poniedziałek, 13 lutego 2017

Fortis dojechał do fabryk. Podróż minęła w bardzo niekomfortowych warunkach, ponieważ mężczyzna gnieździł się w małym powozie wraz z połową dotychczasowych mieszkańców pałacu, podczas gdy reszta, w której znajdował się Dud, została wysłana do części rolniczej Millenii. Robotnicy oczywiście rozpoznali księcia, lecz dyrektor generalny jednej z fabryk - tzw. ,,Szwalni” - wydał rozporządzenie, by ignorować osobę byłego następcy tronu i traktować jak równemu sobie lub gorzej, o ile to możliwe. W takim przypadku mężczyzna został przydzielony do sektora ,,obszywania”, gdzie towarzyszyły mu ciche, zawstydzone wizytą przedstawiciela płci męskiej, kobiety w różnym wieku. Wszystko za rozporządzeniem króla.
I tak swego pierwszego dnia roboczego, Fortis został wprowadzony w arkany obszywania kawałków materiału tak, by tworzyły jedną całość. Pomagała mu w tym starsza pani, jedyna ze wszystkich pań wykazująca swego rodzaju niezależność oraz chodząca z dumnie podniesioną głową. Miała na imię Mitera.
- Dobrze ci idzie, jesteś bardzo pojętny - Mówiła pod koniec dnia, widząc postępy adepta.
- Dlaczego wszystkie te dziewczęta - Wskazał głową na około tuzin młodych dam, pomijając drugie tyle starszych od niego kobiet - Są takie zamknięte w sobie i wycofane?
- Ponieważ jeszcze nie nauczyły się żyć; tęsknią za swoją rodziną, dziećmi, ukochanymi, całe dnie spędzają tutaj, nie będąc nigdy chwalonymi, no - może z wyjątkiem naszych prywatnych uwag - jednakże za każdy nawet najmniejszy błąd zostają karane, czy to fizycznie, czy psychicznie; uwierz mi - Nachyliła się w stronę rozmówcy i ściszyła głos - Obelgi i poniżenie działają na kobiety mocniej niż uderzenie z bata.
- Zatem brat umyślnie umieścił mnie w towarzystwie zastraszonych dziewic i starych kwok - Uświadomiwszy sobie, co powiedział, Fortis oblał się rumieńcem wstydu - Chciałem powiedzieć…
- Dokładnie to, co powiedziałeś - Przerwała mu Mitera, a w jej głosie nie słychać było żalu czy złości - Przyzwyczajony do niekończącego się tłumu wielbicielek, gotowych grzać ci co noc łoże, musisz przestawić się na chłód kobiecego serca oraz jego skromność.
Książę nic na to nie odpowiedział, tylko wrócił do obszywania czegoś, co w przyszłości miało być koszulą.
- Tak dobrze? - Zapytał po chwili.
Kobieta wzięła szmatę do rąk, obejrzała ją, rozpruła w kilku miejscach, a oddając rzekła:
- Musisz poprawić w tych miejscach.
Tak minął pierwszy dzień pracy księcia. Jednak noc nie miała dać mu odpoczynku; wpierw przez trzy godziny nie umiał zasnąć na twardym łóżku polowym, które znajdowało się w przydzielonym mu, mikroskopijnym domku, leżącym na skraju wioski robotników.
Potem nawiedził go koszmar; ujrzał w nim Dominę - na początku piękną i czarującą, czyli taką, którą zapamiętał. Szła po leśnej ścieżce, uśmiechnięta i pełna radości życia. Raz schyliła się, by zerwać błękitny kwiat i wpiąć go sobie we włosy. W pewnym momencie nastał półmrok, w którym cień musnął twarz dziewczyny; ta zlękła się, lecz gdy trochę się rozjaśniło, ruszyła w dalszą drogę, ale gubiąc zerwany uprzednio kwiat. Nie wydawała się już tak radosna, zwłaszcza gdy po chwili podmuch wiatru przywiał na jej twarz krople krwi. Domina wytarła swe czoło i przyjrzała się brudnej ręce, lecz szła dalej. Wtedy promienie słoneczne znów zatańczyły na jej obliczu, gdy tylko w czarodziejski sposób dziewczyna została ubrana  w piękną białą suknię. Ewidentnie przepełniała ją radość, niestety ostatnia w jej życiu; później na nadgarstkach Dominy zaczęły pojawiać się coraz to cięższe i większe łańcuchy, przez które coraz gorzej jej się szło i nie pomagał jej rosnący brzuch. W pewnym momencie kiedyś piękna, a teraz wymęczona i niepodobna do siebie dziewczyna upadła. Ostatni uśmiech na jej twarzy wywołało dziecko, które się obok niej pojawiło. Zaraz po tym, jak malec poczłapał w inną stronę, rozległ się strzał, a umęczone ciało kobiety jedynie drgnęło, pozostawiając na jej twarzy wyraz zaskoczenia. Fortis czuł, iż bierze czynny udział w tym przedstawieniu, nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, w jakiej roli występuje, póki nie ujrzał przed sobą swych rąk, trzymających muszkiet. Przerażenie wybudziło go z koszmaru.
- Idealnie, mój chłopcze - Usłyszał głos Mitery - Masz wyczucie czasu - właśnie miałam cię budzić na śniadanie - Kobieta widziała strach na twarzy księcia, lecz zignorowała go.
Kolejny dzień upłynął Fortisowi już na ciężkiej, mozolnej i jednostajnej pracy. Brak wrażeń oraz rutyna wprawiły go w zły nastój, a perspektywa spędzonych tak lat dobijała go.
- A gdyby tak - Odezwał się w pewnym momencie do Mitery półgłosem - Spróbować się stąd wyrwać, może nawet odebrać władzę memu bratu.
- Pomysł godny pochwały, lecz nie uda ci się tego dokonać w pojedynkę.
- Wiem, dlatego powinienem odnaleźć rodzeństwo. Razem na pewno wpadniemy na jakiś genialny pomysł.
- A może sam coś wymyślisz? - Kobieta spojrzała na mężczyznę gniewnie marszcząc brwi - Czy wszyscy muszą myśleć za ciebie?
Zdziwiła księcia ta nagła ostrość ze strony swej jedynej towarzyszki.
- W takim razie - Zaczął po chwili powoli - Muszę zebrać armię… Skąd ją wezmę?
Mitera przewróciła oczami.
- Rozejrzyj się; wystarczy obudzić ducha walki w tych młodych sercach i ruszą do walki.
- Masz na myśli te przestraszone ptaszki?
- Mam na myśli te zastraszone kobiety, które na pewno wykorzystają szansę wyzwolenia się z więzów.
Fortis westchnął w zamyśleniu.
- Wątpię, czy ja - nieznajomy, w dodatku mężczyzna i członek rodziny królewskiej - będę w stanie zapalić iskrę w ich serduszkach, ale ty…
- Tutaj się z tobą zgodzę - Mitera skinęła głową - Porozmawiam z nimi w czasie przerwy obiadowej oraz wieczorem, w szatni. O postępach poinformuję cię po obchodzie straży, wieczorem.
- Przyjdziesz do mnie?
- Przemknę się do ciebie - Kobieta mrugnęła okiem w stronę księcia.
Tak też się stało; po całodniowej obserwacji dziewcząt, Fortis zauważył zmianę ich nastroju po obiedzie. Wydawały się roztargnione i zdenerwowane, patrzyły podejrzliwie na nowego znajomego. Zachowanie dziewcząt ostudziło zapał księcia odnośnie poderwania pracownic do działania. Jednak wizyta Mitery zmieniła jego pogląd na szwaczki.
- W trakcie pierwszej rozmowy, panie w moim wieku od razu zapaliły się do pomysłu, ale te młodsze naprawdę się wystraszyły. Wieczorem próbowały jak najszybciej wyjść z szatni, lecz z pomocą przyjaciółek udało mi się je powstrzymać; wysłuchały mnie na spokojnie i obiecały to przemyśleć. Kilka z nich sprawiało wrażenie po części przekonanych.
- Czyli jesteśmy na dobrej drodze - Fortis uśmiechnął się szczerze.
- Jutro mają dać mi odpowiedź, przynajmniej część szwaczek, ponieważ niektóre natychmiast odmówiły udzielenia jakiejkolwiek pomocy.
- Aczkolwiek same, jak je ujęłaś, panie w twoim wieku, są dużą pomocą. Jeśli uda mi się odnaleźć siostrę… - Nagle mężczyzna przerwał - Jak ja to uczynię? - Wyraźnie zląkł się - Wiem, gdzie powinna być, ale nie jestem w stanie się stąd wyrwać. Mam wrażenie, przynajmniej w tym momencie, iż zwlekam.
- Nie zwlekasz, uwierz mi - Kobieta ujęła dłoń młodego mężczyzny, lecz widząc jego minę, cofnęła rękę - Znam twoją siostrę, byłam świadkiem różnych wystąpień, czytałam parę artykułów i wierzę, iż to ona odnajdzie ciebie… I to już niedługo.
Fortis patrzył na rozmówczynię spod uniesionej brwi; mowa Mitery wydawała się absurdalna, lecz jej charyzma przekonała go do słów kobiety.
- Jutro daj mi znać, kto jeszcze zgodził się zaangażować - Powiedział powoli po chwili ciszy - Teraz już idź; boję się, że ktoś cię tu złapie.
- Masz rację - Szwaczka wstała - Dobranoc.
- Dobranoc - Mężczyzna odprowadził swego gościa do drzwi, a gdy tylko ta zniknęła z pola widzenia, zgasił światło w swoim domku.
Następnego dnia zgodę na pomoc wyraziło pięć młodych szwaczek. Fortis pierwszy raz w życiu poczuł taką wdzięczność w stosunku do innych. Przed przerwą obiadową dołączyły do nich jeszcze dwie. To wystarczyło księciu. Jak na początek.
- Miałaś rację - nie wiem, co im nagadałaś, lecz obudził się w nich duch walki - Powiedział Miterze, gdy szli do stołówki.
- Wie, nie dziwi mnie ich reakcja - Kobieta spojrzała na zegar, wiszący na korytarzu; dochodziła trzynasta trzydzieści - Mam do ciebie prośbę, ale najpierw się zgódź.
- Nie wiedząc, czego ona dotyczy? Mowy nie ma.
- Zrób to… Ze względu na swoją matkę - Wyszeptała kobieta, zatrzymując się i patrząc młodemu chłopakowi prosto w oczy; to spojrzenie podziałało.
- Dobrze… - Odparł Fortis powoli - Zgadzam się. Teraz wyznaj prawdę.
- Wyjdź z fabryki, lecz tylnym wyjściem i czekaj.
- Na co? - Mężczyzna zmarszczył brwi.
- Wkrótce się przekonasz; nie pożałujesz, tylko proszę cię, idź już teraz.
- Co z obiadem? - Książę wyraźnie zląkł się.
- Raz nie zjesz, to nic się nie stanie - Mitera machnęła lekceważąco ręką - Tylko idź już, błagam i wypatruj jeźdźca.
- Kogo? - Zapytał mężczyzna, lecz nie uzyskał odpowiedzi, ponieważ szwaczka zdążyła już oddalić się od niego szybkim krokiem.
Fortis lekko skonsternowany uczynił to, o co prosiła go nowa znajoma; niezauważony przez strażników wymknął się tylnymi drzwiami, które służyły pracownikom do wyjścia na papierosa, i czekał, patrząc w dal. Gdy po pięciu minutach stracił chęć na wygłupy, kilkaset metrów przed nim zamajaczyła szybko zbliżająca się postać. Na jej widok książę aż zaniemówił, a w jego głowie pozostało jedno pytanie: ,,Skąd ona wiedziała”. W stan całkowitego osłupienia wprawiło go rozpoznanie jeźdźca, którym okazała się być jego własna siostra. Niedowierzaniu towarzyszył strach, by Morifia nie została przyuważona przez strażników, ponieważ natychmiast, tak przypuszczał, zostałaby ścięta. W panice mężczyzna zaczął energicznie machać do księżniczki, na wszelki wypadek, gdyby go nie zauważyła.
Lecz Morifia doskonale zdawała sobie sprawę z tego, do kogo się zbliża, dlatego nie mogła powstrzymać uśmiechu radości. Gdy tylko zeskoczyła z konia, wpadła w braterskie objęcia.
- Wiedziałam, że cię tu znajdę - Powiedziała na przywitanie - Jednocześnie obawa o twe życie ode mnie nie odstępowała.
- Gdybym cię nie znał, uwierzyłbym, że już dawno nie żyjesz, siostro. Ty jednak potrafisz sobie poradzić w każdej sytuacji, a twoja obecność tutaj jest na to najlepszym dowodem.
- Choć raz w życiu tak mi schlebiasz - Zaśmiała się Morifia.
Fortis również się roześmiał, po czym kontynuował:
- Nie straciłem wiary w nas, wręcz przeciwnie - zacząłem obmyślać plan działania.
- I co?
- Na razie nie mam żadnego planu, liczyłem na twoją inwencję - Wyszczerzył się Fortis - Jednak począłem formować armię, a przynajmniej jej zalążek i oto mam chętnych dziewiętnaście szwaczek - dwanaście starszych, siedem młodszych.
- Chętnych do czego?
- Do rebelii, oczywiście.
Morifia westchnęła.
- Nie jesteśmy tacy, jak Scarlett - Zganiła brata.
- Lecz nie odzyskamy domu pertraktując z nim przy herbacie - Odezwał się Fortis ostro, zły, że jego pomysł nie został od razu zaaprobowany.
Jego siostra zdziwiła się, ale przyznała mu rację.
- Ja w sumie również poczyniłam podobne kroki - Przyznała i opowiedziała bratu o swej wizycie w Lesie Pekatów.
- I ty im ufasz? - Mężczyzna zmarszczył brwi.
- Im nie, ale Allodowi - owszem - Morifia uniosła dumnie głowę.
- Skoro tak, to tylko pogratulować skuteczności - Książę uśmiechnął się lekko - Spróbuję cię teraz po kryjomu wprowadzić do fabryki. Boję się, co strażnicy mogliby ci zrobić, gdybyśmy się na nich natknęli.
- Nic by nie zrobili, bo zdążyłabym ich zabić - Odpowiedziała Morifia poważnie.
- Nie cwaniaku - Skarcił ją młodszy brat, po czym zamyślił się - Zaczekaj tu, a ja pójdę po moją znajomą; z jej pomocą będzie łatwiej.
Pięć minut później Fortis był z powrotem, prowadząc za sobą starszą kobietę, która wydała się jego siostrze znajoma.
- Czy my się już nie spotkałyśmy? - Zapytała, po przedstawieniu się sobie wzajemnie.
- Ja naturalnie już nie raz widziałam księżniczkę, lecz czy ty, pani, mnie spotkałaś, poddaję w wątpliwość - Odparła Mitera bardzo szarmancko, co zdziwiło oboje Tomów - Mam dla ciebie ubranie robocze; ubierz je tutaj, w środku nie będzie na to ani czasu, ani miejsca.
Morifia spojrzała spode łba na brata.
- Odwróć się - Rozkazała.
- Nawet, gdybyś wyglądała jak modelka, nigdy nie spojrzałbym na ciebie pożądliwym okiem - Syknął, odwracając się.
- A co z koniem? - Zapytała Morifia, ściągając chłopskie ubrania.
- Wygląda na rozumne zwierze; każ mu biec do wioski - Rozkazała szwaczka, głaszcząc Alogo po łbie.
- Nie muszę - Morifia uśmiechnęła się, po czym mocą utworzyła ścieżkę z marchewek, która ciągnęła się aż do majaczących w oddali budynków; koń natychmiast ruszył nią, zjadając ślady zbrodni po drodze.
Chwilę później Morifia nie przypominała już księżniczki. Przebrana weszła chyłkiem do fabryki, gdzie nikt nie zwrócił na nią większej uwagi, zapewnie również dzięki temu, że nie była umalowana, a jej fryzura nie była ułożona; w takiej postaci wyglądała jak jedna ze szwaczek.
- Nie możesz jednak zostać tu z nami; doskonale wiedzą, ile jest dziś pracownic; ukryjemy cię zatem w schowku ze szczotkami - Oświadczyła Mitera.
- Dobrze, to żaden problem - Morifia zdobyła się na uśmiech.
- Oby nie ujawniła ci się klaustrofobia - Kobieta mrugnęła okiem w stronę dziewczyny.
Schowek istotnie był mikroskopijnie mały - metr na metr. Lecz księżniczka dzielnie spędziła w tym pomieszczeniu resztę dnia. Wieczorem wmieszała się w tłum wracających z pracy kobiet i poszła z bratem do jego domku.
- Co teraz? - Zapytał Fortis, po zamknięciu drzwi.
- Musimy znaleźć Enareta - Odpowiedziała Morifia zdecydowanym głosem.
- Lecz gdzie on jest?
- Nie wiem… Jedynie się domyślam…
- Może to dobry trop? - Mężczyzna próbował zachęcić siostrę do mówienia.
- Nie wiem, na ile mogę ufać Scarlettowi - Odparła dziewczyna tajemniczo.
- W ogóle nie możesz mu ufać, ale teraz. Czy wcześniej wspomniał o Enarecie?
- Pod koniec swego wystąpienia; powiedział, że Enaret wybrał życie na Ziemi ze swą kochanką… Może go tam uwięził?
- To bardzo prawdopodobne i podobne do naszego braciszka. Czyli wyruszamy do Portalu Wschodniego? - Zapytał.
- Od czegoś musimy zacząć, lecz wyruszamy już teraz - Odpowiedziała księżniczka zdecydowanym tonem.
- Zabiorę tylko prowiant i ciepłe ubrania, i wyruszamy - Oświadczył Fortis, po czym wyszedł, a dwie minuty później wrócił z naręczem rzeczy.
W tym czasie Morifia siodłała Alogo, a gdy jej brat opuścił swoje tymczasowe miejsce zamieszkania, wsiadła na konia, mimo iż Fortis chciał być na jej miejscu, zgodził się jednak być pasażerem, wiedząc, że nie mają czasu na kłótnie. I tak ruszyli w drogę, która w ich mniemaniu zwiastowała lepsze czasy.


Następnego ranka po pozbyciu się rodzeństwa Scarlett przechadzał się bardzo zadowolony po pałacowych korytarzach; oglądał obrazy swych przodków chełpiąc się tym, iż za niedługo i jego podobizna zawiśnie wśród nich. Równocześnie czekał tu na Kommotisa, który miał mu zdać raport.
- I jak tam moja siostra? - Zapytał, nie patrząc na zbliżającego się poddanego, lecz słysząc jego kroki - Mam nadzieję, że już padła trupem.
- Tego nie wiem - Wzruszył ramionami mężczyzna - Lecz została odeskortowana w miejsce wskazane przez ciebie.
- Albo padła z głodu i wycieńczenia, próbując się dostać do rolników, albo zabili ją Invidijczycy, rozpoznając w niej córkę króla, który im zaszkodził.
- Mam wysłać patrol pod Torf?
- Tak; dwóch lub trzech posłańców - Dopiero powiedziawszy to, Scarlett był łaskaw spojrzeć na swego najwierniejszego sługę - Niech ktoś również dopilnuje Portalu Wschodniego, a twój patrol niech nie wraca z Torfu, tylko jedzie prosto do Fabryk, aby dopilnować Fortisa.
- Dobrze - Kommotis ukłonił się, po czym odszedł ciężkim krokiem.
Król jedynie od niego nie wymagał tytułowania swej osoby, znając jego uosobienie oraz ze względu na respekt, jaki dorożkarz o dziwo w nim budził.
Za godzinę miała zostać uchwalona ustawa, która dawała władcy uprawnienia do wydawania rozporządzeń z mocą ustawy, ustanawiała króla jako jedynego, który może ustalić rząd, wprowadzała prawo króla do rozwiązania parlamentu, jako jedynego urzędnika oraz ustalała szybszy sposób uchwalania ustaw. Po tym Scarlett miał uchwalić nowy rząd. Z satysfakcją patrzył w przyszłość; jak bardzo stanie się wielki i potężny, jak ludzie będą się przed nim kłaniać…
Przed uchwaleniem ustawy Scarlett miał wygłosić swą mowę do narodu - pierwszą za czasów swych rządów. Miał ją już całą przygotowaną i z niecierpliwością czekał, aż ujrzy miny wszystkich zgromadzonych.
- ,,Moje małpy” - Myślał.
Dobranie odpowiednich ministrów pozostawił Gatisowi, jednak to on ostatecznie miał ich zatwierdzić i jeżeli któryś mu się nie spodoba, każe go wyrzucić. Właśnie teraz Scarlett zmierzał na spotkanie z przyszłym premierem; oczywiste, iż Syner stworzył własną partię, która stanie się wiodącą w miejsce Siły Millenii.
Po pół godzinie wszystko było ustalone; jedynie życie i polityka dwóch mężczyzn i jednej kobiety nie spodobały się królowi, reszta okazała się trafnym wyborem.
- Widzę, iż nasza współpraca rysuje się obiecująco - Odparł zadowolony Scarlett po naradzie - Czy wszystkie przedstawione i zastąpione na tej liście osoby wiedzą o swym wyróżnieniu?
- Tak, prócz tych trzech, które sam wybrałeś.
- Oczywiste - Scarlett uśmiechnął się szeroko - Teraz chodźmy wygłosić moją mowę - Powiedział radośnie - Gdzie jest moja żona? - Zapytał z Nienacka.
- Chyba pod opieką Xanthii. Mam ją zawołać?
- Koniecznie.
Gatis wysłał przechodzącego gwardzistę po królową.
- Niech przyjdzie stosownie ubrana - Rzucił za nim Tom.
Dziesięć minut później para królewska była oklaskiwana przez zgromadzony przed pałacem tłum, złożony głównie z młodych Milleńczyków. Król przewidział to, dlatego mowa skierowana była głównie do nich; kwieciste słowa wplecione w proste zdania, brak wywyższania się przez mówiącego i wyraźne zrozumienie dla słuchaczy ujęło ich za serca.
- Musimy zmienić system rządzących; zacząłem od najwyższego pułapu, teraz zajmujemy się rządem, a za niedługo uchwalona zostanie ustawa, poszerzająca moje prawa, bym mógł w pełni wykorzystać swoją pozycję, a nie tylko reprezentował nasz kraj na zgromadzeniu, bez prawa głosu.
Zgromadzeni zaklaskali.
- Znam kompetentnych polityków i zamierzam zawierzyć ich opiece nasz rząd, pod moim dowództwem, by nareszcie wyciągnąć nasz kraj z dołu obłudy i lenistwa - nareszcie będziemy dumni z naszego narodu!
Tłum ponownie zaklaskał, dało się słyszeć również okrzyki.
- Nie chcę nic obiecywać, nie chcę rzucać słów na wiatr - spróbuję wyprowadzić nasz kraj z ruiny, a przynajmniej jej zaczątków. Potrzebuję w tym waszej pomocy. Tylko połączywszy wspólne siły odbudujemy potęgę.
Kolejne oklaski. Mowa ciągnęła się dalej, Scarlett opowiadał o tym, co zamierza, a przynajmniej chciałby zrobić lub zmienić.
- Mój ojciec, a wasz król został opętany przez niekompetentny rząd, lecz za kilka minut zaprzysiężony zostanie nowy - rzetelny i profesjonalny. Zaufajcie mi, a nie pożałujecie; nie zamierzam jednak zbytnio wykorzystywać swej łaskawości, dlatego kary będą surowe, lecz stosowane jedynie dla waszego dobra i bezpieczeństwa. Liczę na waszą pomoc, dlatego od dziś proszę zgłaszać się do gwardzistów, chcąc przystąpić do wojska; nie ma znaczenia wasza płeć - kobiecą waleczność stawiam na równi z męską - Po kolejnym aplauzie, kontynuował - Teraz pójdę podpisać wspomnianą uprzednio przeze mnie ustawę, nad którą jeszcze pracował mój ojciec, teraz jedynie pozostaje głosowanie nowego rządu i wejdzie w życie - Scarlett posłał zebranym szarmancki uśmiech - Życzę wam, moi drodzy, miłego dnia.
Król opuścił podium otaczany zewsząd oklaskami i okrzykami radości.
- Po pierwsze - Zaczął Gatis Syner, dopadłszy go - Mówiłeś, że karzesz im się ukorzyć i wymusić obietnicę posłuszeństwa; po drugie - dlaczego okłamałeś ich w sprawie ustawy? Przecież twój ojciec nie miał prawa wiedzieć o niej.
- Po pierwsze - zaczął Scarlett - zrezygnowałem z tyranii; po drugie - gdyby zaczęli zastanawiać się nad szybkością przygotowywania ustaw, mogłyby wyniknąć z tego kłopoty.
- Przecież oni nie są wyedukowani w tym kierunku - Prychnął polityk - Gadają tylko dużo o polityce, ale co przegrupowanie partii, to zmieniają zdanie.
- Wiem, ale lubią węszyć; rząd przecież również nie zdaje sobie sprawy z tego, że ta ustawa powstała wczoraj… Tak będzie lepiej. Wiesz, że to jest niezgodne z prawem, to wszystko zabiera czas, a ja już potrzebuję tych zmian.
- Rozumiem twoje działania, ale musisz być ostrożny.
- Zdaję sobie z tego sprawę, lecz jestem królem i potrafię zająć się tego typu kłopotami. Zasygnalizowałem już zaostrzenie prawa.
- Wojsko nie rozwiąże za ciebie wszystkich problemów.
- Jestem najpotężniejszym Milleńczykiem od stuleci - Scarlett stanął i spojrzał ostro na Synera - Potrafię sobie poradzić, bez twojego gadania - Syknął.
- Coś ci się ostatnio język wyostrzył, mój królu - Gatis próbował spojrzał na Toma z góry, choć był od niego o głowę niższy.
- Pamiętaj, że zawsze przy sobie noszę nóż, którego ty najwyraźniej się obawiasz - Mężczyzna zbliżył się do współpracownika.
Gwardziści odprowadzający urzędników spojrzeli po sobie, nie wiedząc, czy zareagować. Decyzję za nich podjęła idąca z tyłu Domina.
- Scarlett, co się dzieje? - Zapytała ostro.
- Nic, na co miałabyś wpływ, moja droga - Odpowiedział jej mąż łagodnym głosem - Gatisowi tylko coś się pomyliło… Chyba stanowiska - Otaksował wzrokiem Synera - Prawda?
- Tak… Panie - Polityk skłonił się głęboko z westchnięciem.
- W takim razie chodźmy zmieniać kraj - Król uśmiechnął się szeroko, lecz trochę sztucznie - Czy dołączysz do mnie, najmilsza? - Wyciągnął rękę w stronę kobiety.
Domina, jeszcze nieświadoma zagrożenia, zadowolona ujęła dłoń Toma i tak razem poszli w stronę Sali Rzymskiej, gdzie odbywały się narady nad ważnymi dokumentami oraz ich podpisanie. Gatis Syner szedł za parą królewską z nabzdyczoną miną.
Po godzinie ustawa oraz rząd zostały zatwierdzone, za co król ponownie tego dnia został oklaskany, co podniosło jego ego na ten poziom, na którym umysł zaczyna mylić rzeczywistość z fikcją, w której jest się idealną jednostką. Scarlett jednak wiedział, iż nie może zrobić sobie przerwy, dlatego natychmiast zabrał się do pracy nad nowym rządem, a swą żonę oddelegował do sypialni, gdzie zamierzał przyjść wieczorem, by pokazać jej, do czego tak naprawdę mu służy. Co prawda jego serce nie było w stosunku do Dominy obojętne, lecz znał jej porywczość oraz samowystarczalność, co musiał stłamsić w zarodku.
Wkraczając na Salę Obrad król czuł się pewnie, lecz gdy tylko Poboczni - urzędnicy pomocniczy - przynieśli mu stertę papierów - nowych oraz pozostałości po swoim ojcu. Mimo rozgoryczenia, pomocną dłoń ku niemu wyciągnął Gatis Syner, naprowadzając go, tłumacząc cierpliwie to, co nie mogło być dla niego wiadome, ponieważ dla wąskiego grona pozostawało tajne.
Rząd zajął się kolejną ustawą, Scarlett nie chciał tracić czasu na niepotrzebny wstęp i przywitanie. Ministrowie wydali się być posłuszni, więc król postarał się być dominujący. W takich nastrojach resztę dnia spędzili na organizacji i nowych projektach.
Wieczorem Scarlett był wykończony; wydawało mu się, że będzie lepiej, że nie straci swej pewności siebie, lecz to mu się nie udało. Postanowił odreagować w łożu swej żony.
- Nie sądziłem, iż tak bardzo zwątpię w swój rozum - Powiedział, godzinę później tuląc Dominę do siebie - Zawsze starałem się być pewny, przecież uczyłem się wszystkich reguł i praw, a dziś trudno było mi je zastosować. Czułem się przytłoczony.
- Wydaje mi się, że zjadł cię stres - Zasugerowała kobieta.
- Ja nie poddaję się stresowi; żadnym emocjom, zawsze byłem opanowany i do szpiku kości zimny, a ostatnio zaczynam się zmieniać; nawet moja matka to zauważa. A właśnie - byłaś dziś u niej?
- Tak, grałyśmy w karty - Odpowiedziała Domina z wyraźnym znudzeniem.
- Czyżby aż tak źle grała? Pamiętam ją zawsze jako dobrego gracza.
- Dziś wydawała się być zupełnie gdzieś indziej - daleko od pałacu, nieobecna… - Królowa zamyśliła się - Nie znam je zbyt dobrze osobiście, lecz zawsze reprezentowała sobą siłę i zdecydowanie… Tak samo, jak ty - Spojrzała na męża ze zdziwieniem.
- Sugerujesz coś? - W głosie Scarletta pobrzmiała nuta złości.
- Tylko tyle, iż zmiana stanowisk wam nie służy.
- Masz na myśli to, że nie nadaję się na króla?
- Nie, nic takiego nie powiedziałam, po prostu musisz się przyzwyczaić do nowej roli.
- Przyzwyczajam się do niej od stuleci - Mężczyzna wstał i zaczął się ubierać, zamaszystymi ruchami nakładając na siebie odzież - Nigdy nie sugeruj czegoś podobnego.
- A ty nie mów do mnie takim tonem - Domina podniosła głos.
- Milcz! - Krzyknął Scarlett - Jesteś kobietą, nie masz prawa głosu!
Nastała cisza, w trakcie której para patrzyła na siebie z przejęciem; ona była wściekła, on żałował słów, które padły z jego ust, a których nie mógł już  odwołać i od których nie chciał się dystansować.
Domina wstała powoli z łóżka i naciągnęła na siebie szlafrok, nie spuszczając Toma z oczu.
- W takim razie w twoim mniemaniu moją jedyną rolą jest zajmowanie się domem i czekanie na ciebie w łóżku, gdy najdzie cię taka ochota?! - Syknęła.
- Nie - Odparł krótko Scarlett, po czym zwiesił głowę i westchnął; postanowił zmienić taktykę - Przepraszam, stres dziś mną rządzi, nie wiem, dlaczego to powiedziałem.
Kobieta przez chwilę się nie odzywała, jedynie wbiła wzrok w podłogę próbując powstrzymać łzy.
- Tym razem spróbuję być wyrozumiała, lecz ostatni raz; następnym razem nie będziemy mieli o czym rozmawiać - Odparła Domina, zawiązując ciasno szlafrok i siadając ciężko na łóżku.
Gdy jego żona nie patrzyła, Tom przekręcił oczami i zrobił oburzoną minę; że też czeka go tyle płaszczenia się przed jakąś kobietą, byleby tylko była usłużna i pozostawała w cieniu. Podszedł zatem do łoża, uklęknął na nim i objął swą żonę od tyłu, opierając brodę na jej ramieniu.
- Wybacz mi, błagam - Wyszeptał - Ostatnio nie pojmuję, co się ze mną dzieje, mówiłem już, że nawet matka to zauważyła; czułem się zagubiony na posiedzeniu, spodziewałem się lepszych efektów swojej pracy. Muszę kombinować, by osiągnąć swój cel, jednocześnie zachowując pozory sprawiedliwości… Gubię się, nie wiem, kim jestem.
Królowa milczała, a jej oczy były zamknięte.
- A to, że dziś przyszedłem do ciebie, jest jedynie oznaką mojej słabości, którą mogę jedynie obnażyć przy osobie, którą kocham.
- Którą co? - Domina raptownie się odwróciła.
Dopiero reakcja kobiety uświadomiła Scarlettowi to, co powiedział i jak ważne to było oraz, o dziwo, szczere.
- Kocham cię - Powtórzył z większym przekonaniem; niewyczuwalne dotąd ciepło w jego środku poczęło pulsować - Kocham cię - Gdy ujrzał łzy na policzkach ukochanej, przyciągnął ją do siebie, a jej szyję i dekolt obsypał pocałunkami - Kocham cię, kocham cię… - Powtarzał bez końca, kładąc rozrzewnioną Dominę na łóżku.
Kobieta usłyszała to wyznanie tamtej nocy jeszcze siedemdziesiąt siedem razy.


Dwa dni później Kommotis przyszedł do króla z wiadomością, iż jego siostra nie żyje.
- Kobieta o imieniu Westa dała nam szczątki ubrań księżniczki - Podał szmatki Tomowi - Powiedziała, że pochowali Morifię w czymś godnym następczyni tronu.
- Póki nie mam potomka, następcy tronu nie istnieją - Odparł Scarlett cierpko - Niech twoi ludzie odpoczną, zwierzęta również, a potem niech jadą do fabryk, zobaczyć, czy Fortis już powiesił się z rozpaczy.
Posłaniec wyszedł z królewskiej komnaty, w której oboje się znajdowali. Scarlett uśmiechnął się do siebie lekko, ciesząc się z małego sukcesu, lecz pomyślawszy o tym, co czeka go tego dnia, zakręciło mu się w głowie; mężczyzna podbiegł do okna i otworzył je na oścież, a poczuwszy świeżość powietrza, uspokoił się.
- ,,Jak możesz się tak denerwować, głupsze? - Skarcił się w myślach - Wiesz wszystko na temat rządów, dlaczego teraz zachowujesz się jak małe dziecko przed klasówką? - Odetchnął głęboko, opierając się o framugę okna - Muszę się uspokoić… Tylko jak?” - Nagle Scarlett przypomniał sobie o jednej ze swych wycieczek na Ziemię oraz o pamiątce, jaką sobie przywiózł.
Król otworzył kufer, który stał w rogu jego komnaty, gdzie na samym spodzie leżała butelka zielonego alkoholu - absyntu, z przekroczoną maksymalną dawką tujonu, lecz nie na tyle, by wywołać halucynacje. Tom uraczył się jednym kieliszkiem tegoż trunku, by po chwili poczuć się uspokojonym i gotowym do działania, bez względu na konsekwencje. Z radością ubrał na siebie czarny długi, lecz niegruby płaszcz i z pozytywnymi myślami wyszedł ze swej komnaty.
Tego dnia współpracownicy nie mogli poznać swego pracodawcy, wyrobiwszy sobie o nim zdanie poprzedniego wieczoru; był charyzmatyczny i zdecydowany, wykazywał się ogromną wiedzą, która zaimponowała jego podwładnym. Stanowczością w pół dnia przekonał polityków do swych pomysłów nowelizacyjnych, a co za tym idzie - do przygotowywania nowych ustaw. I choć alkohol w pewnym momencie przestał działać, Scarlett nie zauważył tego - czuł się wyśmienicie, sądząc iż jest to zasługą absyntu.
W trakcie długiej przerwy, król począł się zastanawiać nad prawem karnym, a dokładniej - karą śmierci.
- Jakiś czas temu, drodzy państwo, głośna w naszym kraju była sprawa dwóch mężczyzn - tak zwanych ,,bestii”, którzy dokonali okrutnych zbrodni; pierwszy z nich zgwałcił dwóch chłopców, a potem ich zabił, drugi - zabił kilka kobiet, a potem je zgwałcił. Nie są to jedyne takie przypadki w naszym kraju, lecz mówię właśnie o tych, gdyż ci zbrodniarze zostali wypuszczeni na wolność. Oczywiście nie wrócili oni do swych domów, ale zostali zamknięci w specjalnym ośrodku resocjalizacyjnym. Spędzili oni w więzieniu około dwudziestu pięciu lub trzydziestu lat. Jak już wspomniałem - nie są to jedyne takie przypadki w naszym kraju, ponieważ już za miesiąc lub półtora zostaną wypuszczeni kolejni dwaj mężczyźni - jeden zwany ,,nożownikiem”, a drugi - ,,Kubą rozpruwaczem”. Byłem świadkiem wielu świadectw osób, które znały ów ,,bestie” i które błagały mego ojca, by nie pozwolił mordercom wyjść z więzienia. Były król pozostał jednak nieugięty i ,,ustawa o bestiach” weszła w życie. Co prawda ,,bestie” nie zdążyły się do tej pory uciec z ośrodka resocjalizującego, lecz są plany wypuszczenia ich na wolność - Król zrobił pauzę i rozejrzał się po słuchaczach - Zastanawiacie się zapewne - Kontynuował po chwili - Dlaczego o tym mówię? - Kilkoro polityków skinęło głowami, a reszta skrzywiła się - Otóż już od jakiegoś czasu zastanawiam się nad przywróceniem… Kary śmierci - Przerwa okazała się efektywna, ponieważ na sali rozbrzmiało wiele zszokowanych westchnień - Powiecie pewnie, iż ta forma kry jest nieetyczna i będziecie mieć rację, ale czy postępowanie tych kreatur, bo nie jestem w stanie nazwać ich inaczej, było etyczne? - Scarlett podniósł głos, wstając z mównicy i idąc w stronę widowni - Czy mordowanie, napaści seksualne, a dodatkowo chełpienie się swymi wyczynami jest etyczne? - Szedł, co rusz wyłapując wzrokiem tych najbardziej przerażonych jego zachowaniem polityków - Dlaczego społeczeństwo ukarane obecnością takich istot, jest karane jeszcze bardziej, zdając sobie sprawę, iż pieniądze na utrzymanie ,,bestii” brane są z ich kieszeni? - Kilku zebranych zaczęło kiwać głowami, robiąc poważne miny - Dlaczego rodziny zamordowanych do tej pory nie mogą doczekać się sprawiedliwości? - Scarlett wszedł między rzędy - Największym zadośćuczynieniem dla nich byłoby zobaczyć, jak zabójcy ich krewnych wiszą na szubienicy w otoczeniu gardzących nimi Milleńczykami.
- Czy aby na pewno? - Odezwał się niski głos z tłumu.
Tom spojrzał w kierunku, z którego usłyszał pytanie i ujrzał przed sobą grubego, niskiego faceta w średnim wieku, łysego, ale za to z bujną, czarną brodą.
- Minister sprawiedliwości, jak miło - Scarlett skłonił się lekko, z uśmiechem - Godzinami wysłuchiwałem jęków i płaczów członków rodzin ofiar i wiem, czego od nas oczekują - niektórzy byli bardzo dosłowni - Zaakcentował przysłówek - Ojciec obiecywał im bezpieczeństwo, lecz wciąż odwoływał się do wyimaginowanych zasad etycznych.
- Nie sądzę, iż były one zmyślone - znając króla odwołał się do Wielkiego Kodeksu Etycznego.
Scarlett westchnął poirytowany.
- Po pierwsze - były król, po drugie - zasady te są zinterpretowane w taki sposób, by uciszyć grupy etyczne, które protestowały pod zamkiem kilka lat temu. Ojciec zamiatał problemy pod dywan, a nie je rozwiązywał.
- Co w takim razie masz zamiar zrobić, królu? - Zapytał ktoś inny, lecz Scarlett nawet na niego nie spojrzał.
- Tak jak mówiłem - przywrócić karę śmierci.
- A co, jeśli skazaniec będzie niewinny? - Odezwała się jedna z kobiet.
- Egzekucja odbędzie się podparta jedynie niezbitymi dowodami, nie dopuszczę do błędu - Odparł Tom stanowczo.
- Powinniśmy chyba zapytać Milleńczyków, co o tym sądzą - Dodał ktoś inny.
- Dość się nasłuchałem - Uciął Scarlett ostro - Będziemy o tym jeszcze dyskutować, lecz zapewniam was, że mój pomysł zostanie zrealizowany w najbliższej przyszłości - Zmierzył wzrokiem tłum.
- Czy mamy to uznać za groźbę? - Zapytał podejrzliwie minister sprawiedliwości.
- Raczej przepowiednię - Sprostował król - Będziemy na ten temat prowadzić konsultację, ale na jutro przygotuję projekt ustawy - Odwrócił się, by powrócić na mównicę,
- Zdąży król? - Zapytał minister.
- Dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych - Rzucił ten przez ramię.
cdn...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz