemożną chęcią spaceru z samego rana, lecz matka tylko pozornie mu uwierzyła. Odeszła w zamyśleniu, zaniepokojona dziwnym zachowaniem ukochanego syna.
Po południu książę kazał przyjść bratu wcześniej niż w poprzednie dwa dni. Nauka Fortisa szła opornie, lecz Scarlett wierzył w boski cud, który sprawi, że brat nie skompromituje go w oczach innych- wiadome dla wszystkich było, iż mężczyzna samodzielnie nie będzie w stanie wykuć wszystkich zasad, choćby nie wiadomo jak bardzo się starał, potrzebował mentora, który przypilnuje go, by nie zlekceważył wymierzonego przez ojca zadania.
-Powiedz mi teraz- mówił młodszy Tom po godzinie korepetycji- Za kogo uważany jest władca w królestwie?- zatrzymał się na środku pokoju z notatkami w ręku.
-Więc- Fortis zawiesił się na kilka sekund, lecz zaraz potem kontynuował płynnie- Król pełni rolę tak zwanego Indywiduum, czyli istoty samowystarczalnej, postrzeganej przez społeczeństwo jako najwyższe stworzenie boskie. Innymi słowy Indywiduum potrafi funkcjonować samodzielnie, do egzystencji nie są mu potrzebne osoby trzecie, jedynie służą za kompanów, umilających życie. W całokształcie są jednak zbędni, ponieważ Indywiduum jest w stanie wykonać wszystkie czynności samodzielnie, bez niczyjej pomocy, która najczęściej stwarza problemy niż pomaga.
-Dobrze- Scarlett pozwolił sobie na delikatny uśmiech- Idzie ci coraz lepiej- przejrzał notatki, siadając równocześnie na kanapie- Może również paść pytanie, czy uważasz Izyrosa za Indywiduum?- spojrzał z zaciekawieniem na brata.
-Będą pytać o takie rzeczy?- mina Fortisa zrzedła- Przecież mam jedynie wyrecytować te nudne zasady.
-Przede wszystkim, lecz nigdy nie wiesz, na jaką komisję trafisz i czego ona może od ciebie wymagać, a teraz- mów- książę rozsiadł się, odrzucając kartki papieru na bok.
Żołnierz westchnął; musiał pomyśleć przez dłuższy czas, nim udzielił odpowiedzi, co zniecierpliwiło młodszego Toma, dając temu wyraz, lecz nie odzywając się.
-Powinien być- zaczął Fortis, patrząc w bok- Doradcy służą głównie demokracji oraz przyciszają głos ludności, w razie oskarżeń króla o autorytaryzm. Jednak nie wydaje mi się, by nasz ojciec mógł funkcjonować bez żony i swych dzieci.
Scarlett nachylił się w stronę brata.
-Posłuchaj- złożył ręce jak do modlitwy- Podchodzisz do tego testu, by udowodnić, iż jesteś godnym następcą króla, a nie swojego ojca; jesteś postrzegany przez jury jako kandydat, nie syn władcy i również w takim stylu masz odpowiadać- bez ckliwości i odwołań do sentymentów. W tego typu wypowiedziach musisz być obiektywny, odpowiadając jak jeden z niekrólewskich mieszkańców Millenii.
Fortis spojrzał na brata z gniewem, zmieszanym z zawodem.
-Ty bardziej nadajesz się do tej roli niż ja- odparł ze zrezygnowaniem.
-Wiem, ale to ciebie ojciec powołał do testu- przyznał Scarlett jednym tonem, nie akcentując pierwszego słowa.
Fortis odchrząknął; nie chciał wydać się zainteresowany czymś innym niż jego samolubne zachcianki.
-Kontynuujemy?- zapytał- Nie przerobiliśmy chyba kilkunastu zasad, czas to nadrobić- odrzekł, sięgając po winogrona, przyniesione przez niego z ogrodu.
-Nie odpowiedziałeś na pytanie- zganił go Scarlett z powagą.
Wojownik westchnął teatralnie.
-Może ty to zrób, wtedy ja będę wiedział, jakich słów i argumentów użyć- odparował mężczyzna ze złością.
-Dobrze- książę uniósł ręce w obronnym geście- Skoro tak trudno jest pomyśleć samemu, a nie klepać wyuczona regułkę.
-Żebym ja cię zaraz nie klepnął- Fortis pochylił się z zaciśniętą pięścią.
-Spokojnie, mały rycerzyku- młodego mężczyznę najwyraźniej ten incydent rozbawił, zaraz potem jednak na powrót spoważniał- Moim zdanie- pamiętaj, że jest ono subiektywne, najpewniej nie zgodne z twoim- król radzi sobie dobrze w tej roli, jednakże zauważyłem, iż zawsze podjęta przez niego decyzja jest uprzednio przedyskutowana z osobą trzecią, by zgadzała się z powszechną opinią. Nie sprawia wrażenia nieomylnego i doskonałego, przez co jego pozycja, chociażby w rządzie, spada; dodatkowo partia rządząca popierana przez niego okazała się niesatysfakcjonująca dla społeczeństwa- burzącego się i rozłamującego. Uważam, że dobrze wykonuje swoje obowiązki, lecz Indywiduum jest stawiane na równi z boskim wysłannikiem, czego nie możemy powiedzieć o naszym władcy.
Starszy Tom przez chwilę milczał, przyglądając się mówcy w skupieniu.
-Naprawdę tak uważasz?- zapytał skonfundowany.
-Nie, na niby- Scarlett przewrócił oczami- Dziwisz się mojej opinii? Przecież doskonale znasz mój stosunek do ojca jako króla.
-Tak, wszyscy go znają, lecz każdy ma nadzieję, że z czasem się to zmieni, pogodzicie się, ale wygląda na to, że wasze relacje uległy pogorszeniu- mówił wzburzony mężczyzna.
Młody książę uniósł jedną brew i założył ręce na piersi.
-Ty nigdy tak mądrze nie przemawiasz- odrzekł powoli.
-No…- Fortis poczerwieniał na twarzy- Enaret kazał przekazać; martwi się o ciebie, lecz nie powie ci tego wprost…
-Ponieważ jesteśmy skłóceni, domyśliłem się- wzrok Scarletta stał się gniewny; mężczyzna westchnął- Nie rób tego więcej, bo mój szacunek do ciebie maleje.
-Dlaczego?- jego brat aż podskoczył na kanapie
-Mógłbyś mi to powiedzieć od serca, nie przekazując tego- książę zamaszystym gestem sięgnął po rzucone na drugi fotel notatki- Teraz zasada numer sto sześćdziesiąt cztery .
-Przestań, nie mam do tego głowy- jęknął Fortis, opadając ciężko na kanapę.
-Sto sześćdziesiąt cztery, mów- rozkazał Scarlett iście królewskim tonem, który wywołał niemały szok na twarzy jego brata.
-Każdy obywatel Millenii jest zobowiązania do oddania swego głosu w przypadku każdego rodzaju głosowania, dotyczącego ustroju państwa. Zwolnione z tego obowiązku są osoby nieletnie, po dziewięćsetnym roku życia oraz niepełnosprawne.
-Dobrze- Scarlett wstał, rzucając notatki na stół.
Mężczyzna denerwował się dzisiejszym wieczorem, jednocześnie nie mogąc się go doczekać. Chciał zakończyć już tę farsę, przynajmniej w jednym jej aspekcie, przeczuwając następstwa swych działań, które na szczęście potrwają tylko do czasu.
-,,A jeśli coś się nie uda?- pytał siebie w myślach raz za razem- Jeżeli Enaret będzie szybszy? Nie, są na to procedury, których zarówno on jak i matka będą się trzymać. Wytrzymają do wtorku. A co jeżeli odwołają Dni Wolnej Polityki dla Młodzieży? Nie- w tej sytuacji będą na nie nawet nalegać, a ja podejmę się zadania wygłoszenia mowy.”
-Te, Scarlett- Fortis pstryknął palcami jak na psa- Możemy kontynuować? Nie mam całego dnia.
Młody książę odetchnął głęboko z zamkniętymi oczami.
-,,Nie możesz dać niczego po sobie poznać- myślał, nie zważając na ponaglenia ze strony brata- Przede wszystkim przed matką- ona zaraz domyśli się, że coś z tobą jest nie tak; nie możesz być taki bojaźliwy, skoro zdecydowałeś się na taki krok. Strugasz cwaniaka, a boisz się wykonać jeden ruch nadgarstkiem, to nie przystoi na władcę, a już tym bardziej na przywódcę rebelii.”
-Hej!- krzyknął Fortis, podchodząc do brata i mocno obracając go ku sobie- Mógłbyś zająć się czymś pożytecznym?
-Mógłbym, gdybym niemu siał marnować czasu na ciebie- zripostował Scarlett, posyłając starszemu księciu zabójcze spojrzenie- Skoro tak bardzo chcesz, bym na coś się przydał, to idź stąd i daj mi skupić się na rzeczach ważnych.
-Ja i przyszłotygodniowy test jesteśmy ważni, a nie twoje chore gierki- mężczyzna coraz mocniej ściskał ramię brata.
-Więc zajmij się tym samodzielnie, bo ja już nie mam sił na uczenie półgłówka podstaw, które są potrzebne królowi, którym ty nigdy nie zostaniesz.
-No tak, zapomniałem, że ty jesteś pierwszy w kolejce do tronu, a w dodatku nieśmiertelny- ton głosu mężczyzny był pełen wściekłości.
-Nie ważne w jaki sposób, ale zostanę królem i wy wszyscy będziecie mi się kłaniać i padać przede mną na kolana- Scarlett wyprostował się dumnie.
-Prędzej zostaniesz banitą- rzucił Fortis, po czym odszedł w stronę drzwi.
-Stanę się władcą Millenii szybciej niż myślisz- odparł wyzywająco młody Tom przez ramię.
Jego brat nawet się nie odwrócił.
Scarlett stał przez dłuższy czas z zaciętą miną, spoglądając na drzwi, za którymi zniknął książę. W końcu broda zaczęła mu drżeć; czuł się osamotniony i bezsilny, czyli zupełnie inaczej niż powinien. Oczy zaszkliły mu się, co doprowadziło go do załamania. Odwrócił się szybko i napotkawszy wzrokiem szklany stolik, podszedł do niego i pchnął do przodu. Brzdęk tłuczonego szkła wypełnił komnatę. Zrzucił z siebie pelerynę i krzyknął, chwytając się za głowę. Kucał przez chwilę, próbując hamować łzy, które i tak płynęły z jego oczu. Bezsilność i strach doprowadziły go do stanu, w którym nigdy się nie znalazł- przecież był osobą o zimnej krwi i stalowych nerwach, czemu więc teraz napadł go taki zdradziecki atak szału? Scarlett czuł przygniatający go ciężar odpowiedzialności i lęku. Nie wiedział, jak się go pozbyć. Chciał zwymiotować, lecz jego organizm odmawiał posłuszeństwa. W końcu jedyne, co mu przyszło do głowy to uderzenie z całej siły zaciśniętą pięścią o podłogę. Tak też zrobił; mężczyzna poczuł ogromny ból, lecz zacisnął szczęki, by nie wydać kolejnych odgłosów.
Minęło kilkadziesiąt minut nim Scarlett wstał z podłogi; podniósł się ciężko, lecz potem opadł na fotel, zapadł się w nim i trwał tak ponad godzinę. Czuł się jak zupełnie inna osoba. Już od wielu dekad dopadała go myśl o jego istnienie, w którym zagubił się, kreując swoją wymarzoną postać zmierzłego i nieczułego księcia, aspirującego do tronu po trupach. Mężczyzna westchnął- było mu wstyd przed samym sobą- nędzną kreaturą nie potrafiącą zapanować nad trywialnymi emocjami.
Za oknami zrobiło się ciemno, pogoda ponownie zwiastowała burzę, która ogarnęła królestwo nad ranem, zaraz po tym, jak Scarlett i Domina schronili się w domu dziewczyny. Książę przypomniał sobie o pannie Pater, jej dziadku oraz rozmowie, którą wczoraj odbyli. Nagle poczuł się niezwykle ważny, ściągając dumnie ramiona do tyłu, choć wciąż siedział rozwalony na fotelu, z wyciągniętymi do przodu nogami, podpierając brodę pięścią.
Scarlett zdawał sobie sprawę z marnowania czasu, jakiego się dopuścił, mogąc go zagospodarować inaczej. Jednak nareszcie mógł poświęcić się rozmyślaniom, odsuwanym przez tyle lat od siebie. Zbyt jednak były one zawiłe, by je tu opisać, ale pochłonęły młodego Toma na tyle, że dopiero odgłosy dobiegające z zewnątrz wyrwały go z zamyślenia. Książę podszedł do okna i wyjrzawszy przez nie ostrożnie ujrzał grupę osób przed bramą wjazdową, z pochodniami w rękach, skandującą:
-Demokracja! Demokracja! Precz z rządzącym! Precz z rządzącym!
Młody mężczyzna odszedł powoli od okna, mierząc zebranych wzrokiem, po czym wyszedł na balkon. Oparł się o balustradę i wychylił się, spoglądając w dół. Strajkujący szybko go dostrzegli.
-O, jest jeden z nich!- krzyknął ktoś.
Krzyki skierowały się w stronę księcia, który tym razem był zimny jak lód i gdyby mogli go zobaczyć, natychmiast by się wycofali.
-Opublikujcie orzeczenia!- zawołał kobiecy głos.
Scarlett wrócił do swej komnaty.
-Dam wam wolność- powiedział do siebie.
Mężczyzna spojrzał na zegar wiszący na ścianie przed jego łóżkiem.
-Już czas.
Książę podszedł do szafy i wyciągnął z granatowego zawiniątka fiolkę zakupioną u Venuma. Schował ją ponownie do kieszeni tak, by nikt jej nie zobaczył, naciągnął golf na spodnie, podniósł pelerynę z podłogi, założył ją, odetchnął głęboko, po czym z uniesioną głową wyszedł z pokoju.
Całą drogę do kuchni, znajdującej się pod ziemią, Scarlett szedł oddychając płytko i nierówno. Lęk znów zaczął nad nim panować, lecz książę wiedział, iż zrobi coś, czego pragnie. Jednak nie był w stanie pozbyć się wrażenia, że wszystkie mijane przez niego osoby doskonale wiedzą o planach młodego Toma. Mężczyzna zdawał sobie jednak sprawę z tego, iż jest to tylko ułuda i wybryk jego wyobraźni.
Po pokonaniu trzech kondygnacji Scarlett znalazł się w przestrzennym hallu, w którym każdy krok niósł się szerokim echem. Tu mężczyzna musiał zatrzymać się, rozejrzeć i po upewnieniu się, że nie ma nikogo w pobliżu, skręcił w stronę małego przejścia prowadzącego do kuchni; schody prowadzące pod ziemię były kręte, stare i drewniane, dodatkowo wokół panowała ciemność, gdzieniegdzie przerywana słabym światłem dogasających świec. Tędy chodziła jedynie służba, nie ryzykowano wynoszenia dań drogą w tym stanie.
Scarlett szedł ostrożnie, lecz dość szybko, ponieważ jego nagłe pojawienie się w tym miejscu wywołałoby zamieszanie oraz natychmiastowy donos do króla. Jednak Tom miał szczęście i bez przeszkód pokonał trasę. To jednak było najmniejszym z jego zmagań na ten wieczór. Teraz wręcz na palcach książę podszedł do wielkich, dwudrzwiowych drzwi, skąd dobiegały rozmowy, zapachy oraz brzdęki talerzy i naczyń. Mężczyzna zdjął pelerynę i schował ją do kosza na brudne kitle, stojącego nieopodal, po czym wyciągnął z niego spodnie i bluzę gastronomiczna w jego rozmiarze, czepek oraz najczystszą zapaskę. Niestety nie znalazł żadnych butów na gumowej podeszwie, nawet za małych. Jeszcze tylko wyciągnął fiolkę z kieszeni jedynych spodni i wrzucił do obszerniejszej drugich.
Książę wszedł ostrożnie na kuchnię, próbując nie rzucać się w oczy; liczył na brak zainteresowania jego osobą ze strony kucharzy. Niestety wraz z przestąpieniem progu ogromnego pomieszczenia, mężczyzna poczuł się zagubiony, więc z przyczyn wyższych musiał pomóc sobie pytaniem. Zdecydował zagadać się do kucharza w toczku kucharskim mając nadzieję, iż okaże się on szefem kuchni.
-Przepraszam- zaczął, starając się, by ton jego głosu był pewny siebie- Dostałem informację, że mam dokończyć drugie danie dla króla.
Wysoki, barczysty, zarośnięty mężczyzna otaksował młodą chudzinę wzrokiem.
-Kto ci tak powiedział?- zagrzmiał.
-Yhm…- Scarlett przełknął ciężko ślinę, jednocześnie ciesząc się, iż nie został zdekonspirowany- Szef, oczywiście.
-Skoro tak- kucharz wzruszył ramionami- Marco przygotował potrawy dla władcy na piątym stanowisku- skinął głową- może zdążysz.
-Już?!- Tom spanikował.
Rzucił się we wskazanym kierunku, dziękując podświadomie losowi, ponieważ mężczyzna był najprawdopodobniej sous chefem.
Scarlett w dopadł do stanowiska, lecz gdyby był dwie sekundy wcześniej, zdążyłby wypełnić swoje zadnie, a teraz mógł jedynie popatrzeć na odchodzące w rękach kelnera danie. Książę znów poczuł bezsilność i do tego upokorzenie.
-Czy coś się stało?- zapytała młoda kobieta, trzymająca w dłoni kilka świstków.
-Nie… nic…- odparł słabym głosem Scarlett; robiło mu się słabo.
Książę czym prędzej wyszedł z kuchni, zrzucił z siebie ubranie robocze, schował je z wściekłością do kosza, założył swoją pelerynę i krocząc szeroko wyszedł udał się innym korytarzem, prowadzącym przed wejście do jadalni.
CDN...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz